Rothbard: Wstęp do wydania czwartego „Wielkiego Kryzysu w Ameryce”

23 grudnia 2015 Cykle koniunkturalne komentarze: 0

Autor: Murray N. Rothbard
Tłumaczenie: Marcin Zieliński

Niepublikowany dotychczas w języku polskim wstęp do trzeciego wydania Wielkiego Kryzysu w Ameryce (1975 r.)
Książkę można bezpłatnie pobrać z zasobów Internetowej Biblioteki Ekonomicznej

kryzysu

Kolejne wydania tej książki zbiegają się z cyklami koniunkturalnymi. Drugie wydanie zostało opublikowane w trakcie inflacyjnej recesji, która przypadała na lata 1969–1971, a trzecie wydanie pojawiło się w czasie wyjątkowo dotkliwej inflacyjnej depresji, przypadającej na lata 1973–1975. W chwili obecnej gospodarka doświadcza kolejnej inflacyjnej depresji, co najmniej równie, jeśli nie bardziej, poważnej jak kryzys w latach 1973–1975, który należy uznać za największy od lat trzydziestych.

We wstępie do wydania trzeciego wspominaliśmy o dezorientacji i intelektualnej rozpaczy. Teraz sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Powszechnie uważa się już, że keynesizm jest intelektualnie zbankrutowany. Keynesistowscy weterani fundują nam spektakl, wzywając w czasie poważnej depresji do podnoszenia podatków. Jednak niewielu ludzi uważa, że warto fakt zmiany przez nich frontu odnotować, a jeszcze mniej próbuje ten fenomen wyjaśnić.

Po części źródeł powszechnej dezorientacji należy doszukiwać się w fakcie, że obecna depresja (1981–1983) nastąpiła zaraz po recesji przypadającej na lata 1979–1980. W związku z tym coraz więcej osób zaczyna uważać, że pojawienie się koniunktury w latach 1980–1981 stanowiło tylko za krótką przerwę w chronicznej recesji trwającej od 1979 roku. Produkcja nie zmienia się od lat, przemysł motoryzacyjny jest w bardzo złej kondycji, kolejne kasy oszczędnościowo-kredytowe co chwilę bankrutują, a bezrobocie znalazło się na najwyższym poziomie od lat trzydziestych.

Depresję w latach 1981–1983 w odróżnieniu od tej w latach 1973–1975 cechował wzrost zainteresowania wśród ekonomistów i polityków rozwiązaniami rzekomo wolnorynkowymi, a nie kolektywistycznymi. Administracja Reagana od samego początku trąbiła na temat radykalnych cięć budżetowych i podatkowych, co jednak służyło tylko ukryciu faktu zwiększania podatków i wydatków. Prezydent Reagan zarządza obecnie największym deficytem i największym budżetem w historii Ameryki. Teraz, kiedy keynesiści i członkowie administracji wzywają do podwyżek podatków w celu zmniejszenia deficytu, jesteśmy świadkami równie groteskowego przedstawienia, co w pierwszych dniach prezydencji Reagana, kiedy to weterani klasycznego liberalizmu twierdzili, że deficyt budżetowy nie ma znaczenia. Chociaż teoretycznie deficyt finansowany przez emisję obligacji nie jest inflacjogenny, to prawdą jest również to, że w przypadku wysokiego deficytu a) powstaje potężna presja na Fed, by ten zdecydował się na monetyzację długu i b) prywatne inwestycje zostają ograniczone na skutek wypychania prywatnych oszczędności, które są kierowane na nieproduktywne i bezużyteczne rządowe pomysły, czego konsekwencją będzie wzrost podatków płaconych przez przyszłe pokolenia.

Dwoma charakterystycznymi cechami „reaganomiki” są jak na razie ogromny deficyt i wyjątkowo wysokie stopy procentowe. Chociaż deficyt jest często inflacjogenny i zawsze szkodliwy, to walka z nim przez podwyższanie podatków przypomina leczenie choroby przez zastrzelenie pacjenta. Dzięki wyższym podatkom rząd może wydać więcej pieniędzy, przez co wydatki i w konsekwencji deficyt prawdopodobnie wzrosną jeszcze bardziej. Z kolei cięcia podatkowe skutkują powstaniem politycznej presji na Kongres i administrację, aby te obcięły wydatki.

