Sieroń: Nowoczesna Teoria Monetarna – Kiepska Teoria na Trudne Czasy

3 grudnia 2019 Komentarze komentarze: 0

Autor: Arkadiusz Sieroń
Wersja PDF

  • Nowoczesna teoria monetarna stanowi alternatywne względem głównego nurtu spojrzenie na funkcjonowanie gospodarki.
  • Składa się z kilku przekonań, takich jak: podatki są siłą napędową pieniądza, rząd nie podlega standardowemu ograniczeniu budżetowemu; deficyty budżetowe nie są problemem, a wręcz są korzystne;
  • Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nowoczesna teoria monetarna ma na celu przede wszystkim uzasadnienie, że rząd jest w stanie i powinien zagwarantować pełne zatrudnienie.
  • Dokładna analiza pokazuje, że te przekonania są błędne, co częściowo wynika z używania niewłaściwych definicji i przyjęcia perspektywy rachunkowej.
  • Nowoczesna teoria monetarna powinna zostać odrzucona, mimo swojego politycznego uroku.

1. Wprowadzenie

Choć w tym roku napisałem już polemikę do artykułu Rafała Wosia zachwalającego nowoczesna teorię monetarną (NTM), niedawna debata z dr. Pawłem Umińskim podczas Zjazdu Austriackiego zmusiła mnie do dalszego zgłębienia meandrów NTM. Podczas przygotowań do dyskusji przeczytałem książkę Wray’a zatytułowaną Nowoczesna Teoria Monetarna. Wprowadzenie do makroekonomii suwerennych systemów monetarnych przetłumaczoną przez mojego oponenta. Lektura książki utwierdziła mnie w przekonaniu, że NTM jest fundamentalnie błędna i powinna zostać odrzucona. W tym tekście wyjaśnię, czym jest NTM oraz poddam ją gruntownej krytyce.

2. Czym jest NTM?

Nowoczesna teoria monetarna stanowi alternatywne względem głównego nurtu spojrzenie na funkcjonowanie gospodarki, w szczególności na makroekonomiczne aspekty deficytów rządowych finansowanych kreacją pieniądza. Opiera się na ona na kilku elementach:

  1. pieniądz jest wytworem państwa, jest jego zobowiązaniem (IOU); ludzie używają pieniądza, ponieważ płacą w nim podatki;
  2. rządy emitujące suwerenną walutę zawsze mogą ją dodrukować, ograniczenia finansowe ich nie dotyczą;
  3. celem podatków oraz emisji długu nie jest zatem pokrywanie wydatków, lecz kreowanie popytu na walutę oraz wpływanie na inflację i wielkość rezerw bankowych;
  4. deficyty rządowe nie są więc problemem; przeciwnie, kreują one majątek finansowy sektora prywatnego (w gospodarce zamkniętej deficyt w sektorze publicznym równa się nadwyżce w sektorze prywatnym);
  5. ponieważ państwo nie musi się zadłużać, nie musi oferować odsetek pożyczkodawcom, powinno zatem obniżyć stopę procentową na stałe do zera;
  6. rząd jest zawsze w stanie zapewnić pełne zatrudnienie poprzez program gwarancji zatrudnienia.

Brzmi wywrotowo? Bo takie jest. Przeanalizujmy pokrótce powyższe punkty.

3. Państwowa teoria pieniądza

Nowoczesna teoria monetarna zasadniczo nie jest taka nowoczesna, ponieważ jej punktem wyjścia jest państwowa teoria pieniądza opracowana przez Knappa pod koniec XIX wieku. Według tego podejścia podatki są siłą napędową pieniądza. Ludzie używają pieniądza, ponieważ muszą płacić różne daniny na rzecz państwa. Jak ujmuje to Wray (s. 87) „ostatecznie właśnie ze względu na fakt, że ktokolwiek posiadający zobowiązanie podatkowe może użyć waluty do uwolnienia się od tego zobowiązania, istnieje popyt na walutę państwową i dlatego może być ona wykorzystywana w zakupach lub w płatnościach prywatnych zobowiązań”[1].

Państwowa teoria pieniądza jest błędna. Przede wszystkim nie jest ona w stanie wyjaśnić siły nabywczej pieniądza. Według szkoły austriackiej siła nabywcza pieniądza determinowana jest przez podaż i popyt na pieniądz. Ludzie zgłaszają popyt na pieniądz dzisiaj, kierując się wczorajszą siłą nabywczą, która to zależała od ówczesnego popytu. Cofając się wystarczająco daleko, dojdziemy do momentu, w którym siła nabywcza została oszacowana dzięki popytowi na niepieniężne zastosowania danego środka wymiany. Tymczasem sam fakt, że mamy do zapłaty w podatkach określoną ilość jednostek pieniężnych, nie pozwala oszacować ich siły nabywczej.

Oczywiście, przymus podatkowy może zmusić ludzi do trzymania określonej waluty w celu uregulowania zobowiązań podatkowych, ale nie wyjaśnia, dlaczego ludzie mieliby używać jej jako środka wymiany — zwłaszcza że zobowiązania podatkowe stanowią tylko (niewielką) część wszystkich transakcji pieniężnych zachodzących w gospodarce[2]. Bycie środkiem zapłaty wynika z bycia środkiem wymiany. Co więcej, zmiany w udziale podatków w PKB nie wydają się powodować zmian w popycie na pieniądz.

Poza tym logika podpowiada, że produkcja musi poprzedzać opodatkowanie, ponieważ podatki obciążają ostatecznie działalność produkcyjną. Choć możliwa jest produkcja w gospodarce niemonetarnej, nie ulega wątpliwości, że istnienie pieniądza umożliwia bardziej wydajną produkcję i dopiero wtedy wzrost obciążeń podatkowych.

Historia gospodarcza również nie potwierdza państwowej teorii pieniądza. Przez większość ludzkiej cywilizacji istniał pieniądz towarowy w postaci złotych i srebrnych monet, których państwo nie mogło wykreować z niczego[3]. Innym przykładem jest używanie papierosów w obozach jenieckich jako środka wymiany czy rozwój kryptowalut w ostatnich latach. Choć Bitcoin nie jest pieniądzem, jest z pewnością środkiem wymiany, mimo że państwo i podatki nie stały za jego powstaniem, co wydaje się sprzeczne z państwową teorią pieniądza.

4. Suwerenne państwo nie może stać się niewypłacalne

Główną koncepcją NTM jest to, że „suwerenne państwo nie może stać się niewypłacalne we własnej walucie; kiedy wszystkie zobowiązania staną się wymagalne, zawsze może je uregulować we własnej walucie” (Wray, s. 24).

Na pierwszy rzut oka jest to jeden z niewielu słusznych punktów czynionych przez NTM. Potencjalnie państwo posiadające monopol menniczy może dodrukować każdą ilość swojej waluty. Dlatego zresztą rządy odeszły od standardu złota, który ograniczał możliwość zwiększania podaży pieniądza, i przyjęły puste waluty.

Jednak gdy się bliżej przyjrzeć temu stwierdzeniu, jasno widać, że nie opisuje on zbyt dobrze realnego (nie potencjalnego) świata, w którym rządy krajów zachodnich outsourcują kreację pieniądza do sektora bankowego i podlegają różnorakim ograniczeniom, takim chociażby jak istnienie formalnie niezależnych banków centralnych i zakaz debetu na kontach rządowych w nich utrzymywanych. Jak pokazał dr. Machaj, Skarb Państwa nie może „drukować” pieniędzy — musi je jakoś inaczej pozyskać na sfinansowanie swoich wydatków. Zwolennicy NTM są prawdopodobnie tego świadomi, dlatego w swoich rozważaniach posługują się skonsolidowanym sektorem publicznym (Skarb Państwa + bank centralny).

Ale nawet w takiej sytuacji, trzeba zdać sobie sprawę, że inflacja pociąga za sobą pewien koszt — tak gospodarczy, jak i polityczny[4]. Dlatego czasem nawet rządy emitujące swoją własna walutę decydują się na zaprzestanie spłaty zadłużenia albo na trzymanie swoich wydatków w ryzach[5]. Ludzie mogą stracić zaufanie do waluty i realokować swoje fundusze — co może poważnie wpłynąć na kurs walutowy, stopy procentowe i ceny aktywów — nawet jeśli wiedzą, że techniczne bankructwo jest niemożliwe[6]. A tak poza tym, niespodziewana inflacja może być postrzegana z ekonomicznego punktu widzenia jako częściowa niewypłacalność, jako że dłużnik spłaca realnie mniej niż pożyczył[7].

Inną sztuczką erystyczną stosowaną przez zwolenników NTM jest ich odpowiedź, że owszem, istnieją pewne ograniczenia emisji pieniądza i wydatków rządowych, ale są to tak naprawdę samoograniczenia. Cóż, większość instytucji ma charakter samoograniczeń — dlatego są one stosowane. Zwolennicy NTM muszą się zdecydować — albo opisują rzeczywisty świat, albo świat, który mógłby potencjalnie zaistnieć, ale w zupełnie odmiennym otoczeniu instytucjonalnym.

5. Celem podatków i długu nie jest to, co myślisz

Skoro państwo nie musi pobierać podatków oraz emitować obligacji na pokrycie swoich wydatków, to dlaczego to ciągle robi? Zwolennicy NTM odpowiadają na to następująco. Podatki generują popyt na walutę, a do tego pozwalają wpływać na społeczne zachowania oraz inflację — gdy inflacja jest za wysoka, państwo podwyższa podatki, co ściąga pieniądze z rynku (według Wraya podatki stanowią „odkupienie waluty” — państwo wprowadza pieniądze do obiegu, wydając je, a następnie umarza je, przyjmując płatności podatkowe). Według NTM pieniądz to dług, ale nie jest jasne, w jaki dokładnie sposób zapłata podatków miałaby umarzać walutę fiat (która nie stanowi do niczego roszczenia) i zmniejszać jej podaż — a tylko to mogłoby wpłynąć na inflację. Podatki stanowią transfer środków z sektora prywatnego do publicznego, a nie zmniejszenie podaży pieniądza. W dniu płatności zobowiązań podatkowych gospodarka nie przeżywa szoków deflacyjnych.

Równie ciekawe jest spojrzenie NTM na sprzedaż obligacji. Nie jest ona operacją zaciągania długu, lecz „narzędziem, za pomocą którego bank centralny osiąga określone poziomy stopy procentowej” (Wray, s. 159). Wynika to z tego, że deficyty rządowe mają zwiększać rezerwy bankowe (wydatki rządu powodują wzrost depozytów bankowych należących do beneficjentów owych wydatków), co prowadziłoby do obniżenia oprocentowania rezerw. Aby temu przeciwdziałać, nadwyżkowe rezerwy są wymieniane na obligacje skarbowe.

Jest to, oczywiście, karkołomna argumentacja, która opiera się na dziwacznym założeniu, że wydatki rządu jedynie kredytują konta bankowe beneficjentów wydatków, ale nie obciążają konta Skarbu Państwa w banku centralnym (lub innej instytucji finansowej). W rzeczywistości wielkość depozytów i rezerw nie ulega zmianie, lecz następuje jedynie transfer. Opis zwolenników NTM można odnieść do zakupów banku centralnego, ale nie do wydatków Skarbu Państwa. Jak widać, analiza skonsolidowanego sektora publicznego nie ułatwia analizy, lecz ją zaciemnia[8].

6. Deficyty rządowe są dobre

Skoro rząd zawsze może wykreować pieniądze na pokrycie swoich wydatków, to po co ten cały ambaras wokół deficytów rządowych? Dążenie do zrównoważonego budżetu jest według zwolenników NTM całkowicie błędne. Ostatecznie przecież z rachunkowego punktu widzenia dług publiczny jest majątkiem finansowym sektora niepublicznego, zaś „deficyty budżetowe są równe nadwyżce sektora niepublicznego i generują dochody, które mogą być zaoszczędzone” (Wray, 31).

Ten punkt jest chyba najbardziej makiaweliczny. Z rachunkowego punktu widzenia bowiem wszystko się zgadza, deficyt w jednym miejscu musi równać się nadwyżce w jednym miejscu. Rachunkowość jest ważna, ale czasem przesłania ekonomiczną istotę zdarzeń i nic nie mówi nam o zależnościach przyczynowo-skutkowych. Powyższa tożsamość księgowa nie oznacza przecież, że drogą do bogactwa jest deficyt rządowy. Odwrotnie: rządy mogą się zadłużać tylko wtedy, gdy obywatele odłożą pewne oszczędności, które zgodzą się przekazać rządowi.

Pojawia się również pytanie o interpretację nadwyżek budżetowych. Według Wray’a (s. 68) nadwyżki budżetu federalnego za Clintona były „po prostu skutkiem ubocznym wydatków sektora prywatnego finansowanych deficytem”. Niejasne jest jednak, w jaki sposób sektor prywatny zadłuża się w rządzie, co pokazuje, że to całe podejście oparte na bilansach sektorowych jest mocno podejrzane[9].

Rzeczywiście, zwolennicy NTM dokonują po raz kolejny pewnego zabiegu redefinicyjnego. Jak zauważa Murphy, „kiedy ekonomiści MMT mówią o »oszczędnościach netto«, nie mają na myśli tego, że ludzie wspólnie zaoszczędzili więcej niż wspólnie pożyczyli. Nie, mają na myśli, że ludzie wspólnie więcej zaoszczędzili niż zainwestowali”. Oczywiście, mają rację, że „prywatne oszczędności pomniejszone o prywatne inwestycje” nie mogą wzrosnąć bez deficytu budżetowego rządu. Ale przecież główna korzyść z oszczędności jest taka, że umożliwiają inwestycje! Redefiniując w ten sposób „oszczędności netto”, pomija się podstawowe źródło kreacji majątku, czyli inwestycje (oraz wzrost wartości rynkowej aktywów). Oczywiście, można posługiwać się dowolnymi definicjami, ale zwolennicy NTM zdecydowali się akurat na taką, która sugeruje, że rząd musi mieć deficyt, aby sektor prywatny zwiększył swoje oszczędności netto. To, że należności muszą równać się zobowiązaniom (każde zobowiązanie dłużnika oznacza roszczenie wierzyciela), nie ma znaczenia dla podstawowego faktu, że sektor prywatny może powiększać swoje oszczędności oraz majątek nawet w sytuacji bez deficytu rządowego.

7. Stopa procentowa powinna trwale wynosić zero

Skoro rząd nie musi pokrywać wydatków poprzez emisję długu, to dlaczego miałby płacić odsetki inwestorom prywatnym? Dlatego banki centralne powinny ustanowić stopę procentową na zero, na zawsze, i wreszcie zrealizować Keynesowski postulat eutanazji rentiera. Skoro rząd zawsze może zwiększyć podaż pieniądza, to jego cena powinna wynosić zero. Poza tym, przy zerowej stopie procentowej, stopa wzrostu gospodarczego będzie prawie zawsze większa, co ma powodować, że dług publiczny przestanie być problemem.

Nie trzeba wyjaśniać problemów z tym podejściem. Stopa procentowa nie jest ceną pieniądza, lecz, jeśli już, to pożyczek wyrażonych w pieniądzu. A tak naprawdę jest kluczową wielkością w gospodarce, która koordynuje alokację międzyokresową. Jej ustanowienie na sztucznie niskim poziomie będzie prowadzić do błędnej alokacji kapitału w postaci cyklu koniunkturalnego, baniek na rynku aktywów oraz wzrostu liczby firm zombie. Będzie również zniechęcać do oszczędności, zaś zachęcać do nadmiernego zadłużania oraz angażowania się w ryzykowne projekty inwestycyjne.

8. Rząd jako pracodawca ostatniej instancji

Kolejnym postulatem dla polityki gospodarczej wysuwanym przez zwolenników NTM jest program gwarancji zatrudnienia, który polegałby na tym, aby rząd działał jako pracodawca ostatniej szansy. Ostatecznie — i tutaj dochodzimy tak naprawdę do sedna NTM – „rząd, który emituje swoją własną walutę, zawsze może pozwolić sobie na zatrudnienie bezrobotnej siły roboczej” (Wray, s. 309). No przecież, nie można było od razu odkryć kart?

Program miałby polegać na tym, że rząd obiecuje, że praca będzie dostępna dla każdej kwalifikującej się osoby, gotowej i chętnej do pracy. Program finansuje rząd (w końcu nie jest on ograniczony finansowo), który oferowałby pracę oraz jednakowe wynagrodzenie godzinowe dla każdego pracownika. W ten sposób rząd mógłby nareszcie doprowadzić do pełnego zatrudnienia, eliminując raz na zawsze problem bezrobocia.

Pomijając kwestię kosztu takiego programu (dla rządu emitującego suwerenną walutę to wszak nie problem), należy zwrócić uwagę na efekt wypychania, wynikający z możliwego odciągania pracowników z sektora prywatnego do sektora publicznego. Pracownicy potrzebują też komplementarnych zasobów, co podbiłoby ich ceny, zwiększając koszty działalności dla firm z sektora prywatnego.

Warto również zauważyć, że dla szybkiego rozwoju gospodarczego kluczowe jest, aby ludzie orientowali się na karierę w dynamicznie działających firmach, które podejmują wysoko produktywne inwestycje, a nie w sektorze publicznym, którego projekty odznaczają się niższą produktywnością. Syreni śpiew ciepłej posadki w sektorze publicznym obniżyłby także motywację pracowników do wytężonej pracy, a pracodawców do organizowania szkoleń ze względu na obawy przed odejściem pracowników[10].

9. Podsumowanie

Powyższa analiza NTM jasno pokazuje, że jest to całkowicie błędna teoria, która w dużej mierze opiera się na zabiegach semantycznych i używaniu odmiennych definicji od ogólnie przyjętych (przykładowo, „rząd” oznacza połączony rząd oraz bank centralny, co wzmacnia tezę, że wydatki rządu kreują pieniądz).

Jednak gdy przebrnie się przez ten chaos pojęciowy, oczom ukazuje się jasno, o co tak naprawdę chodzi w NTM. Cała teoria wydaje się istnieć tylko po to, aby uzasadnić wyższe wydatki rządowe, większe deficyty budżetowe i program gwarancji zatrudnienia.[11] Oddajmy głos samemu Wrayowi (s. 32):

Wyobraźmy sobie, jak zmieniłaby się debata polityczna, gdyby nasz prezydent nie mógł dłużej utrzymywać, że Wujek Sam nie ma już pieniędzy; gdyby nasz rząd nie mógł dłużej odmawiać tworzenia miejsc pracy, budowy lepszej infrastruktury czy też wysłania astronautów na Marsa z powodu braku funduszy.

Dla zwolenników NTM rząd jest niemalże boską instytucją, która kreuje pieniądz swoimi wydatkami, i nie musi przejmować się tą ponurą ekonomią i ograniczeniami wynikającym z jej praw. Deficyty rządowe nie są złe i nie prowadzą do efektu wypychania i wzrostu stopy procentowej, lecz do jej spadku, ponieważ zwiększają ilość rezerw bankowych; pozwalają też sektorowi prywatnemu akumulować majątek dzięki swoim deficytom. Jeśli tylko emituje swoją własną walutę, rząd nie podlega praktycznie żadnym finansowym ograniczeniom. Ograniczenia istnieją tylko w umysłach polityków i ortodoksyjnych ekonomistów — możemy sobie pozwolić na znacznie więcej, możemy mieć wreszcie pełne zatrudnienie!

Nie dziwi zatem popularność, którą NTM ostatnio zdobyła mimo swojej teoretycznej mizerności. Kontrowersyjny program, który stawia całą ekonomię na głowie, obiecując pełne zatrudnienie, musi przyciągnąć uwagę opinii publicznej, zwłaszcza w czasach wolniejszego wzrostu gospodarczego w krajach zachodnich. Miejmy jednak nadzieję, że popularność ta nie okaże się trwała, a NTM zostanie porzucona.

 

[1] Jeszcze zabawniejszy jest cytat ze strony 214: „Podatki są siłą napędową pieniądza. Pieniądz został wykreowany, by umożliwić rządowi dysponowanie zasobami, które wytworzyło społeczeństwo. W pierwszej kolejności podatki sprawiają, że znajdują się chętni do sprzedawania dóbr i usług (…)”. Jak widać, podatki są życiodajną rosą, na której wyrasta handel!

[2] W niektórych krajach ludzie powszechnie używają w wymianach innych walut niż tej, w której regulowane są podatki. Przykładem może być Wenezuela. Poza tym, państwowa teoria pieniądza nie tłumaczy korzystania z pieniędzy w okresach, w których nie płaci się podatków – można na co dzień używać dolarów i zamieniać je na boliwary wyłącznie w dniu rozliczeń podatkowych.

[3] Wray (s. 238-241) jest tego świadomy, ale twierdzi, że monety tak naprawdę nie były towarowym pieniądzem nigdy, akceptowano je bowiem dla podatków, a nie kruszcu. Ich wartość była określana nie przez wagę kruszcu, ale przez nominał wybity na monecie. Jednocześnie Wray pisze o prawie Kopernika-Greshama, które nie istniałoby przecież w świecie nominalizmu.

[4] Choć Wray (s. 344) zdaje sobie z tego sprawę, wydaje się nie przypisywać szczególnie wysokich kosztów inflacji: „w rzeczywistości na ekonomistów wywiera się silną presję, by wskazali jakieś istotne negatywne skutki inflacji, której stopa jest niższa niż 40 procent rocznie”(!).

[5] Przykładem jest niewypłacalność Rosji w 1997 r. Jak ją komentuje Wray? Cóż, uciekając do semantycznych gierek: „Rosja miała zdolność do spłaty zadłużenia, ale nie gotowość. To była decyzja polityczna, z własnego wyboru” (s. 247). Choć ludzie mają zdolność do zrozumienia NTM, nie wszyscy są na to gotowi!

[6] Jak dostrzega sam Wray (s. 92), „rządowi nie mogą wyczerpać się środki na wydatki. Wyczerpać może się jednak skłonności ludności do sprzedaży większej ilości siły roboczej, zasobów czy też produkcji w zamian za walutę — przynajmniej po ustalonej cenie”.

[7] Warto zauważyć, że niektórzy mówią o podatku inflacyjnym. Patrząc z tej perspektywy, rząd musiałby zawsze finansować swoje wydatki podatkami (albo teraz, albo w przyszłości).

[8] Nasuwa się również pytanie, dlaczego rząd USA (ale także rządy innych krajów) emitował obligacje po Wielkiej Recesji, gdy stopa oprocentowania rezerw federalnych spadła już w okolice zera i przestała tak silnie zależeć od wielkości rezerw bankowych, które znacznie się powiększyły.

[9] Według Wray’a (s. 151, ramka), logiczną konsekwencją nadwyżki rządu osiąganej w nieskończoność jest akumulacja nieskończonych roszczeń wobec sektora prywatnego. Jedynym sposobem, aby sektor prywatny generował deficyt względem sektora publicznego po spłaceniu długu publicznego byłoby przekazywanie aktywów rzeczowych, aby zapłacić podatki. Ewidentnie coś tutaj nie gra.

[10] Phelps w książce Płaca za pracę podaje przykład wschodnich Niemiec, gdzie ludzie nie przywiązywali się do pracy i nie chcieli podejmować niskopłatnej pracy ze względu na syreni śpiew wysoko płatnej pracy na zachodzie kraju. Inną kwestią jest, że płaca w tym programie musiałaby być poniżej płacy minimalnej (jeśli płaca minimalna miałaby być efektywna), co rodziłoby pytania, dlaczego rząd zatrudnia ludzi poniżej płacy minimalnej.

[11] Nie jest przypadkiem, że kongresmanka Alexandria Ocasio-Cortez czy Bernie Sanders odwołuje się do NTM, gdy padają pytania o źródło finansowania Green New Deal czy powszechnej służby zdrowia i darmowego szkolnictwa wyższego.

Źródło ilustracji: Pixabay.com

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Arkadiusz Sieroń

Arkadiusz Sieroń - dr ekonomii, Uniwersytet Wrocławski, członek Zarządu Instytutu Misesa

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy