Machaj: Przewidywanie w czasach ataku koronawirusa

29 marca 2020 Koronawirus komentarze: 4

Mateusz Machaj

Wersja PDF

Tekst napisano 29 marca 2020 r.

  • Świat naukowy poszerza na bieżąco wiedzę o cechach epidemiologicznych koronawirusa. Wydaje nam się, że wiemy, jak przebiega epidemia, choć pozostaje kilka istotnych znaków zapytania.
  • Mamy powody, by stwierdzić, które z dostępnych narzędzi są mniej, a które bardziej efektywne pod kątem walki z epidemią (choć to może ulec zmianie).
  • Wiemy również, które narzędzia są znacznie bardziej kosztowne ekonomicznie.
  • Wiemy jednak niestety bardzo mało o potencjalnych przyszłych scenariuszach dynamiki epidemicznej, więc decyzji o wybranej reakcji na wirusa nie sposób podjąć na podstawie analizy zysków i strat.

                                 
Gospodarcze projekcje zawsze spędzają sen z powiek ekonomistom. W czasach konkretnego kwantyfikowalnego zagrożenia mogą wydawać się łatwiejsze, ale byłoby to mylne wrażenie.

Wiralne aspekty Covidu-2019

Wszelkie gospodarcze przewidywania muszą się zacząć od fundamentalnych nieekonomicznych zmiennych. W wypadku obecnej epidemii możemy rozpocząć od natury samego wirusa. Co o nim wiemy? Z punktu widzenia wirusologii najistotniejsze zmienne to wskaźnik zaraźliwości (tak zwany R) oraz odsetek poważnych przypadków w przebiegu infekcji. Obie zmienne są rozpatrywane wspólnie, jedna bez drugiej niewiele nam powie. Pierwsza pokazuje skuteczność roznoszenia się zarazy w populacji, a druga pokazuje zakres poważnego obciążenia społecznego i gospodarczego.

Zaraźliwość koronawirusa

Jeśli chodzi o zaraźliwość, to w przypadku covidu-2019 szacuje się ją na poziomie co najmniej 2,2 — czyli jedna osoba jest w stanie zarazić średnio tyle osób w trakcie rozwoju infekcji (niektórzy mówią o liczbach 3-4)[1]. Dla porównania w przypadku grypy zaraźliwość to szacunkowo 1,3. W przypadku odry, jednego z najbardziej skutecznych patogenów, mówi się nawet o wielkościach rzędu 12 lub więcej. Przy eboli mogliśmy mówić o wielkości rzędu 1,5. Zaraźliwość koronawirusa na poziomie 2,2 oznacza przykładowo dla Polski podwajanie się liczby zakażonych co kilka dni. Nieograniczone rozprzestrzenianie się w tym tempie oznaczałoby, że w Polsce milion przypadków zostałby przekroczony przed czerwcem tego roku.

Co bardzo istotne, wskaźnik zaraźliwości nie jest niczym sztywno ustalonym. To nie jest immanentna cecha wirusa, lecz pochodna wielu okoliczności (dlatego często w badaniach widzimy przedziały, a nie sztywną liczbę). Możemy je właściwie podzielić na trzy najważniejsze grupy: czas, okazje i podatność. Proste do zapamiętania: CzOP. Adam Kucharski wymienia cztery zmienne w swoim świetnym wykładzie (DOTS), ale moim zdaniem dwie z nich można sprowadzić do jednej.

Czas oznacza długość rozsiewania patogenu. Im dłużej się go rozsiewa, tym więcej możliwości do zarażania kolejnych ludzi. Ten czas jest również zależny od innych czynników np. śmiertelności (jeśli wirus szybko zabija nosiciela, to zmniejsza szansę na zakażenia). Natomiast generalnie im infekcja dłuższa, tym więcej szans na zakażenie. Znaczenie ma również kondycja nosiciela w trakcie rozsiewania (ludzie z ebolą byli szybko obłożnie chorzy, co obniżało zaraźliwość). W czasie również można zawrzeć żywotność samego wirusa poza organizmem nosiciela. Dlatego w niektórych przypadkach na R wpływać może pogoda (czy tak jest w przypadku obecnego koronawirusa, nie wiadomo).

Okazje oznaczają tworzenie kontaktów między nosicielami wirusa a jego potencjalnymi nowymi gospodarzami. Im ludzie tworzą między sobą więcej mostków do przeskoku patogenu, tym więcej okazji, by tak się stało. Tak jak w przypadku wirusa HIV — im bardziej promiskuityczne społeczeństwo, tym większa zaraźliwość. W społeczeństwie głęboko religijnym R dla HIV wyniesie praktycznie zero. W społeczeństwie rock and rolla trochę więcej. Analogicznie im ludzie więcej przebywają ze sobą w pomieszczeniach, im więcej dotykają twarzy, kaszlą, kichają, nie myją rąk, ściskają się, tym wyższa zaraźliwość patogenów przenoszonych drogą kropelkową (grypy, covidu etc.).

Podatność oznacza naturalną odporność na patogen. Współczesna cywilizacja wymiotła z powierzchni ziemi bardzo wiele takich patogenów dzięki prostemu i genialnemu wynalazkowi (być może najważniejszemu w historii medycyny): szczepieniom. Jeśli patogen trafia na potencjalnego gospodarza, który wie, jak powstrzymać infekcję (bo miał z nim wcześniej do czynienia), to z oczywistych przyczyn przerywa łańcuch dalszych zakażeń. Właśnie dlatego na przykład grypa ma niższą zaraźliwość niż covid — ponieważ wielu ludzi ma na nią odporność. Inaczej niż w przypadku koronawirusa (najprawdopodobniej…).

Dotkliwość koronawirusa

Sam wskaźnik zaraźliwości tłumaczy nam rozsiewanie wirusa w populacji, ale nie mówi jeszcze nic o jego dotkliwości. Do tego służy kolejna zmienna. Jeśli bowiem koronawirus dotykałby wszystkich jak przeziębienie, to trochę by to gospodarkę zabolało, ale bez większej długookresowej szkodliwości. Szkopuł w tym, że (uwaga: całkowicie spekulatywne szacunki!) bezobjawowo przechodzi go prawdopodobnie kilkanaście procent populacji, a przeważająca większość ludzi odczuwa symptomy podobne do grypy czy przeziębienia (gorączka, kaszel etc.). Natomiast prawdopodobnie około 3-5% przypadków przechodzi go w formie cięższej, wymagającej hospitalizacji. Według szacunków przy sprawnej medycznej pomocy śmiertelność może (uwaga, szacunki!) zejść w okolice 1,5% przypadków (szacunek na podstawie Korei Południowej, gdzie dane są największe i najbardziej przejrzyste — do 29 marca zmarło 1,6% wszystkich odnotowanych przypadków).

Jeden i drugi wskaźnik — zaraźliwości i ciężkiego przebiegu (a konsekwencji śmiertelności) — nie mogą być rozumiane w oderwaniu od siebie. Jeśli nie ma ciężkiego przebiegu, to wysoka zaraźliwość nie ma znaczenia. Jeśli jest ciężki przebieg, ale zaraźliwość bardzo niska, to populacyjnie patogen nie stwarza zagrożenia.

Ocena wpływu patogenu zawsze musi uwzględniać te dwie zmienne. Dzięki temu możemy na przykład zrozumieć, dlaczego koronawirus jest większym zagrożeniem niż grypa. Po pierwsze, ma najprawdopodobniej znacznie wyższą zaraźliwość (przedział 2-4 przy koronawirusie kontra 1,3 przy grypie). Po drugie ma znacznie wyższy odsetek cięższych przypadków, a w konsekwencji śmiertelności (być może 1,5% dla koronawirusa vs. 0,1% dla grypy). Zwracam przy tym uwagę, że choć w skali populacji koronawirus głównie uderza w ludzi starszych i schorowanych, to wśród ludzi młodych i zdrowych też odznacza się kilkukrotnie większym odsetkiem poważnych powikłań i zgonów niż grypa (wyjątek niemal na pewno stanowią dzieci i młodzież).

Wpływanie na zaraźliwość, ciężki przebieg choroby i śmiertelność

Jak już zwróciłem uwagę, na wszystkie trzy zmienne mamy wpływ. Na zaraźliwość poprzez czynniki CzOP. Mamy (mniejszy, ale jednak) wpływ na odsetek ciężkich przebiegów choroby np. jeśli podejmujemy działania na rzecz obrony grup zagrożonych (np. izolacja domów spokojnej starości, szpitali — choć ten wpływ zależy, czy i jak działamy w innych obszarach; izolacja tylko tych miejsc to raczej mrzonka). Oddziałując na samą zaraźliwość, mamy wpływ na śmiertelność. Bo jeśli chorobę przechodzi ciężko 4% zakażonych, to w przypadku funkcjonalnej służby zdrowia wielu z nich można odratować, o ile liczba absolutna nie jest namnożona z powodu wysokiej zaraźliwości w populacji. W momencie, gdy brakuje personelu medycznego, jego ochrony, łóżek i sprzętu, to wtedy śmiertelność zamiast wynosić np. hipotetyczne 1,5% potrafi się podnieść kilkukrotnie.

Jak można wpływać na zaraźliwość? Zmniejszając CzOP: czas ekspozycji, okazje do ekspozycji oraz podatność[2].

Podatność można podnieść tylko dwiema metodami zwiększającymi odporność populacyjną. Albo za pomocą szczepionki, której prawdopodobnie w użytku nie będzie co najmniej przez rok (ponieważ trzeba przetestować ją pod kątem skutków ubocznych, jeśli miałyby ją przyjąć miliardy ludzi), albo poprzez odporność stadną, czyli sytuację, gdy zachoruje na tyle dużo ludzi, że spada liczba osób przenoszących wirusa. Aby tak się stało, zarazić musiałoby się kilkadziesiąt procent populacji. Mając na względzie wysoki odsetek ciężkich przypadków, byłaby to wysoka cena do zapłaty w postaci milionów zgonów. Marc Lipsitch, epidemiolog, który już od wielu tygodni przewiduje poprawnie rozprzestrzenianie się epidemii, sugeruje, że dla odporności populacyjnej potrzebne byłoby zarażenie 30-70% populacji. Stosując te liczby do Polski i łącząc je z hipotetycznymi wskaźnikami ciężkiej hospitalizacji oznaczałoby to krytyczny stan dla kilkuset tysięcy ludzi. Przedział szacowany w ten sposób wynosiłby od 230 tysięcy do miliona ludzi. Śmiertelności przy takich liczbach nie ma co nawet szacować — większość tych ludzi po prostu umarłaby ze względu na niewydolność służby zdrowia (w jakimkolwiek kraju, w jakimkolwiek wariancie de facto). Do tego dochodzi problem zawieszenia funkcjonowania pozostałych elementów służby zdrowia, a także masowe zakażanie kadry. Możemy nie być pewni szacunków i liczb, ale jakościowe konsekwencje są nad wyraz widoczne w postaci kryzysów humanitarnych w Wuhan, Włoszech, Hiszpanii, a zaraz pewnie niestety w USA.

Różnorodność strategii działania

W mediach funkcjonują obecnie rozmaite typy idealne określające sposoby przeciwdziałania wobec rosnących zakażeń. Częstokroć przypisuje się je określonym krajom: strategia „angielska”, „szwedzka”, „niemiecka” itd. Jest to oczywiście fundamentalny błąd. Z dwóch prostych przyczyn. Po pierwsze, w większości krajów te strategie ewoluują i są dostosowywane do okoliczności. To co było strategią „amerykańską” wczoraj, nie będzie nią dzisiaj. Zresztą nawet raz objęta strategia może zakładać jej adaptację w czasie (pokazuje to powszechne w mediach niezrozumienie tego, co robiono w Wielkiej Brytanii, która nie kwestionowała tego, że w pewnym momencie uruchomiony będzie lockdown). Po drugie, to, co być może jest skuteczną strategią w jednych okolicznościach w jednym kraju, niekoniecznie będzie się sprawdzać w innym. Przesądzają o tym trzy czynniki: zupełnie inny etap rozwoju epidemii, dostępność zupełnie innych narzędzi oraz inne kulturowe uwarunkowania. Dlatego większość porównań strategii, które czytamy od paru dni w polskich mediach, nie ma praktycznie żadnej wartości. Same rządy niewiele w tym pomagają, ponieważ nie komunikują w przejrzysty sposób tego, co robią i co zamierzają zrobić za jakiś czas.

Jako przykład skutecznych reakcji przywołuje się często strategie azjatyckie, czyli Tajwan, Koreę Południową oraz Chiny poza obszarem Hubei (poza Hubei nie zastosowano ekstremalnych metod izolacji). Podjęte tam działania opierają się przede wszystkim na sprawnie zorganizowanym wywiadzie epidemicznym. Polega on na przeprowadzaniu masowych testów, wykrywaniu chorych, a następnie „śledzeniu kontaktów” (contact-tracing), by odnaleźć kolejnych zarażonych i poddać ich kwarantannie. Takowa izolacja poprzez szybkie wyłapywanie przypadków znacząco obniża wskaźnik zaraźliwości. Wsparta jest ona strategią miękkiego społecznego dystansowania (bez lockdownu na miarę obecnych Włoch) i zwiększenia czujności higienicznej (dużo rękawic, dezynfekcji i masek wśród populacji).

Gdy piszę te słowa, w Korei Południowej 14 dzień z rzędu spada liczba aktywnie zarażonych wirusem (więcej osób zdrowieje niż kolejnych się zakaża). Jeśli wierzyć danym, to w Chinach dzieje się tak od miesiąca (czy dane nie są propagandowo podreperowane nie wiemy, ale wiemy na przykład, że zamknięto już wszystkie tymczasowe szpitale, firmy testujące leki mają problem z werbowaniem pacjentów, a niezależni obserwatorzy WHO sugerują wygaszanie tam epidemii). Wydaje się zatem, że wskaźnik zaraźliwości został obniżony znacząco poniżej wielkości 1. Dzięki temu epidemia wygasa. A co najważniejsze nie jest ekonomiczną katastrofą.

Dlaczego zatem nie zastosowano takich kroków w innych krajach? Z dwóch powodów: braku doświadczenia oraz arogancji. Te kraje azjatyckie podjęły skuteczne działania, ponieważ zostały negatywnie doświadczone przez wcześniejsze epidemie. Tajwan został dotknięty przez SARS-1, a Korea przez MERS. W wyniku tego wprowadzono systemy wczesnego reagowania: profesjonalny wywiad epidemiczny[3]. Korea Południowa na przykład w jednym przypadku zdołała prześledzić 1200 osób, które kontaktowały się z osobą zarażoną i przeprowadzić na nich testy. W Europie trudno o taką skuteczność.

Drugi powód spóźnienia Europy i USA to arogancja. Całkowicie zlekceważono ostrzeżenia, które od końca stycznia wysyłali niektórzy profesjonalni epidemiolodzy (niektórzy: czyli ci, którzy badali temat — pozostali jakoś nie chcieli wierzyć w zagrożenie). Samo WHO też było zbyt mało stanowcze. Złudzenie braku zagrożenia było wzmacniane przez całkowity brak społecznej wyobraźni: bo przecież skoro większość ludzi za życia nie widziała takiej epidemii, to niemożliwe, by takowa się stała faktem (obawiam się, że w analogiczny sposób ludzie mogą lekceważyć ryzyko wojen).  Postawa wielu wirusologów i epidemiologów, także tych w Polsce,  zupełnie nie pomagała. Mówili, że dotychczas grypa zabiła więcej ludzi niż koronawirus (uwaga równie sensowna jak obserwacja, że jadący maluch jest szybszy niż nierozpędzone Porsche — gdy piszę te słowa koronawirus zabija 3,5 tysiąca osób dziennie, czyli już dwa razy więcej niż grypa, a dopiero się rozpędza, przyrastając o kilkanaście procent dziennie, co oznacza podwajanie tempa ofiar co jakiś tydzień). Niestety najczęściej byli to zawodowcy, którzy nie zgłębili badań o covidzie-19, a opierali się tylko na własnych odczuciach. Zaś nieposiadający wiedzy eksperckiej politycy, widząc brak jednogłośnej reakcji ekspertów, mogli uspokoić się, że zagrożenie jest przesadzone.

Muszę jednak dodać łyżkę dziegciu do „strategii azjatyckiej”. Wiemy, że zdaje się ona działać obecnie, ale czy tak będzie zawsze, nie wiadomo. Nie wiemy też, czy nie nastąpi hipotetyczne drugie uderzenie wirusa za jakiś czas. Żyjemy w czasie, w którym wszelkie napisane słowa o covidzie dezaktualizują w niezwykle spektakularny sposób.

Strategie zastępcze i jej problemy

Z dwóch powyższych powodów Europa i USA obudziły się w takim stadium epidemii, że nie posiadały dostatecznie dużej liczby testów i odpowiedniego dochodzenia epidemicznego. Oczywiście kraje te stosują te metody, ale są one dużo słabsze niż w krajach azjatyckich. Widać to na przykładzie samej Polski, która stara się zwiększyć liczbę testów (co wcale nie jest łatwe, więc ślepe krzyczenie „więcej testowania” mija się z celem) i jednocześnie ma wywiad epidemiczny, który dopiero uczy się funkcjonowania w takich warunkach (dla Sanepidu bycie ważniejszym niż ABW i CBA razem wzięte to zupełnie nowe doświadczenie). Z powodu słabości tych kart sięgnięto po inne narzędzia zmniejszania zaraźliwości: ograniczanie kontaktów międzyludzkich, zamykanie sklepów, szkół, galerii aż w końcu po przymusowe przebywanie w domu.

Jak ta strategia dokładnie działa, do jakiego stopnia obniża R, dopiero się dowiemy. Dużo jest niepewności związanej z tym, że formalnie wykazywane liczby zarażonych są związane z liczbą wykonywanych testów. Jeśli wykonuje się ich mniej, to formalnie jest mniej zarażonych. Jeśli więcej, to odwrotnie. Dlatego trendy mogą być zakłócane. Nie wiemy też, ilu ludzi mogło przejść już tę chorobę — dowiemy się dopiero, gdy będą masowe testy na przeciwciała. W diagnozowaniu przypadków jest również ewidentne opóźnienie. Wszak dzisiejsze nowe przypadki to rezultat zakażenia kilka dni temu. Dlatego jeśli jakiś kraj wprowadza nagle lockdown, to efektów należy się spodziewać z poślizgiem co najmniej 10-dniowym. Widać to w tempie nowych zachorowaniach w Wuhan i we Włoszech, które spadły właśnie po 12-13 dniach od masowej kwarantanny. Polska zaczęła wprowadzać bardziej ekstremalne rozwiązania od 11 marca (zamknięcie uniwersytetów, szkół dzień później, większości sklepów 5 dni później). Dlatego pierwsze efekty widoczne w zachorowaniach zapewne zaczną się dopiero pod koniec marca.

Oprócz tego, że ta strategia jest również w fazie testów, to faktem pozostaje jej dramatyczny i bardzo niebezpieczny koszt ekonomiczny. Masowe bankructwa, zatrzymanie wielu linii produkcyjnych, społeczna destabilizacja, wielkie bezrobocie i obniżenie poziomu życia (nie zapominajmy, że sprawnie funkcjonująca gospodarka ratuje wiele żyć dziennie!). Jak wielki okaże się to koszt, to oczywiście zależy od zakresu lockdownu. Pewne jest, że utrzymanie tego stanu rzeczy przez rok byłoby katastrofalne i niewykonalne. Można je zatem interpretować jako próbę kupienia czasu przez parę tygodni, by przestawić się na tryb azjatycki. Pytanie, czy jest to w ogóle wykonalne w krajach o bardzo dużym rozsianiu infekcji (czy nie jest już za późno), pozostaje jak najbardziej otwarte.

Lepiej byłoby zastosować broń azjatycką, ale teraz to nie są karty, które leżą na stole. W sytuacji całkowitego spóźnienia się z interwencją można było chociażby wcześniej wprowadzić obostrzenia graniczne, które by spowolniły zakażenie — tak czynił już w styczniu Tajwan, będąc sąsiadem Chin i nie mając jeszcze testów (nie było jeszcze rozpoznanego wirusa!): dziś po tak długim czasie zbliżają się do 300 przypadków. A zatem mieli pełzające przyrosty. Żaden z europejskich krajów nie zdecydował się na taki krok wyprzedzający (inna sprawa, że metoda zamykania granicy wbrew marzeniom nie bywa w 100% skuteczna). Wszystkie były spóźnione i musiały sięgać po ostatnie narzędzia dostępne, czyli poważne ograniczenia w przemieszczaniu się ludności. Tajwański wywiad epidemiczny miał kilka tygodni mniej czasu i kilkadziesiąt razy mniejszą wiedzę o covidzie niż później Zachód, a jednak zdołał skuteczniej przytrzymać epidemię w ryzach (na razie…).

Nie ma wątpliwości, że lockdown nie może trwać długo, ponieważ żadne społeczeństwo i żadna gospodarka nie wytrzyma go przez rok, półtora (tyle pewnie trwałoby zatwierdzenie szczepionki). Najwyraźniej należy obecne kroki interpretować jako fazę przejściową, jako kupienie czasu, w trakcie którego można częściowo zreorganizować i odciążyć system, uzupełnić zapasy medyczne, wprowadzić procedury zabezpieczające zespół medyczny, przede wszystkim rozwinąć testowanie (rokujące są też rentgeny) oraz wywiad epidemiczny. Mogą też pojawić się leki, które może nie od razu zwalczą patogen, ale przynajmniej zmniejszą powagę powikłań.

Strategia bez strategii

Jest jeszcze jedna opcja, która polegałaby na tym, żeby w sumie nic specjalnego nie robić poza może drobnymi wzmocnieniami woluntarystycznego społecznego dystansowania oraz próby ochrony jednostek bardziej narażonych na wirusa. Opcja ta pojawiła się ze strony kilku ekspertów (głównie nie zajmujących się epidemiami), którzy w dużej mierze mówią o tym, że posiadamy jeszcze za mało danych, aby działać. Te głosy powtórzyło w zasadzie bez refleksji przez kilku polskich publicystów. Pytanie o to, co robić w takiej sytuacji, jest w gruncie rzeczy kombinacją nie do końca zebranej wiedzy z dziedzin wirusologii, teorii decyzji oraz socjologii i ekonomii.

Według różnych szacunków populacyjna odporność wymagałaby zarażenia się wirusem przez 30 do 80% społeczeństwa. Trudno powiedzieć, ile dokładnie, bo mamy mało danych. Wysoce ryzykowne jest przekonanie, że przy tak dużej liczbie zakażonych da się efektywnie chronić osoby zagrożone. W Hiszpanii już zmarło ponad 1000 seniorów w domach spokojnej starości, mimo prób ochrony i izolacji, więc naiwne jest myślenie, że da się takich ludzi w pełni odseparować. Wysoce ryzykowne jest również przekonanie, że w strategii zakażania mniej narażonych będą tylko lekkie infekcje, bo covid-19 u ludzi młodszych i zdrowych (ale dorosłych, dzieci wydają się bezpieczne) też odznacza się względnie wysokim odsetkiem powikłań i zagrożeniem życia (nie znamy też długookresowych konsekwencji zdrowotnych u tych, którzy przeżyli i przeszli chorobę ciężej). Nie ma wobec tego gwarancji, że to nie zapcha również służby zdrowia i przez to nie spowoduje kolejnych efektów zewnętrznych (wyłączając funkcjonowanie wszelkich szpitali — widzimy to już w Polsce w miejscach, gdzie zarażona została kadra). Nie wiadomo w ogóle, jak długo utrzymuje się odporność populacyjna. Wątpliwe jest, że ludzie młodzi i zdrowi w ogóle nie przejmowaliby się takim zagrożeniem oraz zagrożeniem swoich najbliższych (i chodzili jak gdyby nigdy nic do pracy, potem do barów, pubów i dyskotek, a po wszystkim uprawiali turystykę, napędzając PKB). Nie wiadomo, czy wirus nie wywołuje różnych efektów w zależności od dawki. Ciągła ekspozycja na niego może utrudniać szybsze wyleczenie i zwiększać śmiertelność, co zdają się potwierdzać przypadki zgonów młodych medyków w Wuhan i we Włoszech. Do tego nie należy zapominać, że każda zainfekowana osoba, nawet zdrowa, będzie musiała przejść kilkutygodniową kwarantannę, przez co i tak wypadnie z rynku pracy. Strategia ta też ignoruje potencjalne szanse na farmakologiczne rozwiązanie problemu.

Innymi słowy, o ile w przypadku właśnie zbieranych statystyk mamy jeszcze mnóstwo danych do przetworzenia, to w przypadku takiego hipotetycznego scenariusza danych w ogóle brakuje.

O tym, jak bardzo płynna jest sytuacja z danymi, może świadczyć tekst jednego z kontrarian, Johna Ioannidisa, który jeszcze kilka dni temu pisał, że w Skandynawii śmiertelność wynosi 0,1%, w Korei 0,9%, a w Niemczech 0,2%. W tej chwili te liczby wynoszą już w Skandynawii 2% (20 razy więcej niż spekulował Ioannidis), w Korei 1,5% (67% więcej niż spekulował), a w Niemczech 0,75% (2,5 razy więcej spekulował). W innym tekście Ioannidis wspominał, że na wycieczkowcu Diamond Princess śmiertelność wynosiła 1%, nie uwzględniając faktu, że chodziło o minimalną śmiertelność w najlepszym możliwym scenariuszu. Już w tej chwili będzie ona wynosiła minimum 1,4%, a chorych pozostaje jeszcze 105 osób, w tym w stanie krytycznym 15. W czarnym scenariuszu ten odsetek może się zatem np. jeszcze potroić. Ioannidis spekuluje, że na pewno gdzieś ukrywają się cisi nosiciele, którzy obniżą odsetek śmiertelny. Przywołuje w tym celu selektywnie kilka krajów (inne ignorując), ale jego liczby topnieją w oczach i idą w przeciwną stronę. Poza tym spekulacja w tej kwestii jest mieczem obusiecznym. Na początku epidemii SARS-1 szacowano śmiertelność na poziomie 3-5%. Potem się okazało, że wynosiła jednak 10%. Dlatego założenie, że śmiertelność na pewno będzie spadać jest miałkie[4]. Nie mamy obecnie dostatecznej pewności, żeby wyrokować o wskaźniku śmiertelności w którąkolwiek stronę. Musimy działać, zakładając niepewność w każdym kierunku. W miarę rozwoju epidemii pojawia się więcej chorych, których nie było wcześniej na radarze, ale pojawia się też więcej zgonów, które się wcześniej nie wydarzyły. Sugerowanie, że przyrost tego pierwszego na pewno przerośnie przyrost tego drugiego nie jest podparte żadnymi sensownymi analizami naukowymi. Jest zgadywaniem w obecnej chwili. Czy chcemy opierać nasze działania na zgadywaniu w świetle obecnego zagrożenia?

Przedstawiam te wyliczenia nie po to, żeby bronić jednej konkretnej liczby i jednej konkretnej wizji. Nie wiemy do końca, w którą stronę rozwinie się sytuacja. Przytaczam te liczby, żeby pokazać, jak wiele rzeczy błyskawicznie się dezaktualizuje, a my rozpoznajemy zagrożenie na bieżąco. Oczekiwanie w takiej sytuacji skrupulatnej matematycznej dokładności we wszystkim mija się z celem, bo nie jest ona do końca osiągalna. Prawdziwą śmiertelność poznamy dopiero po wszystkim, gdy wyzdrowieje ostatnia osoba i gdy zostanie zamknięta ostatnia trumna. Nie stać nas na luksus czekania na tę informację.

Strategię bez strategii często wspiera się też czystymi spekulacjami, przykładowo o tym, że wirus może już był z nami od dawna i znacząca część populacji już przeszła zakażenia. Taką hipotezę wysunął zespół oksfordzki. Jest tylko jeden problem: to w całości hipoteza niepodparta żadnymi badaniami, a szczątkowe dane, którymi dysponujemy, są z nią niekompatybilne (nie pasują do wybuchu epicentrów w stylu włoskim, a także nie zgadzają się z epidemicznymi wywiadami, w których nie odkrywa się masowo wielu bezobjawowych nosicieli). Nie, żeby taka perspektywa nie była kusząca (bo oznaczałaby dużo mniejszą szkodliwość wirusa), ale wypadałoby ją najpierw udowodnić, a nie komunikować światu, że wpadło się na pomysł bez zebrania jakichkolwiek danych. Uważam,  że jest naukowo nieodpowiedzialne promowanie takiego tekstu opartego na hipotezie bez jakichkolwiek badań — bo w tym emocjonującym czasie artykuł zostanie zapewne wypaczony medialnie.

Moim celem tutaj nie jest zresztą atakowanie strategii wyczekiwania. Chcę jedynie pokazać, że nie opiera się ona na żadnych szerszych danych. Inne dane, które zbieramy (odsetek przypadków z powikłaniami i szacowana śmiertelność połączone z jakościową obserwacją humanitarnych katastrof w paru miejscach), wspierają obecnie niestety bardziej pesymistyczne scenariusze. Co jest twardszą zmienną dla procesu decyzyjnego? Widoczne katastrofy medyczne w rozwiniętych krajach czy prośba Ioannidisa „przydałoby się więcej danych”?

Jak dokonać ekonomicznej oceny?

Jak zatem dokonać ekonomicznej oceny strategii walki z epidemią koronawirusa? Powiem krótko i uczciwie: nie da się. Wiemy jeszcze zbyt mało o tej epidemii. Jeśli krajom azjatyckim uda się zatrzymać epidemię swoimi metodami i trzymać ją w szachu, to będziemy mogli prawdopodobnie ex post powiedzieć, że opłacalny był system wczesnego reagowania i dobrej epidemicznej dochodzeniówki. Bo nie dość, że zatrzymał epidemię, to jeszcze dokonał tego dosyć niskim kosztem. Co w przypadkach pozostałych, dopiero się dowiemy. Jesteśmy w trakcie odkrywania, jak bardzo skuteczne pod kątem epidemii okazują się narzędzia izolujące masowo ludzi. Niestety szybko odkrywamy, jak bardzo są ekonomicznie kosztowne, oraz powoli to, że nie da się ich zastosować na dłuższą metę, ponieważ rząd nie generuje sam dobrobytu gospodarczego. Pewne również jest to, że proponowane i rozważane kontrole cenowe nie są drogą do tego, żeby rozwiązywać problemy przerw w dostawach niezbędnych produktów.

Skoro analiza ekonomiczna jest zbyt słaba, aby zaoferować nam rekomendację do działania, to który wybór jest właściwy i racjonalny? Cóż, teoria decyzji nie sprowadza się do suchych kalkulacji.


Źródło ilustracji: Adobestock

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

4 Komentarze “Machaj: Przewidywanie w czasach ataku koronawirusa

  1. Z tymi rokującymi rentgenami to chyba troszeczkę inaczej: tomograf i USG się sprawdzają, rtg daje obraz nierzetelny (nieśmiało przytaczam za ekspertami z webinaru dr Grzesiowskiego).

  2. Bardzo kompetentny artykuł omawiający chyba wszystkie aspekty sprawy. Nowość i powszechność tego koronowirusa sprawia że można w praktyce zobaczyć jak poszczególne państwa sobie radzą. Jeśli chodzi o Koreę to trafiła kosa na kamień. Oni od dziesiątek lat są państwem frontowym (mają tylko rozejm) gotowi w każdej chwili do reakcji obronnej, więc zamiast przed sąsiadem ruszyli do obrony przed wirusem. Sprawnie skutecznie z poświęceniem (z przepracowania zmarł jeden z urzędników – dzień przed śmiercią źle się poczuł więc wyszedł z pracy wcześniej czyli o… 23). Bliżej Polski warto przyglądać się Czechom, którzy konsekwentnie pilnują jednego „detalu” a mianowicie wymogu zakrywania twarzy maseczkami lub czymkolwiek. W sobotę był szczyt ok. 350 przypadków teraz zaczęło spadać. Czy to tylko drobne wahnięcie czy zmiana trendu zobaczymy

  3. Tak, władze rządy biurokracje wiedzą planują przewidują, reszta społeczeństwa ma cicho siedzieć i wykonywać rozkazy! Jak dzieci źle wychowane, karcone i wciąż napominane!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *