Galles: Z miłości do pieniędzy?

5 listopada 2015 Etyka komentarze: 1

Autor: Gary M. Galles
Źródło: fee.org
Tłumaczenie: Karolina Olszańska
Wersja PDF, EPUB, MOBI

pieniędzyCzęsto słyszy się krytykę gospodarki rynkowej opartą na zarzucie, że w zbyt dużym stopniu polega na pieniądzach — jakby kosztem jej istnienia był zanik zachowań altruistycznych. Słyszałeś kiedyś frazę: „robię to tylko dla kasy”? Tak jakby dbanie o własny interes było czymś, co może zdegradować transakcje korzystne dla wszystkich uczestników rynku do roli przestępstwa. Takie rozumowanie sugeruje, że pokładanie nadziei w gospodarce rynkowej opartej na zasadzie samoposiadania i własności prywatnej jest równoznaczne ze stworzeniem świata, w którym ludzie robiliby wszystko wyłącznie dla pieniędzy i straciliby zdolność definiowania swoich relacji z innymi na jakiejkolwiek innej płaszczyźnie.

Ludzie nie robią wszystkiego dla pieniędzy

Nie trzeba szukać daleko, aby przekonać się, że założenie, iż w gospodarce rynkowej wszystko robi się wyłącznie dla pieniędzy, jest nieprawdą. Jednym z przykładów może być moja sytuacja: mam tytuł doktora ekonomii uzyskany na jednym z najlepszych programów dla absolwentów. Oczywiście prawdą jest, że dzięki temu moje zarobki utrzymują się na poziomie powyżej średniej krajowej. Ale nie zrobiłem tego dla pieniędzy. Jedną z moich specjalizacji były finanse i gdyby zależało mi wyłącznie na pieniądzach — jak przypomina mi żona, kiedy nasz budżet staje się wyjątkowo skromny — zająłbym się właśnie finansami zamiast pracą uniwersytecką i zarabiałbym znacznie więcej. Ale lubię studentów — uważam, że to, czego uczę, jest ważne i cenię sobie możliwość przekazania własnej wiedzy innym. Lubię mieć możliwość i czas na zgłębianie dziedzin, które mnie interesują. Lubię to, że mam możliwość mówienia i opisywania prawdy tak, jak ją postrzegam (zwłaszcza, że moje spojrzenie różni się od spojrzenia większości) oraz wolę mieć pracę pewną i stałą.

Każda z tych rzeczy kosztowała mnie pieniądze. Jednak zdecydowałem się być wykładowcą (i gdybym dostał drugą szansę — wykorzystałbym ją tak samo). Chociaż oczywiście prawdą jest, że by utrzymać rodzinę, muszę zebrać wystarczające środki, pieniądze są tylko jednym z czynników, które brałem pod uwagę przy wyborze zawodu. Tak samo jest ze wszystkimi ludźmi.

Zapytaj swoich znajomych o to, czy znają kogoś, kto robi wszystko tylko dla pieniędzy. Co odpowiedzą? Z pewnością zaznaczą, że oni sami tak nie robią. I chociaż mogą przypisać tę charakterystykę ludziom, których nie znają — na przykład Ebenezerowi Scrooge’owi Dickensa albo jego komiksowemu odpowiednikowi Sknerusowi McKwaczowi— ciężko będzie im przytoczyć choć jeden przekonujący przykład. Jeśli krytycy rynku przeprowadziliby takie doświadczenie, doszliby do wniosku, że potępiają tylko swoje wyobrażenie o rynku, a nie jego realia.

Mylenie środków z celami

Każdy z nas rezygnuje ze zdobycia części pieniędzy, które moglibyśmy zarobić, na rzecz innych rzeczy, które sobie cenimy. Ponadto wszyscy z nas zrzekają się pieniędzy, które zarobili, na rzecz szerokiego wachlarza dóbr, usług oraz wspierania działań innych, które uważamy za słuszne. Dobitnie pokazuje to, że my, jako jednostki, nie robimy wszystkiego dla pieniędzy.

Pieniądze nie są ostatecznym celem, do którego dążymy, ale środkiem do osiągnięcia szerokiej gamy celów. Mylenie pieniędzy z celem, dla którego „ludzie robią wszystko”, jest błędne u podstaw — zarówno dla krytyków rynku, jak i jego uczestników.

Robienie czegoś dla pieniędzy to nic innego, jak ulepszanie tego, na czym nam zależy. Na rynku, robiąc coś dla siebie, pośrednio robimy coś dla innych. Taka logika dotyczy również Scrooge’a: stwierdzenie jego bratanka, że nie robi ze swoim majątkiem niczego dobrego jest błędne — pożycza go ludziom, którzy potrzebują pieniędzy i uznają jego warunki za akceptowalne, dzięki czemu zwiększa kapitał i możliwości innych.

To, że celem naszych działań jest nasza własna korzyść, samo w sobie nie zasługuje ani na pogardę, ani na podziw. Rola pieniędzy sprowadza się do roli amoralnego sługi, dzięki któremu możemy osiągnąć cele, na których nam zależy, podczas gdy prawa własności prywatnej ograniczają tę pogoń za celami wyłącznie do umów zawieranych dobrowolnie. Krytyka moralna nie może odnosić się do uniwersalnego dążenia do ułatwienia osiągania celów ani do wymogu szanowania praw innych ludzi, ale wyłącznie do celów, do których dążymy.

Robienie rzeczy dla pieniędzy, by uzyskać kontrolę nad światem, zasługuje na potępienie. Jednak chodzi o to, że ten cel bezsprzecznie skrzywdzi innych, a nie o to, że zrobiłeś coś dla pieniędzy, po drodze przynosząc korzyść tym, z którymi miałeś do czynienia, aby go osiągnąć. Wykorzystanie pieniędzy do wybudowania kliniki dla cierpiących na trąd, tak jak zrobiła to Matka Teresa z pieniędzmi z Nagrody Nobla, nie zasługuje na potępienie. Podobnie, wykorzystywanie pieniędzy do utrzymania swojej rodziny, wywiązania się z umów, które zawarliśmy z innymi czy staranie się o to, by nie być ciężarem dla innych oznacza, że jesteśmy odpowiedzialni, a nie nikczemni. Co więcej, żadne umowy zawarte dobrowolnie nie mogą pogorszyć celu, do którego ktoś dąży, jednak z definicji nakładają one ograniczenia na działania wyrządzające krzywdę innym, a mogące ułatwić dążenie do owego celu.

Oczywiście pieniądze stanowią siłę nabywczą, którą można wykorzystać w celach niezgodnych z wolą innych. Pieniądze są potężnym narzędziem, a każde narzędzie może być wykorzystane w niewłaściwy sposób. Jednak tak, jak nie powinniśmy rezygnować z wszystkich korzyści z użycia młotka, tak nie powinniśmy myśleć, że jest jakikolwiek powód, dla którego społeczeństwo miałoby się lepiej, gdyby pieniądze — lub transakcje dokonywane dzięki nim na co dzień — nie istniały, ponieważ można je wykorzystać w niecnych celach. A jeżeli cele nie wyrządzają nikomu szkody, dyskusje na ich temat sprowadzają się do sprzeczek dotyczących wyłącznie subiektywnego wartościowania rzeczywistości przez jednostki. Pozwolenie niewielkiej grupie ludzi na decydowanie, do jakich celów można dążyć, a do jakich nie, przyniosłoby szkodę wszystkim.

Ci, którzy krytykują ludzi za robienie wszystkiego dla pieniędzy, sami również robią dla nich wiele. Ile to kampanii organizowały grupy religijne czy organizacje charytatywne tylko po to, by zdobyć pieniądze? Jak wiele działań rządu jest skupionych na zdobywaniu pieniędzy? Dlaczego jednostki zaangażowane w takie działania nie odnoszą podobnej krytyki do ich samych? Ponieważ twierdzą, że „dobrze” wykorzystają te pieniądze. Ale przecież każda jednostka, która robi coś dla pieniędzy, chce potem wykorzystać je — w subiektywnie pojmowanych kategoriach — „dobrze”. A jeżeli przyjmujemy, że ludzie są właścicielami samych siebie, nie ma żadnego powodu, dla którego to, co ktoś inny uważa za „dobre”, miałoby uwłaczać temu, co ja uważam za „dobre” i w imię czego świadczę komuś usługę bądź dokonuję wymiany.

Krytyka argumentu „słomianej kukły”

Skoro zarzut mówiący że w gospodarce rynkowej „ludzie robią wszystko dla pieniędzy” jest zarówno obiektywnie, jak i logicznie niesłuszny, to dlaczego ludzie wciąż go używają? Efektem jest argument „słomianej kukły”, który można obalić znacznie łatwiej niż rzeczywisty problem.

Na poziomie jednostek mamy do czynienia z tym założeniem, kiedy ludzie kłócą się o to, jak wydać fundusze „publiczne” (jeśli szanujemy prawa własności prywatnej, taka dyskusja w ogóle nie ma prawa się odbyć, ponieważ właściciel ma prawo zrobić ze swoją własnością co tylko zechce, lecz nie może zmusić innych, by go wsparli czy dali swoje pozwolenie; „publiczne” fundusze są odbierane ludziom siłą). Ludzie, którzy chcą wydawać pieniądze odebrane innym w sposób niezgodny z wolą ich prawowitych właścicieli oczywiście prezentują długą listę korzyści, jakie wynikną z ich działania. Zapominają jednak o równie ważnym aspekcie, jakim są szkody wyrządzone przez ich działanie tym, którzy  — według nich — działają tylko dla pieniędzy. A to z kolei sugeruje, że wola tych rzekomo samolubnych jednostek nie jest warta naszej uwagi (podobnie dzieje się, gdy politycy skupiają się na pozytywnym efekcie mnożnikowym przy wydawaniu pieniędzy przez rząd, natomiast lekceważą analogiczny negatywny efekt mnożnikowy wywoływany tam, skąd te pieniądze są zabierane).

Taka argumentacja ma swoje źródło w niedokładnym przytaczaniu jednego z fragmentów Biblii. Podczas gdy większość nowych przekładów tłumaczy werset 1 Tym 6:10 jako: „Miłość do pieniędzy jest źródłem różnego rodzaju zła”, znacznie mniej dokładna Biblia Króla Jakuba przekłada go jako: „Miłość do pieniędzy jest źródłem wszelkiego zła”[1]. Kiedy pominiemy dwa pierwsze słowa, znaczenie ulega dość drastycznej zmianie: „pieniądze są źródłem wszelkiego zła”. Jeśli tych, którzy nie zgadzają się z naszymi „dobrymi” celami, przedstawimy po prostu jako ludzi, którzy kochają pieniądze, automatycznie przegrają każdą dyskusję. Oczywiście sprawia to, iż jest to kusząca taktyka.

Na poziomie społeczeństwa krytykowanie gospodarki rynkowej jako skażonej miłością do pieniędzy sugeruje, że system alternatywny nie byłby tak skażony, a więc — w kategoriach moralności — lepszy. Dzięki skupieniu się na rzekomej porażce gospodarki rynkowej, której inny system by nie poniósł, można stworzyć pozór wyższości owego systemu bez podawania jakichkolwiek argumentów. Jest to rodzaj mitu Nirvany.

Oskarżając wymiany i transakcje rynkowe za zwyczajne porażki jednostek, „reformatorzy” stwierdzają, że likwidacja całej sieci transakcji rynkowych dokonywanych przy użyciu pieniędzy w jakiś sposób sprawi, że ludzie staną się lepsi. Ale żaden system nie zrobi z ludzi aniołów — każdy musi brać pod uwagę ludzkie wady i słabości. Oznacza to, że należy się odnieść do całkiem innego pytania: Jak dobrze dany system sprawdzi się w rzeczywistym świecie niedoskonałych, w większości egoistycznych ludzi? I nie powinno być to konieczne, ale retoryka polityczna sprawia, że jest jeszcze jedno pytanie, niemal równie ważne: Czy dany system zakłada, iż ludzie nie są niedoskonali i samolubni, kiedy znajdą się u władzy?

Biorąc pod uwagę to, że zwykle proponowane alternatywy zawsze w jakimś stopniu angażują socjalizm lub inne formy tyranii, nie można ich zaakceptować. Da się to zrobić jedynie wtedy, kiedy od wolnego rynku wymaga się nieosiągalnego, nie wymagając przy tym, by inne, alternatywne systemy spełniały takie same warunki. Nie ma jednak żadnej historycznej ani nawet teoretycznej przesłanki sugerującej, że wprowadzenie przymusu w miejsce wolnego rynku sprawia, iż ludzie chętniej robią coś dla bliźnich. Jak stwierdził Anatole France: „Ci, którzy za cel obrali sobie uszczęśliwienie ludzkości, najczęściej uprzykrzali życie swoich sąsiadów”. Słusznie skomentował to także ekonomista Paul Heyene: „Gospodarka rynkowa nie tworzy raju na ziemi. Jednak próby rządowej kontroli wolnego rynku tworzą […] coś bardzo bliskiego piekłu na ziemi”.

Pieniądze a nasze zachowanie

Pieniądze to nie wszystko. Jednak zmiana ilości zarabianych lub wydawanych pieniędzy, wynikająca z podejmowanych przez nas decyzji, modyfikuje nasze pobudki do ich podejmowania, a więc zmienia nasze zachowanie. Takie zmiany — biorące pod uwagę kwestię pieniędzy — są najważniejszym sposobem dostosowywania zachowania w kierunku społecznej współpracy na wolnym rynku.

Zmiany w pobudkach finansowych są tym, dzięki czemu możemy dostosowywać się do zmiennych warunków, ponieważ nieważne jakie mamy cele — zawsze chcemy poświęcić jak najwięcej środków na to, na czym nam zależy. Tak właśnie wyrównujemy umowy, kiedy nasze plany się nie sprawdzają, co w naszym złożonym i dynamicznym świecie jest nieuniknione. W takich przypadkach zmiana ceny pozwala jednostce dać pobudkę wszystkim, którzy mogliby pomóc osiągnąć jej cel, nawet jeśli nie zna tych ludzi, nie wie, w jaki sposób mogliby jej pomóc, ani nie dba o ich własne powodzenie (co więcej, dotyczy to nawet takich ludzi, za którymi nie przepada, tak długo jak korzyści z układu przewyższają jej osobisty koszt wywiązywania się z niego).

Rozważmy przykład stacji benzynowej, do której ustawiają się długie kolejki samochodów. Odzwierciedlają one porażkę współpracy między klientami a sprzedającym. Kierowcy czekający w kolejce pokazują, że są gotowi ponieść dodatkowe koszty, aby dostać benzynę, jednak koszty ich czekania w kolejce nie dają żadnej korzyści właścicielowi stacji. W związku z tym właściciel przekształci te koszty oczekiwania w kolejce, które się marnują, na wyższe ceny świadczonej usługi (chyba że zabronią mu tego ustalone przez rząd ceny maksymalne lub inne dyrektywy ograniczające wzrost cen), dzięki czemu zapewni sobie większe zyski. Na takim wykorzystaniu pieniędzy w podejmowaniu decyzji zyskują zarówno klienci, jak i sprzedawcy, a skutkuje ono większą ilością benzyny zapewnionej klientom.

Co więcej, ludzie mogą zmieniać swoje zachowanie, dostosowując je do zmiany cen, na znacznie więcej sposobów, niż zauważają to „outsiderzy”, niezaznajomieni z lokalnymi warunkami. Sprawia to, że ceny są znacznie silniejszym narzędziem, niż zdajemy sobie z tego sprawę.

Weźmy na przykład ceny wody. Gdyby wzrosły, naszym pierwszym odruchem byłaby myśl, że nic na to nie możemy poradzić i musimy po prostu zapłacić. Możemy nie zdawać sobie sprawy z tego, na ile sposobów ludzie już sobie radzili z takim skokiem cen (zaczynając od zmiany roślin w ogródkach, a na budowie skomplikowanych zakładów odsalania kończąc). Podobnie kiedy gwałtownie wzrosły ceny paliwa lotniczego, nieliczni zawczasu uświadomili sobie, na ile sposobów linie lotnicze mogłyby zareagować na taki obrót sprawy: korzystanie z bardziej wydajnych samolotów, zmiany struktury dróg powietrznych, zmniejszenie dozwolonej wagi bagażu, zmniejszenie wagi siedzeń, zmiana lakieru i wiele innych.

Gdyby ludzie uświadomili sobie, jak potężnym narzędziem do zmiany zachowania jest zmiana cen (na co mamy mnóstwo przykładów), dostrzegliby, że koszt zrezygnowania z jakiejś sumy, który oznacza stworzenie pobudki dla wszystkich zainteresowanych pomocą w rozwiązaniu problemu, mógłby im przynieść wielką korzyść.

Wielki postęp w społecznej współpracy

Jeśli założymy, że każdy człowiek wie o wszystkich innych wszystko — wie na czym im zależy i zna sytuację, w której się znajdują, możemy sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym ludzie byliby bardziej zainteresowani pomocą innym. Jednak w żadnym rozbudowanym społeczeństwie nie ma możliwości zebrania takiej ilości informacji o tak wielkiej liczbie ludzi. Pogłębiłoby to tzw. problem wiedzy, który Hayek zarzuca zwolennikom centralnego planowania w eseju The Use of Knowledge in Society. Może nam zależeć tak bardzo, jak to możliwe, ale nie da nam to potrzebnych informacji. Poza tym niemożliwym do pokonania problemem, musielibyśmy również założyć, że ludziom zależy na dobrobycie nieznajomych w znacznie większym stopniu niż sugeruje nam to historia.

Powyższe warunki wymagałyby ponadto zorganizowania bardzo małej społeczności, a koszty tych ograniczeń byłyby znacznie wyższe, niż bylibyśmy w stanie ponieść.

Bez różnorodnego społeczeństwa, ogromne korzyści wynikające z wymiany pomysłów i różnych rodzajów pracy zostałyby znacznie ograniczone. Korzyści wynikające z przewagi komparatywnej (jednostek i grup skupiających się na wykonywaniu tych czynności i świadczeniu tych usług, w których są najlepsze oraz dokonujących wymiany z innymi takimi grupami bądź jednostkami) również zostałyby znacząco zredukowane. W bardzo małym społeczeństwie nie byłoby pobudek do rozwijania specjalizacji na większą skalę (wymagającej bardziej rozwiniętego rynku) oraz podziału pracy, które umożliwiają nam komfortowe życie. Praktycznie każdy produkt, wymagający zawierania wielu osobnych umów — jak na przykład produkcja samochodów czy benzyny — zniknąłby z półek, ponieważ koszty tych umów bez pieniądza jako czynnika różnicującego byłyby zbyt wielkie. Jak ujął to Paul Heyne:

Bezosobowe transakcje, które składają się na rynek […] w przeciągu kilku stuleci znacznie zwiększyły nasze możliwości pomagania sobie nawzajem […], jednocześnie poszerzając naszą wolność zarówno poprzez oferowanie nam szerokiego wachlarza nowych możliwości, jak i uwolnienie nas od arbitralnych ograniczeń wyboru celów życiowych i środków do ich osiągnięcia. Odrzucenie bezosobowych transakcji jako nieetycznych, oznaczałoby porzucenie nowoczesnego stylu życia.

Wnioski

Wielość fałszywych założeń może prowadzić wielu ludzi do instynktownego odrzucenia tego, co Hayek nazywał „cudem” gospodarki rynkowej, która gdyby została celowo zaprojektowana przez człowieka, „zostałaby ogłoszona jednym z największych triumfów ludzkiego umysłu”. Stanowi to wielką pokusę dla tych, którzy pragną władzy nad innymi — mają mnóstwo „straszydeł”, których zwalczenie mogą obiecać.

Jest to jednak katastrofa dla społecznej współpracy. Liczba klęsk, jakich doświadczyły różne społeczeństwa, jest ostrzeżeniem przed tym, co następuje po wyparciu dobrowolnych układów międzyludzkich przez czyjąś, rzekomo lepszą, wizję.

Niestety, ludzie często o tym zapominają. Dlatego my musimy wciąż o tym przypominać.

 

Podobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj redakcję IM. Dzięki Twojej darowiźnie opublikujemy więcej wartościowych komentarzy, tłumaczeń i innych ciekawych tekstów.

 

[1] Warto zauważyć, że w Biblii Tysiąclecia werset tłumaczony jest jako: „Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy”, w Biblii Warszawskiej: „Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy”, a w Biblii Gdańskiej: „Albowiem korzeń wszystkiego złego jest miłość pieniędzy” — polskie tłumaczenia zatem powielają tę nieścisłość (przyp. tłum.).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Gary M. Galles

Gary M. Galles jest profesorem ekonomii Pepperdine University. Jest autorem „The Apostole of Peace: The Radical Mind of Leonard Read”.

Pozostałe wpisy autora:

Komentarz “Galles: Z miłości do pieniędzy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy