Johnson: Niebezpieczeństwo rządowego paternalizmu

15 kwietnia 2021 Filozofia polityki komentarze: 0

Autor: Gina Miller Johnson
Źródło: econlib.org
Tłumaczenie: Przemysław Rapka
Wersja PDF

Od pierwszych dni pandemii COVID-19 słychać było głosy nawołujące, by władze federalne i stanowe walczyły z rozprzestrzenianiem się wirusa. Wydawały się one niewinne i niezaskakujące, ale pokazują niebezpieczny trend kulturalny w Stanach Zjednoczonych. A konkretnie, te głosy wzywające rząd do działania uwydatniają niepokojące popularne przekonanie wśród Amerykanów, że w obliczu jakichkolwiek problemów ekonomicznych, społecznych lub politycznych w pierwszej kolejności powinniśmy zwracać się do rządu „by coś zrobił”, i że odpowiedź rządu będzie w naszym najlepszym interesie. Te wezwania demonstrują nie tylko akceptację paternalistycznych praktyk rządowych przez Amerykanów, ale również domaganie się ich większej ilości.

Jako profesor nauk politycznych regularnie dostrzegam tę postawę wśród studentów. Wykładając na przykład o konfliktach między stanami, katastrofach naturalnych czy zapaściach gospodarczych, studenci zawsze pytają „dlaczego rząd Stanów Zjednoczonych nie wkroczył wcześniej?” czy „co Rząd powinien zrobić, by zapobiec temu w przyszłości?”, jakby jedynym sposobem rozwiązywania problemów był monolityczny rząd Stanów Zjednoczonych lub antropomorficzne „państwo”. W tych pytaniach zawarte jest również przekonanie, że rząd podejmie moralną lub odpowiednią decyzję.

Dla jasności, nawet osoby o libertariańskich przekonaniach chcą, by rząd podjął się działań w pewnych warunkach. Te przypadki są na ogół ograniczone do ról, jakie, według klasycznego liberała, stanowią raison d’etre rządu: zapewnianie porządku i bezpieczeństwa w kraju, ustanawianie instytucji zapewniających rządy prawa, chronienie wolności i własności oraz, w ograniczonym zakresie, zapewnianie dóbr publicznych, gdy brakuje bodźców rynkowych, jak w przypadku obrony narodowej czy sieci autostrad międzystanowych. Zdrowie publiczne często jest uznawane za podstawowe dobro publiczne, którym powinno zajmować się państwo, poprzez które rząd inwestuje zasoby w celu ochrony i poprawy zdrowia ludzi i społeczności.

Jeśli uznamy służbę zdrowia za pożądane dobro publiczne, to wtedy pytanie brzmi, w jakim zakresie rząd powinien zapewniać to dobro? Klasyczni liberałowie mogą argumentować, że na lokalnym poziomie rządy powinny podejmować kroki w celu zapewnienia, a przynajmniej skoordynowania, koniecznych instalacji sanitarnych, uprzątnięcia odpadów i dostawy czystej wody — dóbr, których dostarczenie byłoby niezyskowne lub konkurencyjny rynek zapewniałby je w niezadowalający sposób. Inni mogą uznać zdrowie publiczne za kwestię będącą w kompetencjach władz centralnych lub lokalnych i za takie uznają również badania i promocję zdrowia, jak np. kampanie informujące o szkodliwości palenia.

Jakikolwiek ma ktoś pogląd na rolę rządu w kwestii zdrowia publicznego, należy zadać sobie pytanie: kiedy, jeśli kiedykolwiek, dbanie o zdrowie publiczne staje się ważniejsze od obrony wolności osobistej, co jest fundamentalną funkcją rządu? Zaraz po wybuchu pandemii mogliśmy dostrzec powszechne poparcie dla porzucenia wolności osobistych na rzecz zdrowia publicznego.

Być może ta nadmierna reakcja jest zrozumiała, biorąc pod uwagę, że na początku nie wiedzieliśmy, jak bardzo śmiertelny jest wirus, kogo zarażał i jak się rozprzestrzeniał. Pamiętając o zasadzie unikania wyrządzania krzywdy Johna Stuarta Milla, jeśli moja wizyta w sklepie spożywczym bez maski może grozić śmiercią innym, to rząd być może słusznie wymusza założenie maski (podobnie jak pijany kierowca powinien oddać swoje kluczyki). Jednak co w sytuacji, gdy moja wizyta w sklepie bez maski naraża kogoś na zarażenie się chorobą, która nie jest śmiertelna, ale ta osoba ma osłabioną odporność? Czy rząd ma prawo w takim przypadku zmusić mnie do noszeniami maski czy, wyciągając dalsze wnioski, nakazać zamknięcie sklepu, aby zapobiec takiemu prawdopodobnemu przypadkowi zarażenia? To niepokojące, acz nie zaskakujące, że szeroka opinia publiczna wydaje się na to drugie pytanie odpowiadać twierdząco.

To nie tak, że nie podzielam w żadnym stopniu poczucia niepewności i strachu o zagrożonych bliskich. Mam wujka, który ma raka w czwartym stadium rozwoju i rozumiem, strach wiążący się z niepewnością, czy jego syn, na przykład, nie złapie wirusa w szkole i nie zarazi go nim w domu. Sama zgadzam się z opinią, że jego syn powinien mieć możliwość uczyć się zdalnie i zrobić zakupy w czasie, gdy maski i dezynfekcja rąk są obowiązkowe. Jednak te środki zaradcze mogłyby zostać wprowadzone z inicjatywy społeczeństwa i rynku, a nie rządu. Zgromadzenia nauczycieli i rodziców oraz okręgi oświatowe mogą zdecydować, co zadziała najlepiej dla uczniów i nauczycieli, a lokalne przedsiębiorstwa mogą wprowadzić reguły i regulacje, które odpowiadałyby potrzebom klientów. Te decyzje nie muszą być wprowadzane odgórnie, ale, niestety, wydaje się, że Amerykanie nie tylko to akceptują, ale wręcz domagają się tego. A politycy podejmują te decyzje nie na podstawie uważnych analiz możliwych działań i ich konsekwencji, ale ze strachu przed krytyką o „nie zrobienie czegoś” odpowiednio wcześnie.

Powszechne domaganie się od rządu szybkich i ekstremalnych reakcji na wirusa jest przejawem skutków długiego procesu socjalizacji, przyzwyczajania kolejnych pokoleń Amerykanów do idei rządu, zwłaszcza federalnego, jako głównego decydenta rozwiązującego wszelkie problemy społeczne, gospodarcze czy polityczne. Czy są to ekstremalne środki podjęte w ramach Nowego Ładu w trakcie wielkiego kryzysu, wprowadzenie programu Wielkiego Społeczeństwa w latach 60. XX wieku czy utworzenie nowych agencji federalnych po ataku z 11 września, amerykańska opinia publiczna przyzwyczaiła się do rozrastających się kompetencji rządowych, często pod pretekstem rozwiązywania takich problemów, jak bezrobocie, bieda czy terroryzm. Prawdopodobnie każdy, kto czyta ten artykuł, wie, że raz zdobytej władzy łatwo się nie oddaje. Jednak ta większa władza ma jeszcze inną, bardziej subtelną, konsekwencję: każde nowe wychowane pokolenie postrzega tę władzę państwa jako coś normalnego. Innymi słowy, władza państwowa staje się zarówno empirycznym, jak i normatywnym fundamentem dla dalszych działań (czyli „to jest to, co rząd robi i powinien robić”). Paternalizm staje się normą. W miarę jak ludzie zaczynają oczekiwać paternalistycznych rozwiązań, zaczynają również postrzegać jako nieefektywnych tych polityków, którzy postępują w odmienny sposób.

Socjalizacja jest subtelna i stopniowa, ale znacząca. Jest również trudna do odwrócenia. Jednak negatywne konsekwencje działań rządowych podejmowanych w odpowiedzi na COVID-19 dają szansę na odwrócenie procesu socjalizacji, jaki dokonał się w ciągu ostatniego wieku. Chociaż pandemia pokazała, że poszczególne stany wciąż pełnią rolę decyzyjną (rząd federalny umożliwił stanom, by w dużej mierze decydowały o tym, co robić), to polityki poszczególnych stanów i ich konsekwencje pokazały, że koniecznie trzeba wykorzenić trzy przekonania, które wpojono Amerykanom w procesie socjalizacji: (1) rząd powinien „reagować jako pierwszy” w czasie kryzysu; (2) rząd posiada wszystkie niezbędne informacje, by podjąć dobrą decyzję, oraz; (3) przedstawiciele rządu są dobroduszni i działają w naszym najlepszym interesie w czasie kryzysu.

Aby walczyć z tymi przekonaniami — że rząd powinien reagować jako pierwszy w czasach kryzysu — wystarczy spojrzeć na skutki polityki antywirusowej poszczególnych stanów. Era COVID-19 zapewnia doskonały przykład prawa nieprzewidzianych skutków polityki. To, co na początku zdawało się być dobrodusznymi działaniami rządów stanowych, które miały chronić obywateli przed COVID-19, doprowadziło do bankructwa zwykłych obywateli, wzrostu bezrobocia do poziomu najwyższego od 80 lat i pogorszenia problemów ze zdrowiem psychicznym, prawdopodobnie zwiększając liczbę samobójstw. Ujawniają się również inne nieprzewidziane konsekwencje. Gdy zamknięte są szkoły i miejsca pracy, rzadziej można zaobserwować ofiarę przemocy domowej, przez co, pomimo wzrostu przemocy domowej, spada liczba raportowanych przypadków. Co więcej, w miarę, jak ludzie są zniechęcani do odwiedzania gabinetów lekarskich i szpitali, aby uniknąć rozprzestrzeniania się COVID-19, wiele niezwiązanych z pandemią dolegliwości jest nieleczonych, co ma fatalne konsekwencje.

Dopiero od niedawna dostrzegamy w pełni wpływ działań rządu, które miały powstrzymać rozprzestrzenianie się COVID-19. Przemyślana odpowiedź rządu na wirus mogłaby przewidzieć część konsekwencji. Jednak głośne domaganie się, by rząd „coś zrobił” i zrozumiałe obawy polityków przez oskarżeniem o zbyt wolną reakcję doprowadziły do tego, że te szkody były w najlepszym razie nieprzewidziane, a w najgorszym zignorowane.

A co z życiami, które ocalono dzięki tym środkom? Czy nie warto było ponieść dla nich tych kosztów? Załóżmy, że liczba żyć ocalonych za pomocą tych działań jest większa od liczby żyć straconych przez samobójstwo, brak dostępu do leczenia na inne choroby, schorzenia spowodowane stresem z powodu sytuacji materialnej lub rodzinnej oraz z powodu przemocy domowej. Nawet jeśli to założenie jest prawdziwe, a liczba ocalonych jest większa od liczby straconych dzięki ograniczeniom wprowadzanym przez rządy, mające na celu kontrolę rozprzestrzeniania się wirusa, to grupie ryzyka wciąż grożą inne choroby, które mogą przyczynić się do ich śmierci, w tym wirusy grypy lub inne ludzkie koronawirusy, jak zwykłe przeziębienie, które grożą się śmiertelnymi przypadkami zapalenia płuc. Restrykcje rządowe nie tylko nie rozwiązały w żaden sposób problemów związanych ze stanem zdrowia; te restrykcje jedynie odsunęły w czasie ryzyka, na jakie są narażone osoby chorujące na cukrzycę, nadciśnienie czy otyłość. Niestety wielu Amerykanów chce, by przedstawiciele rządu prawnie uregulowali te wybory osobiste, które często prowadzą do tych schorzeń, np. ograniczając dostęp do napojów słodzonych czy wymuszając na producentach zamieszczenie informacji o kaloriach w menu.

To nie znaczy, że nie powinno się chronić i dbać w trakcie pandemii o osoby zagrożone — jednak musimy zadać sobie pytanie, jak rząd powinien pełnić swoją podstawową funkcję w czasie pandemii oraz czy rząd jest najlepszą instytucją, która może coś na pandemię poradzić?

Te pytania prowadzą do kolejnego przekonania, które należy wykorzenić: że rząd posiada wszystkie informacje konieczne do podjęcia dobrej decyzji. Ludzie zdają się być pewni, że przedstawiciele rządu wiedzą najlepiej. Prawda jednak jest taka, że przedstawiciele rządowi często są oderwani od rzeczywistości codziennego życia; twierdzą, że wiedzą co jest najlepsze dla „biednych” czy „rodzin z jednym rodzicem”, ale przemyślenie konsekwencji ich działań prowadzi do przeciwnego wniosku. Na przykład biedniejsi z pewnością nie skorzystają z zamknięcia salonów fryzjerskich czy restauracji i innych kluczowych źródeł dochodów. Również z pewnością nie skorzystają na wykorzystaniu przez rząd pieniędzy podatników na to, by śledzić i aresztować ludzi, którzy ostrożnie otworzyli swoje zakłady, żeby móc spłacić czynsz czy hipotekę. Dla biedniejszej części społeczeństwa i rodzin z jednym rodzicem korzystne jest niezamykanie placów zabaw, które są prawdopodobnie jedynym miejscem, gdzie dzieci mogą się bezpiecznie bawić, albo niezamykanie szkół i żłobków, które mogą być istotnym źródłem stabilności, wyżywienia i bezpieczeństwa. Czasami konsekwencje polityki mogą być trudne do przewidzenia, jak chociażby szkodliwy wpływ pomocy socjalnej na rodziny afroamerykańskie; ale dzięki uważnym rozważaniom powinno być łatwo przewidzieć negatywne skutki wiążące się z powszechnym zamykaniem gospodarki, jak to miało miejsce w trakcie pandemii.

To uderzając, jak duża część osób wspiera tego rodzaju środki, wykorzystane przez organy państwowe w całym kraju. To ślepe wsparcie może być słabo ugruntowane w dowodach potwierdzających, że tego rodzaju działania są skuteczne, a oparte raczej na przekonaniu, którego trzeba się wyzbyć: a mianowicie, że rząd Stanów Zjednoczonych jest dobroduszny i działa mając na uwadze dobro obywateli. Jak pokazuje szwedzkie podejście do pandemii, można zaufać ludziom, że będą dystansować się i pracować z domu, ponieważ jest to w ich interesie. Jednak nie powinno się tak samo traktować rządu. Struktura organizacyjna rządu Stanów Zjednoczonych została ustalona właśnie dlatego tak, ponieważ ojcowie-założyciele wiedzieli, że „rząd” zawsze będzie odchodził od dbania o interes ludzi i będzie starał się poszerzać swoją władzę kosztem ich wolności (stąd antyfederalistyczna opozycja wobec konstytucji i gorliwe poparcie Karty Praw). Rząd został zaprojektowany jako instytucja nie rozwiązująca problemów, ale umożliwiająca ludziom rozwiązywanie ich problemów samemu za pomocą instytucji społeczności lub rynku. Jeśli te decyzje naruszają wolność lub własność innych, wtedy organy rządowe, jak sądy — które zostały do tego zaprojektowane — rozstrzygają konflikt.

Obecny wyjątkowy czas w naszym społeczeństwie daje nam znakomitą okazję, aby powoli odwrócić proces socjalizacji, jaki zaszedł w ciągu ostatnich dekad, i przeformułować rolę rządu z dobrodusznego opiekuna i organu rozwiązującego problemy w instytucję ostatniej szansy. Miejmy nadzieję, że z czasem — i przyszłymi porażkami rządu — młodsze pokolenia zostaną ukształtowane zgodnie z filozofią Ronalda Reagana i jego znanymi sześcioma najbardziej niebezpiecznymi słowami: „Jestem urzędnikiem państwowym, przybyłem wam pomóc”.

Źródło ilustracji: Adobe Stock

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Gina Miller Johnson

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *