Sunwall: Ekonomia polityczna „Wyspy Skarbów”

16 sierpnia 2019 Kultura komentarze: 0

Autor: Mark Sunwall
Źródło: lewrockwell.com
Tłumaczenie: Przemysław Rapka
Wersja PDF

Mało prawdopodobne jest wykazanie przez przyszłe badania historyczne, że Robert Lewis Stevenson (1850-1894) i Carl Menger (1850-1921) byli tą samą osobą. Niektórzy jednak byliby skłonni uznać za możliwe, że utalentowany szkocki pisarz zamieszkiwał to samo ciało co współczesny mu Austriak, który (przez przypadek wspólnie z Stanleyem Jevonsem i Leonem Walrasem) wziął udział w rewolucji naukowej, za sprawą której ekonomia skupiła się na ludzkim postępowaniu, zamiast na posiadaniu dóbr, jak to miało miejsce wcześniej. Gdyby jakimś cudem faktycznie tak było i moglibyśmy po kryjomu ujrzeć przemianę znanego ekonomisty w autora Wyspy Skarbów, to zauważylibyśmy nie nocną przemianę Jekylla w Hyde’a, ale dorabiającego na boku Jekylla chowającego się pod pseudonimem. W rzeczy samej, osoby, które zdają sobie sprawę z przypowieści moralnych, a nawet ekonomicznych w takich klasycznych powieściach dla dzieci, jak Hobbit czy Czarnoksiężnik z Krainy Oz szybko poznają ekonomiczny sekret Wyspy Skarbów, który, jak to często bywa z wielkimi tajemnicami, skrywa się na widoku. Każdy kto zacznie czytać arcydzieło Stevensona odkryje bogactwo wnikliwych przemyśleń dotyczących ludzkiej natury i będzie w stanie zastosować je do ekonomii politycznej, przez co ta opowieść stanie się bardziej wywrotowa wobec dzisiejszych demokratycznych szyboletów niż bunt na okręcie.

Czy Wyspa Skarbów to książka dla dzieci — według dzisiejszych standardów — jest kwestią sporną. Jej język jest zbyt ostry i wyrafinowany jak dla postępowego czytelnika (czy to w politycznym czy pedagogicznym sensie) oraz, co ważniejsze, jej narracja jest zbyt subiektywna, by mogła przemawiać do osób, zarówno młodszych, jak i starszych, które zwracają uwagę wyłącznie na akcję i fabułę. Łatwo rozpoznać wielowymiarową strukturę narracji otwartych rozmyślań Jima Hawkinsa, które zmieniają się wraz z obserwacjami klinicznymi dr. Liveseya, co musiało być odważną techniką prowadzenia narracji w XIX wieku. Przez długi czas Stevenson był głównie znany ze swoich podróży, czy to na ośle przez Francję czy szkunerze po morzach południowych, ale jego największymi wyprawami były te w ciemną toń duszy ludzkiej. Jednakże postawienie następnego kroku i stwierdzenie, że literacki subiektywizm fikcyjnego świata Stevensona odzwierciedla ducha epoki niemal współczesnej rewolucji w ekonomii jest mostem, na który nie wkroczy mentalny osiołek wielu osób. Jednak te mentalne osiołki objuczone naszymi zdroworozsądkowymi poglądami zazwyczaj dostają zawrotów głowy, gdy tylko zbliżają się do mostu łączącego to, jakimi rzeczy wydają się być z tym, jakimi te rzeczy faktycznie są, co Carl Menger mógłby uznać za iluzję skrywającą proste, lecz kontrintuicyjne prawa ekonomii subiektywistycznej.

Nawet jeśli się mylę i Wyspa Skarbów nie może nas niczego nauczyć o ekonomii czy polityce, to wciąż pozostaje znakomitą powieścią. Opowiada o walce dobra ze złem i to z tego powodu, a nie braku subtelności, uznaje ją za powieść dla dzieci. Kole w oczy XX-wiecznych zdegenerowanych krytyków z Bloomsbury, i innych, którzy chcą Stevensona wyeliminować z kanonu literatury poważnej. Oczywiście z ich perspektywy było to rzeczą słuszną, gdyż wiele rzeczy nosi znamiona uprzedzeń na Wyspie Skarbów, świecie znacznie prostszym, gdzie czytelnik wyposażony w kilka moralnych wskazówek może w mgnieniu oka odróżnić dżentelmena od wstrętnego szubrawca, zasługującego na karę wymierzoną mu przez lepszych od niego. Chociaż bez wątpienia manichejska wizja świata w którym dżentelmen pokonuje szubrawca jest nazbyt uproszczona, to jakakolwiek adekwatna krytyka tej mentalności spotka się prawdopodobnie z podejrzeniem o moralny nihilizm. Tymczasem powinno się usunąć Wyspę Skarbów z półki z książkami dla dzieci i postawić znacznie wyżej, poza ich zasięgiem, oprawioną w skórę.

Zdając sobie sprawę z kontrowersyjności tej powieści, czy naprawdę tak trudno wyobrazić sobie Stevensona celowo ukrywającego bogate przemyślenia o rzekomo ponurej nauce w swoim małym arcydziele? Nasze podejrzenia byłby uzasadnione nawet nie wiedząc nic o autorze. Możemy jednak podejrzewać, że Stevenson był zarówno romantykiem, jak i osobą nastawioną na zarabianie, to znaczy on i jego żona byli nastawieni na zarabianie, co możemy stwierdzić po tym, że spędzili swój miesiąc miodowy drżąc z zimna w obozie rozbitym niedaleko kopalni srebra w Kalifornii. No i tytuły książek, o imionach głównych postaci nie wspominając, raczej nie są przypadkowe.

Z pewnością nikt nie zaprzeczy, że Wyspa Skarbów jest od początku do końca naszpikowana rozmaitymi transakcjami. Ledwie otworzymy na pierwszej stronie i już natrafiamy na scenę, gdzie nieprzyjemny, ale na pewno nie biedny Billy Bones przybywa do gospody „Pod Admirałem Benbow”, zuchwale rzucając pieniędzmi i mówiąc, że chce zjeść, wypić oraz wynająć pokój:

Rzucił na próg kilka złotych monet.

— Kiedy już to wszystko przejem i przepiję, to mi powiedzcie! — rzekł spoglądając tak surowo, jakby był naszym zwierzchnikiem.[1]

Można by napisać całe tomy o zagadnieniach ekonomicznych skrytych za tymi paroma linijkami! Sugestie odnośnie debetu, kredytu i dyskontowania przyszłych dóbr i usług skryte są tutaj za zwodniczą prostotą słów Bonesa, podobnie jak niezmącone zaufanie w pośredni środek wymiany przemawiające przez osobowość nieprzyjemnej postaci ten środek wykorzystującej. Rzeczywiście już na początku naszych rozważań nawet najbardziej oporne spośród naszych mentalnych osiołków będą musiały zauważyć, że Wyspa Skarbów jest, pośród wielu różnych rzeczy, także pochwałą wiary ludzi w twardy pieniądz, nawet jeśli mają powody, by nie ufać jego posiadaczom.

Jeśli Wyspa Skarbów, potraktowana jako traktat ekonomiczny, ma wadę, to jest nią mała ilość uwagi poświęconą pieniądzu papierowemu. W całej opowieści nie ma ani jednego banknotu lub obligacji i tylko złoto oraz srebro były pożyczane na kredyt, za wyjątkiem sytuacji, gdzie postacie były ograniczone do barteru. Nie jest to znacząca wada dla nas, czytających klasyka Stevensona dla rozważań ekonomicznych i politycznych, jednak mogło być znacznym utrudnieniem dla uczciwej, choć zmartwionej Pani Hawkins, która sama musiała borykać się z problemem przeliczania walut po śmierci Billy’ego Bonesa. Aby obliczyć należną od zmarłego kwotę, musi ją wyliczyć ze zgromadzonych najróżniejszych monet, jak złote gwinee czy srebrne talary. Nie znając kursu wymiany między złotem i srebrem i speszona różnorakimi nominałami, ograniczyła się do gwinei, ale nie dlatego, że są złote, ale z powodu wygody monometalizmu. W tym czasie piraci szybko zbliżali się do karczmy. Jim Hawkins opisał sytuację:

Lecz matka, choć miała tęgiego pietra, nie chciała przystać na to, by wziąć o grosz złamany więcej, niż się jej należało, a również stanowczo sprzeciwiała się poprzestaniu na mniejszej sumie. Powtarzała, że daleko jeszcze do dziesiątej, że zna swoje prawa i chce je wykorzystać. Jeszcze spierała się ze mną, gdy wtem rozległo się ciche, krótkie gwizdnięcie opodal na wzgórzu. To wystarczyło nam obojgu.

— Wezmę to, co mam. — powiedziała zrywając się na równe nogi.

— Ale ja wezmę tę drobnostkę dla zaokrąglenia rachunku! — dodałem chwytając ceratową paczuszkę.[2]

„Uporczywa uczciwość” jest charakterystyczna dla społeczeństw, gdzie honoruje się kontrakty, włączając w to umowę społeczną, która zakłada stałą lub niemal stałą wartość pieniądza. Można by się zastanawiać, czy przysłowiowa wręcz uczciwość Pani Hawkins uchowałaby się po przyzwyczajeniu do inflacyjnych standardów asygnat czy kontynentali, które pojawiły się ledwie kilka dekad po okresie, w którym rozgrywała się powieść Stevensona. Ktoś mógłby też zastanawiać się, czy silny moralny dualizm, który nas tak fascynuje w literaturze romantycznej nie jest tęsknotą za dawniejszą gospodarką, po tym jak straciliśmy nasz moralny kompas na Morzu Sargassowym przekrętów, inflacji i kuglarstwa podatkowego. W świecie twardego pieniądza wciąż trudno byłoby dokonać rozróżnienia moralnego, jednak byłoby łatwiej niż dziś podzielić ludzi na Billych Bonesów i Panie Hawkins. Można by opowiedzieć więcej o tym, jak pieniądz jest w powieści wykorzystywany nie tylko przez Billy’ego Bonesa czy Panią Hawkins, ale grozi to zaplątaniem się w kwestie walutowe XVIII wieku, czyli, krótko mówiąc, istotnej dziedzinie ekonomii politycznej.

X wskazuje miejsce

Chcemy jednak przejść do sedna — nie zawartości skrzyni martwego żeglarza pożądanej przez buntowników, ale sedna celowego ludzkiego działania, które stanowi fundament całej ekonomii politycznej. Dlatego musimy zacząć od końca — momentu, gdy skarb już został odkryty, i stopniowo cofać się do początku. W końcu jak każda dobra powieść Wyspa Skarbów jest teleologiczna… co jest eleganckim sposobem powiedzenia, że początek i koniec historii łączą się ze sobą. Jest to opowieść o celowym działaniu i każdy w tej opowieści chce osiągnąć pewien wspólny cel, a konkretnie odnaleźć skarb. Stanowi to szkielet dla całej narracji i nie wskazuje, która postać jest dobra, a która zła oraz nie mówi nic o ich wiedzy czy środkach, które wykorzystują w celu osiągnięcia celu. Mówi jedynie, że wszyscy działają i konkurują ze sobą w sposób, który jest dla wszystkich zrozumiały. Podobnie jak w przypadku większości dobrych powieści (a także tajemnic), wiemy, jak powieść się skończy, zanim przeczytamy książkę, więc nie jesteśmy zaskoczeni, gdy w końcu znajdziemy się w jaskini Bena Gunna razem z Jimem Hakiwnsem, który opowiada, jak patrzy usatysfakcjonowany z góry na skarb…

[C]hyba nigdy w życiu nie zaznałem tyle przyjemności co wówczas przy sortowaniu pieniędzy. Znajdowały się tu monety angielskie, francuskie, hiszpańskie, portugalskie, dżordże i ludwiki, dublony i dwugwinee, luidory i cekiny, wizerunki wszystkich królów europejskich z ostatniego stulecia, dziwaczne blaszki wschodnie, na których desenie wyglądały jak poplątane sznurki lub strzępy pajęczyny, monety okrągłe i kwadratowe, przedziurawione w środku, jak gdyby do noszenia ich na szyi — niemal wszystkie rodzaje monet, jakie tylko istniały na ziemi, mieściły się w tym zbiorowisku. Co się tyczy ilości, jestem przekonany, że było ich tyle, co liści jesienią, tak iż krzyże bolały mnie od schylania się, a palce od ciągłego przebierania.[3]

Każde dziecko, zupełnie jak Jim Hawkins, a nawet starszy czytelnik lubiący ciekawostki, z przyjemności pogrzebie w numizmatycznych detalach zawartych w akapicie, więc nie będę psuł zabawy zdradzaniem szczegółów, które mogą być z łatwością wyszukane w bibliotece lub sklepie hobbystycznym. Jednak historyk gospodarczy poczuje gorzką nostalgię, gdyż Stevenson umiejscowił swoją powieść w czasie, gdy pieniądzem obracano w oparciu o jego metaliczną wartość, w przeciwieństwie do dzisiejszego pieniądza symbolicznego. „[W]izerunki wszystkich królów europejskich” były niczym innym, jak gwarantem wagi metalu, ułatwieniem, dzięki któremu nie trzeba było wciąż ważyć monety, co nie dodawało nic do wartości monety. Chociaż byłoby nadużyciem przypisywanie zrzędliwym postaciom Wyspy Skarbów entuzjazmu wobec internacjonalizmu, to jest prawdą, że pod względem ładu monetarnego świat nie był wtedy podzielony na obszary walutowe, czy też spętany kontrolą handlu. W tym sensie świat wtedy wciąż był jedną całością.

Tyle, jeśli chodzi o numizmatykę. A co z ekonomią polityczną? Dlaczego wszystkie postacie w tej historii poszukują skarbu, czego my — czytelnicy — czytelnicy nigdy nie kwestionujemy, chociaż uśmiechamy się, gdy Ben Gunn radośnie krzyczy do Jima Hawkinsa „Jestem bogaty!”. W rzeczywistości skarb jest bezużyteczny na wyspie, za wyjątkiem wykorzystania go jako biżuterii, czy raczej jako guzików przy łachmanach Bena Gunna. Co więcej, Gunn nie jest Robinsonem Crusoe, którego uwielbiają ekonomiści neoklasyczni za umiejętność przekształcania różnorakich materiałów w użyteczne rzeczy. Należy pamiętać, że Gunn jest równie przebiegły, jeśli nie bardziej, niż jego literacki przodek. Jest to możliwe, ponieważ wyspa Gunna jest nawiedzana przez ducha światowej gospodarki, czego nie można powiedzieć o wyspie Robinsona… i z tego powodu Gunn ma możliwość nadania większej wartości ukrytym w jaskini metalowym przedmiotom, niż ledwie ornamentalnej. Oczywiście mogłoby być inaczej, gdyby Hispaniola przepadła i wszyscy zostaliby uwięzieni z Benem Gunnem. W takim wypadku środek (lub środki) wymiany mogłyby wyodrębnić się z grupy przedmiotów, które byłyby zarazem rzadkie i wartościowe. Bez wątpienia Ben Gunn chciałby wymienić złoto na ser, piraci chcieliby wymienić ser na rum, a grupa kapitana Smolleta chciałaby wymienić medykamenty dr. Liveseya na broń. Innymi słowy, punktem startowym dla gospodarki odosobnionej wyspy byłby barter, system który zaczyna się wykształcać w tym szaleńczym okresie, gdy nie wiadomo, czy ucieczka z wyspy będzie w ogóle możliwa. Po tym, co powiedzieliśmy, jest możliwe, że mieszkańcy opuszczonej wyspy powróciliby do standardu złota w krótkim czasie!

W jaki sposób miałoby to być możliwe, skoro wiadomo że skarb to nic więcej jak kolekcja bezwartościowych świecidełek? Aby zobaczyć, jak mogłoby się to odbyć, musimy założyć „marginalistyczne okulary” i to jest pierwszy most, na którym nasz mentalny osiołek dostaje lęku wysokości. Przyjęcie takiego sposobu patrzenia wymaga od nas przyzwyczajenia się do punktu widzenia osoby, która angażuje się w wymianę i skupia się na tym, co jest gotowa oddać i dopiero potem co mają nadzieję zyskać. Oczywiście ta osoba nie tylko będzie chciała wymienić coś, co wartościuje niżej na to, co wartościuje wyżej. Co ważniejsze będzie też starać się dokonać wymiany „na krańcu”, czyli spróbuje oddać w wymianie coś o niższej wartości, zgodnie z subiektywnymi priorytetami. Ben Gunn chce mieć ser, nie złoto. Gdyby w jakiś sposób zdobył ser, chociażby dostając do w prezencie od Jima Hawkinsa, czy też zadając sobie trud wyprodukowania go z koziego mleka, nie będzie chciał się z nim prędko rozstać. Z drugiej strony, posiada ogromne ilości złota i ponieważ złoto ma dla niego małą wartość, jest gotów zaoferować go dużo w zamian za coś, czego pragnie. To się właśnie dzieje na koniec, gdy wymienia całe złoto na ser, powrót do Anglii oraz mały udział w ocalonych pieniądzach. Możemy sobie wyobrazić piratów i kapitana Smolleta w tej samej sytuacji, stawiających wyżej lekarstwa i żywność niż złoto, doprowadzając do wypchnięcia z obiegu tych pierwszych przez drugie. To wszystko są oczywiście spekulacje, a mamy powody, by wątpić, że zaistniałby tak silnie inflacyjny standard, ponieważ gdy już skarb Gunna zacząłby swobodnie krążyć, to muszkiet czy butelka rumu sprzedawane by były za setki gwinei lub tysiące funtów szterlingów. Być może coś innego stałoby się środkiem wymiany, jak chociażby peklowane kozie mięso czy rolki płótna żaglowego, jednakże badania antropologiczne wysp, gdzie różnorakie ornamenty wykorzystywano w wymianie (przedmioty wymieniane w trakcie kuli, porcelana itd.) wskazują że możliwa jest także ponowna monetyzacja skarbu Bena Gunna.

Subiektywność w tej książce nie jest subiektywnością magii czy pragnień, ale jest wyrażona poprzez działanie i wybór. Oczywiście Ben Gunn pragnie sera, piraci rumu i wszyscy pragną złota, ale te pierwotne fakty same z siebie nie wystarczają do koordynacji jakichkolwiek działań, ani tym bardziej napisania powieści, gdyż są zmienne i niemierzalne.

Dopiero gdy piraci, którzy chcą jak najszybciej zaspokoić swoje pragnienia, co ekonomiści nazywają wysoką preferencją czasową, są w stanie odsunąć na bok spory i oddelegować planowanie swojemu przedstawicielowi Long John Silverowi, stają się siłą, może nawet znaczącą. Ich patos, ograniczony przez czarno-biały świat, za którego stworzenie w znacznym stopniu odpowiedzialni są sami szubrawcy, mógłby wzbudzić sympatię u romantycznych (i nieco lewicujących) pisarzy jak Hugo, ale krewki Stevenson zdaje się nie przejmować ich losem, gdyż takie właśnie są koleje losu.

Barter do którego doszło w punkcie kulminacyjnym powieści Jim Hawkins opisał tak:

I rzucił [John Silver] na ziemię papier, który poznałem natychmiast. Było to nic innego, jak mapa na żółtym papierze, z trzema czerwonymi krzyżykami, którą znalazłem w ceratowym zawiniątku na dnie kufra kapitana. Nie mogłem jednak odgadnąć, czemu doktor mu ją podarował.[4]

Doszło do wymiany mapy skarbu za bezpieczne wypuszczenie z zamknięcia grupy kapitana Smolletta. Dalsze wydarzenia zależą od tej prostej transakcji. Mimo to nie jest jasne, nie tylko dla Jima Hawkinsa, dlaczego zawarto tę transakcję. Wiemy jedynie, że w momencie jej zawierania mapa skarbu miała mniejszą wartość dla grupy kapitana niż wydostanie się z aresztu, a z punktu widzenia Silvera zatrzymanie lojalistów było mniej istotne od zdobycia mapy skarbów. Oprócz tych faktów reszta jest mętna, ponieważ nikt nie posiada pełnej informacji, zarówno o warunkach panujących na wyspie, jak i umysłach innych osób. Nawet jeśli ktoś byłby wszechwiedzący, co zdarza się narratorowi w niektórych powieściach, to wciąż byłoby to mało istotne w trakcie ustalania konkretnych stosunków wymiany, skoro stan realny wciąż ulega zmianie. Silver wypomina pogardliwie własnym ludziom, że zawierane przez nich wymiany zmieniają się w zależności od ich zdrowia, trzeźwości czy odwagi.

X wskazuje miejsce: to tam spotykają się popyt i podaż. Wszystkie elementy psychologiczne, które wpłynęły na podjęcie decyzji są martwe jak kot Schrödingera, czy też jak duch starego Flinta, skoro jesteśmy w przedkwantowym XVIII wiecznym świecie.

W powieści Stevensona znamy Long Johna Silvera jedynie poprzez obserwacje i jego interakcje z Jimem Hawkinsem. Poza tym każdy zna go dziś jako zapasową postać Hollywoodzkich filmów, stając się coraz wspanialszą i będącą coraz lepszym mentorem dla Jima w niezliczonych adaptacjach. W rzeczy samej Silver, gdy już zrozumiemy naturę jego osoby, jest przerażającą postacią, znacznie straszniejszą od swojego porucznika Israela Handsa, który jest odświeżająco szczery niczym neokonserwatywny trzeciosektorowiec, który dopiero co ukończył studia polityczne ze specjalizacją w Machiavellim. Jak Hands powiedział do Jima:

— Przez trzydzieści lat żeglowałem po różnych morzach, widziałem ludzi dobrych i złych, zaznałem lepszego lub gorszego losu, przyjaznej i niepomyślnej pogody, wyczerpania żywności, walki na noże i nie wiedzieć czego jeszcze. Ale nigdy nie widziałem, powiadam ci, żeby dobry dobrze wychodził na swej dobroci. Lubię tych, którzy atakują, umarli nie kąsają; takie są moje poglądy. Amen, niech tak będzie.

Można sobie wyobrazić, jak kapitan Handsa mówi dokładnie te same słowa przy odpowiedniej okazji, różniąc się tym, że zbiór mądrości Silvera to nie tylko wyznanie pirackiej wiary. Główną bronią Silvera jest zdolność manipulacji, umiejętne manipulowanie ludźmi do momentu, gdy przestanie to być dla niego korzystne.

Skrzynia martwego żeglarza

Trzeba przyznać, że Silverowi jest bliżej do jego antagonistów: kapitana Smolleta, Trelawneya czy doktora Liveseya, niż do któregokolwiek z jego wspólników — ma niską preferencję czasową podobnie do tych pierwszych i w przeciwieństwie do tych drugich. Preferencja czasowa jest koncepcją ekonomiczną podobną do bardziej psychologicznie zorientowanych koncepcji jak planowanie, przewidywanie i gratyfikacja, Różni się w zależności od osoby, która może cenić mniej lub bardziej obecną satysfakcję niż przyszłą. Chociaż nie mamy dostępu do umysłu Johna Silvera, to mamy wiarygodne przesłanki, by sądzić, że jego preferencja czasowa była niska, jak na pirata. Nie tylko był zdolny do przemyślanego zaplanowania buntu, ale także mamy bardziej wymierne dowody na jego relatywnie niski popyt na bieżącą satysfakcję — oszczędzanie swoich dochodów z poprzednich pirackich kampanii, a ta byłą jego trzecią (i według deklaracji ostatnią) wyprawą, aby spieniężyć swój „depozyt” zgromadzony u swojego byłego kapitana, Flinta. Ledwie mała garstka jego najbliższych wspólników w buncie na Hispanioli była weteranami z załogi kapitana Flinta. Większość z nich zginęła w potyczkach i od rumu. Pozostali, oprócz Silvera, ruszają w podróż bez jakichkolwiek pieniędzy.

Pozostaje jeszcze jeden ocalały z załogi Flinta, Ben Gunn, który niestety także nie jest wyjątkiem wśród swoich byłych kamratów o wysokiej preferencji czasowej. Po jego powrocie do cywilizacji, dzięki Jimowi Hawkinsowi, mamy całkiem mocne dowody mówiące o jego skłonnościach.

Ben Gunn dostał 1000 funtów, które wydał lub stracił w 3 tygodnie, a dokładnie to w 19 dni, ponieważ dwudziestego już żebrał.

Powinno to wywołać ciarki grupowego zaniepokojenia u nas, traktujących Wyspę Skarbów jako vademecum ekonomii politycznej. A to nie ledwie z powodu sympatii, którą możemy czuć wobec „biednego” Bena Gunna, ale ponieważ nasze mentalne osiołki ponownie zapierają się kopytami, jak tylko poprawnie przeczuwają, że zbliżają się do kolejnego wywołującego zawroty głowy mostu w świecie ekonomii.

Jednym z twierdzeń ekonomii jest zmiana preferencji czasowej w odwrotnym kierunku do zmiany dochodów. Ludzie mający niewielkie bogactwo mają tendencję do wykazywania wyższej preferencji czasowej, a ludzie bogatsi mają tendencję do wykazywania niższej preferencji czasowej. Widać to na przykładzie Long John Silvera, który jest zarówno najbogatszym piratem w trakcie rejsu Hispanioli, jak i ma najniższą preferencję czasową. Dla uproszczenia, możemy wyobrazić sobie preferencję czasową osoby jako opadającą na prawo krzywą, której oś pionowa odzwierciedla aktywa.

Ale nie tak szybko szczury lądowe! Czy jesteśmy pewni co do tego? Czy zdrowy rozsądek i doświadczenie nie podpowiadają nam czegoś przeciwnego, że krzywa powinna rosnąć na prawo, zmieniając się wraz z bogactwem? Czy w cięższych czasach nie liczymy każdego grosza, a w przypadku nagłych zysków nie szastamy pieniędzmi? Jeśli postrzegamy 1000 funtów Bena Gunna jako nagły zysk, to z pewnością wydaje się on przez ten zysk zniszczony. Ostatecznie zamieszkuje on w przytułku, a jego jedyną pociechą są niedzielne śpiewy w chórze. Możemy nawet wyobrazić sobie wędrownych metodystów[5], których kazania zmieniły smutną historię Bena Gunna w homilię o zdeprawowaniu cnotliwej osoby, która z przymusu żyła w biedzie, a upadła przez rum, kurtyzany i oczywiście ser. W ten sposób pouczająca historia mogłaby zostać częścią doktryn Jean-Jacques’a Rousseau i następnie kolejnych pokoleń surwiwalowców, prymitywistów i innych zwolenników powrotu do natury. Ben Gunn: człowiek zniszczony przez pieniądz i cywilizację.

Jednak nie tak napisał to Stevenson. Jest jasne, że Ben Gunn to od początku do końca ta sama osoba. Jego upadek nie jest spowodowany przeistoczeniem się z dosłownego łachmaniarza w milionera, ale własnymi cechami charakteru. W rzeczywistości broniąc teorematu, że wraz z bogactwem spada preferencja czasowa, można twierdzić, że Ben Gunn poniósł stratę, opuszczając wyspę! W końcu (nie uwzględniając na razie skarbu) był właścicielem całej wyspy. Jest to jednak słaby argument, gdyż nie możemy wyrazić w pieniądzu jego własności w momencie, gdy nie mógł jej na nic wymienić, a skarb nie miał wartości monetarnej. Z tego co wiemy, koniecznie chciał opuścić wyspę i był gotów zamienić zarówno swoją ziemię, jak i skarb na transport do Bristolu oraz tysiąc funtów. Jednak to jest tylko barter i pokazuje tyle, że na skali Bena Gunna wartość sera w Bristolu znajdowała się wyżej od koziego mięsa na wyspie.

Prawdziwym powodem utraty skarbu przez Bena Gunna jest to, że po powrocie do Anglii, do świata wymiany i wymiany pieniężnej, znalazł się w otoczeniu, gdzie jego aktywa stały się płynne. W świecie debetu i kredytu mogła zostać wyrażona jego preferencja czasowa. Poprzez wyższe preferowanie sera od zysku z inwestycji w przyszłości roztrwonił swój majątek. Gunn był wyraźnie niezaspokojony, ale podzielenie tysiąca funtów przez cenę sera w 1760 roku i rozłożenie na okres 19 dni zostawmy historykom gospodarczym!

W upadku postaci uznawanej przez Jima Hawkinsa za „bohatera” całej powieści jest coś bezsensownego, nieco ironicznego. Czy Gunn nie był swego rodzaju wytrwałym i uzdolnionym Robinsonem Crusoe? I skoro faktycznie demonstrował tak wysoką preferencję czasową po powrocie do Anglii, to jak możemy wciąż wierzyć w spójność ludzkiej natury, widząc, jak łowi ryby, poluje na kozy, pekluje ich mięso, łata swoje ubrania, buduje koraklę[6], nie wspominając o poszukiwaniu, wydobywaniu i przenoszeniu na dalekich dystansach ogromnej fortuny w oczekiwaniu na przybycie Flinta lub innego poszukiwacza przygód? Wszystkie te działania wymagają rozsądnego przewidywania i poświęcenia czasu na planowanie.

Żadne z tych zadań, chociaż wydają się być wymagające, nie musi koniecznie wskazywać na niską preferencję czasową. Z opisu Bena Gunna przez Stevensona wynika raczej, że jego działania można postrzegać jako swego rodzaju hazard. Hazard w przeciwieństwie do inwestowania jest aktywnością wskazującą na wysoką preferencję czasową, jego ideą jest wygrać jak najwięcej jak najprędzej. Bez wątpienia Gunn codziennie budził się z nadzieją ujrzenia na horyzoncie żagli, licząc na możliwość przehandlowania złota Flinta. Pod tym względem różni się od Crusoe, który faktycznie wykazywał niską preferencję czasową i starał się dbać o dobytek, a nie trafić w dziesiątkę. Gdy tylko przestaniemy utożsamiać hazard z inwestycją, wiele rzeczy wcześniej niejasnych stanie się oczywistymi, może oprócz tajemniczej zdolności Gunna do roztrwonienia swojej fortuny, biorąc pod uwagę skończone możliwości ludzkiego organizmu do trawienia sera.

Mówiąc krótko, Ben Gunn został zrujnowany nie przez cywilizację, ale przez własną wysoką preferencję czasową. Stwierdzając to, wskazujemy jedynie, że Stevenson, będąc znakomitym psychologiem, był zbyt rozsądny, by psychologizować etykę czy uetyczniać ekonomię polityczną. Jeśli mówimy, że Ben Gunn był zrujnowany, to mamy na myśli jedynie to, że był zrujnowany finansowo, nie moralnie. Oczywiście istnieje pewna zależność między jego etyką a dobrobytem, ale bardzo niejednoznaczna. Ostatecznie powieść zostawia nas z wrażeniem, że Ben jest raczej niegroźną i życzliwą osobą. I teraz zbliżamy się do ostatniego, najbardziej niebezpiecznego mostu — zależności między etyką i ekonomią, gdyż trzeba powiedzieć, że nie ma jednoznacznego związku między preferencją czasową z jednej strony a moralnością z drugiej. Mimo to preferencja czasowa i etyka oddziałują na siebie w bardzo subtelny sposób, niekiedy niebezpieczny — szczególnie na wyspie skarbów.

Z drugiej strony, co innego czyni Silvera właśnie tak groźnym jak nie zdolność dostrzegania nieco dalszej przyszłości, niż są w stanie dostrzec jego towarzysze-rzezimieszki? Będąc kaleką, na pewno nie jest od nich fizycznie sprawniejszy, a zebrane w Anglii aktywa, chociaż świadczą o jego relatywnie niskiej preferencji czasowej, nie dają mu bezpośredniej przewagi nad innymi buntownikami. Jest on zdolny do długookresowego planowania i dzięki temu dorównuje, a nawet przerasta, Trelawneya. Obaj są przedsiębiorcami, czy też określając ich XVIII wiecznym synonimem „przedsiębiorcy”, który znacznie bardziej pasuje do Silvera niż Trelawneya — ludźmi interesu. Co więcej, nie różnią się tym, jaki interes prowadzą, ale jak go prowadzą. Trelawney wyrusza na poszukiwanie skarbu, wynajmując za pieniądze kapitał i pracę, które są niezbędne w przedsięwzięciu: statek, załogę i kapitana. Mówiąc krótko, prawa jego i ludzi, których najął, są oparte na kontraktach.

W pewnym sensie przedsięwzięcie Silvera także jest oparte na kontrakcie, ale zupełnie innego rodzaju. Gdy zawierane przez Trelawneya kontrakty są oparte na już obecnych kulturowych i kontraktowych dyspozycjach ludzi i dóbr obecnych w społeczeństwie, to kontrakt Silvera opiera się o stan natury. Jest coś prometejskiego i wzbudzającego szacunek w jego zuchwałej ugodzie, przez którą życzylibyśmy sukcesu przedsięwzięciu Silvera, gdyby nie uwzględniała przemocy. W końcu, o ile co wiem, nikt nie nazwał znanej sieci restauracji szybkiej obsługi imieniem Trelawneya! Czy to dlatego, że my „liberałowie” (czy też Wigowie, skoro powieść dzieje się w XVIII wieku) uznajemy domniemaną uczciwość zasad „równego zysku dla wszystkich” oraz „każdy szefem”? Być może, ale nawet w naszych największych wigowskich urojeniach wciąż jesteśmy świadomi, że nie każdy może szefować i że Long John Silver jest nieco mniej równy od innych, swego rodzaju szefem szefów.

To całkiem niezła sztuczka osoby niebędącej nawigatorem, z jedną nogą i papugą na ramieniu, ale niezbyt oryginalna, gdyż według Stevensona hierarchie pirackie są oparte na niezmiennym wzorcu, zarówno na statku Flinta, jak i Hispanioli. Long John Silver nigdy nie był nikim więcej, jak tylko kwatermistrzem na statku Flinta, ale można sobie wyobrazić, że skoro Billy Bones potrafił skorzystać, będąc na takim samym stanowisku, to było to stanowisko zapewniające znaczną władzę polityczną na pokładzie. Pirackie okręty są doskonałymi odbiciami ateńskich demokracji i przestrzegały większej liczby drobnych zwyczajów, niż w trakcie obrad miejskich mieszkańców w dawnych czasach Nowej Anglii. Od czasu do czasu wybuchały krwawe bunty, ale mniej krwawą metodą wprowadzania zmian było zwołanie rady („czarna plama”) i wybór kapitana poprzez głosowanie. Decydowała popularność, a nie zdolności nawigacyjne czy militarne.

Jednakże dwie umiejętności były absolutnie niezbędne dla kogoś, kto chciałby zdobyć władzę w takim systemie politycznym, a konkretnie zdolność składania obietnic i łamania ich bez konsekwencji. To właśnie te dwie zdolności John Silver opanował do perfekcji. Na wyspie liczy na wysoką preferencję czasową swojej załogi, by łatwiej mógł ich nakierować, czy też ich zwieść, na zaspokajanie potrzeb w możliwe krótkim horyzoncie czasowym. Jest w stanie wykorzystać nie tylko kondycję fizyczną piratów, którzy są wiecznie spragnieni rumu, unikają długoterminowego planowania, ale także fakt, że ich system polityczny charakteryzuje się wysoką preferencją czasową.

Najbardziej złowieszczą cechą pirackiej społeczności jest to, że opiera się na równym podziale zysków z przedsięwzięć, które mają przynieść określoną sumę w nieznanym momencie w przyszłości. W takich warunkach korzystne jest dla stron umowy, pomijając kwestię pomocy, by tych udziałów było mniej niż więcej. Zwróćmy więc ponownie uwagę, że tak jak Ben Gunn, piraci są hazardzistami. Oczywiście poszukiwanie skarbu można by potraktować tak jak Trelawney jako inwestycję. Ale sami tak jak my wiedząc, że piraci wykazują wysoką preferencję czasową, nie inwestują, tylko pożyczają lub kradną kapitał od Trelawneya, by wykorzystać go w poszukiwaniach. Z drugiej strony powiększali swoje udziały w końcowej kwocie poprzez różnorakie formy wykluczenia. Do najbardziej drastycznych należały egzekucja czy pozostawienie na wyspie po tym, gdy ktoś otrzymał „czarną plamę” — stosowano niebezpośrednie metody uszczuplania załogi, jak wypadki czy śmierć w walce. W przypadku Silvera, podobnie jak i Flinta, mamy wiele wskazówek, że duża część „przypadkowych” zgonów była efektem celowych działań. Niezależnie od tego, Silver jest jedynym piratem, który ostatecznie uniknął śmierci i pozostawienia na wyspie, nie wspominając o ostatecznym zarobieniu pokaźnej sumki! Refren piosenki buntowników „[j]eden ocalał na całą załogę, choć siedemdziesięciu pięciu wyruszyło w drogę[7]” jest nie tylko samo spełniającą się przepowiednią, ale także nieuniknioną konsekwencją systemu politycznego, w którym biorą udział.

Ktoś mógłby się pokusić o stwierdzenie, że umieszczenie przez Stevensona powieści w XVIII wieku to coś więcej niż aluzja do szczytowego okresu pirackich rozbojów na Karaibach. Ten czas był również punktem zwrotnym w ekonomii politycznej oraz rozwoju wigowskiej koncepcji polityki. Chociaż moje naciągane podejrzenia, że Stevenson mógł być tworem Mengera niemal na pewno są błędne, to na pewno nie przypadkiem ten pierwszy umieszcza swoją powieść w czasach Richarda Cantillona (1680-1734), Davida Hume’a (1711-1776) i Adama Smitha (1723-1790), którzy nie tylko aktywnie uczestniczyli w polityce, ale także byli jej krytykami. Stevenson swego czasu także miał okazję poznać niektóre ze strasznych efektów niezrozumienia Oświecenia, ale mentalne osiołki naszego zdrowego rozsądku i tęsknoty naszych wigowskich sumień mogą być niezdolne do podążania zarośniętą ścieżką ku ekonomii politycznej. Odstręczeni torysowską[8] bigoterią Trelawneya jesteśmy skłonni złączyć nasze losy z Long John Silverami tego świata, jedynie po to, by zbyt późno odkryć różnicę między Wigami a Jakobinami. Jeśli zdecydujemy się na prędką przemianę naszego społeczeństwa już pierwszego roku nowej epoki, to lepiej nie zapominać, że gdy wszyscy posiadają takie same udziały w społeczeństwie opartym na dystrybucji, a nie na rynku, to również wszyscy równie łatwo możemy być spisani na straty.

Kurcząca się załoga Hispanioli jest wprowadzonym w życie na mniejszą skalę upadkiem klasy politycznej Europy kontynentalnej, który dokonał się w tym samym wieku. Idea zawierania ponownie umowy społecznej, ustanawiającej społeczeństwo na nowo od stanu natury w kilka lat rozwinęła się od wymysłu rozgorączkowanego umysłu Rousseau do polityki Robespierre’a. Co więcej, turlające się głowy zgilotynowanych, zdawać by się mogło ofiar zazdrości i fanatyzmu, w rzeczywistości były logiczną konsekwencją tej polityki. Żeby nie było wątpliwości, oczywiście rynki, jak i działania polityczne mają swoje ofiary, o czym można się przekonać, widząc utratę fortuny przez Bena Gunna. Jednak w przypadku jakobinizmu i innych form interwencji politycznych to ludzie idą na stracenie, a nie aktywa. W przypadku rewolucji francuskiej „skrzynią martwego żeglarza”, na której siedziała klasa polityczna,  było społeczeństwo, postrzegane przez fizjokratyczny pryzmat jako stała suma rent, która była dystrybuowana do górnych warstw społecznych, wbrew retoryce jakobińskiej. Beneficjenci tej redystrybucji także byli skazani na zagładę, zgodnie z tą samą logiką co buntownicy na Hispanioli, gdzie każde wykluczenie zwiększało udział w skarbie pozostałych stron, dopóki cały proces nie doszedł do swojego logicznego końca, a Long John Silver nie odjechał w dal wraz ze skarbem.

Terror jakobiński nie oznacza, że musimy pokochać Terlawneya i jego partacki Toryzm, czy świat dżentelmena i szubrawca przedstawiony przez Stevensona w jego powieści. Nikt nie powinien cieszyć się na widok pana Dance’a i jego grupy poborców, jak tratują podkutymi butami biednego, ślepego Pewa. Jednak nawet Trelawney i dr Livesey są sceptycznie nastawieni wobec króla oraz państwa i rozsądnie postanawiają pozbyć się pana Dance’a, zanim otworzą podejrzaną paczkę zawierającą mapę. Gdy tylko Trelawney, Livesey i Smollet rozpoczną żeglugę, państwo zostawiają z tyłu, a to, co ich ogranicza (oraz załogę), to kontrakt oraz pamięć o cywilizacji. Niestety część załogi, dowodzona przez Long Johna Silvera, okazuje się pozbawiona skrupułów i decyduje się na podarcie tych kontraktów i zawarcie nowych w stanie naturalnym. Zapoznając się z ekonomią polityczną, znamy nieuniknione konsekwencje tych niebezpiecznych działań na Wyspie Skarbów. Jednak my XX-wieczni potomkowie Wigów powinniśmy zapamiętać prawa rządzące procesem, jeszcze zanim pojawi się kolejny jeździec na koniu. A jeśli tego nie zrobimy, to chociaż powinniśmy nie zachwycać się, gdy się pojawi, wiedząc kim jest — ledwie kolejną inkarnacją Long John Silvera skazaną na zagładę, podobnie jak inni szubrawcy w historii.

Podsumowując, zapamiętajmy że Wyspa Skarbów spełnia swoje obietnice jako zarówno powieść przygodowa, jak i praca o ekonomii politycznej. Dopiero gdy zrozumiemy zjawiska polityczne i ekonomiczne będące częścią historii, wtedy pojmiemy bardziej krwawe aspekty powieści. Jim Hawkins ostatecznie zdał sobie z nich sprawę i poprzysiągł nigdy nie wracać na przeklętą wyspę, nawet jeśli mogłaby spełnić marzenia o nieodnalezionych skarbach. A my powinniśmy wziąć z niego przykład, gdyż niezależnie od bogactwa przemyśleń, jakie mogą być zawarte w powieści, to nie powód, by dać taką książkę dzieciom. Chyba że zarówno my, jak i dzieci mamy się czegoś z niej nauczyć.

 

[1] R. L. Stevenson, Wyspa Skarbów, Fundacja Nowoczesna Polska, https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/wyspa-skarbow.pdf, dostęp z dnia 01.03.2019, s. 4.

[2] Ibidem, s. 15.

[3] Ibidem, s. 102.

[4] Ibidem, s. 89.

[5] W oryginale Mark Sunwall pisze o wesleyanach, uczniach Johna Wesleya, twórcy Kościoła metodystów (przyp. tłum.).

[6] Korakl to rodzaj małej, okrągłej wyplatanej łódki (przyp. tłum).

[7] Ibidem, s. 104.

[8] Autor nawiązuje tutaj do partii Torysów (przyp. tłum).

Źródło ilustracji: Pixabay.com

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Mark Sunwall

Studiował ekonomię austriacką na George Mason University. Obecnie uczy retoryki i nauk społecznych na University of Hyogo. Był adjunktem w Ludwig von Mises Institute.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy