Hollenbeck: Dlaczego Amerykanie nie mają oszczędności?

30 lipca 2020 Pieniądz komentarze: 0

Autor: Frank Hollenbeck
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Przemysław Rapka
Wersja PDF

Artykuł z 15 kwietnia 2020 r.

W odpowiedzi na globalny recesję rządy na świecie odkręciły, jak tylko się dało, kurki fiskalne i monetarne. Plan wydatków o wartości dwóch miliardów dolarów został zaakceptowany w Stanach Zjednoczonych, banki centralne wpadły w zakupowy szał, a czeki stymulacyjne o wartości 1200 dolarów to po prostu pieniądze zrzucane z helikoptera. Skoro rząd nie posiada magicznego rogu obfitości i może jedynie przekładać z lewej kieszeni do prawej poprzez opodatkowanie, pożyczanie czy drukowanie pieniądza, to jaki ma to ekonomiczny sens i jak ma to ma pomóc? Rząd i ekonomiści keynesowscy powiedzą, że te działania mają nas ochronić przed negatywnymi skutkami gromadzenia pieniądza, a konkretnie zaprzestania udzielania kredytów. Keynes w swojej pracy Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza uczynił z gromadzenia pieniądza jeden z głównych problemów ekonomii — a była to kwestia, która dla ekonomistów klasycznych nie miała znaczenia.

W gospodarczym ruchu okrężnym wartość produkcji musi równać się dochodom. Dochody reprezentują możliwość zakupu dóbr i usług i mogą być podzielone na trzy kategorie: mogą być konsumowane, zaoszczędzone lub gromadzone. Konsumpcja to wydawanie dochodów w celu pozyskania dóbr i usług, aby zaspokoić swoje bieżące potrzeby. Oszczędności są definiowane (poprawnie) jako transfer siły nabywczej od jednej grupy do drugiej[1]. Oszczędzający rezygnują z bieżącego dostępu do dóbr i usług, aby móc konsumować więcej w przyszłości. Te transfery pozwalają inwestorom na wykorzystanie środków na zakup fabryk i wyposażenia, aby wyprodukować dobra i usługi w przyszłości. Ostatnia kategoria to gromadzenie pieniędzy, które według ekonomii keynesowskiej jest równoznaczne z upychaniem gotówki w materacu na czarną godzinę. To jedyna część dochodu, która nie jest wydawana na zakup produkowanych dóbr i usług.

Ten bezsensowny keynesowski zarzut wobec gromadzenia pieniędzy krąży w ekonomii od 100 lat i doprowadził do wielu błędnych decyzji w ciągu ostatnich 80 lat. W rzeczywistości gromadzenie to po prostu oszczędzanie, a prosty przykład pokazuje, dlaczego obawa przez gromadzeniem pieniądza jest nieuzasadniona. Gromadzenie zwyczajnie oznacza zwiększenie wartości dolarów w obiegu i nie jest powodem do paniki.

Załóżmy teraz, że istnieje 10 ołówków i 10 dolarów. Popyt i podaż sprawią, że cena każdego ołówka to będzie jeden dolar. Gdyby cena każdego ołówka wynosiła dwa dolary, to mógłbyś kupić jedynie połowę ołówków, a niesprzedane ołówki doprowadziłyby do spadku ceny. Jeśli cena będzie wynosić 50 centów, wtedy ludzie wciąż będą dysponować pięcioma dolarami i będą szukać ołówków do zakupu, co spowoduje wzrost cen.

Teraz załóżmy, że ludzie zachowali i upchnęli w materacu dwa dolary i obecnie dysponujemy tylko ośmioma dolarami, by zakupić 10 ołówków. Cena każdego ołówka zazwyczaj spadnie do 80 centów, równoważąc gospodarkę. Keynesiści obawiają się, że ceny są nieelastyczne lub zbyt wolno dostosowują się do zmian, przez co przy cenie jednego dolara pozostaną dwa niesprzedane ołówki. Przy starych cenach obecny popyt jest niewystarczający. Keynesiści opowiadają się za wydatkami rządowymi, które mają uzupełnić ten brakujący popyt.

Kolejna obawa keynesistów to niedostosowanie się kosztów, takich jak płace, przez co koszt produkcji ołówka to 90 centów, a cena ołówka spada do 80 centów — wtedy firmy sprzedają ze stratą, co prowadzi do zmniejszenia produkcji, bankructw, dalszego gromadzenia pieniędzy i stopniowej zapaści gospodarki. To jest keynesowska obawa przed deflacją. Według keynesistów ceny dóbr nie dostosowują się do zmian, a nawet jeśli, to koszty dostosowują się zbyt wolno. Oczywiście ten keynesowski pesymistyczny scenariusz zakłada, że na rynku zarówno ceny, jak i koszty dostosowują się powoli lub ze znacznym opóźnieniem. Ten scenariusz jednak nie okazał się sprawdzać w realnym świecie — oczywiście, dopóki państwo nie zainterweniuje. Jeśli założymy, że odnoszący sukces przedsiębiorcy to ci, którzy najlepiej przewidują ceny dóbr i następnie targują odpowiednie ceny nakładów, to nie ma powodu, by wierzyć, że ceny rynkowe dostosują się zbyt wolno. Nie ma żadnych dowodów empirycznych wskazujących na to, że ceny są sztywne, gdy rząd pozwala im się swobodnie dostosowywać do zmian. Jeśli potrzebujesz aktualnego przykładu, to spójrz na ceny ropy.

Chociaż rząd wciąż toczy wojnę przeciw gotówce z obawy przed jej gromadzeniem, to obecnie ich większym zmartwieniem od ludzi upychających gotówkę po materacach, jest spadek ilości kredytu udzielanego przez banki. Gdy odkładasz pieniądze na koncie, to wyrażasz chęć zgromadzenia większej siły nabywczej: w innym wypadku odłożyłbyś te pieniądze na lokacie, albo kupiłbyś obligacje. Zakładasz, że te pieniądze zawsze tam są, ale banki biorą te pieniądze i pożyczają je innym osobom i przedsiębiorstwom w ramach tak zwanej rezerwy cząstkowej. Ten proceder kreuje nowe pieniądze ot tak, z powietrza, kiedy bank powiększa rachunek kredytobiorcy bez obniżania rachunku innego klienta. W ten sposób twoja chęć gromadzenia — czyli oszczędzania — staje się cudzymi wydatkami finansowanymi nowo wykreowanym pieniądzem.

Rząd obawia się, że recesja poskutkuje wzrostem bankructw, niespłacanych kredytów i zmusi banki do zmniejszenia ilości udzielanych kredytów — czyli obawiają się, że pieniądze na rachunkach rozliczeniowych będą pełnić funkcję zgromadzonej siły nabywczej, jak oczekują właściciele. Na skutek tego skurczy się podaż pieniądza, co ma doprowadzić do keynesowskiego koszmaru przedstawionego powyżej. Jednak ten spadek podaży pieniądza wynika nie z gromadzenia, ale z istoty rezerwy cząstkowej. To ten proces odpowiada za nagłe spadki podaży pieniądza, gdy rozpoczyna się kryzys. Ten problem mógłby być osłabiony przez większe realne oszczędności, wliczając w to ten rodzaj oszczędzania, który keynesiści nazywają „gromadzeniem”.

 

[1] Ogólnej teorii Keynesa praktycznie nie da się czytać, ponieważ Keynes wciąż wykorzystuje te same terminy do opisu różnych zjawisk. Na przykład gdy używa słowa „oszczędności”, to mówi zarówno o transferze środków (oszczędności), jak i gromadzeniu środków (gromadzenie).

Źródło ilustracji: Adobestock

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Frank Hollenbeck

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *