Hazlitt: Ugłaskiwanie zawiści

9 marca 2021 Etyka komentarze: 0

Autor: Henry Hazlitt
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Damian Karaszewski
Wersja PDF

Artykuł ukazał się jako rozdział w książce H. Hazlitta The Conquest of Poverty, a także w marcowym numerze The Freeman z 1972 roku.

Każda próba wyrównania bogactwa lub dochodów poprzez przymusową redystrybucję musi prowadzić do zniszczenia bogactwa i dochodów. Historycznie patrząc, jedyne takie wyrównywanie, które się udało — to wyrównywanie w dół. Mówi się nawet uszczypliwie, że właśnie to jest zamiarem jego zwolenników. „Ci wasi zwolennicy wyrównywania”, powiedział Samuel Johnson w połowie XVIII wieku — „chcą równać w dół do siebie, ale nie mogą znieść wyrównywania w górę”.

I w naszych czasach znajdujemy nawet wybitnych socjaldemokratów, jak świętej pamięci Justice Holmes, który pisał: „Nie mam żadnego szacunku dla tego ferworu równości, który dla mnie wydaje się być tylko idealizacją zawiści”[1].

Przynajmniej garstka pisarzy zaczęła zauważać wszechogarniającą rolę, jaką odgrywa zawiść lub strach przed nią w życiu i współczesnej myśli politycznej. W 1966 roku Helmut Schoeck, profesor socjologii na Uniwersytecie w Mainz, poświęcił naukową i wnikliwą książkę tematowi, wokół którego przyszła dyskusja będzie się najprawdopodobniej toczyła[2].

Nie ulega wątpliwości, że wielu zwolenników równości motywuje przynajmniej w części ich zawiść, natomiast innych nie tyle ich własna zawiść, co strach przed zawiścią innych ludzi i chcą ją złagodzić lub jej zadośćuczynić. Ale to drugie z pewnością będzie daremne. Prawie nikt nie jest całkowicie zadowolony ze swojego statusu, jeśli porówna go do statusu innych ludzi. Pragnienie awansu społecznego jest wśród zawistników nienasycone. Gdy tylko się wespną po jednym szczeblu społecznej lub ekonomicznej drabiny, ich oczy łapczywie łypią na następny. Zazdroszczą tym, którzy są wyżej, nieważne o ile. W rzeczywistości prawdopodobnie bardziej będą zazdrościć swoim najbliższym przyjaciołom lub sąsiadom, którym jest tylko trochę lepiej niż celebrytom czy milionerom, którym powodzi się w życiu nieporównywalnie lepiej. Pozycja celebryty czy milionera wydaje się być dla niego nieosiągalna, ale patrząc na sąsiada, który jest tylko trochę bogatszy, myślą sobie: „Mogę być prawie na jego miejscu”.

Co więcej, zawiści da się uczynić zadość nie tyle przez zdobycie czegoś dla siebie, co przez pozbawienie czegoś drugiej osoby. Zawistników martwi nie tyle fakt, że czegoś im brakuje, co raczej fakt, że to inni coś mają. Im nie wystarcza równość; potajemnie marzą o dominacji i zemście. Podczas Rewolucji Francuskiej jedna z kobiet zajmujących się załadunkiem węgla miała powiedzieć do bogato ubranej kobiety: „Tak, madame, wszystko teraz będzie równe — ja będę chodzić w jedwabiu, a ty wozić węgiel”.

Zazdrość jest nieubłagana. Ustępstwa jedynie zwiększają apetyt na więcej ustępstw. Jak pisze Schoeck: „Zawiść człowieka jest największa wtedy, gdy wszystko jest prawie równe; wołanie o redystrybucję jest najgłośniejsze wtedy, gdy praktycznie nie ma już czego redystrybuować”[3].

(Musimy oczywiście zawsze odróżniać tę negatywną zawiść, która zazdrości innym ich przewagi, od pozytywnej ambicji, która prowadzi człowieka ku aktywnemu współzawodnictwu i wysiłku twórczego.)

Ale oskarżenia o zawiść, czy nawet strach przed zawiścią innych, jako dominującą motywację dla propozycji redystrybucji to poważne zarzuty i są trudne — jeśli nie niemożliwe — do udowodnienia. Co więcej, motywy konkretnych propozycji, nawet jeśli można je ustalić, są bez znaczenia dla korzyści z nich płynących.

Możemy jednakże zastosować pewne obiektywne testy. Czasami chęć ugłaskania czyjejś zawiści jest wyrażana wprost. Socjaliści często mówią w taki sposób, jakby dobrze wyrównane ubóstwo było lepsze od „źle rozdysponowanego” bogactwa. Jeśli dochód narodowy w wartościach bezwzględnych szybko rośnie praktycznie dla wszystkich i tak zostanie potępiony, ponieważ przez to bogaci się bogacą. Pewną dorozumianą i czasem jawnie wyrażaną zasadą przywódców Brytyjskiej Partii Pracy po II wojnie światowej było: „Nikt nie może mieć tego, czego nie mogą mieć wszyscy”.

Ale głównym obiektywnym sprawdzianem dla społecznych propozycji nie jest jedynie to, czy ta propozycja kładzie większy nacisk na równość niż na dobrobyt, ale czy idzie ona jeszcze dalej i próbuje promować równość  kosztem dobrobytu. Czy proponowane środki służą przede wszystkim pomocy biednym czy ukaraniu bogatych? I czy ukarze to bogatych kosztem zaszkodzenia także wszystkim innym?

Jest to faktyczny efekt silnej progresji podatkowej i wywłaszczających podatków spadkowych. Są one nie tylko fiskalnie nieproduktywne — to znaczy przynoszą mniejsze wpływy podatkowe z wyższych przedziałów, niż przyniosłyby niższe stawki podatkowe — ale także zniechęcają do inwestycji lub konfiskują zakumulowany kapitał, które to zwiększyłyby produktywność i rzeczywiste płace. Większość ze skonfiskowanych środków rozpływa się potem w bieżących wydatkach rządowych. W długim okresie efektem takich podatków jest pogorszenie warunków życia ludzi pracujących.

Jak wzniecić rewolucję

Istnieją ekonomiści, którzy wprawdzie przyznają się do tego wszystkiego, ale odpowiedzą też, że konieczność polityczna wymaga nałożenia takich niemalże wywłaszczających podatków czy wprowadzenia podobnych środków redystrybucji, by uspokoić niezadowolonych i zazdrosnych — czyli by zapobiec prawdziwej rewolucji.

Ten argument jest daleki od prawdy. Próby łagodzenia zawiści skutkują sprowokowaniem jeszcze większego jej wybuchu.

Najpopularniejszą teorią dotyczącą Rewolucji Francuskiej jest stwierdzenie, że wydarzyła się z powodu stale pogarszających się warunków ekonomicznych szerokich mas społecznych, podczas gdy król i arystokracja pozostawali na to całkowicie ślepi. Jednak de Tocqueville, jeden z najbardziej przenikliwych obserwatorów społecznych i historyków swojego — i nie tylko — czasu, przedstawił całkowicie odmienne wyjaśnienie. Zaprezentuję je, posługując się podsumowaniem wybitnego francuskiego komentatora z 1899 roku:

A oto teoria wymyślona przez Tocqueville’a […] im lżejsze jarzmo, tym bardziej się wydaje nieznośne; przyczyny zdenerwowania nie są miażdżącym ciężarem, ale przeszkodą; tym co wznieca bunty, nie jest opresja, ale poniżenie. Francuzi z 1789 roku byli zaczadzeni przeciwko szlachcie, ponieważ ta była im prawie równa; to niewielka różnica, którą można docenić, a liczy się to, co można docenić. Osiemnastowieczna klasa średnia była bogata, miała możliwość zatrudniać się prawie wszędzie, prawie tak potężna jak szlachta. Była zdenerwowana tym „prawie” i pobudzała ją bliskość celów; niecierpliwość jest zawsze największa na samym końcu.[4]

Zacytowałem ten fragment, ponieważ nie znalazłem tej teorii w tak skondensowanej formie nawet u samego Tocqueville’a. Jednakże jest to zasadniczo temat jego książki Dawny ustrój i rewolucja, i pokazał imponującą dokumentację faktów na jego poparcie. Oto typowy fragment:

Szczególne jest, że ten stabilnie rosnący dobrobyt, daleki od uspokojenia ludności, promował wszędzie ducha niepokoju. Opinia publiczna stawała się coraz bardziej wroga wobec wszystkich dawnych instytucji, coraz bardziej niezadowolona; było coraz bardziej oczywiste, że naród dąży ku rewolucji […]

Tak właśnie było, że niezadowolenie społeczne było najwyższe właśnie w tych częściach Francji, gdzie dokonał się największy postęp. To może się wydawać nielogiczne, ale historia pełna jest takich paradoksów. Rewolucje bowiem nie zawsze dzieją się wtedy, gdy sytuacja się pogarsza. Wprost przeciwnie, częściej wybuchają wtedy, gdy ludzie latami nie protestują, a uciskani przez przywódców nagle odkrywają, że rząd poluźnia ucisk i wtedy podnosi na niego rękę.

Zatem porządek społeczny obalony przez rewolucję jest prawie zawsze lepszy niż ten bezpośrednio przed nią, a doświadczenie nas uczy, że ogólnie rzecz biorąc, najbardziej niebezpiecznym momentem dla rządu jest ten, w którym stara się naprawić swoje postępowanie. Tylko wytrawna sztuka rządzenia państwem może pozwolić królowi zachować tron, gdy po długim okresie opresyjnych rządów zaczyna polepszać sytuację swoich poddanych.

Dotychczas cierpliwie znoszone krzywdy, bez perspektyw na zadośćuczynienie, zaczynają być nieznośne wtedy, gdy tylko w umysłach ludzi pojawia się możliwość ich zlikwidowania. Z samego tylko faktu, że pewne nadużycia zostały usunięte, uwaga ludzi przesuwa się na inne które teraz stają się bardziej nieznośne; ludzie mogą mniej cierpieć, ale ich wrażliwość staje się większa.

W 1780 roku nie można już było mówić, że Francja jest w zastoju; wprost przeciwnie, wydawało się, że nie da się już zatrzymać jej rozwoju. I to właśnie wtedy teorie doskonałości człowieka i ciągłego postępu stały się modne. Dwadzieścia lat wcześniej nie było żadnej nadziei na przyszłość; w 1780 roku nikt się już jej nie obawiał. Oszołomieni perspektywą szczęścia, o którym dotychczas nie mogli marzyć, a teraz było w zasięgu ich ręki, ludzie nie dostrzegali samego polepszenia które się dokonało i chcieli przyspieszyć wydarzenia.[5]

Wyrazy sympatii które przyszły z uprzywilejowanej klasy, jedynie pogorszyły sytuację:

Ci sami ludzie, którzy najbardziej mieli czego się bać ze strony gniewu mas społecznych, nie mieli żadnych skrupułów w publicznym potępianiu rażącej niesprawiedliwości, z którą były traktowane. Kierowali uwagę na ogromne występki instytucji mających największy wpływ na zwykłych ludzi i zatapiali się w barwnych opisach warunków życia klasy robotniczej i głodowych pensji jakie otrzymywali. W ten sposób, poprzez wspieranie sprawy dyskryminowanych, uczynili ich okrutnie świadomych ich złych czynów.[6]

Tocqueville obszernie cytował wzajemne oskarżenia króla, szlachty i parlamentu, którzy przerzucali się odpowiedzialnością za spowodowanie cierpień ludu. Czytanie tego dzisiaj sprawia dziwne wrażenie, że to skopiowanie retoryki dzisiejszej kawiorowej lewicy.

To wszystko nie znaczy jednak, że powinniśmy zaniechać działań, które rzeczywiście mogłyby zredukować biedę. Jednakże oznacza to, że nigdy nie powinniśmy podejmować państwowych kroków obliczonych jedynie na uspokojenie zawiści, uspokojenie podżegaczy czy przekupienie rewolucji. Takie środki, świadczące o słabości i wyrzutach sumienia, prowadzą jedynie do dalszych, daleko idących i zgubnych żądań. Rząd, który ugina się pod społecznym szantażem, przyspieszy konsekwencje, których sam się obawia.

[1] M. de Wolfe Howe, red., The Correspondence of Mr. Justice Homes and Harold J. Laski, 2 vol., Cambridge, Mass., 1953. From Holmes to Laski, May 12, 1927, s. 942.

[2] Helmut Schoeck, Zawiść, Fijorr Publishing, Warszawa 2012.

[3] Ibid.

[4] Emile Faguet, Politicians and Moralists of the Nineteenth Century, Boston: Little, Brown; 1928, s. 93.

[5] Alexis de Tocqueville, Dawny ustrój i rewolucja, Czytelnik, Warszawa 1955, s. 248-250.

[6] ibidem, s. 254.

Źródło ilustracji: Adobe Stock

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Henry Hazlitt

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *