Autor: Per Bylund
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Katarzyna Lasek
Wersja PDF, EPUB, MOBI

Tekst z 2005 roku

imigracyjnaŚwiat przed 1914 rokiem nie doświadczał żadnych problemów związanych z imigracją, ani nie znał polityk poświęconych temu zagadnieniu. Nie było kontroli granicznych. Istniało swobodne przemieszanie się osób w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Nie zadawano żadnych pytań, ludzie byli traktowani z szacunkiem, nie były nawet potrzebne oficjalne dokumenty, by przekroczyć granice kraju. Wszystko zmieniło się po I wojnie światowej, od kiedy to państwa wydają się rywalizować ze sobą w posiadaniu najmniej humanitarnego podejścia do cudzoziemców szukających schronienia w granicach.

Polityka imigracyjna współczesnych państw to jeszcze kolejny system zezwoleń dwudziestego wieku: wprowadzono obowiązkowe wydawanie pozwoleń na przemieszczanie się. Ruch przez sztucznie wyznaczone granice w poszukiwaniu lepszych możliwości, miłości czy pracy jest praktycznie niemożliwy. Niezależnie od tego, czy chcemy przejść przez rzekę, góry czy las, niezbędne jest zezwolenie wydane przez państwo. I choć runął mur berliński, ideologia stojąca za jego powstaniem nadal istnieje i ma się całkiem dobrze.

Obecnie, gdy działa program Americans First Busha, i kosztem podatników zacieśniają się granice, wydaje się, że Stany zaczynają osiągać apogeum licencjonowania. Naród zbudowany na imigracji powinien dziwić fakt, iż jego prezydent inwestuje w politykę mającą powstrzymać napływ imigrantów oraz rozważa nakładanie grzywien na pracodawców zatrudniających przybyszów.  Ale celem tej polityki nie jest zdrowo rozwijające się, silne społeczeństwo, ponieważ wraz z kontrolami granicznymi zwiększa się nadzór, regulacje i kontrola. Europejczycy wiodą prym w staraniach o osiągnięcie endogamii oraz gospodarczego zastoju na całym kontynencie. Stosują do tych celów politykę „Fort Europe”: nikt nie przyjeżdża, nikt nie wyjeżdża.

Procedury przyznawania zezwoleń na migracje nie różnią się w żaden sposób od innych, mimo że uzyskały specjalną nazwę. Wydawanie zezwoleń ma ten sam skutek bez względu na to, na co są one wydawane: udzielanie pozwolenia lekarzom prowadzi do pogorszenia się opieki zdrowotnej, pomimo iż zwiększa jej koszty. Podobnie koncesje w branży taksówkarskiej prowadzą do spadku poziomu jakości usług i ich punktualności, a wzrostu cen. Wydawanie pozwoleń umożliwiających przemieszczanie się jest równoznaczne z ograniczeniem wolności oraz wyższymi podatkami (niezależnie czy będą one nałożone na pełnoprawnych obywateli czy obcokrajowców). Z punktu widzenia zwolenników libertarianizmu wydaje się dość jasne, że wszystkie koncesje powinny być zniesione, włączając te dotyczącą imigracji.

Niestety sprawa imigracji wydaje się nieco dzielić libertarian, ponieważ istnieją dwa sprzeczne poglądy na temat, w jaki sposób radzić sobie z wzrostem populacji poprzez migracje. Z jednej strony, będąc zwolennikiem libertarianizmu, nie można popierać kontrolowanej polityki imigracyjnej, ponieważ rząd sam w sobie nie jest nigdy legalny. Jest to pewnego rodzaju klasyczne stanowisko libertarian w kwestii imigracji: otwarte granice.

Z drugiej strony teoria o prawach naturalnych oraz, w szczególności, prawach własności prywatnej mówi nam, że każdy człowiek może przeprowadzić się w dowolnie wybrane miejsce, ale musi najpierw albo kupić kawałek ziemi, na której będzie mieszkał, albo chociaż uzyskać niezbędne pozwolenie od właściciela. W innym przypadku imigracja staje się naruszeniem naturalnych praw, wkroczeniem na zakazany teren. Taka jest interpretacja imigracji oparta na zasadach libertariańskich, którą parę lat temu zaprezentował Hans-Hermann Hoppe. Od tego czasu uzyskuje ona wzrastające poparcie oraz uznanie.

Dla obserwatorów niebędących zwolennikami Partii Libertariańskiej, dyskusja na temat tych dwóch alternatyw musi wydawać się absurdalna. Jaki jest pożytek z libertariańskiej idei wolności, jeśli nie można porozumieć się w tak prostej kwestii jak imigracja? Pragnę pokazać, że idea libertariańska jest rzeczywiście tak silna jak twierdzimy, oraz że nie ma powodu, by nie udało się osiągnąć konsensusu w sprawie imigracji. Obie strony biorące udział w debacie: antyrządowa oraz ta wspierająca własność prywatną z jakiegoś powodu nie dostrzegają, że nie ma rzeczywistych sprzeczności między ich poglądami.

Stanowisko nieuznające polityki rządowej w kwestii imigracji (inaczej: argumentacja broniąca otwartych granic) oraz stanowisko odwołujące się do własności prywatnej to dwie strony tej samej monety: ich orędownicy zapomnieli jednak, że diabeł tkwi w szczegółach. Przyjrzyjmy się argumentom obu obozów i zidentyfikujmy mocne oraz słabe strony ich poglądów. 

Otwarte granice

Osoby broniące idei „otwartych granic” w kwestii imigracji twierdzą, że granice pomiędzy państwami to sztuczne twory oparte na przymusowej władzy państwa i dlatego w żaden sposób nie są zgodne z prawem. Biorąc pod uwagę bieg spraw, nie powinniśmy (albo nie możemy) kontrolować imigracji. Każdy ma prawo osiedlić się i mieszkać tam, gdzie chce. Jest to kwestia prawa naturalnego; nikt nie ma prawa zmusić mnie do czegoś, chyba że jest to akt samoobrony w sytuacji, gdy ja naruszam prawa danej osoby.

W porządku świata opartym na prawach naturalnych tego typu twierdzenie byłoby prawdziwe. Złotą, a zarazem praktyczną zasadą, jest zachowanie polegające na tym, że jeśli ktoś zostawi mnie w spokoju, to ja odwdzięczę się tym samym. Jeśli natomiast ktoś będzie próbował zaatakować mnie albo zmusić do czegoś, mam prawo użyć siły, aby bronić siebie i tego, co do mnie przynależy. Wydaje mi się, że wszyscy zgodzimy się, że jest to fundamentalny argument podsumowujący idee libertariańskie, albo tzw. libertariańską umowę społeczną.

Problem z tym poglądem polega jednak na tym, że dominuje w nim perspektywa makro. Głosi ona, że nie powinno być państw, a co za tym idzie także i granic między nimi, przedstawiając argumenty mające punkt wyjścia w podziale ludzkości na narodowości według kryterium terytorialnego i etnicznego. Niemożliwe jest dojście do kompromisu w sprawie imigracji np. do Stanów Zjednoczonych, jeśli zaczniemy nasz wywód od libertariańskiej idei. Czym jest „imigracja” w świecie, gdzie nie istnieją państwa? 

Własność prywatna

W tym przypadku za oczywistą przyjmuje się perspektywę imigracji będącą mniej makro. Prawo naturalne jednostki do dokonywania własnych wyborów i prawo do własności prywatnej jest punktem wyjścia tej ideologii. Jako że wszyscy posiadamy moc, aby stworzyć wartość poprzez swój wysiłek umysłowy i fizyczny, tak samo mamy naturalne prawo do robienia co chcemy z tym, co stworzymy. Mamy także prawo zamieszkać tam, gdzie znajduje się nasza własność albo jesteśmy gośćmi. Albo, jak ujmuje to Hoppe, „imigracja w naturalnym porządku świata to migracja osoby z jednej społeczności sąsiedzkiej do drugiej”.

W rezultacie kwestia imigracji jest rozwiązywana poprzez wiele wyborów dokonywanych przez niezależne jednostki — w jaki sposób one działają i współdziałają, aby osiągnąć swoje cele. Polityka imigracyjna może nie istnieć, ponieważ nie ma rządu — są tylko jednostki, ich działania i prawa (do własności).

Dlatego argumentacja za otwartymi granicami jest nie tylko nietrafna, gdyż przyjmuje makro perspektywę, ale także nie uznaje praw własnościowych jako naturalnych regulacji dotyczących przemieszczania się. Ponieważ wszelka własność musi być w posiadaniu jednostki i przez nią stworzona, rząd nie może posiadać mienia. Ponadto własność kontrolowana przez rząd została kiedyś skradziona jednostce i powinna być jej zwrócona w momencie obalenia państwa, jako że prawa własnościowe są absolutne. W rezultacie na Zachodzie nie ma ziemi bez właściciela, która mogłaby być przeznaczone na gospodarstwo rolne. Dlatego właśnie „otwarte granice” w swej istocie stanowią pojęcie bez znaczenia. 

Libertariańska utopia

Ponieważ wszystkie nieruchomości gruntowe (przynajmniej te na Zachodzie) są prawnie własnością samoposiadających się jednostek, imigracja będzie naturalnie ograniczana w wolnym społeczeństwie. Jak twierdzi Nozick w swoim wielkim dziele Anarchia, państwo i utopia, społeczeństwo oparte na prawach naturalnych powinno bezwzględnie szanować prawa własności i dlatego pełnoprawny właściciel każdego mienia powinien być zidentyfikowany, mimo że ludzkość od wieków była rabowana przez klasę pasożytniczą.

Ten pogląd, choć filozoficznie poprawny, jest jednak utopijny, bo jak Nozick pokazał w swoim dziele, niemożliwe jest prawidłowe przypisanie własności prywatnej prawowitemu właścicielowi ze względu na to, iż legalnie nabyte i skradzione własności mieszały się wielokrotnie na przestrzeni wieków. Kto jest pełnoprawnym posiadaczem mienia będącego w 90% wynikiem czyjejś pracy, a w 10% (być może chodzi o działkę, na której wybudowałem dom) nabytego w dobrej wierze od osoby niebędącej pełnoprawnym właścicielem? Spróbujmy sobie wyobrazić taką sytuację powtarzającą się wielokrotnie przez pokolenia.

Ponadto nikt nie wie, co pełnoprawni, ale od dawna zmarli, oficjalni właściciele mienia zrobiliby z nim, jeśli mogliby je zatrzymać, albo jeśli ich dorobek nie byłby legalnie dziedziczony przez rodzinę. Jest to niedorzeczne, aby przypuszczać, że każdy z nich, w każdym pokoleniu, zostawiłby wszystko dla swoich synów i córek, gdyby nie istniał przymus ze strony państwa oraz Kościoła.

Nie wiadomo, czym będzie własność, jeśli w końcu zlikwiduje się państwo opiekuńcze. Czy można przyjąć za oczywiste, że obywatele danego państwa mają prawo do równych udziałów w mieniu kontrolowanym przez rząd? Czy są oni w ogóle pełnoprawnymi właścicielami tego, co obecnie kontrolują przy pomocy ochrony prawnej państwa? Jeśli chcielibyśmy poznać pochodzenie danej własności, powinniśmy cofnąć się aż do czasów przed powstaniem współczesnych państw, zanim powstała monarchia i feudalizm, najprawdopodobniej do czasów przed powstaniem miast-państw antycznej Grecji. Jeśli tak zrobimy, to w jaki sposób powinniśmy rozpatrywać wartości wytworzone przez pokolenia, których skutecznie się pozbyliśmy?

Nie ma praktycznie żadnego sposobu, aby uporządkować ten niewyobrażalny bałagan przy pomocy koncepcji absolutnych praw własności. Ta sprawa powinna być rozwiązana w ten sposób, ale śmiem twierdzić, że gdy osiągniemy ten cel, stanie się kwestią praktyki, a nie filozofii.

Problem imigracji w państwie

Kolejny problem związany z imigracją i własnością wynika z istnienia systemu państwa opiekuńczego, które jest finansowane dzięki pieniądzom wymuszonym od obywateli. Wraz z powstaniem argumentu dotyczącego otwartych granic, własność prywatna może być jeszcze bardziej podważana, jeśli imigranci będą upoważnieni do specjalnych praw takich jak mieszkanie, ubezpieczenie społeczne, status, prawa mniejszości narodowej itd. Ponadto imigranci automatycznie staną się „pasożytami” poprzez ciesząc się powszechnym prawem do korzystania z dróg publicznych, szkół publicznych i opieki zdrowotnej bez ponoszenia za to opłat (jeszcze).

Koncepcja prawa do własności prywatnej wydaje się rozwiązaniem tego problemu, ale w rzeczywistości nie jest wyjściem z sytuacji: nie jest to takie proste jak „prawo do własności prywatnej — tak czy nie?”. Jest to stanowisko filozoficzne oferujące moralnie najlepszą ramę dla ukształtowania się społeczeństwa. Niestety nie wyjaśnia, co zrobić z własnością niemajątkową jak ta, która znajduje się obecnie pod kontrolą rządu.

Złudnym jest stwierdzenie, iż każdy poddany może zgłaszać roszczenie do własności państwowej, ponieważ ma on prawo do sprawiedliwej zapłaty za lata naruszania ich praw. Jednak jest to tylko część prawdy. To fakt, że każda produkcja prywatna jest w pewnym stopniu częścią procesu naruszania praw poprzez bezpośrednie wsparcie państwa w formie dotacji, ulg podatkowych, prawa patentowego, ochrony policji itd. Istnieje też forma pośrednia polegająca na interwencjach państwa w kursy walut, ustawodawstwie „ochronnym” oraz użyciu usług i własności, która jest w posiadaniu i utrzymaniu państwa, na cele transportu itd. Nie ma już zwyczajnej własności prywatnej w sensie filozoficznym.

Dlatego stwierdzenie, iż imigranci będą większymi pasożytami niż np. Bill Gates, jest nie do przyjęcia. Korporacja Microsoft zyskała wielkie korzyści dzięki regulacjom rynku przeprowadzonym przez państwo, ale była też dotkliwie karana na wiele sposobów. Wszyscy jesteśmy ofiarami i beneficjentami. Oczywiście można uznać, że wymuszone korzyści to nie korzyści, a jedynie jeden z przejawów opresji. W takim razie stwierdzenie to byłoby prawdziwe w przypadku imigrantów, którzy także są albo będą ofiarami państwa, (ale prawdopodobnie nie tak długo jak ty czy ja).

Poglądy libertarian na imigrację

Nie możemy zapominać, że libertarianizm nie jest doktryną teleologiczną dążącą do konkretnego celu; raczej postrzega ona wolność i prawa jednostki jako naturalny punkt wyjścia dla sprawiedliwego społeczeństwa. Kiedy ludzie są naprawdę wolni, co ma być to będzie. Dlatego pytanie nie brzmi, jakie będą skutki konkretnej polityki imigracyjnej, ale czy taka powinna w ogóle istnieć.

Z punktu widzenia libertarian, dyskusja, czy wspierać politykę imigracyjną typu A, B czy C jest w ogólne nie na miejscu. Rozwiązaniem nie są otwarte granice, ale ich brak. Libertarianom nie chodzi o to, czy prawo do własności prywatnej ogranicza imigracje czy też nie, ale o to, że wolne społeczeństwo jest oparte na własności prywatnej. Oba te poglądy są w jednakowym stopniu libertariańskie — ale wykorzystują one idee libertarian w różny sposób. Argumentacja za otwartymi granicami wprowadza poglądy libertarian z perspektywy makro, i dlatego podkreśla takie libertariańskie wartości jak tolerancja oraz otwartość. Argumentacja związana z własnością prywatną przyjmuje perspektywę mikro i akcentuje takie wartości jak prawa naturalne i prawa jednostki.

Te poglądy nie są sprzeczne za wyjątkiem sytuacji, gdy są one przedstawiane jako linia postępowania mająca być egzekwowana przez państwo. Czy przy takim państwie, z jakim mamy do czynienia dziś, powinniśmy, jako libertarianie, bronić otwartych granic, czy też praw własności (z roszczeniami obywateli do „własności państwowej”)? Oba poglądy są równie kłopotliwe, gdy stosuje się je w ramach państwa — ale nie są sobie przeciwne.

Jest to czwarty z cyklu artykułów, które przedstawiają stan dyskusji na temat imigracji wśród teoretyków libertarianizmu. Pierwszy, drugi i trzeci można przeczytać tutajtutaj i tutaj.

13 odpowiedzi na „Bylund: Imigracyjna łamigłówka libertarian”

  • „Kiedy ludzie są naprawdę wolni, co ma być to będzie. Dlatego pytanie nie brzmi, jakie będą skutki konkretnej polityki imigracyjnej, ale czy taka powinna w ogóle istnieć.”

    To jest w zasadzie pointa artykułu. Formułowanie swoich poglądów w taki sposób świadczy o jednej rzeczy: skrajnym dogmatyzmie.

    Jeżeli skutki danej polityki nie są brane pod uwagę, tylko celem jest polityka sama w sobie, to mamy do czynienia po prostu z zaślepieniem ideologicznym.

    Że jest to pozycja oderwana od rzeczywistości świadczyć może fakt, że radosny promotor takich jak powyższe rozwiązań prawdopodobnie zmieniłby zdanie, gdy w jego okolicy na skutek imigracji przestępczość wzrośnie o 100 %, podobnie jak odsetek gwałtów, kradzieży itp., a mniej oświeceni, napływowi członkowie lokalnej społeczności nie będą wahać się przed próbą siłowego wprowadzenia prawa opartego na barbarzyńskich mitach rodem z ciemnych wieków.

    • Zgadzam się z powyższym/poniższym.

    • Zgodnie z badaniami imigranci ekonomiczni w pierwszym pokoleniu popełniają mniej przestępstw niż ludność miejscowa. W drugim pokoleniu liczba przestępstw zbliża się do statystycznego poziomu ludności miejscowej. W przypadku uchodźców jest podobnie, ale z wyjątkiem przestępstw dotyczących mienia – tutaj odsetek jest nieco wyższy (co można tłumaczyć złą sytuacją materialną uchodźców i ich nieprzygotowaniem do pracy na miejscu). Dlatego twierdzenie, że liczba przestępstw wzrosłaby o 100% jest co najwyżej strzałem na oślep, niepopartym żadnymi danymi i domyślam się, że wynika z uprzedzeń.

      • Wrzucanie wszystkich imigrantów do jednego wora jest niewłaściwe. Bezrobocie wśród Polaków pracujących w Holandii powyżej 2 %, u Somalijczyków w granicach 60%. Ciekawe czy w przypadku przestępstw różnice też nie są znaczące. Dodatkowo w wielu krajach określone grupy imigrantów (głównie muzułmanie) mają taryfy ulgowe od stróżów prawa/sądów, czego statystyki nie pokazują. Obawiam się, że zmowa milczenia z Rotherhamu to nie jest odosobniony przypadek. http://natemat.pl/128577,1400-molestowanych-dziewczynek-jak-poprawnosc-polityczna-zamyka-usta-ws-gwaltow-azjatow-w-europie

      • Ale głupoty, zamiast na durnych badaniach skupiłbym się na rzeczywistości. Szwecja, niegdyś pokojowa przystań Europy, dziś przoduje w liczbach gwałtów. Podpalane są budynki, a ludzie pędzący na pomoc obrzucani są kamieniami. Policja BOI się jeździć do niektórych dzielnic, bo może być zaatakowana – nie trzeba chyba mówić, że przez imigrantów ekonomicznych. Cały zachód ma z tym problemy, co zresztą przewidział Korwin 22 lata temu:

        ,,Napływ pseudoazylantów do Niemiec spowodowany jest wyłącznie socjalizmem. Niemcy, a w miarę sił i środków także Polska, fundują azylantom i kandydatom na azylantów świadczenia socjalne, co powoduje napływ ludzi, którzy chcą z tych świadczeń korzystać. Domagam się więc, aby ani jedna złotówka z budżetu nie była płacona na jakiekolwiek świadczenia socjalne dla tych ludzi. Azylanci muszą pracować albo znaleźć konkretną rodzinę, która ich przyjmie. Tylko to umożliwi naturalne wtopienie się uchodźców w nasze społeczeństwo. W przeciwnym razie powstaną getta narodowościowe – z przestępczością, narkomanią, bitwami między różnymi narodowościami itd. Nie możemy dopuścić do tego, by emeryci pisali do nas w listach: ˝Co robić, żeby uzyskać status uchodźcy z Bośni, bo taki uchodźca żyje lepiej niż polski emeryt?˝ To jest niedopuszczalne.”

        W całej dyskusji o problemie imigracji pomijany jest ważny czynnik – 99% tych ludzi to całkowicie inna cywilizacja, kultura (jeżeli można to nazwać kulturą) oraz religia. Ochocze przyciąganie tych ludzi do Europy nie mogło mieć innych skutków jak te, które dziś obserwujemy. Jak to pisałem w komentarzu do innego artykułu na tej stronie – pod żadnym pozorem nie wolno dawać żadnych zasiłków – to po 1. – po drugie – dać jasno do zrozumienia, że w przypadku, gdy ci imigranci będą niszczyć mienie Europejczyków, zostaną odesłani tam, skąd przyjechali, albo pozamykani w więzieniach. Ciekawe było by również wprowadzenie zakazu szerzenia islamu jako modelu społeczno-politycznego. W Japonii islam jest zakazany – u nich takich problemów nie ma.

        Wielu liberałów z pewnością się ze mną nie zgodzi, ale w tej kwestii – tak jak pan K.K. – wolę odłożyć na bok ideologię libertariańską i wyciągać wnioski z tego co dzieje się dookoła nas.

      • Czyli płonące przedmieścia Londynu (getta muzułmańskie), akty terroru w Wielkiej Brytanii (pt. ścięcie głowy facetowi na środku ulicy przez jakiegoś islamistę), rekordowa liczba gwałtów w krajach Skandynawskich (głównie Szwecja), dokonywana przez napływowy element islamopochodny, to wszystko nie jest rzeczywistość, tylko projekcja uprzedzeń ?

        Całe szczęście, bo już myślałem, że Europa upada na naszych oczach.

        BTW, w ogóle dyskusja na temat tego, czy „przyjmować” czy „nie przyjmować” ludzi, którzy otwarcie podpisują się pod koranicznymi twierdzeniami, że należy ściąć w akcie miłosierdzia każdego, kto ma czelność protestować przeciwko tej totalitarnej antycywilizacji jest, delikatnie mówiąc, egzotyczna. To tak, jakby w 39 r. dyskutowali, czy stawiać opór nazistom, czy też nie. Skoro islam per se wprost oświadcza, że jego celem jest podbój (co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości), to jego wyznawców trzeba traktować tak, jak oni sami twierdzą – jako najeźdźców.

      • Ostatnie dni Europy – taki tytuł nosi ksiązka bodaj z 2007 roku. Autorem jest historyk, amerykanski republikanin, prof. Laqueur. Polecam wszystkim co lubia historie I statystyke

  • Skrzywienie ideologiczne autora widać już w pierwszym zdaniu, obrona własnego terytorium przed obcymi jest z ludzkością związana od początku istnienia, oczywiście w różnym nasileniu, jeszcze niedawno niektóre plemiona w Amazonii, Papui i Nowej Gwinei zabijały wszystkich obcych, którzy zabłądzili w ich okolicę. O chińskim murze też trzeba pamiętać. Osiedlano czasami obcych, nawet ich porywając z sąsiedniego kraju, ale z woli lub za zgodą suwerena danego terytorium czyli najczęściej w jego osobistym interesie (ręce do pracy, nowe technologie itd), wtedy poddani nie mieli zbyt wiele do powiedzenia, chociaż jak można przypuszczać zachwyceni mogli nie być. Owszem można było podróżować ale w obcym kraju było się w zasadzie pozbawionym wszelkich praw, chyba, że miało się gleit, żelazny list Itp. od kogoś posiadającego realną władzę i siłę. W starożytnej Grecji władze poszczególnych polis decydowały kto mógł się w mieście osiedlić, oczywiście jako wolny człowiek, natomiast swobodnie można było zawsze objąć wakant na stanowisku niewolnika lub chłopa pańszczyźnianego, bo generalnie rąk do pracy przy ówczesnych technologiach i gęstości zaludnienia zawsze brakowało.

    • Z tego, co było lub jest niekoniecznie wynika to, co powinno być. Wielu filozofów i ekonomistów popełnia ten podstawowy błąd przy założeniu, że skoro państwo robi to i owo od dawna, to widocznie musi tak być i nie ma co dyskutować nad alternatywami.

      • Nad alternatywą a nie ‚alternatywami’ 😉

      • Ad. T.Kłosiński stwierdziłeś banał, natomiast autor tekstu najpierw przyjął fałszywe założenie i na tej podstawie budował swoją tezę. Nie wymaga chyba dowodzenia opinia, że znajomość historii przydaje się w ocenie skutków naszych przyszłych działań.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cytat:
  • Pomyślny rozwój ludzkości zależy od dwóch czynników: od tego, czy ludzie wybitni będą mieli intelektualną moc tworzenia solidnych teorii ekonomicznych, oraz od tego, czy ci sami lub inni ludzie będą umieli je tak przedstawić, aby zostały zaakceptowane przez większość. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W czerwcu wsparli nas:
Pan Dominik Aromiński
Pan Michał Basiński
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Kamil Bojdoł
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pan Mirosław Cierpich
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Tomasz Hrycyna
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Andrzej Jędruchniewicz
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Sławomir Krawczyk
Pan Wojciech Kukla
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Wojciech Langiewicz
Pan Kamil Ludwiczuk
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Łukasz Niedziałek
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Łukasz Osileniec
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Mateusz Pigłowski
Pan Mikołaj Pisarski
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Jakub Wołoszyn
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 2 425,86 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>