Twierdzenie, że z punktu widzenia konsumenta i podatnika lepsze od wyższych cen są podatki, jest absurdalne. Jeśli z powodu inflacji cena danego produktu wzrośnie, to konsument na tym straci, jednak wciąż może cieszyć się korzyściami, jakie mu ten produkt daje. Kiedy jednak rząd, chcąc ograniczyć wzrost cen, podnosi podatki, konsument nie dostaje nic w zamian. Traci on po prostu swoje pieniądze bez żadnych korzyści. Urzędnicy rządowi, do dotowania których podatnik jest zmuszony, narzucają mu w zamian swój dyktat. Przy pozostałych warunkach niezmienionych wzrost cen jest zawsze lepszy niż podatki*.

Ponadto inflacja, na co wskazujemy w tej książce, nie jest konsekwencją powstania deficytu, ale działalności Rezerwy Federalnej polegającej na zwiększaniu podaży pieniądza. W związku z tym jest bardzo prawdopodobne, że wzrost podatków nie będzie mieć żadnego wpływu na poziom inflacji.

Deficyt należy więc eliminować tylko poprzez zmniejszanie wydatków rządowych. Kiedy obcięte zostaną zarówno podatki, jak i wydatki rządowe, to zbawiennym tego skutkiem będzie zmniejszenie pasożytniczego obciążenia produktywnej działalności prywatnej, którego źródło tkwi w podatkach i wydatkach rządowych.

Zajmijmy się teraz analizą nowej doktryny ekonomicznej – „ekonomii podaży” i jej najbardziej ekstremalnego wariantu, krzywej Laffera. Dopóki zwolennicy ekonomii podaży wskazują na to, że obniżka podatków będzie skutkować wzrostem aktywności gospodarczej, oszczędności i produktywności, to stwierdzają oni to, co szkoła klasyczna i austriacka wie od dawna. Problem tkwi jednak w tym, że szkoła podaży, wzywając do poważnych cięć podatkowych, chce jednocześnie utrzymać wydatki rządowe na obecnym poziomie, w związku z czym zasoby byłyby wciąż w tym samym stopniu przesuwane z produktywnego sektora prywatnego do sektora rządowego.

Krzywa Laffera z kolei pokazuje nam, że obniżenie podatku dochodowego będzie skutkować wzrostem wpływów budżetowych rządu dzięki wzrostowi produkcji i dochodów, co pozwalałoby w końcu na zrównoważenie budżetu. Wśród zwolenników koncepcji Laffera istnieje pewien spór na temat tego, jak długo proces ten miałby trwać. Nie ma żadnych dowodów na to, że wpływy do budżetu wzrosłyby na tyle, by budżet mógł zostać zrównoważony, a nawet na to, że w takiej sytuacji wpływy rzeczywiście by wzrosły. Gdyby przykładowo rząd podniósł teraz podatek dochodowy o 30 procent, to czy całkowite wpływy do budżetu rzeczywiście by spadły?

Wątpliwości budzi również to, dlaczego nadrzędnym celem polityki fiskalnej powinno być maksymalizowanie wpływów budżetowych rządu. O wiele bardziej rozsądnym celem byłoby minimalizowanie wpływów do budżetu i w konsekwencji ilości zasobów wysysanych przez sektor publiczny.

Niemniej krzywa Laffera właściwie nie została przetestowana przez administrację Reagana. Cięcia podatku dochodowego, o których tak wiele mówiono, nie dość, że okazały się mniejsze, niż wynikało to z pierwotnego planu Reagana, to jeszcze ich oddziaływanie zostało zniwelowane przez planowane podwyżki podatku na system ubezpieczeń społecznych i „taksflację”. Z powodu inflacji ludzie osiągają wyższe nominalne (ale nie realne) dochody, przez co automatycznie przeskakują do wyższych progów podatkowych, dla których obowiązują wyższe stawki podatku.

Istnieje powszechna zgoda co do tego, że obecny kryzys się jeszcze nie skończył, ponieważ stopy procentowe wciąż są wysokie, mimo towarzyszącego depresji obniżenia się stopy inflacji. Monetaryści ogłosili, że „realne” stopy procentowe (stopy nominalne pomniejszone o stopę inflacji) powinny zawsze wynosić około 3 procent. Kiedy więc stopa inflacji radykalnie obniżyła się z około 12 procent do mniej niż 5 procent, pewni siebie monetaryści przewidywali, że stopy procentowe również się obniżą, dzięki czemu wkrótce powróci koniunktura. Jednak stopy procentowe wynoszą o wiele więcej niż 3 procent. Jak to się mogło stać?

Problem w tym, że oczekiwania są subiektywne i nie można ich ująć w mechanistycznej teorii bazującej na wykresach i regresji. Po wielu dziesięcioleciach rosnącej inflacji amerykańskie społeczeństwo oczekuje, że inflacja będzie zjawiskiem długotrwałym. Chwile wytchnienia pomiędzy kolejnymi poważnymi kryzysami i krzykliwa propaganda uprawiana przez polityków przestały mieć wpływ na kształt tych oczekiwań. Dopóki się one nie zmienią, dopóty inflacyjny komponent stopy procentowej będzie wysoki, a stopy procentowe nie spadną na dłużej.

Administracja Reagana wiedziała oczywiście, że oczekiwania musiałyby się zmienić. Popełniła jednak błąd, licząc na to, że wystarczy sama propaganda, niepoparta realnymi działaniami. W rzeczywistości cały program reaganomiki należy uznać za spektakl mający przekonać ludzi, że podatki i wydatki zostaną obniżone, a za kulisami monetaryści kontrolujący Rezerwę Federalną i Departament Skarbu mieli stopniowo zmniejszać stopę wzrostu podaży pieniądza. Spektakl ten miał służyć zmianie oczekiwań, a inflację zmniejszano stopniowo, aby gospodarka nie ucierpiała z powodu recesji albo depresji. Zwolennicy Friedmana nigdy nie rozumieli austriackiej analizy, mówiącej, że recesja jest zjawiskiem koniecznym do zlikwidowania błędnych inwestycji powstałych w okresie boomu. Z tego właśnie powodu, podejmując się dostrajania gospodarki, by przeprowadzić dezinflację bez recesji, przypominali keynesistów, których przez dziesięciolecia krytykowali. Udało się co prawda doprowadzić do tymczasowej „dezinflacji”, towarzyszyła jej jednak kolejna dotkliwa depresja.

Monetaryści zdecydowali się na rozwiązanie najgorsze z możliwych. Fed na tyle ostro zmniejszył stopę wzrostu podaży pieniądza, że pojawił się kryzys, jednak nie podjął wystarczających kroków, by skończyć z inflacją raz na zawsze. Zamiast z ostrą, lecz zarazem krótką recesją, w trakcie której chybione inwestycje powstałe podczas wcześniejszego boomu zostałyby szybko zlikwidowane, mamy teraz do czynienia z chroniczną recesją, której towarzyszy bezustanna stagnacja i brak wzrostu gospodarczego. Bojaźliwy gradualizm przyniósł najgorszą z możliwych sytuacji: trwałą inflację oraz bolesną recesję, wysokie bezrobocie i chroniczną stagnację.

Jedną z przyczyn pojawienia się długotrwałej recesji i stagnacji jest to, że rynki się uczą. Fakt, że społeczeństwo przez dziesięciolecia doświadczało inflacji, przyniósł skutek w postaci powstania oczekiwań inflacyjnych. Ich konsekwencją jest to, że stopy procentowe są wyższe o premię inflacyjną. Z tego właśnie powodu tradycyjna metoda obniżania stóp procentowych – poprzez zwiększanie podaży pieniądza i kredytu – nie może przez dłuższy okres przynosić spodziewanego skutku. Znaleźliśmy się właśnie w sytuacji, w której wszystko, co rząd próbuje robić, przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. Z faktu tego należałoby oczywiście wyciągnąć wniosek, że rząd nie powinien robić nic, czyli że powinien po prostu jak najszybciej zniknąć ze sceny monetarnej i gospodarczej, przywracając wolność i pozwalając rynkom swobodnie funkcjonować.

Na gradualizm już jest za późno. Jedyne możliwe rozwiązanie w obecnej sytuacji przedstawił wybitny przedstawiciel szkoły austriackiej F.A. von Hayek, który skrytykował rząd Thatcher w Wielkiej Brytanii za podjęcie zbyt mało zdecydowanych kroków. Aby wydostać się z obecnych tarapatów, musimy „ostro zahamować”, czyli zaprzestać całkowicie inflacji pieniężnej. Recesja, której już się nie da uniknąć, byłaby w takim przypadku co prawda bolesna, ale jednocześnie też krótka. Jeśli politycy nie będą ingerować, to wolny rynek nadzwyczaj szybko przyniesie nam poprawę sytuacji gospodarczej. Oczekiwania amerykańskiego społeczeństwa mogą się zmienić tylko pod warunkiem, że naprawdę zostanie włączony hamulec. Społeczeństwo, jak najbardziej słusznie, przestało już ufać Fedowi i rządowi federalnemu. Aby posunięcia rządu można było uznać za wiarygodne, amerykańskie instytucje monetarne musiałyby zostać poddane radykalnym zmianom. Za wzór mogą tutaj posłużyć działania podjęte przez Niemcy w celu powstrzymania hiperinflacji z 1923 roku przez stworzenie rentenmarki. Należy dokonać denacjonalizacji papierowego dolara i zrównać go z jednostką wagi złota. Należałoby również zakazać Rezerwie Federalnej obniżania stopy rezerw i kupowania jakichkolwiek aktywów, choć najlepszym rozwiązaniem byłoby zlikwidowanie Systemu Rezerwy Federalnej i całkowite odcięcie rządu od kontroli nad podażą pieniądza.

Nic nie wskazuje jednak na to, że powyższe rozwiązania miałyby zostać wprowadzone w życie w najbliższym czasie. Mimo krótkiego zainteresowania złotem, powołana przez prezydenta Komisja ds. Złota, w której obok keynesistów zasiadają opowiadający się za papierowym pieniądzem monetaryści, przeważającą większością głosów, jak można było przewidzieć, odrzuciła możliwość powrotu do standardu złota. Reaganomika – mieszanka monetaryzmu i fiskalnego keynesizmu ubrana w retorykę klasycznego liberalizmu i ekonomii podaży – nie jest w stanie rozwiązać ani problemu inflacyjnej depresji, ani cyklu koniunkturalnego.

Skoro jednak reaganomika jest skazana na fiasko, to jak sprawy mogą się potoczyć? Czy będziemy mieli do czynienia, jak przewiduje coraz więcej osób, z powtórką z wielkiego kryzysu? Z pewnością wiele na to wskazuje. Od połowy lat sześćdziesiątych XX wieku rynek papierów wartościowych ma problemy ze stabilnością, a ponieważ reaganomika nie jest w stanie obniżyć stóp procentowych na dłużej, to nic nie wskazuje na ewentualną poprawę sytuacji na giełdzie. Rynek obligacji znajduje się na równi pochyłej. Z powodu wysokiego oprocentowania kredytów hipotecznych rynek nieruchomości przeżywa stagnację, podobnie jak rynek artykułów kolekcjonerskich. Bezrobocie z każdym kolejnym dziesięcioleciem rośnie, osiągając w tej chwili poziom najwyższy od czasów wielkiej depresji. W tej chwili nic nie wskazuje na to, że sytuacja miałaby się pod tym względem poprawić. Konsekwencją rosnącej inflacji i boomu w trzech pierwszych dziesięcioleciach po zakończeniu drugiej wojny światowej jest nagromadzenie się chybionych inwestycji w gospodarce oraz ogromne zadłużenie krajowe i międzynarodowe konsumentów, właścicieli nieruchomości i przedsiębiorców. W poprzednich dziesięcioleciach przedsiębiorcy dzięki inflacji nie mieli większych problemów ze spłatą zadłużenia. Jeśli jednak Fed nie zaprzestanie „dezinflacji” (w 1981 roku i przynajmniej w pierwszej połowie 1982 roku inflacja zmniejszyła się), to wiele firm będzie musiało ogłosić bankructwo, przez co kryzys będzie jeszcze gorszy. Już w tej chwili stopa upadłości jest najwyższa od czasów wielkiej depresji w latach trzydziestych. Towarzystwa oszczędnościowo-pożyczkowe, zmuszone z jednej strony wypłacać wysokie odsetki swoim deponentom, a z drugiej zarabiające niewiele na długoterminowych kredytach hipotecznych, są skazane na bankructwo, jeśli nie zdecydują się na fuzje z innymi kasami – wówczas jednak pojawią się kolejne problemy. W coraz gorszej kondycji finansowej są nawet banki komercyjne, mogące dzięki Federalnej Korporacji Ubezpieczeń Depozytów od 50 lat liczyć miękkie lądowanie, a to z powodu złych kredytów, których udzieliły w poprzednim dziesięcioleciu.

Na arenie międzynarodowej sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Podczas wielkiego boomu kredytowego amerykańskie banki lekkomyślnie udzielały wysoce ryzykownych pożyczek zagranicznym rządom i instytucjom, w tym również rządom komunistycznym i krajom Trzeciego Świata. Ustawa o deregulacji instytucji depozytowych i o kontroli monetarnej z 1980 roku, która zapewne nie zostanie zniesiona przez administrację Reagana, dała Rezerwie Federalnej prawo do nieograniczonego skupu zagranicznych walut (i innych aktywów) oraz do obniżenia stopy rezerw obowiązkowych do zera. Innymi słowy ustawa ta przygotowała grunt pod niczym nieograniczoną inflację pieniądza i kredytu w wykonaniu Fedu. Fakt, że Stany Zjednoczone udzieliły wsparcia polskiemu rządowi i odmówiły uznania jego bankructwa, za co rachunek muszą zapłacić amerykańscy podatnicy (i posiadacze dolarów), stanowi zły znak na przyszłość. Uratować zagranicznych dłużników i będące ich wierzycielami amerykańskie banki będzie mogła tylko ogromna inflacja.

Ponieważ ostra recesja służąca pozbyciu się zadłużenia stoi w sprzeczności z monetarystyczną filozofią gradualizmu, to wkrótce amerykańska gospodarka stanie przed dwoma alternatywami: depresją równie bolesną jak ta w 1929 roku, w czasie której rynek oczyściłby się z długu, lub ogromną inflacją wynikającą z udzielenia wsparcia finansowego przez Rezerwę Federalną. Choć reaganomika często odwołuje do zasad twardego pieniądza, to cechujące ją bojaźliwość i niezdecydowanie wskazują jasno na to, że możliwy wybór jest jeden: potężna ekspansja pieniądza i kredytu i w konsekwencji powrót dwucyfrowej, jeśli nie wyższej, inflacji, która skutkować będzie dalszym wzrostem stóp procentowych i opóźnieniem procesu powrotu koniunktury. Zapewne polityka inflacji byłaby realizowana z jeszcze większym entuzjazmem, gdyby do władzy doszli demokraci. Możemy się więc spodziewać nie tyle powtórki z wielkiego kryzysu, co niezwykle bolesnej inflacyjnej depresji. Do tego czasu proponowany przez szkołę austriacką plan powrotu do twardego pieniądza oraz standardu złota, zlikwidowania Fedu i przywrócenia leseferyzmu będzie przez wszystkich (ekonomistów, polityków i społeczeństwo) odrzucany jako zbyt radykalny, a nawet drakoński. Jednak w porównaniu ze zgotowanym nam przez keynesistów i monetarystycznych neokeynesistów gospodarczym piekłem permanentnej inflacji, stagnacji, wysokiego bezrobocia i inflacyjnej depresji rozwiązania proponowane przez austriaków wydają się spokojne i umiarkowane. Być może za sprawą obecnego i przyszłej gospodarczej zagłady amerykańskie społeczeństwo postanowi zrezygnować z tych błędnych i znachorskich metod i zwróci się w kierunku analizy oraz rozwiązań proponowanych przez szkołę austriacką.

Stanford, Kalifornia, wrzesień 1982

*To jedno z najbardziej zdumiewających twierdzeń Rothbarda, który powtarza je jeszcze w Dziesięciu największych mitach ekonomicznych, artykule, który można znaleźć w zbiorze Ekonomiczny punkt widzenia. Jan Lewiński, tłumacz tamtego artykułu, opatrzył ów fragment następującym przypisem: „Rothbard błędnie sugeruje tutaj, że opodatkowanie nie jest gorsze od inflacji jakoby dlatego, że jest od niej lepsze. Autor daje się uwieść tzw. iluzji pieniądza, sugerując, że bez względu na zmiany dochodu realnego, lepszy jest wyższy dochód nominalny od niższego. Argumentacja Rothbarda jest o tyle dziwna, że jest w tym miejscu zupełnie niepotrzebna. Nie ma to najmniejszego znaczenia dla Rothbardowskiego clou całej argumentacji: lekiem na deficyt nie są ani podatki, ani inflacja, lecz cięcia wydatków. Niepotrzebne są tu rozważania o tym, kogo krzywdzi bardziej inflacja, a kogo opodatkowanie – ważne jest to, że zawsze kogoś skrzywdzi”. Warto tutaj dodać, że z tezą o rzekomych zaletach inflacji w porównaniu z opodatkowaniem nie zgodziłby się zapewne sam Rothbard, który przykładowo w Co rząd zrobił z naszym pieniądzem napisał, iż „użyteczność pieniądza związana jest wyłącznie z potencjalną wymianą; wynika z jego wartości wymiennej albo «siły nabywczej»” (przyp. MZ).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Murray N. Rothbard

O Autorze:

Murray N. Rothbard

Murray Newton Rothbard (ur. 2 marca 1926, zm. 7 stycznia 1995) - ekonomista, historyk, filozof prawa i polityki. Uczeń Ludwiga von Misesa. Autor traktatu ekonomicznego "Man, Economy and State" (polskie wydanie: "Ekonomia wolnego rynku") oraz wielu innych książek i artykułów o ekonomii i historii. Jeden z twórców współczesnego libertarianizmu.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *