Autor: Mateusz Benedyk
Wersja PDF, EPUB, MOBI

dziki kapitalizmCzęsto do ludzi łatwiej trafiają przykłady niż rozbudowane konstrukcje teoretyczne. Dlatego też zwolennicy wolnego rynku są często pytani o to, gdzie istnieje lub gdzie istniał system podobny do tego, który postulują. Naturalnie kolejnym krokiem jest pytanie o to, jak taki system działał. Przykłady skrajnie wolnorynkowe dotyczą zwykle małych społeczności, gdzie brak danych statystycznych uniemożliwia często jakiekolwiek szersze wnioski o dobrobycie ludzi, którzy tam mieszkali. Z przykładów mniej skrajnych pozostaje zwykle dziewiętnastowieczne społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. Choć daleko mu było do stanu anarchii, to dla współczesnego Europejczyka ówczesny system może wydawać się radykalnie wolnościowy — wydatki publiczne oscylowały wokół 10% PKB i generalnie nie stosowano aktywnej polityki fiskalnej do zwalczania kryzysów, nie było podatku dochodowego, banku centralnego, rozległych programów państwowej służby zdrowia czy szerokich programów opieki społecznej, rynek pracy w dużej mierze opierał się na dowolnie kształtowanych dobrowolnych umowach kapitalisty i pracownika, ograniczenia dla przyjazdu imigrantów były nieporównywalnie mniejsze niż obecnie[1].

W tym artykule postaram się scharakteryzować krótko, jak działał ówczesny system gospodarczy — jak skrajnie wolnorynkowe rozwiązania przekładały się na dobrobyt mieszkańców USA. Od razu trzeba zaznaczyć, że zakres danych, którymi dysponujemy, często nie pozwala odpowiedzieć na wszystkie pytania. Brak podatku dochodowego uniemożliwia zbadanie dokładnego przekroju dochodów społeczeństwa, brak ankiet zbieranych na potrzeby rachunków dochodu narodowego uniemożliwia precyzyjne określenie zmian PKB[2]. Niemniej jednak, choćby na podstawie zbieranych co 10 lat danych spisu powszechnego, można sporo powiedzieć o rozwoju gospodarczym, warunkach życia czy mobilności gospodarczej ówczesnego społeczeństwa amerykańskiego. Ze względu na dostępność danych i zniesienie niewolnictwa po wojnie secesyjnej najlepszym okresem do tego typu badania wydają się lata 1865-1914.

Zmiany demograficzne i długość życia

Zanim przejdziemy do danych o gospodarce, warto zarysować demograficzne trendy w Stanach Zjednoczonych w tym samym okresie. Między 1865 a 1915 rokiem liczba ludności w USA rosła średnio o ponad 2% rocznie — przez co populacja zwiększyła się z 35 milionów w 1865 r. do 101 milionów w 1915 r.[3] Jednocześnie jeszcze szybciej rosła siła robocza — z 12 do 40 milionów. Źródeł tego wzrostu było kilka. Wymienić tu należy przede wszystkim bardzo wysoką dzietność (szacuje się, że wskaźnik urodzeń przekraczał 40 na 1000 osób w latach 70. XIX w.; później spadał, lecz ciągle przed I wojną światową wynosił około 30 na 1000 osób — w Polsce jest obecnie około 10 urodzeń na 1000 osób), spadającą śmiertelność i napływ imigrantów (napływ netto imigrantów ocenia się w tym czasie na około 20 mln osób). Ludzie żyli także coraz dłużej. Według danych dla Massachusetts (gdzie istnieją wiarygodne szacunki) w 1855 r. oczekiwana długość życia przy urodzeniu wynosiła 40 lat. U progu I wojny światowej było tu już więcej niż 50 lat.

Już sam fakt, że system gospodarczy jest w stanie wyżywić szybko rosnącą populację i że ludzie żyją coraz dłużej, sugeruje, iż ten system radzi sobie dobrze. Pamiętajmy przy dalszych rozważaniach o wzroście PKB czy poziomie płac, że mamy tu do czynienia ze społeczeństwem, które przeżywa eksplozję demograficzną, zalewanym jednocześnie przez imigrantów.

Rozwój gospodarczy i ceny

Lata 1865-1914 były dla amerykańskiej gospodarki bardzo pomyślne. Wedle szacunkowych danych Produkt Narodowy Brutto rósł w tych latach średnio o ponad 4%, przez co w interesującym nas okresie wzrósł mniej więcej ośmiokrotnie. Jeśli ten wynik skorygujemy o wzrost ludności, to okaże się, że PNB per capita rósł średnio o około 2% rocznie, dzięki czemu przed wybuchem I wojny światowej odczyt tego wskaźnika był mniej więcej 3 razy wyższy niż po wojnie secesyjnej. Żebyśmy mogli lepiej ocenić skalę tego wzrostu, warto być może odwołać się do bardziej współczesnych danych. Wciągu ostatnich pięćdziesięciu lat — 1965-2014 — wzrost PKB per capita[4] wyniósł średnio także około 2% rocznie. Jednak na przełomie XX i XXI wieku ten wzrost wyraźnie osłabł i np. w ostatnich 15 latach wyniósł jedynie średnio 1% rocznie[5]. Biorąc pod uwagę znaczne przyspieszenie rozwoju technologicznego, moglibyśmy się spodziewać, że współczesne gospodarki będą rosnąć szybciej. Tak się jednak nie dzieje i cały czas przełom XIX i XX wieku pozostaje jednym z najbardziej pomyślnych okresów dla amerykańskiej gospodarki[6].

Wzrost gospodarczy szedł przez długi czas w parze ze spadającymi cenami. Ta deflacja przybierała w niektórych dekadach dość wysokie wartości. Na przykład w latach 70. XIX w. indeks cen konsumpcyjnych spadł o prawie 30%. Nie przeszkodziło to jednak w żaden sposób w rozwoju gospodarki — ta dekada odznaczała się wyjątkowo wysokim wzrostem realnego PNB per capita — średnio prawie 3% rocznie. Kolejne dekady przyniosły już mniejsze spadki cen, a od późnych lat 90. XIX w. mieliśmy do czynienia z nietypowym jak na standard złota zjawiskiem — systematycznym wzrostem cen. Było to spowodowane odkryciem znacznych złóż złota w Kanadzie i w Republice Południowej Afryki. Napływ złota w połączeniu z rozwojem systemu bankowego opartego na rezerwie cząstkowej doprowadził do takiego wzrostu ilości pieniądza w obiegu, że rosnąca produktywność przestała odzwierciedlać się w stałym spadku cen.


Wykres 1. Poziom cen w Stanach Zjednoczonych w latach1865-1914 (indeks — 1913=100). Źródło: Federal Reserve Bank of St. Louis[7].

 

Płace i czas pracy

Choć statystyki PNB wskazują na systematyczny rozwój amerykańskiej gospodarki, to wiele osób może się zastanawiać nad tym, jak ten rozwój przełożył się na życie mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Podawanie tutaj przykładów gigantycznych fortun Rockefellera czy Carnegiego zapewne przeciętnego czytelnika nie przekona. Spójrzmy więc na statystyki dotyczące płac i długości czasu pracy robotników — czyli osób, które bywają często przedstawiane jako ofiary kapitalistycznego wyzysku.

Wykres 2. Realne płace w Stanach Zjednoczonych w latach 1860-1900 (w dolarach z 1914 r.) Źródło: Robert A. Margo, The Labor Force in the Nineteenth Century, [w:], The Cambridge Economic History of the United States, t. 2, Cambridge 2008, s. 223.

 

Jak widzimy na wykresie 2., płace po silnym spadku w czasie wojny secesyjnej dość regularnie rosły do końca XIX w., choć zdarzały się oczywiście okresy ich stagnacji bądź spadku. Przekładając liczby z wykresu na bliższe nam wartości możemy zauważyć, że:

Średnie roczne zarobki osób pracujących poza rolnictwem (w dolarach z 2008 r.) wynosiły około 7 000 USD w 1865 r. i wzrosły do mniej więcej 14 600 USD do 1914 r. Dzisiaj [książka została wydana w 2013 r.] ten wskaźnik wynosi około 32 000 USD.[8]

W przeciągu 50 lat, które są obiektem naszego zainteresowania realne płace wzrosły ponad dwukrotnie, co oznacza, że średnio rocznie zwiększały się o prawie 1,5%. Choć taka wartość może wydawać się niezbyt imponująca, to warto zauważyć, że przez kolejne 100 lat realne płace rosły znacznie wolniej, tj. średnio ok. 0,8% rocznie[9]. Widzimy zatem, że okres dzikiego kapitalizmu w USA z tego punktu widzenia wydaje się wyjątkowo korzystny dla robotników. Jeśli przyjrzymy się tej sprawie bliżej, to osiągnięcia tej ery będą jeszcze bardziej imponowały. Pamiętajmy bowiem o wspomnianym wcześniej kontekście demograficznym. Stany Zjednoczone były krajem, gdzie gwałtownie rosła liczba ludzi chętnych do pracy, tak Amerykanów, jak i imigrantów. Dodatkowo wraz z abolicją niewolnictwa około 4 milionów ludzi zyskało szansę na wejście na normalny rynek pracy. Pomimo takiego nacisku ze strony podaży pracowników ceny pracy systematycznie rosły.

To nie wszystko — nie dość, że płace były coraz wyższe, to pensje otrzymywano za coraz mniej godzin pracy. Nie dysponujemy jedną ciągłą serią danych na ten temat dla całego okresu, który nas interesuje, ale różne szacunki, przedstawione w tabeli 1., wskazują, że o ile w latach 1860-1870 tydzień pracy mógł wynosić od 61 do 66 godzin pracy, to w 1914 r. było to od 50 do 55 godzin. Możemy więc powiedzieć, że pomiędzy wojną secesyjną a I wojną światową płace wzrosły dwukrotnie, podczas gdy czas pracy skrócił się o jedną szóstą. Co znamienne, redukcja czasu pracy była wynikiem konkurencji o pracowników, a nie legislacji. Pierwsze w pełni obowiązujące restrykcje dotyczące czasu pracy pojawiły się w Massachusetts w latach 70. XIX w.[10] Dotyczyły one jednak jedynie kobiet i ustalały maksymalny dzienny czas ich pracy na 10 godzin (przy sześciodniowym tygodniu pracy oznaczało to 60 godzin tygodniowo). W następnych latach kolejne stany wprowadzały podobne regulacje dotyczące głównie kobiet i dzieci, jednak w 1910 roku te restrykcje obejmowały ciągle jedynie 7% siły roboczej — nie można więc wyjaśnić tak znacznego skrócenia tygodnia pracy działaniami polityków.

Tabela 1. Długość tygodnia pracy (w godzinach) w Stanach Zjednoczonych według różnych serii danych w latach 1830-1914. Źródło: Robert Whaples, Hours of Work In U.S. History.

 

Żeby zrozumieć w pełni, z jak fenomenalnym podniesieniem poziomu życia zetknęli się wówczas Amerykanie, można wskazać na kontrast pomiędzy osiągnięciami ówczesnego systemu a wynikami współczesnych gospodarek. W Stanach Zjednoczonych, gdy prawie nie istniało prawo pracy, a zarobki i warunki zatrudnienia zależały od dobrowolnych umów przedsiębiorcy i pracownika, płace systematycznie rosły, a warunki pracy poprawiały się. We współczesnych, rozwiniętych gospodarkach Europy mamy cały szereg regulacji i polityk, które próbują kształtować warunki zatrudnienia, wysokość płac, czy dopuszczalne kwoty imigrantów z państw biedniejszych. W Unii Europejskiej działa Europejski Fundusz Społeczny, poszczególne państwa i samorządy dużo inwestują w rozwój kapitału ludzkiego, szkolenia czy powszechną edukację na wszystkich poziomach. Jaki jest tego efekt? Płace realne nie rosną.

Wykres 3. Realny koszt jednostki pracy w wybranych państwach strefy euro w latach 1999-2014 (Indeks, 1999=100). Źródło: Rémi Bourgeot, Labour Costs and Crisis Management in the Euro Zone: A Reinterpretation of Divergences in Competitiveness.

Na wykresie 3. widzimy, że w ciągu ostatnich 15 lat płace realne w strefie euro pozostały mniej więcej niezmienione. W ciągu 15 lat dzikiego kapitalizmu w USA płace rosły średnio o jakieś 25%. Choć można oczywiście uznać, że te 15 lat, to wyjątkowo kiepski okres dla gospodarek strefy euro, to różnice tego rzędu trudno uznać za przypadkowe. Jest to raczej świetna ilustracja tego, co od lat powtarzają ekonomiści szkoły austriackiej — że najlepszym sposobem na podniesienie płac robotników jest umożliwienie akumulacji kapitału i zapewnienie swobody działania przedsiębiorców. W Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX w. te warunki były w znacznej mierze spełnione. Dziś tak niestety nie jest, co objawia się m.in. w stagnacji płac realnych.

Nierówności i mobilność

Wiemy już, że radykalnie wolnorynkowy system przyniósł Stanom Zjednoczonym szybki wzrost gospodarczy. Wiemy także, że był to wzrost „dobrej jakości”, bo prowadził do wzbogacenia się szerokich warstw ludności. Jeśli pomyślimy, jakie zarzuty mogliby wymyślić przeciwnicy gospodarki rynkowej skonfrontowani z takim przykładem, to, idąc za popularnością Thomasa Piketty’ego, zapewne wspomnieliby coś o nierównościach dochodu i majątku. I rzeczywiście — w historiografii dotyczącej problemu nierówności można spotkać się z tezą, że początkowe stadia industrializacji wiążą się ze wzrostem nierówności, który dopiero później wyhamowuje i w rozwiniętych już gospodarkach przechodzi w proces wyrównywania dochodów. Według Simona Kuznetsa apogeum nierówności w Stanach Zjednoczonych miało przypaść na okres pomiędzy rokiem 1870 a 1914[11]. Do dzisiejszego dnia ta hipoteza jest niepotwierdzona i nie powinniśmy mieć zbyt wielkich nadziei na to, że ta sytuacja się zmieni. Podstawowym problemem pozostaje bowiem brak systematycznych danych o dochodach. Dopóki nie wprowadzono podatku dochodowego, nie było potrzeby regularnego pomiaru dochodów ludności. Nie mamy też długich serii danych dotyczących nierówności majątkowych, a te dane, które posiadamy, nie pozwalają na jednoznaczne wnioski[12].

Nawet jeśli przyjmiemy, wbrew rozsądnym argumentom, że nierówności stanowią jakiś zasadniczy problem, to ciągle przy ocenie jakiegoś systemu gospodarczego pozostaje inne ważne pytanie: czy te nierówności dawało się pokonać? Czy ludzie urodzeni w biedzie mieli szanse stać się bogaczami? Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone przełomu XIX i XX wieku, to badania dotyczące mobilności zawodowej, wpływu długości życia na stan majątku, czy pozycji gospodarstw domowych w dystrybucji majątku w kolejnych dekadach, wskazują, że społeczeństwo amerykański cechowała duża mobilność dochodów i szansa na wzbogacenie się nie była li tylko elementem amerykańskiej mitologii, co raczej twardą rzeczywistością. Zacytujmy dłuższy fragment artykułu, który podsumowuje te badania:

Chociaż dziewiętnasty wiek mógł być okresem nierówności lub wręcz rosnących nierówności, to był także czasem ogromnych szans. Pracownicy fizyczni [w oryginale blue-collar worker] i rolni nie byli skazani na swoje zawody przez całe życie. Wielu udało się przejść na pozycje wymagające większych kwalifikacji lub stało się właścicielami gospodarstw rolnych. Niektórzy stali się nawet pracownikami umysłowymi [w oryginale white-collar worker], kupcami lub przedsiębiorcami.

Granica[13] była źródłem szans i równości. Równość była jednak krótkotrwała. W miarę postępu procesu zasiedlania, nierówności wzrastały, jako że przyjeżdżający najwcześniej akumulowali bogactwo i przejmowali zyski z wczesnego przybycia. Wydaje się, że Turner ma w połowie rację, opisując gospodarcze przewagi granicy. Granica nie była miejscem „gospodarczej równości”, ale dawała „wolność do awansu” lub „szansę do wykorzystania”.

Chociaż rodzinne pochodzenie było ważną determinantą gospodarczego sukcesu, to dzieci biedniejszych rodziców nie były skazane na biedę. Istniały silne międzypokoleniowe ruchy w górę i w dół w stronę średniej w rozkładzie dochodów i bogactwa.

Zmienność w rozkładzie bogactwa także była znaczna. Gospodarstwa domowe z niewielkim majątkiem dość często poprawiały swoją gospodarczą pozycję. Bogaci nie mieli gwarancji, że pozostaną wśród najbogatszych.

Te ostatnie cztery wnioski — znaczna mobilność zawodowa w górę, zmienność bogactwa w czasie, dobroczynne efekty granicy na istnienie szansy poprawy losu, znaczna mobilność międzypokoleniowa — sugerują, że obserwacja Tocqueville’a o „płynności” amerykańskiego rozkładu majątku była dość trafna.[14]

Podsumowanie

Stany Zjednoczone pomiędzy wojną secesyjną a I wojną światową są jednym z przykładów na to, że radykalne wolnorynkowe rozwiązania zdają egzamin — prowadzą do powszechnego wzrostu dobrobytu. Wolny rynek nie jest wcale systemem tylko dla bogatych kapitalistów-monopolistów, którzy wyzyskują swoich robotników. Wręcz przeciwnie — omawiany amerykański epizod wskazuje, że swoboda gospodarcza daje wyniki w postaci wydłużenia życia i podniesienia jego standardu dla wszystkich.

[1] Konsekwentni wolnorynkowcy mogliby narzekać na wysokość ceł, subsydia dla zaprzyjaźnionych z politykami kapitalistów (np. na budowę niektórych linii kolejowych), uznanie ziemi przyłączanej na zachodzie kraju za państwową, regulację systemu bankowego czy na eksploatację południowych stanów po wojnie secesyjnej. Końcówka XIX i początek XX w. to także początek „cywilizowania” kapitalizmu — m.in. wprowadzono wtedy prawo antytrustowe, powołano Food and Drug Administration, zaczęto ograniczać swobodę umów o pracę. Jednak wedle naszych standardów system gospodarczy był ciągle mocno wolnorynkowy w momencie wybuchu I wojny światowej.

[2] Systematyczne zbieranie danych o PNB/PKB to dzieło lat 40. XX w.

[3] Dane o ludności, PNB i cenach, jeśli nie wskazano inaczej, przytaczam za: Robert Higgs, The Transformation of The American Economy. An Essay in Interpretation, wyd. 2, Auburn 2011, s. 18-24. Ta dość krótka książka Higgsa to świetne wprowadzenie do historii gospodarczej i społecznej Stanów Zjednoczonych w omawianym w tym artykule okresie. Chociaż książka pierwotnie została wydana w 1971 r., kiedy Higgs był jeszcze metodologicznym pozytywistą (o swoich zmianach w myśleniu o ekonomii i historii Higgs wspomniał w przedmowie do drugiego wydania książki i opowiedział m.in. w przeprowadzonym z nim wywiadzie), przez co do niektórych wniosków należy podchodzić sceptycznie, to statystyki zaprezentowane w książce nie straciły wiele na aktualności.

[4] Obecnie to ten wskaźnik, a nie PNB, jest standardową miarą dobrobytu.

[5] Dane za: FRED — http://research.stlouisfed.org/fred2/series/A939RX0Q048SBEA#, dostępne online (14.01.2015).

[6] Choć na pierwszy rzut oka wyniki dla przełomu XIX i XX wieku nie wyglądają spektakularnie (oczywiście obecne społeczeństwo USA może o takich wskaźnikach jedynie pomarzyć), to jeśli jednak weźmiemy pod uwagę sposób mierzenia PNB i PKB, to stanie się jasne, że lata 1865-1914 zasługują pod względem wzrostu gospodarczego na podziw. Dzieje się tak, ponieważ znaczna liczba dóbr i usług konsumowanych przez ówczesnych Amerykanów nie wlicza się do rachunków dochodów narodowych. Jeśli przykładowo mama zostawała w domu ze swoją liczną gromadką dzieci i opiekowała się nimi, to nie dostawała żadnej pieniężnej pensji. Obecnie te same zadania wykonują często np. żłobki czy przedszkola. Jako że przedszkola czy żłobki otrzymują pieniężną zapłatę, to usługi te są wliczane do PKB. Pewna część notowanego wzrostu gospodarczego po II wojnie światowej, kiedy udział kobiet na rynku pracy zaczął rosnąć, wynika właśnie z tego zjawiska — eksportu pewnych usług poza gospodarstwa domowe (można tu też dodać np. jedzenie w restauracjach a nie w domu, ograniczenie roli rolnictwa i konsumpcji własnych produktów). Ważnymi elementami we współczesnych rachunkach PKB są także rządowa konsumpcja dóbr i usług i rządowe inwestycje w środki trwałe. Wielu autorów wyrażało poważne wątpliwości, czy takie wydatki należy zaliczać do PKB — skoro nie przeszły rynkowego testu przydatności, to możemy być agnostyczni co do ich dobroczynnego wpływu na dobrobyt. Trudno np. pogodzić się z tym, że wydatki na drony, które regularnie zabijają pakistańskich cywili, bądź usługi urzędników IRS, gnębiących amerykańskich podatników, zwiększają dobrobyt Amerykanów. Na przełomie XIX i XX wieku wydatki publiczne stanowiły 3-4 razy mniejszą część PKB niż obecnie. Można stąd wnioskować, że część wzrostu PKB w XX wieku była sztucznie napompowana przez rządowe wydatki. Dlatego też wzrosty z lat 1865-1914 wypadają raczej relatywnie lepiej niż te po II wojnie światowej.

[7] Bank Rezerwy Federalnej zaczerpnął te dane z National Bureau of Economic Research. Szare paski na wykresie mają oznaczać recesje. Z wykresu wynikałoby, że lata 70. XIX w. były prawie że jedną długą recesją, co stoi niejako w sprzeczności z przytoczonymi przez mnie danymi o wzroście PNB per capita rzędu 3% rocznie. W rzeczywistości dane NBER o recesji są nie do pogodzenia z naszą wiedzą o gospodarce tej dekady. Więcej danych na ten temat znajdą czytelnicy między innymi w artykule Thomasa Woodsa czy w notce w Mises Wiki.

[8] Paul Swanson, An Introduction to Capitalism, New York 2013, s. 35 [tłumaczenie — MB]. W ramach przykładu, jak różnie można interpretować dane historyczne, warto w tym miejscu przywołać dalsze słowa autora, który nie ukrywa swoich antykapitalistycznych skłonności: „Zaskakuje jednak fakt, że zarobki robotników wzrosły w drugiej połowie XIX wieku — w ciągu 50 lat urosły ponad dwukrotnie. W tym okresie rozrastające się i monopolizujące rynek korporacje były bardzo silne i z całą swoją mocą próbowały ciąć koszty i kontrolować siłę roboczą. Jednak pracownikom udało się jednocześnie zwiększyć zarobki i skrócić uciążliwy czas pracy (z 60 godzin tygodniowo w 1890 do 55,2 godzin tygodniowo w 1914 r.). Najwidoczniej pracownicy potrafili w jakiś sposób skutecznie konkurować z wielkimi przemysłowcami swojej ery, dzięki czemu robotnicy odzyskali rozsądną część ciągle rosnącej produkcji, która koniec końców była przecież ich zasługą” — Ibidem.

[9] Ocenia się, że pomiędzy rokiem 1800 a 1992 realne płace w USA wzrosły mnie więcej trzynastokrotnie. Trudno jednak znaleźć odpowiednie indeksy cenowe, które w pełni oddawałyby skalę postępu technicznego i dostępności nieznanych wcześniej dóbr i usług. Deirdre McCloskey, powołując się na badania Williama Nordhausa, tak opisuje skalę zmian, jakie przyniósł Amerykanom kapitalizm: „Nordhaus dochodzi do wniosku, że pomiędzy 1800 a 1992 r. realna płaca w gospodarce amerykańskiej — wynagrodzenie pieniężne podzielone przez ceny produktów odpowiednio skorygowane o ich podwyższoną jakość — wzrosła nie 13 razy, jak wskazywały tradycyjne i kiepskie badania, ale przynajmniej 40 razy, a być może nawet 190 razy” — Deirdre McCloskey, Bourgeois Dignity. Why Economics Can’t Explain the Modern World, Chicago 2010, s. 57 [tłumaczenie — MB]. Jeśli przyjmiemy wyliczenia Nordhausa, to możemy przypuszczać, że pomiędzy 1865 a 1914 r. płace wzrosły nie dwukrotnie, ale znacznie szybciej.

[10] Informacje te podaję za Robert Whaples, Hours of Work In U.S. History.

[11] Clayne Pope, Inequality in the Nineteenth Century, [w:], The Cambridge Economic History of the United States, t. 2, Cambridge 2008, s. 111-112.

[12] Ibidem, passim.

[13] Tym terminem określa się zwyczajowo w historiografii amerykańskiej pas ziemi, gdzie zaludnienie wynosiło pomiędzy 2 a 6 osób na milę kwadratową. O przesunięciach „granicy” coraz bardziej na zachód zob. R. Higgs, op. cit., s. 25-26.

[14] Clayne Pope, op.cit., s. 138 [tłumaczenie — MB].

7 odpowiedzi na „Benedyk: Dziki kapitalizm w Stanach Zjednoczonych”

  • Panie Mateuszu, plik PDF nie działa.

    Pozdrawiam

  • Szach mat socjaliści 🙂

  • Lata po 1865 roku to był okres drugiej rewolucji technicznej, koncentracji produkcji, zmiany formy prowadzenia działalności gospodarczej z przedsiębiorstwa indywidualnego właściciela na spółkę akcyjną, zmiany struktur rynku z konkurencji doskonałej na oligopol a w wielu przypadkach monopol. Przyspieszenie gospodarcze był ogromne ale trudno je przypisać „dzikiemu kapitalizmowi. Państwo odcięło rynek wewnętrzny od konkurencji zagranicznej prohibicyjnymi cłami, wprowadzano pierwsze regulacje federalne, a przed tem mnóstwo regulacji stanowych. Warto odejść od ideologii na rzecz badania rzeczywistości.
    Pozdrawiam

    • „Badając rzeczywistość” w taki sposób jak proponujesz bardzo łatwo dojść do błędnych wniosków. W jaki sposób oddzielisz to co rozwój spowodowało od tego co zatrzymało potencjalnie jeszcze większy rozwój? Patrząc tylko na efekty nie jesteś w stanie powiedzieć co było ich przyczyną bez analizy logicznej od podstaw. W fizyce możesz wnioskować na podstawie skutków eksperymentu gdyż jesteś w stanie wyizolować układ badawczy, w gospodarce nic nie wyizolujesz.

  • Rynki nie mogły zmienić struktury z konkurencji doskonałej, ponieważ to jest czysto abstrakcyjna konstrukcja, nie mająca prawa zaistnieć (przynajmniej w twardej wersji) w rzeczywistości. Dodatkowo bez mocnego lobbingu u ustawodawców z tymi monopolami było słabiutko do lat 70 XIX w.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cytat:
  • Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim. Henry Hazlitt
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W maju wsparli nas:
Pan Neil Abragimowicz
Pan Dominik Aromiński
Pan Marcin Bałazy
Pan Adam Banys
Pan Bartosz Baranowski
Pan Marek Barciński
Pan Bartosz Bartoszko
Pan Michał Basiński
Pan Kamil Becmer
Pan Konrad Berkowicz
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Sebastian Bigos
Pan Artur Tadeusz Birczyński
Pan Karol Bisewski
Pan Arkadiusz Bodura
Pan Tomasz Boguszewski
Pan Rafał Boniecki
Pan Tomasz Borkowski
Pani Dominika Buczek
Pan Arkadiusz Bykowski
Pan Marceli Chałubiński
Pan Robert Ciborowski
Pan Artur Czerwiński
Pan Marcin Dabkus
Pan Wojciech Dąbek
Pan Kamil Deleżuch
Pan Marcin Dengus
Pan Michał Dębowski
Pan Tomasz Dorau
Pan Stanisław Duda
Pan Tomasz Dworowy
Pan Gniewomir Dziadek
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Eugeniusz Flibrant
Pan Jarosław Garbowski
Pan Grzegorz Gawinowski
Pan Marek Gazda
Pan Łukasz Gąsowski
Pan Hubert Gebler
Pan Marcin Głombica
Pan Marcin Gmaj
Pan Adrian Gołosz
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Maciej Gorzelak
Pan Daniel Góra
Pan Karol Grodzicki
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Mariusz Grzebielucha
Pan Kamil Grzebyta
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Jacek Hecht
Pan Andrzej Heydel
Pan Patryk Hołub
Pan Tomasz Hrycyna
Pan Stanisław Hyrnik
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Robert Iwaszkiewicz
Pan Marcin Jaczewski
Pan Bartosz Jakusz
Pan Mirosław Janisz
Pan Konrad Janiec
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Bartosz Jezierski
Pan Wojciech Jodłowski
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Dariusz Kabarciński
Pan Krzysztof Karp
Pan Paweł Kasprowicz
Pan Michał Kawa
Pan Piotr Kazimierski
Pan Rafał Kensy
Pan Michał Klich
Pan Tomasz Kłosiński
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Tadeusz Kominek
Pan Kamil Kopeć
Pan Jan Kosmala
Pan Tomasz Kowalczewski
Pan Rafał Kowalczyk
Pan Marcin Kowalewski
Pan Bartosz Kowalski
Pan Michał Kozar
Pan Antoni Kozielewski
Pan Andrzej Koźlik
Pan Daniel Marcin Krawieczyński
Pani Joanna Kruk
Pan Karol Krzysiak
Państwo Agnieszka i Łukasz Krzymowscy
Pan Mateusz Kućka
Pan Wojciech Kukla
Pan Tomasz Kułaga
Pan Marcin Kurzeja
Pan Mateusz Kuska
Pan Witold Kwaśnicki
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Szymon Loduchowski
Pan Maciej Lorenc
Pan Paweł Łagowski
Pan Adrian Łazarski
Pan Adrian Łukasik
Pan Mateusz Łukomski
Pan Jerzy Machowski
Pan Paweł Majdan
Pan Gracjan A. Majewski
Pan Tadeusz Malinowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Mateusz Małż
Pan Maciej Matwiejczuk
Pan Adam Mazik
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pan Dawid Megger
Pan Miłosz Mirowski
Pan Paweł Młynarek
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Błażej Naczyński
Pan Tomasz Netczuk
Pan Łukasz Niedziałek
Pan Konrad Niemotko
Pan Dawid Nowak
Pan Paweł Nowak
Pan Filip Nowicki
Pan Marek Oleszko
Pani Karolina Olszańska
Pan Rafał Opryszczko
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Adam Pajęcki
Pani Maria Papis
Pan Wojciech Peisert
Pan Łukasz Piątkowski
Pan Iwo Pietrala
Pan Mateusz Pigłowski
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Rafał Podgórski
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Alfred Podstolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Tomasz Polkowski
Pan Andrzej Pondarzewski
Pan Maciej Przepiórka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Dominik Pytlewski
Pan Michał Rałowski
Pan Jacek Rusiecki
Pan Karol Rzepiela
Pan Jakub Sabała
Pan Michał Sałaban
Pan Mateusz Sawicki
Pan Maciej Seremek
Pan Paweł Sierzupowski
Pan Wojciech Siłko
Pan Jarosław Skoczylas
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Maksymilian Spik
Pan Rafał Staniec
Pan Jan Stasiczak
Pan Piotr Szewc
Pan Władysław Szewc
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Maciej Szymański
Pan Adam Ślązak
Pan Marek Świerk
Pan Jan Maria Talar
Pan Tomasz Trocki
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Osman Waroński
Pan Piotr Warzecha
Pan Aleksander Adam Wegner
Pan Marek Wiatroszak
Pan Karol Więckowski
Pan Jacek Wilk
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Jacek Wołpiuk
Pan Michał Woźnikiewicz
Pan Paweł Wójtowicz
Pan Piotr Wrotny
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Wyszyński
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Karol Zdybel
Pan Jakub Zelek
Pan Marek Zemsta
Pan Andrzej Zientek
Pan Dawid Zięba
Pan Aleksander Żarnowski
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 29 345,82 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>