Magness: Niesłychany bezład w systemie publikacji naukowych

8 sierpnia 2019 Teksty komentarze: 0

Autor: Phillip W. Magness
Źródło: aier.org
Tłumaczenie: Przemysław Rapka
Wersja PDF

Świat czasopism naukowych irytuje swoją nieefektywnością. Jest jednakże nieodłączną częścią dyskursu naukowego i pozostaje jednym z nielicznych elementów życia akademickiego, który zapewnia przynajmniej jakieś pozory merytokratycznej miary wkładu badacza w jego dziedzinę. „Publikuj lub przepadnij” (publish or perish), jak głosi powiedzenie, a publikowanie oznacza konieczność użerania się z wydawcami.

A jednak na każdym kroku typowego procesu publikacji akademickiej natrafiamy na przeszkody, które bardzo szybko zniechęciłyby klientów jakiejkolwiek innej branży.

Dla niewtajemniczonych, pierwszym krokiem na drodze do publikacji pracy jest wybór potencjalnego czasopisma. W przypadku artykułów naukowych oznacza to jedno z tysięcy czasopism naukowych, które zajmują się publikacjami z wysoce wyspecjalizowanej dziedziny. W przypadku książek zazwyczaj oznacza to wydawnictwo uniwersyteckie albo jedno z większych wydawnictw komercyjnych specjalizujących się w pracach naukowych.

Gdy już wybierzesz odpowiednie czasopismo lub wydawnictwo i wyślesz swój artykuł (do czasopisma) lub propozycję wydawniczą (w przypadku książki) do recenzji przez wybranego wydawcę, wtedy musisz czekać. I czekać. I czekać jeszcze trochę. Właściwie czekanie stanowi główną część publikowania pracy i możesz czekać całymi miesiącami, a nawet latami nim otrzymasz od kogoś jakąkolwiek wiadomość. Istnieje kilka wyjątków od tej reguły, jednak niekończące się oczekiwanie jest normalne w przypadku niemal każdego czasopisma. Osobom publikującym po raz pierwszy radzę, by wysłały swoją pracę i zapomniały, że jest ona teraz w czyichś rękach. Zajmijcie się kolejnym projektem lub dalej pracujcie nad obecnym, rozwijając go w kolejnym kierunku, w miarę, jak oczekujecie na odpowiedź, gdyż prawdopodobnie miną miesiące, zanim otrzymacie jakąś poradę lub odpowiedź ze strony czasopisma lub wydawcy.

Głównym, choć nie jedynym, powodem czekania są inni naukowcy. Twój artykuł czy monografia prawdopodobnie spoczywa w skrzynce e-mailowej lub na biurku innego specjalisty, rzekomo zajmującego się tą samą dziedziną, czekając na recenzję. Prawdopodobnie ta recenzja jest nisko na liście priorytetów recenzenta.

Akademicy mają osobliwy sposób spędzania czasu. Według badania ankietowego przeciętny profesor spędza niewiele ponad połowę czasu ucząc — ale tylko w ciągu 32 tygodni w roku, które przypadają na semestr zimowy i letni. Reszta czasu jest podzielona niemal równo pomiędzy obowiązki administracyjne i własne badania. Produktywność tych badań to inna historia, gdyż medianowy pracownik naukowy w Stanach Zjednoczonych zazwyczaj publikuje mniej niż jedną publikację jakiegokolwiek rodzaju w ciągu roku kalendarzowego. Jednak z czymkolwiek wiąże się to badanie, na pewno ma to pierwszeństwo przed napisaniem recenzji twojego artykułu czy książki.

Zazwyczaj szybko zaczyna działać prawo Parkinsona, a konkretnie nieformalna obserwacja, że „praca rozszerza się tak, aby wypełnić czas dostępny na jej ukończenie”. Zatem normalne jest, że recenzenci się ociągają. Nawet jeśli przeczytanie i krytyka artykułu zajmuje tylko parę godzin, to i tak możecie oczekiwać, że miną miesiące i zbliżający się ostateczny termin wyznaczony przez czasopismo, zanim ten proces w ogóle się rozpocznie. Każda dyscyplina akademicka jest dotknięta tym problemem, ale czas oczekiwania zazwyczaj jest najdłuższy w humanistyce, chociaż jej przedstawiciele zazwyczaj prowadzą średnio mniej badań niż naukowcy z innych dziedzin.

Pamiętaj, że skończona recenzja niekoniecznie jest dobrą recenzją. Niektórzy naukowcy są solidni i spisują długie i szczegółowe notatki krytyczne lub pomocne w poprawieniu twojej pracy. Inni są leniwi i zapisują jedynie kilka zdań, które zdradzają co najwyżej pobieżne zapoznanie się z pracą w najlepszym razie. I na pewno niejeden rażąco przekręci treść twojej pracy, przedstawiając ją redaktorowi czasopisma.

Przechodząc przez ten proces dziesiątki razy, niepokojąco regularnie natrafiałem na te dwa ostatnie rodzaje recenzentów. Miałem recenzentów, którzy oferowali bardzo pomocne uwagi, które pozwalały udoskonalić artykuł; recenzentów, którzy zupełnienie nie zrozumieli głównej tezy pracy i tworzyli komentarz twierdzący, że praca jest błędna lub się nie kwalifikuje; a nawet recenzentów, którzy łamali niepisane zasady etyczne procesu publikowania, jak podejmowanie prób dowiedzenia się, czyj artykuł recenzują albo naciskając na wydawcę, by ten odrzucił pracę, w której zawarta teza podważa jego własną.

Każdy, kto regularnie publikuje artykuły, zna te schematy aż za dobrze. Jednak problem jest taki, że przewinienia recenzentów, czy to lenistwo czy coś gorszego, rzadko, jeśli w ogóle, są karane. Wydawca co najwyżej odmówi współpracy z tą osobą w przyszłości — co może być nawet mile widziane przez te osoby, gdyż w ten sposób zwalniani są z obowiązku, za który im się nie płaci. A ponieważ redaktorzy często także są naukowcami i mają mało czasu wolnego, to zdecydowana większość odda decyzję o publikacji grupie recenzentów. Oznacza to, że w przypadku konkurencyjnych i wysoko punktowanych czasopism i wydawnictw leniwi i złośliwi recenzenci oprócz samego odwlekania decyzji poprzez nieruszanie pracy całymi miesiącami, mają także możliwość zawetowania publikacji,.

Redaktorzy także mogą uleć pokusom lenistwa i złośliwości. Chociaż proces recenzji jest zazwyczaj anonimowy, to redaktor ma możliwość dowolnego wyboru recenzenta. Załóżmy, że redaktorowi nie podobają się polityczne implikacje argumentacji artykułu; stwierdza iż jest sprzeczny z pracą jego kolegi; czy po prostu nie lubi autora składającego pracę. Rozwiązanie jest łatwe: trzeba wysłać pracę nieprzyjaznemu recenzentowi, który zasypie artykuł negatywnymi uwagami, których nikomu nie będzie chciało się skrupulatnie sprawdzać. Prawdopodobnie autor wyśle tę samą pracę gdzie indziej, ale za to zmarnował pół roku na czekanie, by ostatecznie nic z tego nie mieć.

Zwyczajna niekompetencja redakcji jest jeszcze powszechniejsza. Nieraz zdarzało mi się, że redakcja gubiła artykuł w trakcie procesu, a inni zapominali ją przesłać do recenzji, twierdząc, że to zrobili. Jakakolwiek firma, która regularnie gubiłaby własność swojego klienta na długie miesiące szybko zostałaby wypchnięta z rynku z powodu kiepskiej reputacji, na jaką by zapracowała. A jednak w świecie publikacji akademickich jest to normą i ponownie koszty niekompetencji redaktorów ponoszą autorzy w postaci straconego czasu.

Załóżmy, że twój artykuł lub książka zadowoliła recenzentów i redaktorów, czy to przy pierwszym podejściu czy kolejnej rundzie recenzowania. Zgadnij co się dzieje potem?

Znowu czekasz. I czekasz. I czekasz jeszcze trochę.

Ostatecznie twój artykuł zostanie umieszczony w kolejce wraz z określoną datą publikacji. W przypadku typowego czasopisma oznacza to publikację za minimum rok (chociaż przynajmniej kilka zaczęło praktykować publikowanie materiałów w sieci po około 6 do 9 miesięcy od przyjęcie artykułu). Niektóre konkurencyjne lub mniejsze czasopisma mają zaplanowany rozkład publikacji na 2 do 3 lat w przód.

Opublikowanie książki zajmuje jeszcze więcej czasu. Po zaakceptowaniu, dostaniesz datę publikacji, która jest ustalona na minimum za rok od momentu dostarczenia manuskryptu. Nawet „najlepsze” wydawnictwa naukowe potrafią opóźnić wydanie z powodu byle jakiego kaprysu. Możliwe, że katalog na jesień miał zbyt wiele pozycji. A może redaktor techniczny postanowił pojechać na wakacje wtedy, na kiedy twoja książka miała wyznaczona czas składania, przez co ominął ją jesienny okres wydawniczy. Potem dowiadujesz się, że twój oczekiwany listopadowy termin wydania został przesunięty na czerwiec.

Pewnie zastanawiasz się, co wydawnictwo robi przez ten cały czas od teraz do dnia wydania. Odpowiedź brzmi: prawdopodobnie niewiele. Twój artykuł lub manuskrypt w końcu zostanie poddany korekcie, ale dopiero po odczekaniu w kolejce.

Można znaleźć wyjątki, ale z własnego doświadczenia wiem, że „profesjonalna” korekta jest niemal zawsze beznadziejna i wydaje się pogarszać z roku na rok. W końcu dostaniesz „odbitkę korektorską” zawierającą listę uwag i poprawek. Wiele z nich jest przypadkowych, napisanych przez ludzi nie rozumiejących przedmiotu pracy, którą się zajmujesz. Dzieląc się jednym z ostatnich doświadczeń, natrafiłem na korektora, który zmienił każde odwołanie do „szkoły chicagowskiej” — w sensie szkoły myśli w ekonomii związanej z University of Chicago — na „szkoły chicagowskie” — rozumiane jako publiczny system edukacji K-12[1] dużej metropolii znajdującej się nad jeziorem Michigan. W innym przypadku korektor wprowadził kilka lub kilkanaście nowych literówek i innych błędów typograficznych, których nie było w oryginalnym artykule. W trzecim przypadku korektor zmieniał duże litery na małe w tytułach książek i niektórych autorów w przypisach.

W obliczu takich standardów możecie uważać się za szczęściarzy, jeśli jedyne sugestie, jakie odbitka zawiera, to niekończąca się lista bibliograficznych poprawek, aby twój czytelnik na pewno się dowiedział tak istotnych informacji, jak to, że książki wydane przez Cambridge University Press są w rzeczywistości wydane w Cambridge albo w Bostonie w stanie Massachusetts. W praktyce oznacza to, że przecięty korektor nie wyłapie wielu literówek. Niektórzy nawet dodadzą kilka nowych, które potem musisz sam wyłapać i poprawić.

Jak by tego było mało, czasopisma często naciskają, abyś dokończył korektę w ciągu 48 lub 72 godzin od otrzymania odbitki korektorskiej — albo ryzykujesz opóźnienie publikacji przez następne 6 miesięcy, bądź twoja książka nie będzie skończona do dnia wydania. Mogli z tym nic nie robić przez rok, ale kiedy dostaniesz już zwrotkę na skrzynkę mailową, kiedy jesteś na urlopie, wciąż musisz usiąść do komputera, by zdążyć w wyznaczonym terminie. I to nagłe parcie do zakończenia całego procesu, połączone z na ogół bezużyteczną pomocą oznacza, że nie unikniesz literówek w ostatecznej wersji, nieważne jak bardzo starasz się je wszystkie wyłapać. Może spieszyłeś się albo byłeś zmęczony od skupiania się na manuskrypcie lub rozproszyłeś się w trakcie sprawdzania konkretnego zdania lub błędu. Z tego powodu korekta, w idealnym świecie, powinna być przekazana wykwalifikowanemu specjaliście, którego pracą jest wyłapywanie takich rzeczy. Jednak dobrych korektorów jest niewielu, a czasopisma zdają się na nich oszczędzać, więc w dużej mierze jesteś zdany na siebie.

Powodów do frustracji ubywa nieco, gdy twoja praca trafi już do druku. Jednak wciąż natrafiasz na kolejne doprowadzające do szaleństwa przykłady nieefektywności w świecie publikacji akademickich. Jeśli twoja praca ukaże się w czasopiśmie, prawdopodobnie dostęp do niej będzie słono kosztował. Jeśli jest to książka, nie oczekuj, że będzie sprzedawana po takich cenach, jak inne książki w księgarniach. Normalne jest drukowanie kilkuset egzemplarzy i ustalenia ceny w wysokości kilkuset dolarów lub więcej za sztukę.

To wszystko wynika z przestarzałego modelu biznesowego, który zdominował większą część branży wydawnictw akademickich. Najprawdopodobniej nie sprzedają twojej książki lub artykułu konsumentom, którzy je przeczytają i wykorzystają — sprzedają je bibliotekom, które automatycznie kupują prenumeratę czasopisma albo automatycznie kupują książki z katalogu danego wydawnictwa — obie decyzje zależą od przydzielonego im budżetu rocznego przez prowadzące je instytucje. To z kolei osłabia sygnały cenowe, jakie mogłyby powstać w oparciu o normalne i konkurencyjne wymiany, dokonywane na podstawie zainteresowania konsumentów twoimi pracami.

W tym obszarze wciąż istnieją rynki, ale są one słabe i zniekształcone przez skupione na bibliotekach modele biznesowe. Oznacza to, że twój produkt prawdopodobnie trafi jedynie do małego grona czytelników, określanego niemal wyłącznie przez budżety bibliotek i do tego zajmie to o całe lata dłużej, niż myślałeś.

Czy jest jakaś alternatywa dla tego bezładu? AIER już nad tym pracuje.

 

[1] K-12 jest skrótem od „from kindergarden to 12th grade” (od przedszkola do 12 klasy [odpowiednik polskiej 4. liceum]), czyli okresu trwania edukacji od początku edukacji podstawowej, do uzyskania średniego wykształcenia — przyp. tłum.

Źródło ilustracji: Pixabay.com

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Phillip W. Magness

O Autorze:

Phillip W. Magness

Phillip Magness jest współpracownikiem naukowym American Institute for Economic Reaserch. Jest autorem licznych prac poświęconych historii gospodarczej, podatkom, nierównościom, historii niewolnictwa i systemowi edukacji w Stanach Zjednoczonych.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy