Hülsmann: Ekonomia polityczna zmian klimatycznych

7 czerwca 2021 Ekonomia środowiskowa komentarze: 1

Autor: Jörg Guido Hülsmann
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Przemysław Rapka
Wersja PDF

Te przemyślenia przedstawiłem 10 października 2020 roku w trakcie wystąpienia na konferencji w Niemczech. Tematem przewodnim konferencji było wolnorynkowe spojrzenie na politykę środowiskową. Chociaż w swoich badaniach nie zajmuję się tą dziedziną, to zawsze byłem zainteresowany ogólną teorią interwencjonizmu i dlatego zgodziłem się wypowiedzieć się na temat zmian klimatycznych. Czasami spojrzenie z innej perspektywy, osoby nienależącej do danego środowiska naukowego, może być odświeżające. Jeśli tylko moje uwagi sprowokują dalszą dyskusję na temat polityki zmian klimatycznych, to znaczy, że spełniły swoje zadanie.

Nie pisałem niczego w kwestii środowiska od wczesnych lat 90. Wtedy, jako student na Berlińskiego Uniwersytetu Technicznego, przygotowałem w ramach seminarium ekonomicznego artykuł na temat problemu zanieczyszczeń powietrza. Jak powinno się rozwiązać ten problem? Co powinno zrobić państwo? W tamtym czasie powtórzyłem za ówcześnie nową doktryną, że najefektywniejszym środkiem zaradczym byłoby wprowadzenie systemu handlu emisjami. Firmy zatruwające powietrze musiałyby kupować „prawo do zanieczyszczania powietrza”, na przykład poprzez kupowanie uprawnień do emisji zanieczyszczeń. Dzięki temu spełniona byłaby zasada „brudzący płaci”, a dopuszczalna całkowita wielkość emisji ustalona przez państwo nie krępowałaby gospodarki arbitralnością i centralnym planowaniem.

W międzyczasie moje poglądy zmieniły się, zwłaszcza pod wpływem szkoły austriackiej, a w szczególności prac Murraya Rothbarda Prawa własności i zanieczyszczenie powietrza), który jak nikt inny wcześniej przeanalizował i skrytykował standardowe uzasadnienia interwencji państwowej, również w zakresie ochrony środowiska. Oprócz Rothbarda również George Reisman zasługuje na szczególne uznanie. W swoich licznych pracach ― zwłaszcza w jego opus magnum pt. Capitalism (1996) ― omawiał i szczegółowo krytykował politykę środowiskową. Chciałbym równie pochlebnie wyrazić się o innych austriakach: Walterze Blocku, Robercie Murphy’m, Timothym Terrellu, Billu Andersonie, Royu Cordato, Edwinie Dolanie, Jonathanie Newmanie.

To prawda, że szkoła austriacka nie ma monopolu na poprawne koncepcje i przekonujące argumenty. Na temat ochrony środowiska i polityki klimatycznej powstało wiele interesujących prac, które uzupełniają, poprawiają i rozwijają argumentację wymienionych wcześniej austriaków. Na myśl przychodzą mi nazwiska: Terry Anderson i Richard Stroup, ale przede wszystkim myślę o Björnie Lomborgu z Copenhagen Business School, który poświęcił więcej sił niż jakikolwiek inny ekonomista, by wytłumaczyć szerokiemu audytorium zagadnienia polityki klimatycznej. Jego ostatnia książka z 2020 roku nosi tytuł False Alarm: How Climate Change Panic Costs Us Trillions, Hurts, the Poor and Fails to Fix the Planet (Fałszywy alarm: O tym jak histeria ze zmianami klimatycznymi kosztuje nas biliony). Czytając dalej ten artykuł, powinno brać się pod uwagę kontekst intelektualny. Moim celem jest ułatwienie zrozumienia krytyki ekonomicznej interwencjonizmu klimatycznego.

Interwencjonistyczna polityka klimatyczna ma wybitnych zwolenników w postaci niemieckich klimatologów Stefana Rahmstorfa i Hansa Joachima Schellnhubera z Uniwersytetu w Poczdamie. Ich książka Der Klimawandel ([2006] 2019) sprzedała się w nakładzie ponad miliona sztuk i stała się podstawową lekturą dotyczącą zagadnienia. Dlatego też ta książka posłuży mi jako reprezentacja poglądów przeciwnej strony[1].

Najpierw przedstawię kilka generalnych spostrzeżeń odnośnie do relacji między klimatologią i aktywizmem klimatycznym z jednej strony a naukami, które tradycyjnie zajmowały się formułowaniem zaleceń politycznych ― filozofią polityczną, prawem i ekonomią ― z drugiej. Następnie omówię stanowisko aktywistów klimatycznych na podstawie wspomnianej już książki Rhamstorfa i Schellnhubera. Potem omówię potencjalne konsekwencje hipotetycznego globalnego ocieplenia. Na koniec omówię zagadnienie właściwej polityki klimatycznej.

Aktywizm klimatyczny, propaganda klimatyczna i ekonomia

Jak wielu zainteresowanych laików, śledziłem z zainteresowaniem dyskusje pomiędzy naukowcami zajmującymi się naukami przyrodniczymi a inżynierami dotyczące globalnego ocieplenia. W końcu wewnątrz mnie również drzemie inżynier. Jednak nie umknęło mojej uwadze, że wszystkie tego typu debaty ostatecznie sprowadzają się do filozofii politycznej, prawodawstwa i ekonomii politycznej w momencie i w takim stopniu, gdy dotyczą sformułowania praktycznych rozwiązań.

Innymi słowy: tak długo, jak fizycy, geolodzy, chemicy, meteorolodzy i klimatolodzy ograniczają się do poznawania faktów i związków przyczynowo-skutkowych rządzących środowiskiem, tak długo trzymają się z dala od filozofów, prawników i ekonomistów. Jednak gdy tylko wychodzą poza swoją dziedzinę nauk przyrodniczych i starają się określić wytyczne dla działań ludzi — szczególnie działań politycznych ― to niezależnie od tego, czy chcą czy nie, wkraczają na terytorium filozofów, prawników i ekonomistów.

Jest to szczególnie istotne w przypadku polityki klimatycznej. W rzeczywistości wielu klimatologów jest aktywnych politycznie. W Niemczech wcześniej wymienieni Rahmstorf i Schellnhuber (dalej określani skrótem RS) nie tylko poświęcają czas na badania klimatu, ale również odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu polityki klimatycznej. Siedzą na dwóch stołkach, że tak to ujmę. Jako klimatolodzy są naukowcami; jako aktywiści klimatyczni są politykami.

Połączenie teorii i praktyki, połączenie eksperta i doradcy na ogół nie jest niepokojące, a wręcz pożądane. Każdy chciałby wysłuchać eksperta mającego dobre intencje[2]. Przestrzeganie przed alkoholem czy nikotyną i argumentowanie za ograniczeniami prawnymi konsumpcji tych środków ma sens tylko wtedy, gdy robi to lekarz (nawet gdy sam lubuje się w tych substancjach). Nie zaskakuje również, że mechanicy zalecają regularne sprawdzanie hamulców, poziomu oleju i ciśnienia w kołach. Ich praca sugeruje lub obejmuje pewien zestaw preferencji. A w wielu przypadkach niemal każdy pozwala ekspertom na formułowanie zaleceń i wykonanie niezbędnych działań. Człowiek łatwo decyduje się na podjęcie pewnej decyzji w kwestiach praktycznych, jeśli nie czuje, że zostanie bezpośrednio dotknięta decyzją i nie wie nic o sytuacji. Dlatego tak mało osób jest zainteresowanych reformami w administracji publicznej.

Jednak gdy te warunki nie są spełnione, to sytuacja znacząco zmienia się. Nie pozwalasz ekspertom decydować o twoim domu i ciele. Hydraulik powinien budować kanalizację tam, gdzie ja sobie tego życzę, wedle moich potrzeb odczuć estetycznych, a nie tam, gdzie najbardziej pasują „z czysto technicznego punktu widzenia” (cokolwiek miałoby to oznaczać). Chirurg powinien ciąć moje ciało tak, jak uznam za słuszne, nie wedle tego, co uzna za konieczne. Może uznać, że bez natychmiastowej operacji wątroby niedługo umrę. Jednak to ja sam wybieram między krótszym życiem bez operacji a dłuższym życiem z towarzyszącymi konsekwencjami pooperacyjnymi. Wirusolog powie mi, że złapię grypę, jeśli pójdę na uniwersytet czy konferencję bez właściwej ochrony. Jednak chcę sam określić, czy warto podjąć się ryzyka dla tych rzeczy.

Polityka klimatyczna od dawna jest zdominowana przez ekspertów naukowych i zwolenników radykalnie interwencjonistycznej polityki klimatycznej, ponieważ większość ludzi — podobnie jak ekonomistów — nie traktuje tej dziedziny poważnie. Większość osób nigdy nie czuła, że ta kwestia dotyczy ich bezpośrednio i nie miała potrzeby decydować o tak złożonym problemie. Zwolennicy radykalnych działań politycznych skutecznie wykorzystali ten czas.

W latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych aktywiści klimatyczni skutecznie rozpropagowali nie tylko swoją wiedzę naukową, ale również własne preferencje polityczne i uprzedzenia za pośrednictwem mediów, zespołów parlamentarnych i w administracji publicznej (zwłaszcza w zarządach szkół). Skorzystali również na bliskiej współpracy z podobnie myślącymi osobami na całym świecie. Ta ciężka praca owocuje teraz, bo opinia publicznej w Niemczech oraz wielu innych krajach została zdominowana przez tę propagandę.

Słowo propaganda, które właśnie padło, jest odpowiednie w tym przypadku. Aktywizmowi zawsze grozi przeistoczenie się w propagandę. Wcześniej wspomniana książka Der Klimawandel pokazuje, że grozi to również pracom uznanych naukowców. Na pierwszych 72 stronach tej krótkiej pracy RS opisują historię klimatu, współczesne ocieplenie klimatu oraz prawdopodobne konsekwencje zmian klimatycznych. Na kolejnych 56 stronach proponują silnie interwencjonistyczne rozwiązania problemu zmian klimatycznych. Na razie wszystko wygląda w porządku. Jednak po przyjrzeniu się bliżej treści dostrzegamy niebezpieczne zbliżanie się pracy do propagandy. Propaganda to manipulacyjne przedstawienie faktu lub zagadnienia. Propaganda nawet nie próbuje umożliwić czytelnikom sformułować własnej opinii. Propaganda ma na celu ukrywanie lub zaprzeczanie innym punktom widzenia po to, aby tylko jeden punkt widzenia mógł wydawać się poprawny lub istotny.

W swoim znanym eseju John Stuart Mill twierdził, że najlepszym i najskuteczniejszym argumentem jest przedstawienie przeciwnej opinii z najlepszej perspektywy, z jakiej się da. Przeciwnik powinien wydawać się w pełni osłonięty przed krytyką, zanim zostaną wytknięte błędy.

Niestety nie uświadczymy tego w Der Klimawandel, zwłaszcza w odniesieniu do problemów czysto naukowych. Nigdzie nie są przytaczane i obalane obiekcje naukowe. RS tłumaczą swoje osobliwe podejście w rozdziale 4, gdzie omawiają „zmianę klimatu w dyskusji publicznej” i podkreślają, że obecnie panuje pogląd wśród zdecydowanej większości osób, że zmiana klimatu ma przyczyny antropogeniczne. Zdając sobie z tego sprawę, niepokojące i irytujące jest rzekomo bezstronne przedstawienie stron dyskusji o zmianach klimatycznych. Media poświęcają zbyt dużo uwagi kontrargumentom, biorąc pod uwagę niejednorodność opinii ekspertów. Dziennikarstwo jest w tym przypadku bardzo stronnicze. RS przypuszczają, że ta stronniczość wynika z „kampanii celowego dezinformowania, które były finansowane przez niektóre branże” (s. 81). Autorzy z pewnością nie dają się wprowadzić w błąd, jeśli tylko można mówić o błędzie. Wciąż przytaczają różnorakie prace i źródła informacji, ale sami nie podejmują wysiłku, aby ułatwić zrozumienie przeciwnego punktu widzenia.

Co więcej, wydaje się, że autorzy sugerują, że nie ma porządnych i uczciwych ludzi przedstawiających kontrargumenty wobec twierdzeń autorów. Ktokolwiek ma odmienne zdanie od RS na temat klimatu i globalnego ocieplenia jest „negacjonistą klimatycznym” — straszliwym przestępcą, jak negacjonista holocaustu — albo jest lobbystą, bądź wyborcą Trumpa. Mówiąc krótko: RS nie pokazują błędu w rozumowaniu osób o odmiennej opinii, a jedynie te osoby wyśmiewają, obrażają i oczerniają. Autorzy wyraźnie starają się wywołać wrażenie u czytelnika, że tylko jeden punkt widzenia — autorów — jest moralny.

Swoją drogą, jak powinna być określona i oceniona ich propozycja działań z punktu widzenia ekonomii politycznej?

Stanowisko aktywistów klimatycznych

Logiczna struktura tego stanowiska jest — jak w przypadku zanieczyszczenia powietrza — strukturą teorii racjonalnej pułapki. Problem klimatu powstaje na skutek sprzeczności między indywidualnym interesem a dobrem społecznym. Skoro dostęp do powietrza atmosferycznego jest darmowy dla producentów i konsumentów, to osoby działają racjonalnie ze swojego punktu widzenia, wykorzystując najtańsze źródła energii — przede wszystkim paliwa kopalne — w celu pozyskiwania energii. Respektują również prawa własności innych osób. A mimo to szkodzą, kiedy wykorzystuję ropę i węgiel w celu ogrzania domów, napędzania fabryk i przemieszczania osób z jednego miejsca w drugie. Wynika to z tego, że w trakcie spalania ropy i węgla rośnie zawartość CO2 w atmosferze, co z kolei, według RS, w nieunikniony sposób prowadzi do znacznego ocieplenia klimatu. Globalne ocieplenie natomiast skutkuje licznymi negatywnymi konsekwencjami, w szczególności stopienie czap lodowych, zmniejszenie ilości lodu na morzu polarnym, stopienie wiecznej zmarzliny i lodowców na Grenlandii i Antarktyce oraz zmianami prądów morskich, częstszymi i o większej skali niebezpiecznymi zjawiskami pogodowymi, przyspieszonym wymieraniem gatunków oraz przyspieszeniem transmisji chorób.

Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma czego dodać do tego łańcucha skutków fizycznych i biologicznych. Jednak dla porządku powinienem wymienić cztery powody, dlaczego nie przekonała mnie praca Der Klimawagen.

Po pierwsze, jak już wspomniałem, RS nie starają się przedstawić przeciwnego punktu widzenia. Twierdzą, że istnieje powszechna zgoda wśród wszystkich ekspertów, a przeciwne poglądy mniejszości na temat globalnego ocieplenia to poglądy nieuków i lobbystów. Absolutnie mnie to nie przekonuje. Dla porównania czytałem również książki Gregory’ego Wrightstona (Inconvinient Facts, 2017) i Bruce’a Bunkera (The Mythology of Global Warming, 2018), którzy nie tylko podważają rzekomy konsensus dotyczący zmian klimatycznych, ale również przedstawiają i omawiają liczne tezy dotyczące globalnego ocieplenia. Oczekiwałbym od RS, że jako profesorowie publicznego uniwersytetu, mimo wszystko, podjęliby się odpowiedzi przynajmniej na najważniejsze argumenty strony przeciwnej i wskazali ich słabość. To powinno być zrobione nawet w tak krótkiej pracy, jak Der Klimawagen, skierowanej do szerszego grona czytelników. Niestety autorzy nie podjęli żadnych takich prób. Zadowalają się wyszydzeniem wszelkich odmiennych poglądów, nie omawiając ich nawet powierzchownie. Jest to dla mnie zdecydowanie niewystarczające i to pierwsza przyczyna mojego sceptycyzmu.

Po drugie, jestem również sceptyczny wobec nauki o klimacie jako takiej, która wciąż jest bardzo młodą nauką. Czy ona faktycznie w pełni odkryła i zrozumiała cały skomplikowany mechanizm sprzężenia zwrotnego między dwutlenkiem węgla z jednej strony a takimi makrozmiennymi jak para wodna, prądy oceaniczne, chmury, parowanie itd. z drugiej strony?

Po trzecie, wątpię w prognozy nauk klimatycznych, ponieważ te prognozy są oparte nie na eksperymentach laboratoryjnych, ale na modelach i symulacjach. Trzeba należycie zastanowić się nad tym faktem. Prognozy klimatyczne są jedynie pośrednio oparte na pomiarach. Są one opracowywane na podstawie modeli i komputerowo wspomaganych symulacji. Fundamentalnym problemem stosowania tej techniki jest fakt, że nawet najmniejszy błąd — we wstępnych danych albo modelowaniu złożonych zależności między niezliczoną liczbą zmiennych — może mieć dramatyczny wpływ na końcowy rezultat wyliczeń (dodajmy jeszcze wiążący się z tym problem manipulacji politycznej). Dlatego wątpliwości są nieuniknione. Czy rzeczywiście możemy polegać na modelach i symulacjach klimatycznych? Czy one ustalają ilościową zależność między emisją dwutlenku węgla a globalnym ociepleniem tak precyzyjnie, jak twierdzą aktywiści klimatyczni? Samo nasuwa się na myśl porównanie z meteorologią. Chociaż lokalne temperatury na następne kilka dni możemy przewidywać z dobrą dokładnością, to naukowe przewidywanie pogody w przeszłości zawodziło. Dlatego jestem sceptyczny, gdy ktoś twierdzi — nawet gdy ten ktoś jest zadeklarowanym ekspertem — że jest w stanie przewidzieć przebieg globalnego ocieplenia w ciągu następnych stu lat w granicach dopuszczalnego błędu.

Po czwarte, mój sceptycyzm wynika również z własnego doświadczenia z modelami ilościowymi stosowanymi w mojej dyscyplinie, która również zajmuje się wyjaśnianiem funkcjonowania złożonego systemu — a konkretnie gospodarki. Ekonomiści próbują znacznie dłużej niż klimatolodzy przewidywać zmiany najważniejszych zmiennych makroekonomicznych — przede wszystkim inflacji cen, bezrobocia i wzrostu gospodarczego — przy użyciu makroekonomicznych modeli i symulacji. Rezultaty są zatrważająco słabe. W średnim i długim okresie prognozy są niemal zawsze błędne. Tak samo jest w przypadku wielu innych prognoz. Przypomnę tylko parę najbardziej spektakularnych porażek prognostycznych: w latach 60. XX wieku francuski ekonomista przewidywał, że Stany Zjednoczone zaleją i zmiażdżą gospodarki europejskiej, jeśli te nie rozpoczną silnych działań protekcjonistycznych. Tak samo mówiono o Japonii, jako zagrożeniu dla Stanów Zjednoczonych w latach 80. XX wieku: bez poważnej polityki protekcjonistycznej Ameryka stanie się kolonią Japonii. W latach 70. XX wieku przewidywano monopolizację całego sektora technologicznego przez IBM w najbliższym czasie, a w 1972 roku Klub Rzymski przestrzegał przed rychłym wyczerpanie się zasobów, zwłaszcza paliw kopalnych, jeśli tylko nie zostanie wprowadzona radykalnie odmienna polityka gospodarcza.

Jednak ostatecznie wszystkie te rozważania mają marginalne znaczenie dla omawianego tematu. Tematem nie jest to, czy temperatura naszej planty będzie wyższa za sto lat. Nie zajmuję się również związkiem emisji CO2 i globalnego ocieplenia, czy wkładem ludzkości do globalnego ocieplenia. Z ekonomicznego punktu widzenia istotne są inne pytania: dla których grup ludzi hipotetyczne globalne ocieplenie byłoby fundamentalnie korzystne lub niekorzystne? Jak szkody spowodowane globalnym ociepleniem mogą być ograniczone, by zachować racjonalny stosunek korzyści do szkód? Czy ten współczynnik korzyści-do-szkód może być poprawiony za pomocą rządowej interwencji? Zajmiemy się tymi pytaniami.

Konsekwencje globalnego ocieplenia

Aby szybko przejść do rzeczy, możemy założyć, że RS mają rację co do pozostałych kwestii. Załóżmy, że niepilnowana emisja CO2 przez współczesne społeczeństwo przemysłowe doprowadzi do znacznego globalnego wzrostu temperatury. Załóżmy dalej, że doprowadziłoby to do stopnienia lodowców, ograniczenia ilości lodu morza polarnego, stopnieniem wiecznej zmarzliny i pokryw lodowych na Grenlandii i Antarktyce, oraz spowoduje zmiany prądów oceanów, ekstremalne zjawiska pogodowe, przyspieszenie wymierania gatunków i rozprzestrzeniania się chorób.

Globalne ocieplenie ma zalety i wady

Wiemy, że z globalne ocieplenie skutkuje pozytywnymi i negatywnymi zmianami dla ludzkości. Te negatywne zmiany to głównie koszty związane z dostosowaniem się do nowych warunków i utraty pewnych obszarów i miast z powodu wzrostu poziomu wód. Z drugiej strony pozytywnym skutkiem będzie możliwość zagospodarowania wielkich obszarów ziemi, których wykorzystanie było wcześniej zbyt kosztowne, a teraz będą mogły być wykorzystane do rolnictwa i rozwoju miast, czy przez firmy przemysłowe.

Te korzyści i koszty nie dotkną wszystkich jednakowo. Prędzej czy później wiele osób będzie musiało opuścić swoje domy i przenieść się na nowe obszary, które zyskałyby na globalnym ociepleniu, w celu ochronienia się przed spadkiem poziomu życia. Bądź też będą musiały zaoszczędzić lub zainteresować obcy kapitał, aby skompensować pogorszenie warunków życia dodatkowymi inwestycjami. Z drugiej strony inne osoby mogłyby pozostać tam, gdzie mieszkają i cieszyć się lepszymi warunkami życia. Pierwotni posiadacze nieruchomości w swoich krajach skorzystaliby na zmienionym klimacie, gdyż napływ ludności zwiększyłby wartość ich ziemi. Natomiast wartość nieruchomości w krajach tracących z powodu zmian klimatu spadłaby.

Moglibyśmy rozszerzyć i pogłębić te rozważania, uwzględniając większą liczbę szczegółów, ale najważniejsze wnioski nie zmieniłyby się. Można je podsumować w trzech punktach. Po pierwsze, konsekwencje globalnego ocieplenia wskazane przez RS wiązałyby się zarówno z korzyściami, jak i stratami w całej gospodarce. Po drugie, te koszty i korzyści nie rozkładałyby się równo między regiony geograficzne i grupy społeczne, a jedni by na tych zmianach skorzystali, podczas gdy inni stracili. Po trzecie, te istotne nierówności mogłyby mieć długotrwałe skutki, zwłaszcza gdyby nie byłoby możliwe ich ograniczenie migracją lub zwiększeniem wydatków kapitałowych.

Prawa własności i konflikty

Zanim zgłębimy idee aktywistów klimatycznych, powinniśmy wyjaśnić podstawowe zagadnienie związane z istotnymi nierównościami, które właśnie podkreśliliśmy. Często twierdzi się, że nierówności prowadzą do konfliktu między uprzywilejowanymi a poszkodowanymi. Jednak niekoniecznie tak musi być. Konflikt ma miejsce wtedy, gdy różne osoby zgłaszają roszczenie do tego samego dobra. Jednak nierówność niekoniecznie musi prowadzić do konfliktu. Nie prowadzi do konfliktu, jeśli prawa własności już od początku określają, do kogo należy przedmiot. Własność prywatna jest wielkim kulturalnym osiągnięciem, właśnie z tego powodu, że ogranicza konflikty i przekierowuje siły ludzkie do produktywnych zastosowań, zamiast marnotrawić ją na konflikty między zarządcami.

Nierówności wynikające z globalnego ocieplenia à la RS niekoniecznie doprowadziłyby do konfliktów, jeśli osoby poszkodowane respektowałyby własność osób korzystających na ociepleniu. Jednak nawet gdyby powstał konflikt z powodu zazdrości czy niejasno określonych praw własności, własność wciąż byłaby najlepszym sposobem rozstrzygnięcia sporu. Współczesna historia gospodarcza dostarcza imponującego materiału dowodzącego słuszności tego stwierdzenia. W Niemczech i innych wysoko rozwiniętych krajach uprzemysłowienie, które miało miejsce w ciągu ostatnich 200 lat, spowodowało ogromne zmiany, które nie tylko miały skutki pozytywne, ale również negatywne oraz nierównomierną dystrybucję tych korzyści i niekorzyści. Mimo to konflikty zostały ograniczone do minimum, właśnie dzięki temu, że własność prywatna była szanowana przez niemal wszystkich.

Podobieństwa do tej sytuacji w przypadku globalnego ocieplenia są oczywiste. Rzeczywiście, na mniejszą skalę, uprzemysłowienie poskutkowało dokładnie tymi samymi konsekwencjami, którymi według RS ma poskutkować dla światowej gospodarki globalne ocieplenie. Uprzemysłowienie również miało ogromny wpływ. Wytworzone korzyści i niekorzyści także nie były egalitarnie rozdystrybuowane wedle kategorii geograficznych i społecznych — jedne grupy zyskiwały, a inne traciły. To spowodowało lub nasiliło nierówności społeczne, którym nie zaradziła w pełni migracja, ani zwiększone nakłady kapitałowe.

Rzekome niekorzyści z globalnego ocieplenia (I): ograniczone możliwości adaptacyjne ludzi

Co mówią aktywiści klimatyczni o konsekwencjach oczekiwanej zmiany klimatu? Jak udowadniają swoje założenie, że skutki antropocentrycznego globalnego ocieplenia „są w przeważającym stopniu negatywne” (s.88)?

Co ciekawe, RS wprost przyznają, że „cieplejszy klimat (…) nie jest a priori gorszy lub bardziej nieprzyjazny życiu niż klimat chłodniejszy” (s. 78). Więc w jaki sposób dochodzą do wniosku, że skutki negatywne „przeważają” pozytywne (ibid.)? Wskazują na dwa czynniki.

Pierwszy argument brzmi: „ponieważ ekosystem i społeczeństwo są dostosowane do poprzedniego klimatu” (s. 78). Przytoczmy kilka ich cytatów:

Poważne problemy pojawiają się zwłaszcza wtedy, gdy zmiany zachodzą znacznie szybciej, niż natura i ludzie są w stanie się do nich dostosować (…). Ludzie mogą dostosować się do nowych warunków — jednak błyskawiczna zmiana klimatu skutkować będzie nieaktualnością doświadczeń i przewidywań, a przez to rolnictwo może być niezoptymalizowane (s. 78).

Krzywa obrazująca globalne ocieplenie wykraczająca poza zakres tolerancji [czyli zmiana globalnej temperatury spowodowanej przez ludzi nie powinna przekraczać 2˚C i jednocześnie tempo zmiany temperatury na ziemi nie powinno przekraczać 0,2˚C na dekadę] oznacza warunki, jakich ludzkość dotąd nie doświadczyła (s. 97).

[B]ez ograniczenia wzrostu temperatury do maksimum 2˚C efektywne dostosowanie się do zmiany klimatu byłoby niemal niemożliwe. Gdyby w skali globalnej temperatura wzrosłaby o trzy, cztery czy nawet pięć stopni Celsjusza, to osiągnęlibyśmy temperatury, z którymi nie mieliśmy do czynienia na ziemi od milionów lat. Ograniczenia możliwości dostosowania się wielu ekosystemów byłyby przekroczone (s. 113).

Te stwierdzenia prowokują do zadania całej masy pytań, których RS niestety nie zadają. Jak definiują oni zdolności adaptacyjne ludzkości i jej ograniczenia? Czy istnieje jakiś sposób zmierzenia tego? Co wpływa na zdolność dostosowawczą? Skąd autorzy wiedzą, że ludzie prawdopodobnie nie byliby w stanie dostosować się do wzrostu globalnej temperatury o cztery czy pięć stopni? Ale nawet abstrahując od tych poważnych braków, cała ich argumentacja jest najeżona podstawowymi sprzecznościami logicznymi i przeczy doświadczeniom historycznym.

RS twierdzą, że radykalne przemodelowanie społeczeństwa przemysłowego jest konieczne, ponieważ zdolność dostosowywania się ludzkości do zmian warunków jest ograniczona. To stwierdzenie jest oparte na sprzecznych rozumieniach słów. Działania popierane przez RS bez wątpienia poskutkowałyby skokiem „którego dotąd żadna cywilizacja ludzka nie doświadczyła”. I mamy uwierzyć, że te działania są konieczne, ponieważ ludzkość dotąd nie była w stanie poradzić sobie z radykalnie odmiennymi warunkami?

Jednak argument RS jest sprzeczny z dotychczasowymi doświadczeniami z uprzemysłowieniem. Uprzemysłowienie spowodowało znacznie silniejsze i szybsze zmiany (chociaż w mniejszej skali geograficznej), niż powinniśmy spodziewać się w przypadku globalnego ocieplenia według prognoz aktywistów klimatycznych. Zdolność dostosowawcza ludzkości jest wyraźnie większa, niż RS zakładają, i ci profesorzy nie podejmują prób udowodnienia swojego założenia w jakikolwiek sposób. Samochody, samoloty, podróże kosmiczne, energia atomowa, biologia molekularna i mnóstwo innych czynników kształtujących dzisiejsze środowisko społeczne, do których dostosowali się nawet najprostsi ludzie, aż do niedawna były zmianami „jakich ludzkość dotąd nie doświadczyła”.

Utrata doświadczeń i zdolności przewidywania spowodowane nowymi warunkami to nie jest problem, który jest wyjątkowy wyłącznie dla globalnego ocieplenia. Ten problem pojawia się w przypadku każdego rodzaju wielkoskalowych innowacji i zmian. To problem, który rodziny i osoby, przedsiębiorcy i pracownicy rozwiązują lepiej lub gorzej każdego dnia.

Rzekome niekorzyści z globalnego ocieplenia (II): problemy etyczne i społeczne

Drugi argument, na który powołują się RS w celu udowodnienia zatrważającej przewagi negatywnych skutków globalnego ocieplenia nad pozytywnymi, to nierównomierne rozłożenie skutków w społeczeństwie. Kraje przemysłowe o umiarkowanym lub zimnym klimacie doświadczą lepszej pogody, natomiast rolnictwo w wielu „obszarach subtropikalnych i jałowych” będzie nękane przez upały i braki wody. „To jest moralne brzemię antropogenicznych zmian klimatycznych: najbiedniejsi, którzy niemal wcale nie przyczynili się do powstania problemu, zapłacą swoim życiem za zmiany klimatu” (s. 75). W innym miejscu RS piszą w identycznym tonie: „Co więcej, wiele osób będzie cierpieć z powodu susz, powodzi i sztormów (szczególnie tropikalnych cyklonów). Zmiany klimatyczne tworzą istotne problemy etyczne” (s. 78).

Te problemy etyczne są analizowane bardziej szczegółowo tam, gdzie omawiane są konsekwencje polityki laissez-faire, czyli polityki, która „z radością akceptuje niekontrolowane zmiany klimatu” (s. 89). Takie działania, jak piszą autorzy:

[o]bciążyłyby kosztami wynikającymi z darmowego wykorzystywania atmosfery jako śmietnika niemal wyłącznie przyszłe pokolenia, szczególnie wrażliwych na zmiany klimatu państw rozwijających się. Wiele pozarządowych organizacji działających na rzecz ochrony środowiska postrzega to zjawisko jako niemoralną kulminację historycznego wyzysku „Trzeciego Świata” przez uprzemysłowione kraje, które są odpowiedzialne za większość emisji gazów cieplarnianych (s. 89-90).

Ten argument również jest bardzo słaby. Staje się to jasne po omówieniu trzech podstawowych kwestii, które są tu istotne.

Pierwszym problemem jest to, czy dopuszczalne jest, by jednostka A podejmowała takie działania lub decyzje, które mają negatywne skutki dla jednostki B. I zazwyczaj odpowiedź na to pytanie brzmi (słusznie): to zależy. Firmy konkurujące na rynku z pewnością wpływają negatywnie na swoich konkurentów. Gdy bierzesz ślub z kobietą, którą kochasz, twoi konkurenci są niezadowoleni. Ci, którzy głoszą błędne idee, mogą zepchnąć na wiele zepchnąć politykę kraju na niewłaściwe tory. A mimo to mało kto stwierdzi, że konkurencja między przedsiębiorcami czy adoratorów powinna być zabronione czy że tylko zatwierdzone przez państwo opinie lub poglądy powinny być dopuszczone. I to podstawowe spostrzeżenie powinno być zastosowane do problemów klimatycznych. To oczywiste, że to nie może być argumentem za walką z globalnym ociepleniem to, że jakieś kraje na tym korzystają, a inne tracą.

Druga podstawowa kwestia jest taka: czy odpowiedź na pierwszy problem zmieniłaby się, gdyby negatywne skutki obciążyły biednych. Znowu, to zależy. Firmy z dużym kapitałem konkurują z firmami z małym kapitałem. Piękne kobiety są adorowane nie tylko przez przystojnych i bogatych, ale również przez biednych i brzydkich. Bayern Monachium ma najlepszą drużynę na świecie i dlatego ma najwyższy dochód i może pozwolić sobie na zakup najlepszych zawodników. Bez problemu da się znaleźć masę innych przykładów. Oczywiście bogaci konkurenci mogą korzystać ze swoich atutów, nawet jeśli konkurencja jest w gorszej pozycji. W przypadku globalnego ocieplenia nie powinno się go dopuszczać lub odrzucać wyłącznie dlatego, że działa na korzyść bogatych krajów, a szkodzi biednym.

Trzecią kwestią jest to, czy bieda Trzeciego Świata była lub jest spowodowana przez kraje uprzemysłowione, przez co powstał dług finansowy krajów przemysłowych, który teraz mógłby być — przynajmniej częściowo — spłacony poprzez ograniczenie emisji CO2. To pytanie wymaga dwóch odpowiedzi.

Po pierwsze, trzeba podkreślić, że nie ma absolutnie żadnego związku między zobowiązaniami finansowymi uprzemysłowionych gospodarek i polityką klimatyczną. Innymi słowy, nawet gdyby takie zobowiązania istniały, to nie byłoby szczególnych powodów, by je spłacać w formie polityki klimatycznej. Płatności transferowe czy inwestycje bezpośrednie również mogłyby być wykonane na rzecz państw udzielających kredytu, bez nakładania jakichkolwiek restrykcji na emisję CO2.

Po drugie, powinno się zwracać szczególną uwagę no to, że „historyczny wyzysk «Trzeciego Świata» przez uprzemysłowione kraje” nie jest niczym innym jak marksistowską bajeczką. Do wniosku, że wzbogacić się można wyłącznie poprzez wyzyskiwanie innych, można dojść tylko wtedy, gdy przyjmiemy niemożliwą do obronienia teorię wartości opartą na pracy. Rzeczywistość jest inna. Nie taka jest zależność między bogatymi a biednymi w tym samym kraju. I nie taka jest relacja między krajami bogatymi a biednymi. Zdecydowana większość surowców i materiałów, jakie pozyskali konsumenci czy przemysł, zostały zakupione od Trzeciego Świata, a nie ukradzione. W okresie kolonializmu konsumenci z krajów uprzemysłowionych wręcz subsydiowali kolonie, ponieważ nie tylko pokrywali koszty związane z działaniem fabryk i plantacji w krajach kolonialnych (płacili ceny dóbr), ale również płacili (w formie podatków) za utrzymanie administracji kolonialnej. Rzekome wyzyskiwanie Trzeciego Świata w rzeczywistości było świetnym interesem dla mieszkańców tych krajów. Nic nie dowodzi tego faktu lepiej niż zapaść ekonomiczna, jaka miała miejsce po zakończeniu okresu kolonializmu.

RS postawili rzeczywistość na głowie. Można nawet postawić tezę, która jest znacznie bardziej uzasadniona, że globalne ocieplenie w końcu zapewniłoby z dawna należne zyski osobom z krajów uprzemysłowionych. Przez wieki ludzie zamieszkiwali zimne, nieprzyjazne obszary i musieli ciężko pracować, by zebrać z nich plon, podczas gdy inni mogli grzać się w słońcu. Uprzemysłowione kraje podnoszą teraz temperatury poprzez emisję CO2 i ograniczają (chociaż nieświadomie) naturalne niedogodności, które tak bardzo im doskwierały przez wiele lat.

Można wskazać jeszcze mnóstwo innych mankamentów i problemów, ale już teraz powinno być jasne, że nie ma bezpośredniego przełożenia nauki o klimacie na politykę klimatyczną. Czy się to aktywistom podoba czy nie, muszą zainteresować się dziedzinami filozofów, prawników i ekonomistów. Na tych polach pomysły aktywistów nie wyglądają już tak dobrze, jak przedstawiają to RS w swojej pracy. Nawet jeśli globalne ocieplenie było nieuniknioną konsekwencją niekontrolowanego rozwoju gospodarczego, to nie jest to takie oczywiste, czy negatywne efekty globalnego ocieplenia są znacznie większe niż pozytywne skutki. W żadnym razie RS tego nie pokazują, a tym bardziej tego nie udowadniają.

Interwencjonizm klimatyczny

Zajmijmy się teraz polityką klimatyczną. RS zalecają politykę, która ma na celu wyeliminowanie emisji CO2 w jak największym stopniu za pomocą regulacji rządowych, zakazów i subsydiów (strategia unikania). Podstawową alternatywą jest oczywiście rezygnacja z tych środków i zaufanie uczestnikom rynku, że podejmą odpowiednie decyzje w celu dostosowania się do nieuniknionego globalnego ocieplenia (strategia adaptacji).

RS odrzucają leseferystyczną strategię adaptacji z powodów, jakie wcześniej omówiłem: ludzkiej niezdolności do adaptacji i nieegalitarystycznego wpływu globalnego ocieplenia. O ekonomicznych kontrargumentach mówią bardzo mało. Jak piszą:

Niektórzy ekonomiści twierdzą na przykład, że znacznie taniej byłoby przenieść ludność z Wysp Wielkanocnych, zagrożonych wzrostem poziomu wody, do Australii czy Indonezji na koszt gospodarek uprzemysłowionych, zamiast obciążać gospodarkę ograniczeniami emisji gazów cieplarnianych. (s. 90)

Tak, to rozumowanie brzmi rozsądnie. Szkoda że RS nie podają nazwisk i nie polecają czytelnikom tych rozsądnych ekonomistów, aby czytelnicy sami mogli sformułować swoje opinie. W każdym razie, profesorowie z Poczdamu nie mogą zgodzić się z tymi ekonomistami. Dlaczego? Oto dlaczego:

Robiąc tak, zapominamy o problemach etycznych i społecznych oraz istnieje duże zagrożenie, że takie rozważania otworzą geopolityczną puszkę Pandory. (s. 90)

Wiele można ekonomistom zarzucić, ale rzadko zapominają oni o aspektach etycznych czy społecznych polityki gospodarczej. Jednak zdecydowana większość ekonomistów nie toczy wojny z systemem rynkowym jako takim, czy etyką własności prywatnej. Nie uważają tego za problematyczne, bazując na obserwacji, że ludzie zmieniają świat, jednocześnie w tym samym czasie dostosowując się do zmian w środowisku naturalnym i społecznym. Według większości ekonomistów — i większości ludzi — normalnym jest dla ludzi wynosić się z danego miejsca, gdy odkryją, że żyją na obszarach zagrożonych powodzią. Stosuje się to również do obszarów, które nie były zagrożone powodzią, ale stały się takimi w skutek działalności ludzi. Stosowałoby się to również w przypadkach, gdy powodzie byłyby spowodowane celowo, ponieważ podstawowe pytanie brzmi, czy producentowi zanieczyszczeń wolno tak uczynić.

Polityka migracyjna i epidemiologiczna rządu federalnego Niemiec to podobne przypadki. Oba doprowadziły do ogromnych zmian w społeczeństwie w Niemczech, a wiele osób na podstawie tych działań zdecydowały się na wyprowadzkę za granicę; niektóre zrezygnowały ze swojego obywatelstwa. Zarówno polityka rządowa, jak i reakcja imigrantów są postrzegane przez większość obywateli jako uprawnione. Z logicznego punktu widzenia nie ma najmniejszej różnicy w zmianach środowiska naturalnego pod wpływem działań niektórych osób, a reakcją innych na działania tych osób.

W jakim stopniu te rozważania są otwieraniem „geopolitycznej puszki Pandory”? Czy jest zbrodnią rozwiązanie problemu samemu, zanim zaproponuje się lub wymusi swoje rozwiązanie na innych? A może, patrzcie i podziwiajcie, złem jest adaptacja, czyli wymaganie od każdej osoby, by dostosowała się do ogólnego rozwoju gospodarczego i również globalnego ocieplenia, które może z tego wyniknąć?

RS jedynie krótko i powierzchownie zajmują się tymi przemyśleniami. Jak twierdzą, te rozważania wynikają z utylitarystycznego światopoglądu, a ich preferowana strategia unikania emisji CO2 jest produktem stricte naukowego myślenia. Taka kategoryzacja wydaje się niepoprawna, ale to drugorzędna kwestia. Zajmijmy się istotą tego problemu.

Według RS fundamentalnym problemem strategii adaptacji jest problem optymalizacji. Celem jest maksymalizacja „całkowitych korzyści z ochrony klimatu”. Te całkowite korzyści są z kolei równe zapobiegnięciu zniszczeniom klimatycznym minus nieponiesione koszty adaptacji (s. 91). RS następnie krytykują to podejście za pomocą argumentów, z którymi zgodzilibyśmy się, więc nie będziemy ich tutaj omawiać. Jednak błędem by było wnioskować, jak RS, że podali oni wystarczające powody, aby odrzucić leseferystyczną strategię adaptacyjną. Podstawową wadą całego argumentu jest to, jak prezentują problem. Całkowicie nieodpowiednia jest redukcja strategii adaptacyjnej do makroekonomicznego problemu adaptacyjnego. To jest błędne od samego początku. Dostosowanie do rozwoju ekonomicznego i globalnego ocieplenia to nie matematyczny problem optymalizacyjny, który musi rozwiązać centralna rada planistyczna. To jest wyzwanie dla działań jednostek, dla wspólnot mieszkalnych, stowarzyszeń i firm. To wyzwanie, z którym mierzą się wszyscy, podejmując inicjatywy i zawierając umowy.

Uczestnicy rynku nie muszą martwić się o całkowite oczekiwane zniszczenia spowodowane zmianami klimatycznymi i kosztami adaptacyjnymi. Muszą jedynie spróbować znaleźć rozwiązanie właściwe dla siebie. Nie decydują na podstawie danych makroekonomicznych, ale na podstawie dochodów i kosztów pieniężnych, co do których są przekonani, że mają znaczenie dla podejmowanych działań.

Gospodarka rynkowa jest systemem regulującym, który spaja w jedną sieć zdecentralizowane ośrodki podejmowania decyzji; dzięki rynkowi decyzje są względem siebie komplementarne i wzajemnie się korygują; rozwiązuje istotne problemy ludzkości, jednocześnie dbając o cele pojedynczych osób i ich potrzeby. Gospodarka rynkowa nie ma centralnego planu. Jest napędzana niezliczonymi planami, które nie są wykluczające się, ale powiązane, tworząc razem spójny system. W przeszłości wykazała swoją wyższość nad centralnym planowaniem. Dlatego logiczne jest, że ekonomiści powinni polegać na rynku w celu rozwiązania problemów klimatycznych.

To podejście rynkowe znajduje się zdecydowanie poza obszarem zainteresowań RS. Według nich rynki mogą „jedynie częściowo zaradzić problemowi klimatyczno-energetycznemu”, przynajmniej jeśli rozwiązanie ma wynikać „z wewnętrznej motywacji” (s. 104) rynku. Dlatego profesorowie z Poczdamu zalecają rządom „aktywne kształtowanie transformacji energetycznej: na przykład poprzez tworzenie warunków odwodzących od podejmowania katastrofalnych długoterminowych decyzji inwestycyjnych i poprzez zapewnianie bodźców zachęcających do inwestowania kapitału w firmy promujące proekologiczne rozwiązania” (ibid.).

Innymi słowy, jak myślą RS, wszystkie problemy i rozwiązania są rozwiązywane przez centralnych planistów — ludzi takich jak oni sami. Cała ich polityka opiera się na przekonaniu o tym, że „nie ma realistycznej alternatywy dla analizy przyczynowo-skutkowej” (s. 95) — czyli interwencjonistycznej polityki klimatycznej.

Jak przekonaliśmy się — mylą się. Istnieje alternatywa. Jest nią kapitalizm. I nie drży on na myśl o skutkach globalnego ocieplenia.

 

[1] Książka ta jeszcze nie została przetłumaczona na język angielski. Jednak Rahmstorf opublikował podobną pracę z innym współautorem: David Archer i Stefan Rahmstorf, The Climate Crisis: An Introdutory uide to Climate Change, Cambridge University Press, Nowy Jork, 2010.

[2] Chociaż łączenie pracy naukowej z aktywizmem politycznym może wzajemnie uzupełniać się, to powstaje również zagrożenie dla rzetelności naukowej. Nie zawsze jest dobrym pomysłem łączyć ze sobą problemy i koncepcje naukowe z zagadnieniami praktycznymi. Co więcej, poglądy polityczne mogą wpływać na zadawane pytania badawcze i w ten sposób prowadzić na manowce. W najgorszym wypadku nauka może zostać zideologizowana. W takiej sytuacji wynik badań jest dyktowany przez ideologię. Badacz stara się znaleźć dane i metody, które zapewnią pożądane rezultaty. Te zagrożenia są obecne we wszystkich dyscyplinach naukowych istotnych politycznie, zwłaszcza ekonomii i klimatologii. Wybitny filozof Gottfried Wilhelm Leibniz trafnie stwierdził, że nawet teorematy geometrii byłby zakwestionowane, gdyby miał chociaż minimalne znaczenie polityczne.

Źródło ilustracji: Pixabay.com

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jörg Guido Hülsmann

Jörg Guido Hülsmann (ur. w 1966 r.) jest profesorem ekonomii na University of Angers we Francji.

Pozostałe wpisy autora:

Komentarz “Hülsmann: Ekonomia polityczna zmian klimatycznych

  1. Świetny artykuł. Niestety takie poglądy nie przebijają się do głównego nurtu, ponieważ aktualnie wszystko odbierane jest emocjonalnie, a nie zdroworozsądkowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *