Tyszkiewicz: Nasz wróg import

4 marca 2016 Ekonomia międzynarodowa komentarze: 7

Autor: Jan Jakub Tyszkiewicz
Wersja PDF

Praca nagrodzona pierwszym miejscem w konkursie na esej o protekcjonizmie

importKoncepcja mówiąca, że to co obce z założenia jest wrogie i szkodzi jakiemuś „rodzimemu” kolektywowi sięga zapewne czasów epoki kamienia, gdy zaczęły się tworzyć pierwsze większe grupy łowiecko-zbierackie. Od tamtych czasów pojawia się ona w różnych postaciach, czasem uzasadnionych, czasem nie, w wielu różnych grupach z różną siłą. W różnych społeczeństwach ta idea jest mniej lub bardziej żywa aż do dziś, co automatycznie otwiera niszę dla działalności różnych politycznych demagogów. Oczywiście w różnych państwach wygląda to inaczej, lecz najbardziej widoczne jest w tzw. państwach narodowych — państwach władających terenem narodowo stosunkowo jednorodnym i uzurpujących sobie prawo do rozpoznawania i wykonywania woli oraz chronienia danego narodu. W dzisiejszych czasach taka ochrona przed wrogiem z zewnątrz w percepcji zarówno rządzonych, jak i rządzących dotyczy przede wszystkim konfliktu nie na polu militarnym, lecz gospodarczym. Zresztą takie podejście ze strony państwa widoczne było już w nowożytności, gdy wprowadzano w życie politykę merkantylizmu. Wtedy to narodziła się koncepcja mówiąca o tym, że handel jest narzędziem walki, a import jest niczym sztylet wbity pomiędzy łopatki „rodzimej gospodarki”. Koncepcja ta wraz z kolejnymi latami i eksperymentami wielokrotnie mutowała, zachowując jednak swój trzon, który wciąż jest popularny i uznawany za całkowicie racjonalny.

Na przestrzeni wieków wysuwano wiele argumentów przeciwko importowi. Wszystkie z nich wychodziły z założenia (czasem nieuświadomionego), że rynek to równanie o sumie zerowej — jeśli ktoś czegoś ma więcej, to znaczy, że ktoś inny musi mieć mniej. W przypadku importu mniej jest oczywiście ogólnie pojmowanych rodzimych dóbr gospodarczych. Jeśli mniej się produkuje w kraju, to państwo mniej „zarabia” na podatkach (już sam ten argument wystarcza etatystom), mniej jest przedsiębiorców, co ma być szczególnie szkodliwe w różnorakich „strategicznych sektorach”, a ci, którzy jeszcze się utrzymują, zarabiają rzekomo mniej. A jeśli jest mniej przedsiębiorców i przemysł jest mniej dochodowy, to oczywiście za tym idzie brak pracy i bezrobocie. Stąd prosta konkluzja — to import kradnie miejsca pracy. Podejście takie jest tym bardziej popularne, jeśli można wskazać jakiegoś winnego (np. historycznego wroga „naszego” państwa), któremu łatwo przyszyć łatkę kolonizatora gospodarczego. I o ile taki rzekomy wróg sam często nie jest bez winy (większość państw stosuje pewnego rodzaju protekcjonistyczne praktyki wypaczające rynek), to nie usprawiedliwia to wojny z importem oraz uznaniem go za źródło wszelkiego zła.

Czy zatem import naprawdę „kradnie” pracę i wywozi ją na taczkach za granicę? Warto się nad tym zastanowić, bo wbrew pozorom odpowiedź nie jest tak bardzo zero-jedynkowa, jak mogłoby się to wydawać. Na początku należy jednakże podkreślić, że ukraść można jedynie coś, co jest czyjąś własnością — czy praca danych ludzi jest własnością całego kraju czy państwa? Oczywiście nie, lecz przyjmijmy, tak jak zwolennicy tezy o „kradzieży” pracy, że tak jest. Zdawałoby się dość logicznym, że jeśli sprowadza się jakiś produkt zza granic danego państwa, to na jego obszarze jest mniejsze zapotrzebowanie na rodzime dobro mające te same cechy. Stąd jeśli zamiast produkować samochody, sprowadza się je zza granicy, to w kraju raczej nie powstaną fabryki wypluwające ze swych trzewi nowiutkie krążowniki szos. Nie ma fabryk — nie ma roboty. Wniosek: przyszedł import i ukradł miejsca pracy uniemożliwiając ludziom godne życie za godną pensję oraz odbierając przyrodzone „prawo do pracy”, chronione przez traktaty międzynarodowe, konwencje, konstytucję i Bóg wie co jeszcze. Rozwiązanie problemu: państwo musi ograniczyć import i/lub wspierać na koszt obywatela rodzimy przemysł, by ten zbrodniarz czasem nie powrócił, żeby znowu ukraść pracę uczciwym obywatelom. Na takiej konkluzji zazwyczaj kończy się rozumowanie większości polityków i różnych „patriotów gospodarczych”, niezależnie od tego, czy sprawa dotyczy wspomnianych wyżej samochodów, czy jakiegokolwiek innego przemysłu, energetyki i surowców, czy nawet rolnictwa. Podstawowy błąd takiego podejścia polega na tym, że nie sięga się do przyczyn zjawiska postrzeganego tu jako straszny problem.

Powracając zatem do przykładu z samochodami, należy sobie zadać kilka kluczowych pytań. Dlaczego w kraju, w którym mamy do czynienia z importem, ten import w ogóle się rozpoczął? Przyczyna jest prosta: w kraju po prostu bardziej opłaca się sprowadzać samochody zza granicy, niż produkować na miejscu. Nieco bardziej skomplikowane jest odpowiedzenie na to, dlaczego tak właśnie jest? Czynniki wpływające na to, że gdzieś bardziej opłaca się produkować dane dobro można podzielić na dwa rodzaje: interwencjonistyczne oraz rynkowe. Te pierwsze to najróżniejszego rodzaju narzucane odgórnie przez aparat państwowy regulacje rynku (w tym rynku pracy), podatki i ciężary, które mogą sprawić, że lokalna produkcja się nie opłaca ponieważ zagranicą procedury są prostsze, daniny niższe, płaca minimalna niższa (bądź nieistniejąca), a związki zawodowe „mniej awanturujące się”. Ta kategoria czynników jest jednakże w wielu przypadkach drugorzędna. Bo co z tego, że dane państwo narzuca niskie podatki i jest ogólnie mało uciążliwe dla przedsiębiorcy, skoro na przykład brakuje surowców, zaplecza technologicznego bądź siły roboczej? Tu przechodzimy do drugiej kategorii, czyli czynników rynkowych. Zaliczają się do nich kwestie, których nie da się po prostu „wprowadzić ustawą” — wspomniana wyżej dostępność surowców, zaplecza technologicznego, siły roboczej, ale także pracowitości, tzw. kultury pracy, wykształcenia oraz wielu innych okoliczności, które w zależności od branży mogą mieć różne znaczenie. W skrócie można powiedzieć, że niektóre kraje mają komparatywną przewagę nad innymi jeśli chodzi o produkcję konkretnych dóbr, tzn. są w ich produkcji po prostu lepsze. Stąd niektóre kraje muszą dobra importować, a inne eksportować. Zatem można stwierdzić, że import jest jedynie objawem „kradzieży” pracy, przy czym trzeba zaznaczyć, że jest to praca po prostu nieopłacalna dla przedsiębiorcy, a pośrednio także dla konsumenta. Żaden samochodowy potentat nie będzie otwierał fabryki w miejscu, gdzie pracownicy są drodzy i leniwi, związki zawodowe mogą mu zgodnie z prawem dowolnie zakłócać produkcję, urzędnicy mogą go z kolei dręczyć biurokracją, a państwo narzuca wysokie daniny, gdy ma dostępną lepszą opcję. Tak samo nikt nie będzie otwierał biznesu tam, gdzie niemożliwe jest skompletowanie odpowiedniej kadry, nabycie maszyn, odpowiedni know-how praktycznie nie istnieje, brakuje surowców, a np. fabryka produkująca jedyne w swoim rodzaju śrubki potrzebne do najnowszego modelu jest oddalona o setki kilometrów. Gdyby natomiast ktoś taki, mimo wszystko, kierowany szaleństwem bądź wyjątkowo nierozsądnym zakładem, zdecydował się na otworzenie fabryki w tak wrogim środowisku, to najpewniej dostarczyłby swym klientom niezwykle kosztowny bubel. Koszty pracy odbiłyby się na cenie, a niska jakość produkcji na jakości produktu, który byłby zauważalnie gorszy od tego, co prezentuje konkurencja. Ostatecznie taki przedsiębiorca skończyłby jako bankrut.

Zatem fascynaci krajowej gospodarki i rodzimej produkcji jeśli już jakoś chcieliby zwalczyć ten „złodziejski” import, to powinni pójść w przeciwnym kierunku niż narzucanie regulacji — powinni opowiedzieć się za ich jak największym ograniczaniem. Jeśli ograniczy się do absolutnego minimum czynniki, które nazwałem wyżej interwencjonistycznymi, to istnieje o wiele wyższa szansa, że produkcję opłaci się realizować w kraju, co zatamuje w pewnym sensie import i „ochroni” pożądane miejsca pracy. Co jednak może zauważyć patriotyczno-gospodarczy sceptyk, jeśli problemem nie jest interwencjonizm państwa lecz czynniki rynkowe? „Potrzebne są cła, ochrona, dotacje, by ochronić cenne miejsca pracy!” — mógłby zakrzyknąć. I owszem, miejsca pracy taką polityką zostałyby „ochronione”, lecz byłaby to ochrona bardzo kosztowna, nieopłacalna oraz w gruncie rzeczy wybitnie bezsensowna, a wręcz szkodliwa. Powróćmy do przykładu z samochodami. Kraj jest zalewany tanimi, dobrej jakości pojazdami zza granicy, a lokalny przemysł motoryzacyjny upadł (bądź nie zdołał się rozwinąć) ze względów czysto rynkowych (brak dóbr kapitałowych, kadry, siły roboczej, brak odpowiedniej wiedzy etc.). Zatroskane państwo, przy wtórze różnych „gospodarczych patriotów” oraz związkowców łasych na posady, postanawia wdrożyć program ochrony (rozwoju) krajowego przemysłu motoryzacyjnego. Pierwszym krokiem jest nałożenie ceł na importowane samochody. W efekcie dla zagranicznych firm rynek staje się mniej lukratywny, a klienci tracą ze względu na wzrost cen. Przy okazji najpewniej pojawi się także zorganizowana przestępczość zajmująca się przemytem i handlem nieoclonymi wozami. By dalej „chronić” miejsca pracy, państwo wdraża kolejne regulacje, jak chociażby różne dotacje, czy przywileje pracownicze (bo przecież to właśnie praca jest tutaj stawiana na pierwszym miejscu). W końcu, po wydaniu bajońskich sum, wyhodowaniu nowej grupy przestępców i sztucznym podwyższeniu cen dobrych produktów zza granicy, z ojczystych taśm produkcyjnych zjeżdżają pierwsze automobile. Jako że w kraju ciężko produkować samochody ze względu na różne braki, o których wspominałem wcześniej, to ich jakość nie jest wysoka — w przeciwieństwie do cen. Te ostatnie wzrosły znacząco, bo, po pierwsze, musiały zwrócić wysokie koszty produkcji, a po drugie, nie musiały konkurować na rynku z zagraniczną konkurencją, których oferta została wykrzywiona przez arbitralnej wysokości cła. Rodzimy rynek prezentuje się zatem nieciekawie — choć zagraniczne produkty dalej mogą się pojawiać i ich jakość jest zadowalająca, to niektórzy konsumenci nie mogą sobie najzwyczajniej na nie pozwolić. Alternatywą jest tutaj niewiele tańszy, choć gorszy produkt, do którego i tak już konsument dopłacił przymusowo w podatkach, które poszły na „ochronę” rodzimego przemysłu. W wielu przypadkach jednakże ludzi nie stać ani na rodzimy, ani na obcy model. W wielu przypadkach ci, których na taki samochód mają dość pieniędzy, mogą stanąć w obliczu niedoborów — lokalne fabryki mogą po prostu nie wyrobić się z produkcją, a zagranicznych modeli może zabraknąć, szczególnie w przypadku wprowadzenia kontyngentów importowych. Ostatecznie tracą zatem zarówno zagraniczni przedsiębiorcy, konsumenci, jak i podatnicy, a jedynymi beneficjentami w takim przypadku jest mała grupka przedsiębiorców, którym udało się na czas ustawić w nowej niszy oraz ich pracownicy. Wielkim kosztem takiego interwencjonizmu (poza obciążeniem budżetu, to jest podatników, subwencjonowaniem przemysłu) jest fakt, że zaburzona została naturalna alokacja zasobów — ludzie zmuszeni zostali do alokowania swojego kapitału tam, gdzie im się to mniej opłacało, co z kolei przyłożyło się do kształtowania wypaczonej sytuacji gospodarczej — wymiany międzyludzkie są o wiele mniej opłacalne, a obie strony zyskują znacznie mniej, niżby mogły. Takie siłowe przekierowanie przepływu kapitału prowadzi natomiast do wytworzenia się uprzywilejowanej grupy pasożytującej na reszcie produktywnego społeczeństwa (w tym przypadku na konsumentach oraz podatnikach). Kolejną konsekwencją mogą być także różne nieoczekiwane skutki gospodarcze, które dodatkowo uderzą w dobrobyt mieszkańców i tak biedniejącego kraju. „To wszystko teoria, liczą się efekty i fakt, że praca będzie w rękach naszych rodaków”, mógłby rzec ktoś dalej nieprzekonany powyższą argumentacją. Jeśli „teoretyzowanie” nie przekonuje, to z pewnością większą siłę będą miały argumenty empiryczne — a tych nie brakuje, ponieważ w historii jest więcej niż dość przykładów protekcyjnych praktyk negatywnie odbijających się na krajach, które zostały im poddane. Wymienię tu jeden przypadek, który zresztą często jest, paradoksalnie, uznawany za przykład wielkiego sukcesu protekcjonizmu, a mianowicie Stany Zjednoczone Ameryki. I choć pierwszy ruch protekcjonistyczny pod wodzą właścicieli nieefektywnych hut żelaza narodził się już w latach dwudziestych XIX wieku, to dopiero wraz z gospodarczą i polityczną masakrą Południa w krwawej wojnie domowej i następującym po niej okresie tzw. Rekonstrukcji w polityce amerykańskiej istniejące wcześniej protekcjonistyczne tendencje nasiliły się, a wielkie wpływy zyskali bogacący się na Północy przemysłowcy. Część z nich skutecznie lobbowała za cłami, by pozbyć się z rynku tańszych i lepszych produktów brytyjskich. Ostatecznie cła weszły w życie (kwestia ceł była zresztą jednym z głównych powodów wybuchu wojny secesyjnej), a przemysł rodzimy był chroniony przez państwo przed konkurencją zza granicy. I tak już dobrze prosperujący przemysł Nowej Anglii faktycznie zyskał i zaczął rozwijać się szybciej, niż rozwijałby się bez najeżenia granic nowymi cłami. Jednakże wraz z ograniczoną konkurencją ceny poszły w górę. Mniej efektywni przedsiębiorcy, którzy normalnie odpadliby w wyścigu po pieniądze konsumentów, dalej funkcjonowali, oferując gorsze produkty, niż te, które byłby dostępne po tej samej bądź niższej cenie, gdyby pozbyć się ceł. To z kolei odbiło się na klientach ówczesnego przemysłu amerykańskiego, którymi byli przede wszystkim rolnicy. Zarówno ci więksi, jak i zwykli drobni farmerzy musieli ponosić większe koszty, kupując droższe wyroby, często kiepskiej jakości. Szczególnie drobniejsi właściciele ciężko to odczuli i ich standard życia znacząco się pogorszył. Wielu z nich nie chciało się z tym pogodzić i chcieli zatamować ten niezrozumiały dla nich proces — wtedy właśnie zaczęły powstawać pierwsze populistyczne organizacje i partie złożone z rolników żądających wprowadzenia taniego pieniądza, a później także innych regulacji mających poprawić rzekomo ich byt — oczywiście kosztem współobywateli. Ameryka zatem, która odniosła sukces gospodarczy pomimo protekcyjnych zapędów niektórych rządów, a dzięki przedsiębiorczości, bogactwie surowców oraz niemal całym, pozbawionym abstrakcyjnych barier kontynencie do zagospodarowania, dużo straciła na celnych perwersjach uskutecznianych po wojnie domowej. Nie tylko ucierpieli konsumenci, lecz co więcej, spłodzony został potworek roszczeniowego rolnictwa, z którym amerykańska gospodarka miała mieć w przyszłości (i ma do dziś zresztą) wiele problemów. Warto tu od razu zauważyć, że nie każdy kraj jest w tak komfortowej sytuacji jak USA. Skoro taki gigant jak Ameryka nie może uciec przed konsekwencjami interwencjonizmu, to mniejsze, bardziej wrażliwe gospodarki także zostaną zmiażdżone bezlitosnym walcem skutków zaburzania rynku.

Nawet jeśli wyrzucimy przez okno pytanie o moralność uprzywilejowywania pod lufami rządowych karabinów jednej grupy względem drugiej, to z punktu widzenia czysto utylitarnego dalej nie będzie się opłacało zachować, w imię „rodzimej gospodarki”, tych kilku miejsc pracy, które zostały przez import „skradzione”. Rynek to nie równanie o sumie zerowej, nie jakieś raz upieczone ciasto, którego kawałki trzeba rozdzielić. Dzięki dobrowolnym wymianom obie strony transakcji się bogacą. Jeśli zacznie się uniemożliwiać lukratywne transakcje, czy chociażby sprawi się, że będą one mniej opłacalne, to ciasto nie tylko zmaleje, ale z pysznego tortu zamieni się w suchy placek o posmaku kartonu. Jeśli ktoś zatem ma skorzystać na „chronieniu” pracy przed importem, to na pewno nie będzie to gospodarka i konsumenci. Zyskać mogą jedynie arbitralnie ustanowieni beneficjenci oraz organ, który tychże beneficjentów wyznacza — państwo. Pewne uwielbienie i rodzaj niemalże bogobojnej czci przebija zresztą z argumentów różnych protekcjonistycznych „gospodarczych patriotów”. Na czele jest tu stawiana nie tyle gospodarka, czy nawet pracownik, lecz właśnie organizm, który spija ze swoich poddanych, w tym z rodzimego przemysłu, liczne daniny. Więcej miejsc pracy to większa gospodarka, większa gospodarka to większe daniny, a większe daniny to silniejsze państwo, a silniejsze państwo ochroni bardziej lub mniej określonych „nas” przed wrogiem — tak zdaje się przebiegać rozumowanie wielu zwolenników ochrony miejsc pracy przed importem. Sami oficjele państwowi natomiast na pewno z uśmiechem przywitają możliwość posiadania w kraju wszelkich potrzebnych do utrzymania władzy komponentów. Dążenie do pewnej autarkiczności jest tutaj wpisane w naturę państwa. Należy chronić miejsca pracy w rolnictwie, bo należy mieć własne rolnictwo, by móc wykarmić w razie czego wojsko i innych naszych przedstawicieli. Należy chronić miejsca pracy w sektorach wydobycia surowców, bo potrzebna jest nam baza produkcyjna. Podobnie z energetyką, przemysłem, a czasem nawet i usługami. Im bardziej teren podległy państwu jest samowystarczalny, tym mniej jest zależny od czynników spoza państwa, a zatem o wiele łatwiej jest go utrzymać w garści. Zasadniczy problem polega na tym, że takie podejście się nie sprawdza, bo, szczególnie w bardziej rozwiniętej gospodarce, nie da się takiej samowystarczalności, nawet bardzo wysokim kosztem, pozyskać. Nawet jeśli znacząco zbije się poziom dobrobytu i jakimś cudem utrzyma władzę w kraju, to aparat państwowy zmuszony zostanie do ekspansji, co miało miejsce w przypadku reżimu nazistowskiego i faszystowskiego, bądź zostanie skazany na powolne zapadanie się pod własnym ciężarem, tak jak Związek Radziecki. I o ile wydaje się, że autarkiczne sny o potędze rodem z totalitarnego państwa odeszły w zapomnienie i przez swoją złą sławę raczej nie wrócą (przynajmniej nie otwarcie), to inny, nacjonalistyczny bakcyl, mutujący już od XIX wieku dalej jest popularny i obecnie przybrał postać protekcjonistycznego państwa narodowego, z wyjątkowym fetyszyzmem pracy — byle jakiej, byleby w ojczystych granicach. Całe szczęście istnieją jeszcze punkty oporu przeciwne takiemu podejściu, które wolą logikę i ekonomię zamiast frazesów i powierzchownej dumy.

Konkluzję z tego wszystkiego można wyciągnąć następującą — import owszem „kradnie” miejsca pracy, ale nie tak, jakby chciały tego osoby najgłośniej o tym krzyczące. Import jest faktycznie jedynie objawem, a nie przyczyną tego, że konkretne stanowiska w danej lokacji racji bytu po prostu nie mają. Fakt, że coś jest sprowadzane zza granicy, pokazuje, iż na miejscu nie ma opłacalnej możliwości stworzenia danego dobra, więc musi być ono wyprodukowane gdzieś indziej. Import zatem w tym sensie „kradnie”, że przenosi produkcję w bardziej opłacalne warunki, tam gdzie praca jest bardziej odpowiednia. „Kradnąc” konkretne miejsce pracy z danego kraju, daje więc o wiele więcej — produkt, lepszy, tańszy, który nigdy tą „rodzimą” pracą osiągnięty zostać nie mógł.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jan Jakub Tyszkiewicz

Pozostałe wpisy autora:

7 Komentarze “Tyszkiewicz: Nasz wróg import

  1. „Rynek to nie równanie o sumie zerowej, nie jakieś raz upieczone ciasto, którego kawałki trzeba rozdzielić. Dzięki dobrowolnym wymianom obie strony transakcji się bogacą. Jeśli zacznie się uniemożliwiać lukratywne transakcje, czy chociażby sprawi się, że będą one mniej opłacalne, to ciasto nie tylko zmaleje, ale z pysznego tortu zamieni się w suchy placek o posmaku kartonu. Jeśli ktoś zatem ma skorzystać na „chronieniu” pracy przed importem, to na pewno nie będzie to gospodarka i konsumenci”.—————————————Jeżeli rynek to miejsce gdzie- „Dzięki dobrowolnym wymianom obie strony transakcji się bogacą”-to proszę mi wyjaśnić gzie jest tam miejsce dla konsumenta i co to ten konsument.Ulegamy złudzeniu,mimo ze wszystkie transakcje dokonujemy za pomocą pieniędzy to nadal sensem rynku jest wymiana towarowa.(„Rynek ma charakter podażowy-Robert Gwiazdowski”).

    1. Nie rozumiem pytania w kontekście przytoczonego cytatu, jeśli sednem analizy jest kwestia logicznych skutków wymiany to nie widzę powodu po co rozróżniać między konsumentami a innymi podmiotami. Proszę o sprecyzowanie pytania, o co dokładnie Pan/Pani pyta, pisząc „gdzie tam miejsce dla konsumenta i co to ten konsument”, nie sposób domyśleć się o co chodzi.

    2. Obie strony się bogacą ponieważ każda strona w wymianie wyżej ceni użyteczność dobra które kupuje niż tego które sprzedaje mimo ich takiej samej wartości. Każdy zyskuje więc na takiej transakcji.

  2. Po co tyle mącenia? Nie prościej powiedzieć, że żeby kupić za granicą samochód, to musimy sami coś za granicę sprzedać (bo niby za ci ten samochód kupimy?). Import samochodu „kradnie” miejsca pracy w przemyśle samochodowym, ale dodaje miejsca pracy u naszych eksporterów.
    Zresztą importujemy niekoniecznie coś, co się „nie opłaca” u nas produkować, ale dlatego, że coś innego się opłaca produkować bardziej – koszty komparatywne, które Ricardo wyjaśnił już zrozumiale, ponad 200 lat temu.

    1. Ponad 200 lat temu pieniądz był wytwarzany z towaru podlegającemu takiej samej wymianie towarowej jak każdy inny.

      1. A co to ma do rzeczy? Ricardo, o ile pamiętam, to wyjaśnił bez użycia pojęcia pieniądza. Towary porównywał za pośrednictwem roboczodni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy