Rothbard: Kłopoty ze związkami

9 maja 2015 Ekonomia pracy i demografia komentarze: 0

Autor: Murray Rothbard
Tłumaczenie: Jan Lewiński
Wersja PDF, EPUB, MOBI

Fragment książki Ekonomiczny punkt widzenia, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Instytutu Misesa — nadal można zostać mecenasem dzieła.

związkamiZwiązki zawodowe znów prężą muskuły. Przed rokiem strajk wymierzony w nowojorskie „Daily News” przyniósł właścicielowi tak wielkie straty, że musiał on sprzedać tytuł za grosze potentatowi rynku Robertowi Maxwellowi, który był w stanie przyjąć warunki związkowców. Przedtem związek zawodowy kierowców autobusów dał się we znaki firmie Greyhound i w końcu ją pokonał. Co sprawiło, że związki zawodowe mogły wygrać strajki, mimo topnienia od drugiej wojny światowej zarówno ich szeregów, jak i popularności? Odpowiedź jest prosta: w obu przypadkach kierownictwo zatrudniło pracowników na zastępstwo i starało się kontynuować produkcję. Spotkało się to za każdym razem z systematyczną agresją, skierowaną przeciw produktowi i tymczasowo zatrudnionym.

Podczas strajku „Daily News” chicagowska Tribune Company, która była właścicielką gazety, najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, że od niepamiętnych czasów jej związek zawodowy trzymała w garści bandyterka: związek dokonywał powtarzających się aktów napaści na stoiska z gazetami — raniąc sprzedawców i niszcząc ich miejsca pracy, aż w końcu nikt już nie chciał wykładać „Daily News”. Policja otrzymała nakaz zachowania typowej prawie wszędzie poza Południem „neutralności” względem sporów o pracę, musiała więc uporczywie ignorować gangsterskie działania związków zawodowych wymierzone w pracodawców i łamistrajków. Doszło do tego, że jedyne egzemplarze gazety, które można było podczas długotrwałego strajku zdobyć, były bezpośrednio sprzedawane bezdomnym, odsprzedającym je na stacjach metra. Zdaje się, że przedstawiciele związku zawodowego obawiali się, iż pobicia lub morderstwa bezdomnych mogłyby splamić jego wizerunek, budowany przez agencje PR. W przypadku firmy Greyhound snajperzy wielokrotnie ostrzeliwali autobusy, powodując obrażenia u kierowców i pasażerów. Krótko mówiąc, kluczem do sukcesu strajku jest użycie przemocy.

Historia amerykańskich związków zawodowych obfituje w przesłodzone i przesadzone opowiastki o pełnych przemocy strajkach w Pullman Company, Homestead Steel i tak dalej. Ze względu na wyraźną predylekcję do związków zawodowych, cechującą praktycznie rzecz biorąc wszystkich zajmujących się strajkami historyków, ich opisy wyraźnie sugerowały, że agresywne zachowania dotyczyły wyłącznie wynajętych przez pracodawcę strażników, według uznania bijących przywódców związków. Fakty wyglądają jednak zgoła odmiennie. Do przemocy uciekały się niemal wyłącznie bojówki związkowców, niszcząc mienie pracodawcy i w szczególności napadając na zastępujących ich robotników, zwykle wcześniej obrzuconych jeszcze epitetem „zdrajców”[1] (co za uwłaczający język!).

Wina związków zawodowych w tej sytuacji jest bezsporna i wynika z jej charakteru. Zatrudniający nie chcą przemocy — zależy im na tym, aby w spokoju produkować i sprzedawać swoje produkty. Agresja działa na ten proces niszcząco, zmniejszając przychody ich firm. Tymczasem jedynym sposobem na zapewnienie sobie przez związki zawodowe zwycięstwa jest uniemożliwienie przedsiębiorcom dalszej działalności wytwórczej — to właśnie dlatego wzięcie na celownik bezpośredniej konkurencji członków związków, czyli zastępujących ich tymczasowo pracowników, jest dla nich wręcz koniecznością.

Apologeci związków zawodowych uznają, że pracownicy mają „prawo do strajkowania”. Nikt temu nie przeczy. Nie ma wielu ludzi — może pomijając histeryków, którzy reagowali tak jak Truman, straszący wzięciem w kamasze strajkujących robotników przemysłu stalowego i skierowaniem ich na odcinek produkcji — którzy zachwalaliby przymusową pracę. Każdy na pewno ma prawo odejść z pracy. Nie tu jednak jest pies pogrzebany. Chodzi o to, czy zatrudniający ma prawo do najęcia pracowników zastępczych i do kontynuowania produkcji.

Związki zawodowe machają też swoimi szabelkami politycznymi, usiłując przepchnąć przez Kongres ustawy zabraniające pracodawcom zatrudniania stałych zastępców, czyli przekazywania strajkującym następującej wiadomości: „bardzo dobrze, odeszliście z pracy, życzę miłej drogi!” Obecnie prawa przedsiębiorcy są w tym względzie bardzo osłabione: nie wolno im trwale zastąpić i efektywnie zwolnić z pracy robotników biorących udział w strajkach spowodowanych „nieuczciwymi praktykami pracodawcy”. Jeśli Kongres miałby coś zrobić, to powinien rozszerzyć prawo do zwalniania pracowników także na te właśnie przypadki.

Jakby zwyczajowego już wykorzystania agresji przez związki zawodowe było mało, to jeszcze cała ich ideologia naszpikowana jest licznymi błędami. Jej przedstawiciele wyznają dziwaczną teorię, zgodnie z którą pracownik rzekomo „posiada” swoje miejsce pracy, więc odebranie go strajkującemu przez pracodawcę powinno być prawnie karane. „Własność miejsca pracy” to, rzecz jasna, jawne złamanie wchodzącego w skład praw własności prawa pracodawcy do rozwiązywania lub zawiązywania stosunków pracy z dowolnymi osobami. Nikomu nie należy się „prawo do pracy” przyszłej; można jedynie otrzymywać płacę w zamian za wykonanie zakontraktowanej pracy. Nikt nie powinien mieć prawa do traktowania swojego pracodawcy jak dojnej krowy, z której można w nieskończoność zdzierać skórę — żadne to prawo, lecz zwyczajna systematyczna kradzież cudzej własności.

Nawet wtedy, gdy przemoc związków zawodowych nie jest bezpośrednia, powinno być oczywiste, że uświęcone w pieśniach pikiety, blokujące wejścia do zakładów pracy[2], to nic więcej jak tylko brutalne próby zastraszenia pracowników próbujących dostać się na miejsce zatrudnienia. Pomysł, jakoby pikiety miały być li tylko formą „wolnej wypowiedzi”, jest wprost niedorzeczny: jeśli związki miałyby zamiar jedynie poinformować mieszkańców okolicy o tym, że strajk się odbywa, to można byłoby zorganizować pikietę w jednym miejscu, a nawet ogłosić to w lokalnych mediach, co wywołałoby mniejsze zamieszanie. Nawet jeśli odbyłaby się tylko jedna pikieta, to na czyjej własności związkowcy mieliby prawo ją urządzić? W tej chwili sądy nie mają spójnej opinii co do tego, czy strajkujący mają prawo pikietować na terenie mienia należącego do wybranego przez nich pracodawcy. Bezapelacyjnie jest to jednak atak na prawo własności przedsiębiorcy, który zostaje zmuszony do przyjęcia wkraczającego na miejsce pracy manifestanta, otwarcie zamierzającego rzucać nań gromy i psuć jego interesy.

Inne pytanie: czy związek zawodowy ma prawo pikietować chodnik przed fabryką bądź siedzibą firmy? Jak dotąd to prawo było łatwo uznawane przez sądy. Lecz za taki chodnik zwykle odpowiada właściciel przyległego budynku, mając obowiązek jego utrzymywania, zachowywania drożności itp. Można powiedzieć, że właściciel budynku jest także „posiadaczem” chodnika, dlatego ogólny zakaz okupacji prywatnej własności powinien mieć zastosowanie także w tym przypadku.

Kłopot ze związkami zawodowymi w Stanach Zjednoczonych sprowadza się do dwóch kwestii, które wymagają pilnej reformy. Pierwszą z nich jest regularne sięganie przez strajkujące związki po przemoc. Na szczeblu lokalnym da się temu zapobiec, instruując policję, aby chroniła także tę własność prywatną, która należy do pracodawców, natomiast na poziomie federalnym można znieść okrytą złą sławą ustawę Norrisa-LaGuardii z 1932 roku, która odebrała sądom federalnym możliwość wydawania zakazów stosowania agresji w sporach o pracę.

Przed 1932 rokiem takie zakazy skutecznie umożliwiały hamowanie napastliwości związków zawodowych. Potrzebę przyjęcia ustawy uzasadniano cieszącymi się uznaniem, ale naciąganymi badaniami Felixa Frankfurtera, w których ten niezgodnie z prawdą twierdził, że owe zakazy dotyczyły nie przemocy, lecz samych w sobie strajków (w sposób mistrzowski i ostateczny — tylko, niestety, o pół wieku za późno — tezy Frankfurtera obalił Sylvester Petro w Unions and the Southern Courts — The Conspiracy and Tort Foundations of Labor Injunction, “The North Carolina Law Review”, marzec 1982 roku).

Kolejnym ważnym krokiem jest uchylenie świętej krowy, jaką jest ustawa o narodowych stosunkach pracowniczych z 1935 roku (zwana też ustawą Wagnera), która pozostaje mimo zmian zbiorem podstawowych przepisów regulujących działalność związków zawodowych na poziomie federalnym i w tych stanach, które za wzór w tym względzie obrały sobie prawo federalne. Ustawa Wagnera jest mylnie przedstawiana w podręcznikach ekonomii jako uchwała „gwarantująca prawo do układów zbiorowych pracy”. Duby smalone. Związki zawodowe zawsze miały to prawo. Ustawa Wagnera uczyniła coś innego: zmusiła pracodawców do prowadzenia układów zbiorowych „w dobrej wierze” z każdym związkiem zawodowym, o którym Narodowa Rada ds. Stosunków Pracowniczych (NLRB) powie, że został wybrany w wyborach NLRB przez większość „jednostki układu zbiorowego” — jednostki, którą NLRB arbitralnie sama sobie definiuje.

Pracownicy, którzy w tej jednostce głosowali za wyborem innego związku lub niewybieraniem żadnego z nich, są prawnie przymuszeni do bycia „reprezentowanymi” przez wybrany związek zawodowy. Aby umożliwić działanie tego rodzaju nakazowych układów zbiorowych, pracodawcy nie mogą zwolnić związkowej wierchuszki, muszą zapewnić samym związkom przestrzeń na organizację ich działań i zakazuje się im „dyskryminacji” organizatorów związków zawodowych.

Innymi słowy, od 1935 roku musimy znosić przymus układów zbiorowych. Związki zawodowe nie zaczną grać fair i nie będziemy mieli wolnej gospodarki, dopóki ustawy Wagnera i Norrisa-LaGuardii nie zostaną wyrzucone na śmietnik historii jako kluczowe elementy etatyzmu, który zaczął pętać ten kraj za sprawą Nowego Ładu, od tej pory nie ustępując.

[1] W oryginale „scabs”, czyli dosłownie „strupy”, jak określa się w języku angielskim łamistrajków (przyp. JL).

[2] Autor mówi o tzw. picket lines, czyli formie strajku absencyjnego (polegającego na absencji strajkujących na ich stanowiskach pracy) połączonego z blokadą wejść do siedziby pracodawcy. Tej formy strajku nie należy mylić ze strajkiem okupacyjnym, czyli zablokowaniem miejsc pracy już na terenie zakładu (przyp. JL).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Murray N. Rothbard

Murray Newton Rothbard (ur. 2 marca 1926, zm. 7 stycznia 1995) - ekonomista, historyk, filozof prawa i polityki. Uczeń Ludwiga von Misesa. Autor traktatu ekonomicznego "Man, Economy and State" (polskie wydanie: "Ekonomia wolnego rynku") oraz wielu innych książek i artykułów o ekonomii i historii. Jeden z twórców współczesnego libertarianizmu.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy