Mises: Miejsce ekonomii w edukacji

23 sierpnia 2019 Dydaktyka ekonomii komentarze: 0

Autor: Ludwig von Mises
Wersja PDF

Fragment książki „Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii”. Z okazji 70. rocznicy wydania opus magnum Ludwiga von Misesa dzieło to można zakupić 40 proc. taniej. Zachęcamy również do wsparcia wydania audiobooka tego dzieła: https://wesprzyj.mises.pl/

1. Studia ekonomiczne

Ostateczną podstawą nauk przyrodniczych są fakty stwierdzone w wyniku eksperymentu laboratoryjnego. Teorie fizyczne i biologiczne ocenia się w świetle tych faktów. Odrzuca się je, jeśli fakty im przeczą. Doskonalenie tych teorii, podobnie jak rozwój techniki i medycyny, wymaga dodatkowych i pogłębionych badań laboratoryjnych. Przeprowadzenie eksperymentu wiąże się z nakładem czasu, wysiłkiem specjalistów i dużymi kosztami. Na badania nie mogą dziś sobie pozwolić pojedynczy naukowcy bez grosza przy duszy, nawet ci genialni. Współcześnie przeprowadza się eksperymenty w wielkich laboratoriach utrzymywanych przez rządy, uniwersytety, fundacje i duże firmy. Praca w tych instytucjach stała się zwykłym zawodem. Większość ich pracowników to technicy rejestrujący te fakty, które pionierom, często będącym także eksperymentatorami, posłużą w przyszłości za podstawę ich teorii. Dokonania szeregowego eksperymentatora odgrywają jedynie pomocniczą rolę w rozwoju teorii naukowych. Jednak praktyczne rezultaty jego odkryć bardzo często wykorzystuje się natychmiast w medycynie i przemyśle.

Lekceważenie zasadniczej różnicy epistemologicznej między naukami przyrodniczymi a naukami o ludzkim działaniu prowadzi do poglądu, że warunkiem rozwoju wiedzy ekonomicznej jest organizacja badań ekonomicznych na wzór wypróbowanych metod stosowanych w instytutach zajmujących się badaniami z zakresu medycyny, fizyki i chemii. Znaczne sumy pieniędzy są przeznaczane na coś, co nazywa się badaniami ekonomicznymi. W rzeczywistości przedmiotem badań prowadzonych przez te instytuty jest najnowsza historia gospodarcza.

Wspieranie badań z zakresu historii gospodarczej jest niewątpliwie godne pochwały, ale nawet jeśli ich rezultaty są pouczające, to nie wolno ich mylić z badaniami ekonomicznymi. Badania ekonomiczne nie dostarczają wiedzy o faktach w takim znaczeniu, w jakim dostarczają jej nauki badające zjawiska na podstawie eksperymentów laboratoryjnych. Nie dostarczają materiału, który mógłby posłużyć do formułowania hipotez i twierdzeń a posteriori. Przeciwnie, materiał ten jest pozbawiony sensu, jeśli nie zinterpretuje się go w świetle teorii opracowanych niezależnie od tych badań. Nie ma potrzeby dodawać tu czegokolwiek do tego, co powiedziano w poprzednich rozdziałach. Żadnego sporu dotyczącego przyczyn zdarzenia historycznego nie da się rozstrzygnąć na podstawie analizy faktów, o ile nie umieści się jej w kontekście określonej teorii prakseologicznej[1].

Założenie instytutu onkologii może się przyczynić do odkrycia metod walki z rakiem i zapobiegania chorobom nowotworowym. Tymczasem instytut badania cyklów koniunkturalnych nie pomoże uniknąć nawrotów depresji. Najprecyzyjniejsze i najbardziej wiarygodne dane dotyczące depresji gospodarczych w przeszłości nie poszerzą naszej wiedzy na ten temat. Naukowcy nie spierają się o te dane. Spierają się o to, jakiej teorii użyć do ich interpretacji.

Jeszcze ważniejsze jest to, że nie da się zebrać danych dotyczących konkretnego zdarzenia bez odwoływania się do teorii, które przyjmuje historyk, przystępując do pracy. Historyk nie relacjonuje wszystkich faktów, lecz jedynie te, które uważa za istotne z punktu widzenia swoich teorii. Pomija dane, które uważa za nieistotne w interpretacji zdarzeń. Jeśli kieruje się błędnymi teoriami, jego relacja jest zniekształcona, a niekiedy prawie bezwartościowa.

Najbardziej wiarygodna analiza jakiegoś okresu historii gospodarczej, nawet jeśli dotyczy okresu najnowszego, nie może zastąpić myślenia ekonomicznego. Ekonomia, podobnie jak logika i matematyka, jest przejawem rozumowania abstrakcyjnego. Nie może być eksperymentalna ani empiryczna. Ekonomista nie potrzebuje kosztownych narzędzi do prowadzenia swoich badań. Potrzebuje umiejętności precyzyjnego myślenia i odróżniania w gąszczu zdarzeń tego, co istotne, od tego, co przypadkowe.

Nie istnieje konflikt między historią gospodarczą a ekonomią. Każda gałąź wiedzy jest potrzebna i ma prawo bytu. Ekonomiści nigdy nie próbowali pomniejszać znaczenia historii gospodarczej ani odmawiać jej tego znaczenia. Również prawdziwi historycy nie sprzeciwiają się badaniom ekonomicznym. Antagonizm między naukowcami tych specjalności został wywołany celowo przez socjalistów i interwencjonistów, którzy nie mogli odeprzeć zarzutów stawianych im przez ekonomistów. Szkoła historyczna oraz instytucjonaliści próbowali usunąć ekonomię, zastępując ją badaniami „empirycznymi” właśnie dlatego, że chcieli uciszyć ekonomistów. Zgodnie z ich planem historia gospodarcza miała podważyć prestiż ekonomii i ułatwić propagowanie interwencjonizmu.

2. Ekonomia jako zawód

Pierwsi ekonomiści koncentrowali się na badaniu problemów ekonomii. Wygłaszali wykłady i pisali książki, by przedstawić innym wyniki swoich dociekań. Próbowali wpływać na opinię publiczną, po to, aby sferą publiczną zarządzano za pomocą zdrowych zasad. Nigdy nie traktowali ekonomii jako zawodu.

Przekształcenie się ekonomii w zawód to rezultat interwencjonizmu. Zawodowy ekonomista jest specjalistą odgrywającym ważną rolę w projektowaniu różnego rodzaju ingerencji rządu w gospodarkę. Jest ekspertem w sferze ustawodawstwa gospodarczego, które dziś służy utrudnianiu funkcjonowania gospodarki rynkowej.

Dla rządu, a także dla różnych partii politycznych, grup nacisku, w redakcjach partyjnych gazet i periodyków należących do grup nacisku pracują setki takich zawodowych specjalistów. Inni są zatrudniani w charakterze doradców przez prywatne firmy lub prowadzą własne agencje. Niektórzy cieszą się krajową, a nawet światową sławą. Wielu należy do grona najbardziej wpływowych osobistości w państwie. Często są powoływani na dyrektorów dużych banków i korporacji, wybierani do parlamentu i wchodzą w skład rządu. Pod względem roli, jaką odgrywają w polityce, mogą konkurować chyba tylko z prawnikami. Ta ich wybitna rola jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech epoki interwencjonizmu.

Nie ulega wątpliwości, że w klasie ludzi o takich wpływach są jednostki utalentowane, a nawet najwybitniejsze postacie naszych czasów. Jednak filozofia, którą kierują się w swoim działaniu, zawęża ich horyzonty. Z powodu powiązań z partiami politycznymi i grupami nacisku, które dążą do uzyskania specjalnych przywilejów, stają się jednostronni. Nie chcą widzieć dalekosiężnych konsekwencji polityki, której są zwolennikami. Nic się dla nich nie liczy oprócz krótkookresowych celów grupy, której służą. Zasadniczym celem ich dążeń jest zapewnienie swoim klientom dobrobytu kosztem innych ludzi. Wmawiają sobie, że los ludzkości jest zbieżny z krótkookresowymi interesami ich grupy. Próbują przekonać do tego opinię publiczną. Walczą o wyższe ceny srebra, zboża, cukru, o wyższe płace dla członków swojego związku zawodowego lub większe cła na tańsze produkty zagraniczne, głosząc, że jest to walka o wyższe dobro, o wolność, sprawiedliwość, rozkwit ich kraju i rozwój cywilizacji.

Ludzie traktują lobbystów z podejrzliwością, winiąc ich za żałosne skutki interwencjonistycznych przepisów. Źródło zła tkwi jednak znacznie głębiej. Filozofia różnych grup nacisku przeniknęła do instytucji stanowiących prawo. W dzisiejszych parlamentach zasiadają przedstawiciele rolników uprawiających zboże, hodowców bydła, reprezentanci spółdzielni rolniczych, kopalni srebra, różnych związków zawodowych, branż, które bez cła nie wytrzymują konkurencji zagranicznej, i wielu innych grup nacisku. Nieliczni parlamentarzyści traktują społeczeństwo jako coś ważniejszego od własnej grupy nacisku. To samo dotyczy ministerstw. Minister rolnictwa uważa się za obrońcę interesów rolników; jego głównym celem jest podwyższenie cen żywności. Minister pracy występuje w roli obrońcy związków zawodowych. Za swoje główne zadanie uważa jak najdalej idące wzmocnienie związków zawodowych. Każdy resort kieruje się innymi motywami i dąży do celów sprzecznych z planami innych ministerstw.

Często słyszy się dziś narzekania na brak zdolnych polityków. Otóż w warunkach panowania ideologii interwencjonizmu karierę polityczną mogą zrobić tylko ci, którzy utożsamiają się z interesami jakiejś grupy nacisku. Mentalność przywódcy związkowego czy sekretarza organizacji rolniczej to nie są cechy, których oczekuje się od dalekowzrocznego polityka. Służenie krótkookresowym interesom grupy nacisku nie sprzyja rozwojowi tych cech, które powinien mieć polityk dużego formatu. Sztuka rządzenia państwem polega na umiejętności uprawiania polityki długookresowej. Żałosny upadek Republiki Weimarskiej i III Republiki Francuskiej to przede wszystkim wynik tego, że politycy tych krajów byli tylko ekspertami w zakresie interesów grup nacisku.

3. Prognozowanie jako zawód

Gdy przedsiębiorcy w końcu zrozumieli, że boom wywołany ekspansją kredytową nie może trwać w nieskończoność i musi skończyć się załamaniem, uświadomili sobie, jak ważne jest, by w porę wiedzieć, kiedy to nastąpi. Zwrócili się po pomoc do ekonomistów.

Ekonomista wie, że taki boom musi doprowadzić do depresji. Nie wie jednak i nie może wiedzieć, kiedy to się stanie. Zależy to od specyfiki każdego przypadku. Istotne znaczenie mogą tu mieć różnorodne wydarzenia polityczne. Nie ma reguł, które pozwalałyby określić długość trwania boomu lub następującej po nim depresji. A nawet gdyby takie reguły istniały, byłyby nieprzydatne przedsiębiorcom. Pojedynczy przedsiębiorca musiałby znać datę załamania wtedy, kiedy pozostali przedsiębiorcy byliby wciąż przekonani, że krach nastąpi później. Dzięki lepszej informacji mógłby tak pokierować swoimi sprawami, że wyszedłby z załamania bez strat. Gdyby datę końca boomu dało się wyliczyć według określonego wzoru, wszyscy przedsiębiorcy poznaliby ją jednocześnie. Ich próby dostosowania swoich działań do tej informacji skutkowałyby natychmiastowym wystąpieniem zjawisk charakterystycznych dla depresji. Żaden nie uniknąłby strat.

Gdyby dało się określić stan przyszłego rynku, przyszłość nie byłaby niepewna. Nie istniałyby zysk ani strata przedsiębiorcy. Od ekonomistów oczekuje się czegoś, co przerasta możliwości zwykłych śmiertelników.

Myśl, że możliwe jest przewidywanie przyszłości i że specyficzne zrozumienie będące istotą działalności przedsiębiorcy da się zastąpić jakimiś wzorami, które pozwoliłyby prowadzić interesy dowolnej osobie, bierze się oczywiście z całego zespołu błędnych założeń i fałszywych interpretacji leżących u podłoża dzisiejszej polityki antykapitalistycznej. W całym systemie tak zwanej filozofii marksistowskiej nie ma najmniejszej wzmianki o tym, że głównym celem działania jest przygotowanie się na niepewną przyszłość. To, że określenia „spekulant” używa się dziś wyłącznie w ujemnym znaczeniu, pokazuje wyraźnie, że współczesny człowiek nie przeczuwa nawet, na czym polega podstawowe zagadnienie działania.

Umiejętności oceny, którą posiada przedsiębiorca, nie da się kupić. Jego pomysł, który przyniesie zysk, to taki pomysł, na który większość ludzi nie wpadła. Umiejętność trafnego przewidywania nie jest przeciętną zdolnością tego rodzaju, lecz umiejętnością lepszego przewidywania od innych. Nagrodę otrzymują wyłącznie ci, którzy myślą odmiennie, ci, którzy nie dają się zwieść błędom akceptowanym przez większość. Przyczyną pojawienia się zysku jest zaspokojenie przyszłych potrzeb, o które inni należycie nie zadbali.

Przedsiębiorcy i kapitaliści ryzykują własnym dobrobytem materialnym, jeśli są całkowicie przekonani o sensowności swoich planów. Nigdy nie odważyliby się podjąć działań w sferze gospodarczej tylko dlatego, że tak im poradził ekspert. Ignoranci, którzy grają na giełdzie papierów wartościowych i giełdzie towarowej zgodnie ze wskazówkami doradców, muszą ponieść straty, niezależnie od tego, skąd czerpią swoje pomysły i „poufne” informacje.

Przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że przyszłość jest niepewna. Rozumieją, że ekonomiści nie mają żadnych wiarygodnych informacji na temat przyszłych zdarzeń i mogą jedynie interpretować dane statystyczne dotyczące przeszłości. Kapitaliści i przedsiębiorcy traktują opinie ekonomistów o przyszłości wyłącznie jako wątpliwe przypuszczenia. Są sceptyczni i nie dają się łatwo oszukać. Wychodząc jednak ze słusznego założenia, że warto wiedzieć o wszystkim, co może mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie, prenumerują gazety i czasopisma publikujące prognozy. Wielkie firmy nie chcą pominąć żadnego potencjalnego źródła informacji, toteż zatrudniają sztaby ekonomistów i statystyków.

Prognozy gospodarcze próbują bezskutecznie wyeliminować niepewność przyszłości i pozbawić przedsiębiorczość jej nieodłącznego charakteru spekulacyjnego. Są jednak przydatne w zestawianiu i interpretowaniu dostępnych danych dotyczących tendencji i kierunków rozwoju w gospodarce w niedawnej przeszłości.

4. Ekonomia i uniwersytety

Na uniwersytety utrzymywane z podatków ma wpływ partia, która sprawuje władzę. Rządzący starają się mianować profesorami tylko tych, którzy są gotowi szerzyć idee zgodne z ich własnymi przekonaniami. Dziś wszystkie niesocjalistyczne rządy są wierne interwencjonizmowi, toteż mianują interwencjonistów. Według nich najważniejszym obowiązkiem uniwersytetu jest propagowanie oficjalnej filozofii społecznej wśród młodzieży[2]. Ekonomiści nie są potrzebni.

Interwencjonizm dominuje również na wielu niezależnych uczelniach.

Zgodnie z odwieczną tradycją celem uniwersytetów jest nie tylko kształcenie, lecz także poszerzanie wiedzy i rozwój nauki. Obowiązkiem nauczyciela akademickiego nie jest po prostu przekazywanie studentom wiedzy stworzonej przez innych. Jako w pełni dojrzały obywatel międzynarodowej republiki naukowców, innowator i odkrywca nieznanych prawd, powinien on wnosić samodzielny wkład do skarbnicy wiedzy. Żaden uniwersytet nie przyzna się, że jego wykładowcy są gorszymi specjalistami w swojej dziedzinie od profesorów innych uczelni. Każdy profesor uniwersytetu uważa się za równego innym przedstawicielom swojej gałęzi wiedzy. On również przyczynia się do poszerzania wiedzy, podobnie jak inni, także najwybitniejsi koledzy.

Ta idea równości wszystkich profesorów to oczywiście fikcja. Jest olbrzymia różnica między twórczym dziełem geniusza a monografią specjalisty. Jednak w sferze badań empirycznych można zaakceptować tę fikcję. Wielki wynalazca i przeciętny rutyniarz posługują się w swoich badaniach tymi samymi technikami badawczymi. Przygotowują eksperymenty laboratoryjne lub gromadzą dokumenty historyczne. Ich praca wydaje się podobna. Ich publikacje dotyczą tych samych tematów i problemów. Mają z pozoru porównywalne osiągnięcia.

Zupełnie inaczej rzecz się ma w naukach teoretycznych, takich jak filozofia czy ekonomia. Tutaj rutyniarz korzystający z bardziej lub mniej utartego wzorca niczego nie osiągnie. Brak jest zadań, które wymagałyby sumienności i wysiłku skrupulatnych autorów monografii. Nie prowadzi się badań empirycznych; wszystko trzeba osiągnąć za pomocą rozważań, namysłu i rozumowania. Nie ma specjalizacji, gdyż wszystkie problemy są ze sobą powiązane. Zajmując się którymś z elementów takiej nauki, w istocie trzeba się zajmować jej całością. Pewien wybitny historyk opisywał kiedyś psychologiczne i edukacyjne znaczenie pracy doktorskiej, stwierdzając, że daje ona autorowi poczucie dumy i pewność, iż w sferze poznania istnieje pewien obszar zagadnień, choćby najmniejszy, w których nikt nie orientuje się lepiej od niego. Jest oczywiste, że takiego efektu nie można osiągnąć, pisząc pracę dotyczącą analizy ekonomicznej. W systemie myśli ekonomicznej nie ma takich obszarów.

Nigdy nie żyło jednocześnie więcej niż dwudziestu naukowców, którzy wnieśliby coś istotnego do ekonomii. Liczba twórczych umysłów w sferze ekonomii jest równie mała, jak w innych dziedzinach wiedzy. Ponadto wielu twórczych ekonomistów nie uprawia dydaktyki. Jest jednak ogromne zapotrzebowanie na nauczycieli ekonomii w college’ach i uniwersytetach. Tradycja scholastyczna wymaga, by każdy z nich potwierdził swoje kwalifikacje, publikując oryginalną pracę, a nie zwykłą kompilację podręczników i innych książek. Reputacja i wynagrodzenie nauczyciela akademickiego zależą w większym stopniu od jego publikacji niż od umiejętności dydaktycznych. Profesor musi publikować. Jeśli nie ma ochoty pisać na tematy ekonomiczne, pisze pracę z zakresu historii gospodarczej lub ekonomii opisowej. Wtedy jednak, by zachować twarz, musi obstawać przy tym, że poruszane przez niego zagadnienia należą do ekonomii właściwej, a nie historii gospodarczej. Musi wręcz udawać, że jego dzieła dotyczą jedynego właściwego tematu badań ekonomicznych, że tylko one mają charakter empiryczny, indukcyjny, naukowy, podczas gdy czysto dedukcyjne wynurzenia „kanapowych” teoretyków to czcze spekulacje. Gdyby o tym nie wspomniał, przyznałby tym samym, że wśród nauczycieli ekonomii można wyróżnić dwie klasy — tych, którzy przyczynili się do rozwoju myśli ekonomicznej, oraz tych, którzy nie mogą się tym wykazać, choć mogli wykonać użyteczną pracę w innych dyscyplinach, takich jak najnowsza historia gospodarcza. W środowisku akademickim panuje więc atmosfera niesprzyjająca do uczenia ekonomii. Wielu profesorów — na szczęście nie wszyscy — stara się zdyskredytować „czystą teorię”. Próbują oni zastąpić analizę ekonomiczną nieusystematyzowanym zbiorem historycznych i statystycznych danych. Rozczłonkowują ekonomię na mnóstwo zintegrowanych dyscyplin. Specjalizują się w rolnictwie, specyfice Ameryki Łacińskiej i wielu podobnych działach.

Niewątpliwie jednym z zadań edukacji uniwersyteckiej powinno być zaznajomienie studentów z historią gospodarczą w ogóle oraz z najnowszymi dziejami gospodarki. Jednak wszystkie te wysiłki okażą się bezskuteczne, jeśli student nie będzie miał ogólnej znajomości ekonomii. Ekonomii nie da się podzielić na wyspecjalizowane dyscypliny. Ekonomia zajmuje się zawsze powiązaniami zjawisk dotyczących działania. Problemy katalaktyczne nikną, gdy każdą branżę produkcji traktuje się osobno. Nie można analizować pracy i płac, nie uwzględniając pośrednio cen towarów, stóp procentowych, zysku i straty, pieniądza i kredytu oraz pozostałych ważnych problemów. Na zajęciach z zakresu ekonomii pracy nie da się nawet powierzchownie poruszyć istoty zagadnienia określania stawek płac. Nie ma nic takiego jak „ekonomia pracy” czy „ekonomia rolnictwa”. Istnieje tylko jeden spójny system ekonomii.

Różni specjaliści w swoich wykładach i publikacjach nie zajmują się w istocie ekonomią, lecz doktrynami rozmaitych grup nacisku. Ignorując ekonomię, muszą paść ofiarą ideologii tych, którzy dążą do uzyskania specjalnych przywilejów dla swojej grupy. Nawet ci specjaliści, którzy nie opowiadają się po stronie określonej grupy nacisku i rzekomo zachowują szlachetną neutralność, nieświadomie przejmują zasadnicze poglądy doktryny interwencjonistycznej. Zajmując się wyłącznie niezliczonymi przypadkami ingerencji rządu w gospodarkę, nie chcą popaść w — jak to nazywają — czysty negatywizm. Jeśli krytykują stosowane metody działania, to tylko po to, żeby w miejsce interwencjonizmu opracowanego przez innych zaproponować własną odmianę interwencjonizmu. Bez zastanowienia przejmują podstawową tezę interwencjonizmu i socjalizmu, zgodnie z którą nieskrępowana gospodarka rynkowa godzi w interesy ogromnej większości, przynosząc korzyści bezwzględnym wyzyskiwaczom. Utrzymują, że ekonomista, który wykazuje bezcelowość interwencjonizmu, jest przekupionym obrońcą nieusprawiedliwionych roszczeń wielkiego kapitału. Uniemożliwienie tym łajdakom wstępu na uniwersytety i niedopuszczenie ich artykułów do druku w czasopismach naukowych uważają za swój moralny obowiązek.

Studenci są zdezorientowani. Na zajęciach ekonomii matematycznej są zasypywani wzorami matematycznymi opisującymi hipotetyczne stany równowagi, w których nie występuje działanie. Szybko dochodzą do wniosku, że równania te są całkowicie bezużyteczne, by zrozumieć działania gospodarcze. Na wykładach specjalistów dowiadują się mnóstwa szczegółów dotyczących metod interwencjonizmu. Muszą to uznać za istny paradoks, gdyż nigdy nie ma równowagi, a stawki płac i ceny produktów rolnych nie są tak wysokie, jak życzyliby sobie związkowcy i rolnicy. Dochodzą do wniosku, że niezbędna jest radykalna reforma. Ale jaka?

Większość studentów przyjmuje bez zastrzeżeń interwencjonistyczne rozwiązania proponowane przez ich profesorów. Na przykład akceptują pogląd, że warunki społeczne będą całkowicie zadowalające, gdy rząd wprowadzi minimalne stawki płac oraz zapewni każdemu odpowiednie wyżywienie i mieszkanie, albo gdy zabroni sprzedaży margaryny i importu cukru. Nie widzą sprzeczności w słowach nauczycieli, którzy jednego dnia skarżą się na szaleństwo konkurencji, a drugiego na wady monopoli; jednego dnia ubolewają nad spadkiem cen, a drugiego nad wzrostem kosztów. Studenci uzyskawszy dyplom, starają się jak najszybciej dostać pracę — dla rządu lub silnej grupy nacisku.

Jest jednak wielu młodych ludzi, którzy są na tyle bystrzy, by dostrzegać błędy interwencjonizmu. Akceptują to, że ich nauczyciele odrzucili nieskrępowaną gospodarkę rynkową, ale nie wierzą, by pojedyncze akty interwencjonizmu mogły doprowadzić do zamierzonego celu. Rozwijają myśli swoich preceptorów, wyciągając z nich logiczne konsekwencje. Zwracają się ku socjalizmowi. System sowiecki uznają za jutrzenkę nowej, lepszej cywilizacji.

Mimo wszystko o tym, że współczesne uniwersytety stały się w dużej mierze wylęgarnią socjalizmu, nie zdecydowały warunki panujące na wydziałach ekonomicznych, lecz teorie głoszone na innych wydziałach. Na wydziałach ekonomicznych można wciąż znaleźć ekonomistów, a nawet naukowców innych specjalności, którym nie są obce zarzuty wobec socjalizmu związane z niemożliwością jego realizacji. Inaczej jest w wypadku wykładowców filozofii, historii, literatury, socjologii i nauk politycznych. Interpretują oni historię na podstawie zwulgaryzowanej karykatury materializmu dialektycznego. Nawet ci, którzy namiętnie atakują marksizm za jego materializm i ateizm, są pod wpływem idei wywodzących się z Manifestu komunistycznego i programu Międzynarodówki Komunistycznej. Depresje, masowe bezrobocie, inflację, wojnę i ubóstwo uważają za bolączki wynikające z natury kapitalizmu i głoszą, że zjawiska te znikną dopiero wraz z jego końcem.

 5. Szkolnictwo powszechne i ekonomia

W państwach, które nie przeżywają problemów związanych z walką między różnymi grupami językowymi, szkolnictwo powszechne może funkcjonować, o ile ogranicza się do nauki czytania, pisania i arytmetyki. W wypadku dzieci zdolnych można nawet rozszerzyć program nauki o geometrię, nauki przyrodnicze i prawo obowiązujące w danym kraju. Jednak z chwilą gdy ktoś próbuje uczyć się dalej, pojawiają się poważne trudności. Nauczanie na poziomie podstawowym zamienia się w indoktrynację. Nie da się zaznajomić nastolatków ze wszystkimi aspektami jakiegoś problemu i pozostawić im wybór między rozbieżnymi punktami widzenia. Niemożliwe jest także znalezienie nauczycieli, którzy przekazywaliby nielubiane przez siebie poglądy w sposób zgodny z intencjami ich zwolenników. Partia, która zarządza oświatą, może propagować w szkole swoje poglądy i krytykować stanowisko innych partii.

Jeśli chodzi o naukę religii, to dziewiętnastowieczni liberałowie rozwiązali ten problem, oddzielając państwo od Kościoła. W liberalnych państwach religia nie jest już przedmiotem szkolnym. Rodzice mogą posyłać dzieci do szkół wyznaniowych utrzymywanych przez wspólnoty wyznaniowe.

Jednakowoż problem nie ogranicza się wyłącznie do nauki religii i określonych teorii nauk przyrodniczych, niezgodnych z Biblią. W jeszcze większym stopniu dotyczy on nauczania historii z nacjonalistycznego lub szowinistycznego punktu widzenia. Niewielu ludzi uświadamia sobie, że bezstronność i obiektywizm jest równie istotny, gdy zajmujemy się historią własnego kraju. Filozofia społeczna nauczyciela lub autora podręcznika ma wpływ na sposób przedstawiania tej tematyki. Im bardziej trzeba uprościć historię i skrócić jej wykład, by stała się zrozumiała dla niedojrzałych umysłów dzieci i nastolatków, tym gorsze są skutki.

Zdaniem marksistów i interwencjonistów nauczanie historii w szkołach jest skażone ideami klasycznego liberalizmu. Chcą oni zastąpić „burżuazyjną” interpretację historii własną interpretacją. Według marksistów rewolucja angielska 1688 roku, wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych, rewolucja francuska i dziewiętnastowieczne ruchy rewolucyjne na kontynencie europejskim miały charakter burżuazyjny. Doprowadziły do upadku feudalizmu i przejęcia władzy przez burżuazję. Masy proletariackie nie zostały wyzwolone, lecz przeszły spod panowania klasy arystokratów pod panowanie kapitalistycznych wyzyskiwaczy. Aby uwolnić człowieka pracy, trzeba znieść kapitalistyczne metody produkcji. Zdaniem interwencjonistów da się to osiągnąć za pomocą Sozialpolitik lub Nowego Ładu. Tymczasem ortodoksyjni marksiści twierdzą, że tylko zbrojne obalenie burżuazyjnego systemu władzy może doprowadzić do prawdziwego wyzwolenia proletariatu.

Nie można zajmować się żadnym rozdziałem historii bez zajmowania określonego stanowiska wobec kontrowersyjnych zagadnień i związanych z nimi doktryn ekonomicznych. Podręczniki i nauczyciele nie mogą zachować wyniosłej neutralności w stosunku do twierdzenia, że „niedokończona rewolucja” wymaga dopełnienia w rewolucji komunistycznej. Każde twierdzenie dotyczące wydarzeń ostatnich trzystu lat jest równoznaczne z wyrażeniem określonej oceny tych kontrowersyjnych zagadnień. Nie da się uniknąć wyboru między filozofią zawartą w Deklaracji Niepodległości bądź orędziu Lincolna w Gettysburgu (Gettysburg Address) a filozofią Manifestu komunistycznego. Problem istnieje i nic tu nie da chowanie głowy w piasek.

Na poziomie szkoły średniej, a nawet college’u nauczanie historii i ekonomii to właściwie indoktrynacja. Przeważająca część uczniów z pewnością nie jest wystarczająco dojrzała, by wyrobić sobie własne zdanie na podstawie krytycznej oceny zagadnień przedstawianych przez nauczyciela.

Gdyby szkolnictwo państwowe było efektywniejsze niż jest, to partie polityczne dążyłyby usilnie do zdominowania systemu edukacji i określenia metod nauczania tych przedmiotów. Jednak szkolnictwo powszechne odgrywa jedynie drugorzędną rolę w kształtowaniu politycznych, społecznych i ekonomicznych poglądów młodego pokolenia. W tym względzie na młodzież znacznie większy wpływ od nauczycieli i podręczników mają prasa, radio oraz środowisko młodej osoby. Propaganda kościołów, partii politycznych i grup nacisku oddziałuje silniej niż szkoła, niezależnie od tego, czego w niej się uczy. Często się zdarza, że wiedza wyniesiona ze szkoły bardzo szybko ulega zapomnieniu, toteż nie może stanowić ochrony przed nieustannym naporem poglądów środowiska społecznego, w którym żyje młody człowiek.

6. Ekonomia i obywatel

Ekonomii nie wolno spychać do szkół i biur statystycznych i uprawiać jej w zamkniętych kręgach. Jest to filozofia ludzkiego życia i działania, dotyczy ona wszystkich i wszystkiego. Stanowi istotę cywilizacji i ludzkiej egzystencji.

Uwaga ta nie jest przejawem słabości częstej u specjalistów, którzy przeceniają znaczenie własnej gałęzi nauki. Wyjątkowe znaczenie przypisują dziś ekonomii wszyscy ludzie, a nie tylko ekonomiści.

Wszystkie współczesne problemy polityczne dotyczą zagadnień nazywanych powszechnie ekonomicznymi. Wszystkie argumenty używane w dyskusji o sprawach społecznych i publicznych wiążą się z podstawowymi zagadnieniami prakseologicznymi i ekonomicznymi. Doktryny ekonomiczne zaprzątają umysły wszystkich ludzi. Wydaje się, że dziś filozofowie i teologowie interesują się zagadnieniami ekonomii bardziej niż zagadnieniami, które poprzednie pokolenia uważały za przedmiot filozofii i teologii. W powieściach i dramatach wszelkie ludzkie sprawy — również dotyczące związków erotycznych — przedstawia się z punktu widzenia doktryn ekonomicznych. Każdy myśli o ekonomii, niezależnie od tego, czy jest tego świadom, czy nie. Wstępując do partii politycznej i biorąc udział w wyborach, obywatel zajmuje stanowisko wobec najważniejszych teorii ekonomicznych.

W XVI i XVII wieku głównym przedmiotem sporów politycznych w Europie była religia. W XVIII i XIX wieku najważniejszą kwestią w Europie i Ameryce był wybór między rządem przedstawicielskim a absolutyzmem królewskim. Dziś kwestią taką jest wybór między gospodarką rynkową a socjalizmem. Jest to oczywiście problem, którego rozwiązanie zależy wyłącznie od analizy ekonomicznej. Odwoływanie się do pustych haseł lub mistyki materializmu dialektycznego jest tu bezcelowe.

Nikt nie może uniknąć osobistej odpowiedzialności. Ten, kto nie dąży do jak najstaranniejszego zbadania tych problemów, dobrowolnie zrzeka się swoich przyrodzonych praw na rzecz samozwańczej elity supermenów. W tak istotnych sprawach ślepe zaufanie do „ekspertów” i bezkrytyczna akceptacja rozpowszechnionych haseł i przesądów są równoznaczne z rezygnacją z samookreślenia i podporządkowaniem się dominacji innych ludzi. W dzisiejszych czasach człowiek inteligentny nie ma ważniejszych spraw od ekonomii. Stawką jest jego własny los i los jego dzieci.

Tylko nieliczni są zdolni wnieść coś ważnego do systemu myśli ekonomicznej, ale wszyscy myślący ludzie powinni zapoznać się z teorią ekonomii. W naszych czasach jest to podstawowy obowiązek obywatelski.

Niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie, ekonomia nie będzie ezoteryczną gałęzią wiedzy dostępną jedynie niewielkim grupom naukowców i specjalistów. Ekonomia zajmuje się podstawowymi zagadnieniami społecznymi. Dotyczy każdej jednostki i należy do wszystkich ludzi. Stanowi główny i najistotniejszy przedmiot refleksji każdego obywatela.

7. Ekonomia i wolność

Szczególny wpływ idei ekonomicznych na życie społeczne jest powodem tego, że rządy, partie polityczne i grupy nacisku dążą do ograniczenia wolności myśli ekonomicznej. Chcą propagować „dobrą” doktrynę i uciszyć tych, którzy głoszą „złe” doktryny. Wydaje im się, że prawda nie ma wewnętrznej siły, która zapewniałaby jej ostateczne zwycięstwo ze względu na to, że jest prawdą. Aby prawda zwyciężyła, trzeba ją wesprzeć zbrojnymi działaniami policji lub innych sił. Z tego punktu widzenia kryterium prawdziwości określonej doktryny staje się to, że jej zwolennikom udało się zbrojnie pokonać obrońców odmiennych poglądów. Przyjmuje się tym samym, że Bóg lub inna mityczna instancja kierująca sprawami człowieka pozwala zawsze zwyciężyć tym, którzy walczą o słuszną sprawę. Rząd pochodzi od Boga i ma święty obowiązek tępienia heretyków.

Bezcelowe byłoby zajmowanie się sprzecznościami i niekonsekwencjami tej doktryny nietolerancji i prześladowania osób o odmiennych poglądach. Nigdy wcześniej nie istniał tak wymyślny system propagandy i ucisku, jakim dysponują dzisiejsze rządy, partie i grupy nacisku. Jednak wszystkie te instytucje runą jak domki z kart, gdy zaatakuje je wielka ideologia.

Właściwie badania ekonomiczne są dziś zakazane nie tylko w krajach rządzonych przez barbarzyńskich i neobarbarzyńskich despotów, lecz także w tak zwanych demokracjach zachodnich. Publiczna dysputa na tematy ekonomiczne lekceważy niemal całkowicie wszystko to, co ekonomiści powiedzieli w ciągu ostatnich dwustu lat. Ceny, stawki płac, stopy procentowe i zyski traktuje się tak, jakby nie podlegały żadnemu prawu. Rządy usiłują wprowadzać i egzekwować przepisy o maksymalnych cenach towarów i minimalnych stawkach płac. Politycy nawołują przedsiębiorców do redukowania zysków, obniżania cen i podwyższania stawek płac, tak jakby czynniki te zależały od chwalebnych intencji jednostek. W odniesieniu do zagadnień międzynarodowych kontaktów gospodarczych ludzie przyjmują skrajnie naiwne, błędne poglądy merkantylistów. Tylko nieliczni rozumieją, jakie są wady tych rozpowszechnionych teorii i dlaczego polityka, która się na nich opiera, musi doprowadzić do katastrofy.

Taka jest smutna rzeczywistość. Człowiek może na nią zareagować tylko w jeden sposób: nie ustając w dążeniu do prawdy.

 

[1] Na temat zasadniczych zagadnień epistemologicznych, o jakich tu mowa, zob. s. 26–36, zagadnienie ekonomii „ilościowej” zob. s. 47–49 i 300–301, a na temat sprzecznych interpretacji warunków pracy w kapitalizmie zob. s. 523–529.

[2] George Santayana, pisząc o profesorze filozofii wykładającym ongiś na pruskim Uniwersytecie Humboldta w Berlinie, zauważył, że ów wykładowca był przekonany, „iż zadaniem profesora jest ciągnięcie jurydycznego wozu drogą wytyczoną przez rząd” (Persons and Places, New York 1945, t. 2, s. 7).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Ludwig von Mises

O Autorze:

Ludwig von Mises

Ludwig von Mises był najwybitniejszym obrońcą kapitalizmu i krytykiem socjalizmu w XX wieku, najważniejszym przedstawicielem austriackiej szkoły ekonomii, nauczycielem Hayeka, Rothbarda oraz wielu innych ekonomistów i naukowców. Przez całe dorosłe życie pisał i wykładał w wielu krajach. Jest autorem kilkudziesięciu książek i ponad 250 artykułów. Pierwsza dłuższa praca Theorie des Geldes und der Umlaufsmittel (Teoria pieniądza i kredytu, 1912) przyniosła mu uznanie w całej Europie. W kolejnej znakomitej książce Die Gemeinwirtschaft: Untersuchungen über den Sozialismus (Socjalizm, 1922) Mises przewidział upadek socjalizmu. Po Anschlussie Austrii Mises wyjeżdża do Szwajcarii, gdzie publikuje Nationalökonomie: Theorie des Handelns und Wirtschaftens (1940). W 1940 roku przenosi się do USA. Tu ukazuje się Human Action (1949) – rozszerzona, angielska wersja Nationalökonomie. Human Action, czyli Ludzkie działanie – opus magnum Misesa – zostało przetłumaczone na większość języków europejskich.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy