Tucker: Przeciwko libertariańskiemu brutalizmowi

24 maja 2021 Filozofia polityki komentarze: 8

Autor: Jeffrey A. Tucker
Źródło: fee.org
Tłumaczenie: Mateusz Marcin Błaszczyk
Wersja PDF

Dlaczego powinniśmy opowiadać się za porządkiem społecznym opartym na wolności człowieka, a nie na sile? Odpowiadając to pytanie, wyrażę pogląd, że libertarianie zasadniczo dzielą się na dwa obozy: brutalistyczny i humanitarny.

Humanitarystów pociąga wolność pozwalająca na pokojową współpracę między ludźmi. Inspiruje ona kreatywność, hamuje przemoc oraz pozwala na tworzenie kapitału i dobrobytu. Chroni prawa człowieka — wszystkich ludzi — przed naruszeniami. Pozwala, by przeróżne zrzeszenia funkcjonowały na swoich własnych zasadach. Socjalizuje ludzi, nagradzając za zgodę, a nie konflikt, prowadzi do świata, w którym ludzie traktowani są jako cel sam w sobie, a nie tylko narzędzie w cudzych rękach.

Wiemy to wszystko z historii i własnego doświadczenia. To właśnie są słuszne powody, by kochać wolność.

Ale nie są to jedyne powody, dla których ludzie wspierają wolność. Są także ludzie mieniący się libertarianami, których określam tu jako brutalistów, uznający powyższe motywy za raczej nudnawe, zbyt ogólne i zbyt humanitarne. Podziwiają wolność za to, że może służyć im do obrony ich indywidualnych preferencji, tworzenia homogenicznych plemion, wcielania uprzedzeń w życie, ostracyzowania ludzi w oparciu o przesłanki polityczne, do siania nienawiści bez wykorzystywania przemocy fizycznej, do zagłuszenia ludzi tylko dlatego, że przynależą do jakieś grupy demograficznej czy ze względu na ich poglądy polityczne, do bycia otwarcie rasistowskimi i seksistowskimi, do wykluczenia i izolacji, do niezadowolenia z nowoczesności, do odrzucenia obywatelskich standardów etycznych i etykiety na rzecz norm antyspołecznych.

Są to zupełnie różne podejścia. Pierwsze chce ładu społecznego opartego na wolności, natomiast drugie ceni wolność do odrzucenia wspólnoty i afirmacji uprzedzeń. Pierwsze chce zmniejszenia roli siły i uprzywilejowania, natomiast drugie chce wolności do sprawowania władzy i posiadania przywilejów, tak długo, jak nie naruszają one własności prywatnej i możliwości wyłączenia się spod ich wpływów.

Wolność jest bez wątpienia zdolna pomieścić obie perspektywy, chociaż może brzmi to nieprawdopodobnie. Wolność jest pojemna i ekspansywna, nie zakłada żadnego celu społecznego jako jedynego. Jest wolność, by kochać i wolność, by nienawidzić. Jednakże pozostają dwoma bardzo różnymi spojrzeniami na świat — jeden jest liberalny w klasycznym sensie, a drugi jest nieliberalny w każdym sensie— i warto jest to rozważyć zanim, jako libertarianie, wejdziecie w sojusz z ludźmi, którzy w liberalną koncepcję nie wierzą.

Humanitaryzm jest pojęciem jasnym. Wiemy, że dąży do dobrobytu jednostki i społeczeństwa w całej jego złożoności. Libertariański humanitaryzm za najlepsze środki do osiągnięcia tych celów uznaje samozarządzający się system społeczny, w który nie ingerują zewnętrzne, brutalne środki państwowe. Cel jest więc charytatywny, premiowany pokojem, wolnością zrzeszania się i wymiany, organicznym rozwojem instytucji państwa oraz samym pięknem życia.

Czym jest brutalizm? Termin zwykle kojarzy się ze stylem architektonicznym występującym od lat pięćdziesiątych do siedemdziesiątych ubiegłego wieku, lubującym się w dużych betonowych strukturach i niemającym względów dla subtelności i wdzięku. Trzonem i powodem do dumy była za to nieelegancja; głoszenie bezpretensjonalności i surowej praktyczności. Budynek miał być mocny, a nie ładny; agresywny, a nie dekoratywny; imponujący, a nie subtelny.

Architektoniczny brutalizm był afektacją — stylem, który wyniknął z teorii odartej z kontekstu. Nie był jednak pozbawiony celu. Przeciwnie, miał zmusić nas to spojrzenia na szarość rzeczywistości, na same narzędzia pozbawione wszystkiego, co rozprasza. Miała to być lekcja — estetyczna i etyczna. Piękno należało odrzucić jako będące z natury kompromisem, rozproszeniem i profanacją sprawy. Wynikało z tego również, że brutalizm odrzucał jakąkolwiek potrzebę komercyjnego powabu, marketingu i prezencji; są to bowiem kwestie, które odwodzą wzrok od sedna wartości.

W brutalizmie budynek ma być ani nie mniej, ani nie więcej tylko tym, co potrzeba, by spełnił swoją funkcję. Brutalizm zapewniał więc prawo do brzydoty, co przysporzyło mu popularności u rządów światowych, a ludziom przykrych obiektów spojrzeń.

Jeśli rozważymy, skąd te architektoniczne potworności się wzięły, ze zdziwieniem odkrywamy, że zrodziła je teoria odrzucająca piękno, prezencję i ozdobność dla zasady. Architekci myśleli, że otworzyli nam oczy na to, na co nie chcieliśmy patrzeć. Docenić rezultaty brutalizmu mogą tylko wierzący w tę teorię. Ale bez tej ekstremistycznej i fundamentalistycznej ideologii, budynek wydaje się tylko okropny i przerażający.

Czym jest więc ideologiczny brutalizm? Sprowadza on teorie do najbardziej fundamentalnych i surowych części, wysuwając stosowanie tych podstaw na pierwszy plan. Granice idei i konceptów testowane są poprzez porzucenie finezji, złożoności, gracji, przyzwoitości oraz towarzyszących dookreśleń. Brutalizm nie jest zainteresowany szerszym motywem przyzwoitości, nie interesuje go też piękno rezultatów. Zainteresowany jest jedynie funkcjonalnością części. Jednocześnie stawia wyzwanie wszystkim, by zakwestionowali całościowy wygląd aparatu ideologicznego, jak i napiętnowuje właśnie tych, którzy ośmielają się na nie odpowiedzieć, jako niewystarczająco oddanych podstawom teorii ustanowioną bez kontekstu i estetycznego zmysłu.

Nie każda argumentacja za surowymi pryncypiami i analiza cząstek elementarnych jest brutalistyczna, jednak sednem brutalizmu jest to, że aby dojrzeć fundamenty, musimy zburzyć górę, czasami musimy zmierzyć się z bolesną prawdą, musimy być zszokowani i musimy czasem szokować z pozoru nieprawdopodobnymi i niekomfortowymi implikacjami idei. Brutalizm idzie znacznie dalej: uważa za niedopuszczalną samą myśl, by nie poprzestać na tych gołych fundamentach, i że warto elaborować, kwalifikować, niuansować, otwarcie dostrzegać niepewne, wyjść ponad; brutalizm uważa to wszystko za sprzedanie się, kompromis, skalanie czystości. Brutalizm bez litości i żenady odmawia wyjścia poza najbardziej prymitywne założenia.

Brutalizm może przybrać niejedną ideologiczną maskę. Bolszewizm i nazizm są oczywistymi przykładami: klasowy i rasowy redukcjonizm pozbawiał jakiekolwiek inne kwestie racji bytu. We współczesnej demokracji, partyjniactwo zmierza w kierunku brutalistycznym, jeśli przyjmuje partyjną przynależność za kwestię najwyższej wagi. Religijny fundamentalizm jest równie oczywistym przykładem.

W świecie libertariańskim, natomiast, brutalizm zakorzeniony jest w czystej teorii prawa jednostki do życia według jakichkolwiek wartości, bez względu na ich treść. Trzon tego przekonania jest niepodważalny, ale brutaliści celowo wykorzystują go do legitymizacji postaw radykalnych. Tym samym, brutaliści dowodzą prawa do bycia rasistą, prawa do bycia mizoginem, prawa do antysemityzmu lub ksenofobii, prawa do ignorowania standardów społecznych, prawa do bycia niecywilizowanym, do bycia przykrym i nieokrzesanym. Wszystko to jest dozwolone, a nawet chwalebne, bowiem przyjęcie tych okropieństw stanowi swego rodzaju test. W końcu, czym jest wolność, jeśli nie prawem do bycia chamem?

Tego rodzaju argumenty wprawiają libertariańskich humanitarystów w konsternację. Są one bowiem, ściśle rzecz biorąc, prawdziwe, przynajmniej z punktu widzenia czystej teorii, ale rozmijają się ze znacznie ważniejszą cechą ludzkiej wolności, czyli umożliwieniem rozkwitu ludzkości w pokoju i dobrobycie, a nie czynieniem świata bardziej podzielonym i nieszczęśliwym. Tak, jak chcemy, by architektura cieszyła oko, żeby odzwierciedlała dramaturgię i elegancję ludzkiego ideału, tak też teoria społecznego porządku powinna tworzyć ramy, by dobrze przeżyć życie oraz by członkowie dowolnych wspólnot i zrzeszeń weń rozkwitali.

Brutaliści technicznie mają więc rację, że wolność również daje prawo do bycia nienawistnym palantem, ale takie skłonności kłócą się z istotą liberalnej tradycji. Wielkim osiągnięciem liberalizmu jest przecież emancypacja kobiet i mniejszości spod arbitralnych rządów. Dochodzenie prawa by cofnąć czas w życiu prywatnym i komercyjnym, wykorzenia libertarianizm ze spuścizny liberalizmu, tak jakby zwycięstwa na rzecz godności człowieka nic dzisiaj nie znaczyły.

Brutalizm jest nie tylko antynowoczesną, ogołoconą i rozczarowującą wersją oryginalnego libertarianizmu. To także sposób argumentacji i retoryczna postawa. Tak jak w architekturze, odrzuca ona marketing, etos komercyjny, ideę „sprzedania” światopoglądu. Wolność musi zostać albo zaakceptowana, albo odrzucona w najbardziej redukcjonistycznej postaci. Łatwo jest więc brutalistom naskakiwać i wyklinać, by potem ogłaszać swe wiktorie. Najbardziej ukochali wytykanie wszem i wobec kompromisu, który widzą wszędzie. Nie może być mowy o cierpliwej i subtelnej ekspozycji, ani tym bardziej o niuansach okoliczności czasu i przestrzeni. Widzi więc brutalizm jedno: ogołoconą, nagą prawdę, której uczepia się maniakalnie, jako jednej i jedynej, wykluczając wszystkie pozostałe racje.

Tak, brutalizm odrzuca subtelność i nie znajduje żadnych wyjątkowych okoliczności wobec swej uniwersalnej teorii. Teorii aplikowanej niezależnie od czasu, miejsca czy kultury. Nie może być więc miejsca na modyfikacje, ani nawet odkrycie nowych informacji, które zmienić mogłyby sposób, w jaki teoretyczne fundamenty są aplikowane. Brutalizm to system zamknięty, w którym wszystkie informacje zostały już poznane. Zresztą, sam sposób aplikacji teorii jest uznawany za jej fundamentalną część. Nawet tak skomplikowane obszary prawa, jak naprawienie szkody w prawie karnym, prawo rodzinne, prawo własności intelektualnej, odpowiedzialność za wkroczenie na cudzy grunt (trespass)[1]oraz inne obszary, które rozwijane były poprzez sądową praktykę, tj. prawotwórczy precedens; wszystkie one uznane zostają za część apriorycznego porządku nieznającego wyjątków ani korekty.

Ponieważ brutalizm jest odstręczającym impulsem w świecie libertariańskim, młodzi ludzie nie są nim wcale zainteresowani, przyjmuje on role i zachowania niczym się nie różniące od rzeczywiście skrajnych formacji. Dowodząc prawa do rasizmu i nienawiści, a nawet ich racji, jest wykluczany z głównego nurtu debaty o życiu publicznym. Jedynymi ludźmi, którzy tak naprawdę słuchają tych nieprzekonywających argumentów brutalistów, są inni libertarianie. Z tego powodu brutalizm idzie nawet dalej w skrajną frakcyjność, atakując humanitarystów za to, że próbują przesłanie wolności uczynić pięknym.

W ramach frakcyjnych walk, brutaliści oczywiście dowodzą, że są jedynymi prawdziwymi wyznawcami idei wolności, ponieważ tylko ich stać na to, by doprowadzić libertariańską logikę do ekstremum i pogodzić się ze skutkami. Ale nie ma tu ani odwagi, ani intelektualnego rygoru. Ich koncepcja libertarianizmu jest redukcjonistyczna, niewyważona, tępa, pozbawiona koloru i dopracowania, jakie wynieść można tylko z rzeczywistego ludzkiego doświadczenia. Brutalizm zapomina więc o historycznym i społecznym kontekście, w którym żyje wolność.

Wyobraźmy sobie, że pewne miasto zostaje przejęte przez fundamentalistyczną sektę. Natychmiast wykluczają oni wszystkich niewiernych, zmuszają kobiety do określonego ubioru, wprowadzają teokratyczne normy prawne, w końcu ostracyzują społeczność nieheteronormatywną. Można powiedzieć, że nikt nie zmusza, by tam mieszkać, ale nawet jeśli rzeczywiście tak jest, to nie ma niczego liberalnego w takim porządku społecznym. Brutalistom, oczywiście, będzie się to podobać. Będą bronić tego tyranicznego miasta na rozmaitych polach: decentralizacji, prawa własności, prawa do dyskryminacji i wykluczenia — całkowicie zbywając całościowy obraz, czyli to, że podstawowe aspiracje ludzi, by wieść pełne życie wolnego człowieka zostają w takim porządku przekreślone.

Co więcej, brutalista wierzy, że zna już rezultaty wolności, które często wyglądają jak historyczne sojusze ołtarza i tronu. W końcu, mówią, wolność oznacza wyzwolenie wszelkich podstawowych impulsów człowieka, którego natura była dotychczas paraliżowana przez nowożytne państwo: pragnienie podporządkowania się rasowej i religijnej homogeniczności, etyczna docelowość patriarchatu, niechęć wobec nieheteronormatywności, et cetera. To, co większość ludzi uważa za największe dokonania w zwalczaniu uprzedzeń, brutaliści uważają za narzucone wyjątki od tradycyjnego trybalizmu i instynktów fundamentalistycznych.

Oczywiście brutalista, którego opisałem, jest typem idealnym, możliwe nawet, że żaden z myślicieli nie uosabia go w pełni. Ale dowody na impuls brutalistyczny są wszędzie, w szczególności na portalach społecznościowych. To tendencja myślenia z przewidywalnymi postawami i uprzedzeniami. Jest głównym źródłem rasizmu, seksizmu, homofobii oraz antysemityzmu w libertariańskim świecie. Brutaliści zaprzeczą powyższemu zdaniu, jednocześnie żarliwie dowodząc prawa jednostki do posiadania takich poglądów i działania zgodnie z nimi. W końcu, pytają, czym jest wolność bez prawa do zachowania się w sposób, który wystawia na próbę zarówno naszą wrażliwość, jak i cywilizacje?

Wszystko sprowadza się do tego, dlaczego wspieramy wolność. Co jest celem przewodnim? Do jakiej historii się odwołujemy? Jaka jest przyszłość tej tradycji? Na wszystkie z tych pytań humanitaryści odpowiedzą inaczej niż brutaliści.

Niezaprzeczalnie, nie możemy zaniedbać podstaw, nie możemy uciekać od problematycznych implikacji czystej teorii wolności. Jednocześnie, zarówno historia, jak i przyszłość wolności, to nie tylko proklamacja praw jednostki, ale także gracja, estetyka, piękno, złożoność, służenie innym, wspólnota, stopniowe wyłanianie się norm kulturowych, oraz spontaniczny rozwój prywatnych i komercyjnych relacji. Wolność jest tym, co ożywia ludzką wyobraźnię i sprawia, że działając, możemy kierować się miłością płynącą z najpiękniejszych i najszlachetniejszych pragnień.

Ideologia pozbawiona jakichkolwiek zdobień staje się widokiem tak rozpaczliwym, jak szare bloki zbudowane kilkadziesiąt lat temu, górujące nad miejskim krajobrazem, zawstydzające wszystkich, i tylko czekające na zburzenie. Czy libertarianizm będzie brutalistyczny czy humanitarny? Decyzja należy do nas wszystkich.

 

[1] Trespass w krajach anglosaskich najczęściej używany jest w odniesieniu do naruszenia posiadania nieruchomości (trespass to land). Termin może jednak oznaczać inne rodzaje czynu zabronionego przez prawo cywilne lub karne: wobec osoby (trespass to the person) i ruchomości (trespass to goods, chattels lub assets). Trespass obejmuje zatem, przykładowo, czyny takie jak naruszenie nietykalności cielesnej (battery), naruszenie własności w ruchomości, a także niedozwolone wkroczenie na teren prywatny — przyp. tłum.

Źródło ilustracji: Adobe Stock

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jeffrey Tucker

Pozostałe wpisy autora:

8 Komentarze “Tucker: Przeciwko libertariańskiemu brutalizmowi

  1. Jestem zszokowany tymi bajkami. Takie pojmowanie świata to angelizm idealizm. My piękne elfy tamci podłe brutalne orki. Naprawdę? To za co został zmieszany z błotem R. Dawkins przez postępowe organizacje i uznany za brutalnego średniowiecznego dziadersa? I odebrano mu nawet tytuł humanisty roku 1996! Dawkins próbował się bronić ale przygnieciony nowomową której człowiek urodzony w poprzednim stuleciu nie jest w stanie zrozumieć odpisał: „Ja już jestem za stary…” Dawkins to ideowo moja antynomia ale miło zobaczyć że nawet on okazał się w końcu wyszydzanym brutalnym reakcjonistą. A poszło o czysto akademickie zaproszenie do dyskusji na temat taki jak to możliwe że Rachela Dolezal piegowata blondynka przez lata udająca afroamerykańską działaczkę i artystkę została oskarżona o całe zło za swoją postawę a w przypadku facetów uważających się za kobiety i odwrotnie to ci którzy ich potępiają i demaskują są oskarżani o całe zło. „Podyskutujmy o tym” napisał Dawkins i w ten sposób sprowdził na siebie nieprawdopodobną burzę. Jak widzę z internetu Tucker jest konserwatywnym katolikiem który udziela się muzycznie w stowarzyszeniu pielęgnującym renesansową polifonię w liturgii. Jeżeli Dawkins został brutalem to Tucker może być w oczach wielu brutalem do kwadratu. Bo w końcu ile jest renesansowych ateistycznych lesbijek afrykańskich pośród znaczących kompozytorów renesansu? Tucker jest więc być może brutalnym homofobem rasistą i tak dalej. Trzeba by o to zapytać Dawkinsa. Niedawno posłanka Lewicy zaproponowała parytet 50 proc. kobiet na listach wyborczych. Więc zapytam w stylu Dawkinsa – jeśli Kościół Katolicki domaga się by w każdym małżeństwie był 50 proc. parytet kobiet, to Kościół Katolicki jest postępowy czy brutalnie wsteczny?

    1. Tylko, że ten tekst nie jest przeciwko domniemanym „rasistom” (czyli praktycznie wszystkim według Nowej Lewicy), tylko przeciwko prawdziwym rasistom, którzy wykorzystują libertarianizm do legitymizacji swojego szurskiego światopoglądu. Są libertarianie, którzy chcą wykorzystać wolność i decentralizację, do której libertarianizm dąży, do budowy społeczeństwa pełnego uprzedzeń, nienawiści, pogardy, głupoty i zacofania. To ich Tucker w tym tekście atakuje.

      1. Przeciw Hoppemu, Blockowi i Molyneuxowi. Bo zapewne lolbertarianie w stylu Tuckera uważają takich ludzi za rasistów.

        1. Chętnie się dowiem, gdzie jacyś brutaliści piszą, że podziwiają wolność za to że może służyć do siania nienawiści.

        2. Bynajmniej, Hoppe, Block i Molyneux (choć co do tego ostatniego nie jestem pewien) najprawdopodobniej nie są rasistami (a przynajmniej nie otwarcie). Mogą mieć etnocentryczne i nacjonalistyczne skłonności, ale to nie czyni ich rasistami. Problem polega na tym, że Hoppe (wziąwszy sobie jeden z ostatnich tekstów Rothbarda o taktycznym sojuszu z prawicowym populizmem do serca), wymyślił sobie taktyczny sojusz libertarianizmu z (otwarcie rasistowską) alt-right. Część jego fanów z kolei uczyniła sobie z tego aliansu wyznanie wiary i zaczęła promować rasistowską, alt-rightową, pro-trumpowską wersję libertarianizmu (jak np. wyżej wymieniony Christopher “Chase” Rachels i inni z radicalcapitalist.org). Tucker uważa, że ten sojusz prowadzi do zepsucia libertarianizmu, natomiast Hoppe myśli, że udaje mu się prawicowych szurów nawracać na libertarianizm. Prawda pewnie leży gdzieś po środku, ale ja w tym sporze zgadzam się z Tuckerem (przy całym szacunku dla dorobku filozoficznego Hoppego, którego teksty wielokrotnie na tych łamach tłumaczyłem).

          1. Czy chodzi o tą prowokacyjną okładkę, którą o ile dobrze rozumiem CR zamierzał złagodzić na życzenie HH ale nie zdążył bo IM wkroczył ? Czy też raczej o coś co napisał w książce ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *