Trask: Inflacja i rewolucja francuska – opowieść o monetarnej katastrofie

21 stycznia 2022 Historia gospodarcza komentarze: 0

Autor: H.A Scott Trask
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Krystian Pospiszyl
Wersja PDF

Rewolucja francuska (1789-1794) była prekursorem scentralizowanego, totalitarnego, pseudodemokratycznego, nepotycznego despotyzmu, który teraz panuje na Zachodzie. Przypomina ona także, że demokracja idzie w parze z inflacją, tak jak grzmot z błyskawicą. Spójrzmy jeszcze raz na tę rewolucję z punktu widzenia wolnego rynku i silnego pieniądza.

W ciągu dwóch stuleci nie powstała lepsza analiza dwóch pierwszych lat rewolucji francuskiej niż Rozważania o rewolucji we Francji Edmunda Burke’a (1790). Bystry, przenikliwy Burke brytyjsko-irlandzki parlamentarzysta i liberalny wig – był praktycznym politykiem i filozofem politycznym. Gdyby angielski rząd i koledzy parlamentarzyści posłuchali się jego rad w latach 70. XIX w., Amerykanie nigdy nie wznieciliby rewolty przeciwko koronie, a Wielka Brytania wciąż posiadałaby swoje cenne kolonie. A gdyby posłuchali go Francuzi, uniknęliby terroru, wojny totalnej oraz Napoleona. Burke wciąż jest oskarżany przez bezrozumnych akademików i ekspertów-ignorantów o niespójność i odejście od standardowych interpretacji w swoich reakcjach na rewolucję francuską i amerykańską.

Burke był zarówno liberałem, jak i człowiekiem prawicy. Wierzył w tolerancję religijną, jednak wspierał kościół, Wspólnotę anglikańską. Przyjaciel i wielbiciel Adama Smitha bronił wolności ekonomicznej, wierzył też jednak, że utrzymanie cywilizacji zależało ziemskiej arystokracji i jej oddzielnej reprezentacji politycznej. Zaprzeczał poglądowi, że król ma prawo do opodatkowania swoich podwładnych bez ich zgody, ale był zarazem przeciwnikiem demokracji oraz uniwersalnych praw wyborczych. Burke nie zgadzał się z tym, że wolność może być osiągnięta za pomocą rewolucji czy intelektualnych dążeń. Dla niego wolność była produktem tradycji oraz historii, a jej zwycięstwa musiały być urzeczywistnione w odpowiednich instytucjach.

Władza królewska była we Francji ograniczana przez opinię publiczną, niezależny kler i parlamenty, czyli szlacheckie instytucje sądownicze. Szlachta podziwiała brytyjski ustrój mieszany, monarchię, parlament, kartę praw, tolerancję wobec ludzi innych wyznań i gospodarkę, która była znacznie bardziej liberalna od francuskiej. Chcieli, by we Francji panowały podobne warunki co w Anglii i byli na dobrej drodze, by takowe wprowadzić. Burke sądził, że francuska rewolucja była katastrofą dla Francji, zachodniej cywilizacji oraz wolności, a nie koniecznym, aczkolwiek krwawym krokiem na drodze postępu. Przed rewolucją francuski absolutyzm i służący mu merkantylizm zaczynały słabnąć. Rygor znacznie osłabł od czasów rządów Króla Słońce, Ludwika XIV. Jego praprawnuk przyjął reformistyczny etos ‒ liberalizował gospodarkę i przywracał instytucje średniowiecznej wolności: prowincjonalne zgromadzenia oraz Stany Generalne. Burke nazywał francuską monarchię „despotyzmem bardziej w wyglądzie, aniżeli w rzeczywistości”, w której „zbyt dużo uwagi poświęcano duchowi innowacji”.

Jak zauważył Burke, zanotowane instrukcje dla szlacheckich delegatów do Stanów Generalnych „tchnęły tak gorącym duchem wolności i zalecały tak mocne reformy, jak w przypadku innych sejmujących stanów”. Może nawet bardziej. Duch leseferyzmu, konstytucjonalizmu oraz wolności obywatelskich był silniejszy w szlachcie, aniżeli w burżuazji, a już na pewno silniejszy niż wśród miejskich rzemieślników i chłopów.

Spór polityczny w Stanach Generalnych w maju i czerwcu 1789 r., który doprowadził do wybuchu rewolucji, dotyczył sposobu głosowania. Chodziło o to, czy trzy stany powinny głosować jako całość, czy ich członkowie powinni móc głosować indywidualnie. Monarcha słusznie sprzymierzył się z pierwszymi dwoma stanami, ale stan trzeci w końcu zmęczył się całą tą kontrowersją i zadeklarował przeistoczenie się w Zgromadzenie Narodowe, nie przejmując się dwoma pozostałymi stanami. Podążali zgodnie z logiką stanowiska swojego stanu, ale ulegli również w naiwnej i marzycielskiej nadziei francuskich mas, że porzucenie starego porządku społecznego będzie oznaczało dla nich większy dobrobyt i wolność. Wielu „konserwatywnych” i „liberalnych” historyków przyklasnęło przejęciu władzy przez stan trzeci i twierdziło, że rewolucja poszła złym torem dopiero po tym, jak Robespierre oraz Góra zdobyli władzę. Jednak Burke wiedział lepiej.

Poprzez swoją arogancka uzurpację, stan trzeci wyraził swoją pochopną „preferencję dla despotycznej demokracji w stosunku do somokontrolujących się rządów” — Był to wielki błąd, jak uważał Burke — „Nie zgadzam się” [z opinią Arystotelesa oraz innych starożytnych krytyków demokracji] „że absolutna demokracja, nie bardziej niż absolutna monarchia, [nie] może być zaliczona do legalnych form rządu. Demokracja kojarzy się bardziej z korupcją oraz degeneracją, aniżeli z konstytucją republiki”.

Arystoteles zauważył, że „demokracja ma wiele punktów wspólnych z tyranią”. Burke zaś tłumaczy: „Ich etyczne poziomy są takie same: obydwa ustroje przedkładają despotyzm nad lepszą klasę obywateli… demagog i faworyt dworu nie tak rzadko są identycznymi ludźmi, a pomiędzy nimi zawsze istnieć będzie pewna analogia: mają oni władzę, każdy w swoim reżimie, faworyci u absolutnego władcy, a demagodzy u ludzi, których już opisałem”.

Burke nie był na tyle naiwny, by wierzyć, że Francja wraz z jej 26-milionową populacją, jej ogromnym terytorium, jej różnorodnymi interesami, mogła być państwem demokratycznym. Spodziewał się, że do władzy dojdzie „niegodziwa oligarchia” w sojuszu z „pieniężnym interesem” Paryża, tucząc się na rządowych posadach oraz wzniecając powstania w bezrozumnych rozmyślaniach o klerze oraz szlachcie. Tak długo jak ryczący tłum, „świńska hołota”, był efektywnym instrumentem w rękach władzy, mogła ona z powodzeniem odrzucać wszelkie wolnorynkowe reformy. Burke przewidział, że rząd zacząłby łączyć wady demokracji z wadami oligarchii, a to wspomogłoby despotyzm prawników oraz pochlebców rządu. W tym aspekcie miał całkowitą rację.

Zirytowany Burke zastanawiał się, dlaczego Francja zdawała się wpadać z rąk jednego ekstremalnego rządu w ręce innego, jak gdyby nie było dla tego kraju trzeciej opcji. „Nie słyszeli oni nigdy o monarchii rządzonej prawem, kontrolowanej i równoważonej przez dziedziczne bogactwo oraz dziedziczną dumę narodową, które zaś kontrolowane były przez rozsądnych sędziów, działających jak jeden organ?”. Nie! Zamiast wspierać Stany Generalne jako „stałe stowarzyszenie, w którym ludzie mieliby sprawiedliwie rozdzieloną władzę”, oni rzucają całą władzę w ręce niedoświadczonych oraz porywczych mas. Cała struktura konstytucjonalnego porządku Francji została „zniszczona, a jej miejsce zajął teoretyczny, eksperymentalny gmach”.

Czy było to mądre? Kto pozostał u władzy w Zgromadzeniu Narodowym, sile Paryża? Burke sądził, że nikt. Zgromadzenie Narodowe, twierdzące, że jest wcieleniem narodu, wymazało starożytne prowincje Francji (zastępując je nienaturalnymi departamentami), zniosło paryski parlament oraz jego prowincjonalne odpowiedniki, zniszczyło pierwszy stan, konfiskując majątki jego członków oraz pozbawiając ich wszelkich godności i tytułów, zniszczyło wszelką siłę polityczną szlachty oraz zgromadziło władzę w rękach rewolucyjnego zgromadzenia. Burke porównał Paryż pod nowymi rządami do starożytnego Rzymu. „Tak długo jak Paryż ma powiązania ze starożytnym Rzymem, wspierany będzie przez niezależne prowincje. To jest zło towarzyszące dominacji suwerennych demokratycznych republik. Tak jak w Rzymie, może się stać tak, że przetrwa republikańska dominacja. W takim przypadku despotyzm musi ustąpić miejsca ludu. Rzym w czasie trwania cesarstwa połączył zło obu tych systemów””. Taki sam los spotkałby Paryż i Waszyngton. Niezależne autorytety, legalne instytucje oraz konstytucja kontrolujące każdy ruch suwerena zostały zniszczone. Droga została utorowana dla le levee in masse, dla les assignats i les papiers-monnaies, dla the Maximum, dla le Comite de Salut Public, dla la Terreur, dla la guerre totale… dla Napoleona.

Inflacja

Zgromadzenie Narodowe, które de facto zaczęło sprawować w Paryżu władzę latem 1789 roku, musiało zmierzyć się z jeszcze gorszym fiskalnym problemem, niż ten, któremu musiał stawić czoła król. Zgromadzenie wydawało ogromne sumy pieniędzy na roboty publiczne w Paryżu oraz na subsydia żywnościowe. Będąc wolnymi od królewskiej władzy, obywatele niechętni byli płaceniu podatków. Wielu z nich, bez wątpienia, zinterpretowało rewolucję jako drogę do zniesienia podatków oraz usunięcia opresyjnych aparatów państwowych. Żądne dochodów Zgromadzenie Narodowe nie zniosło znienawidzonego gabelle (podatku od soli), jednak nikt już nie płacił tego zobowiązania.

W tym czasie zyski państwa spadały z powodu długu narodowego. Co trzeba było zrobić? Logiczną odpowiedzą na to pytania było odrzucenie olbrzymiego długu pozostawionego przez monarchę. W końcu lud Francji, któremu przez wieki nie dane było się wypowiedzieć, nigdy nie zatwierdził ani nie usankcjonował tego długu: jeśli monarchia była tak opresyjna i niesprawiedliwa jak twierdzili rewolucjoniści, oczywistym było, że wyzwolone masy nie powinny być obciążone spłatą zadłużenia.

Cóż, sprawiedliwość zależy od tego, czy ma władzę czy nie. Zgromadzenie nie zgodziło się odrzucić tego długu, gdyż bało się niechęci ze strony pożyczkodawców z Paryża, Amsterdamu, Hamburgu i Genewy. Zgromadzenie podniosło nieprzychylność królewskich dynastii w Europie, więc po co i z bankierów robić sobie wrogów? Oprócz tego nowy rząd też musiał skądś pożyczać pieniądze. Republikańska armia musiała chronić rewolucję od ich przeciwników, zarówno w ojczyźnie, jak i poza jej granicami. Przez to rząd zdecydował się przyjąć zobowiązania monarchy. W jaki jednak sposób?

Zgromadzenie wiedziało, że było to politycznie niepojęte, by nakładać nowe podatki i oczekiwać, by były one płacone bez wysyłania armii i grożenia chłopom. Kto jednak opłaciłby armię? O dalszych pożyczkach nie było mowy bez nowych podatków. Jedyne co pozostało, to rozgrabienie majątku uprzywilejowanych. W listopadzie 1789 roku Zgromadzenie wywłaszczyło francuski Kościół z ziemi i majątków oraz zadeklarowało, że są to „własności narodowe”. Odtąd byłyby one „do dyspozycji narodu” (czyli w gruncie rzeczy państwa). Burke szyderczo komentował, jak to rząd, wciąż zaledwie w powijakach, sięgnął po „jeden z najżałośniejszych środków dotacji despotyzmu”.

Burke odrzucił twierdzenie, że prawa własności należą jedynie do jednostek. Należały one także do korporacji, takich jak Kościół, którego tytuły własności liczyły już sobie ponad tysiąc lat. Jednak według przywódców rewolucji sprawy miały się zgoła inaczej. Dla nich Kościół „nie miał praw do majątku, który dotychczas posiadał zgodnie z prawem, użytkując go, potwierdziwszy decyzjami sądów i trwającym już tysiąc lat zasiedzeniem”.

Burke odrzucał twierdzenie, że Kościół był pasożytem wobec narodu francuskiego. Kościół nie był zwolniony z podatków, zapewniał także różnorakie społeczne usługi, takie jak darmowe szkoły podstawowe, akademie, szpitale oraz sierocińce. Chociaż możemy preferować czysto prywatne dostarczanie tych usług, to czy jesteśmy w stanie wątpić, że Francji było lepiej z jej charytatywnych i edukacyjnych instytucjami pod kontrolą ludzi Kościoła, którzy byli niezależni od rządu i funkcjonowali uznając gospodarcze realia? Burke uważał wywłaszczenie Kościoła z jego ziemi za akt godny tyrana. Porównał go do rozgrabienia własności kościelnej przez „tyrana” Henryka VIII, króla Anglii 250 lat wcześniej.

Burke przyrównał konfiskatę kościelnego majątku do nałożenia pierwszej warstwy „zaprawy murarskiej”, przy pomocy której rewolucyjny rząd umocnił swoją władzę nad zjednoczoną, aczkolwiek zniewoloną Francją, którą rząd ten traktował jako zdobycz. Drugą warstwą zaprawy była „potęga Paryża”, a trzecią zaś „armia państwowa”. Łącząc ze sobą potęgi polityczną, ekonomiczną i militarną, rząd francuski stworzył bezbożną trójcę opresji i wyzysku.

Burke wierzył, że konfiskata majątku ocaliła rząd na trzy sposoby. Po pierwsze, zniszczyła górną warstwę społecznej hierarchii, która mogłaby opierać się jego moralnej i politycznej władzy. Po drugie, rząd uspokoił paryską i zagraniczną finansierę przez spłatę części królewskiego długu. Niesprawiedliwością było zdobycie funduszy na spłatę poprzez grabienie majątku kościelnego, majątku instytucji, która ani nie była odpowiedzialna za ten dług ani z niego nie korzystała. „To obronie własności obywateli, a nie żądaniom wierzycieli państwa powinno poświęcić się społeczeństwo obywatelskie” — pisze Burke. Po trzecie, rząd stworzył nową klasę posiadaczy ziemskich, którzy byli lojalni rewolucyjnemu państwu, od którego zależały ich tytuły własności do ziemi.

Zgromadzenie Narodowe nie potrzebowało wiele czasu, by uświadomić sobie, że sama sprzedaż kościelnej ziemi nie wystarczy na pokrycie finansowej bonanzy, o której marzyło. Po pierwsze, rzucenie całej kościelnej własności na rynek zmniejszyłoby jej cenę. Po drugie, nie było dostatecznie dużo ruchomego kapitału we Francji, by robić wielkoskalowe zakupy. Co więc zostało? Nadszedł czas na „ostatnie remedium”, na finansową niewypłacalność — rządowy pieniądz dekretowy. W marcu 1790 roku Zgromadzenie zaakceptowało wydrukowanie 400 milionów liwrów w asygnatach z nominałami 200, 300 oraz 1000 liwrów, przynoszących trzyprocentowy zysk i przyjmowanych przy płaceniu podatków oraz zakupie państwowych własności. Miały one charakter angielskich banknotów skarbu państwa, bądź amerykańskich banknotów kredytowych. Zwolennicy asygnat twierdzili, że ich wydrukowanie pozwoli spłacić wierzycieli państwa, dostarczyć środków do kupna ziemi dla ludzi, przywróci do obiegu stezauryzowany kruszec oraz będzie stymulować handel i przemysł.

Wielu delegatów, wliczając w to Cazalesa, Bergasse’a, Maury’ego, Neckera oraz Nemoursa, było przeciwnych temu dodrukowi. Twierdzili oni, że nowa waluta znacznie straci na swojej sile, co w następstwie przyniesie dalszą emisję pieniądza, dalszy spadek siły waluty i to, że banki spekulacyjne jak katastrofa Kompanii Missisipi Johna Lawa (1717–20) ponownie zagoszczą w republikańskiej Francji. Jednak ich wątpliwości i ostrzeżenia były ignorowane. Entuzjaści nowego rządu twierdzili, że prawa ekonomiczne nie imają się Francji, że kraj ten nauczył się z porażki Johna Lawa, by nie przesadzać z dodrukiem pieniędzy, że inflacja będzie znacznie bezpieczniejsza dla republiki, aniżeli byłaby dla monarchii (dokładne przeciwieństwo prawdy), że ogromne bogactwo Francji było dostateczną ochroną przed skutkami inflacji. Nawet pomimo tego że kwestia ta była relatywnie umiarkowana, asygnaty zdewaluowały się pięć, a później siedem procent wobec złota.

Warto podkreślić, że Zgromadzenie Narodowe nie było całkowicie przeciwne gospodarczej wolności. Obalili oni dziesięcinę, pańszczyznę, cechy oraz wszelkie bariery handlowe. Nie zdecydowali się jednak na dalszą liberalizację. Zamiast tego zaczęli iść w stronę potężnego merkantylizmu. Burke pisze o ich pogardliwym „buncie wobec praw ekonomii”. Jean Baptiste Say stwierdził z odrazą, że „jakiekolwiek głosy ekonomistów przeciwne polityce gospodarczej Zgromadzenia Narodowego szybko zagłuszano gwałtownymi inwektywami”. Z czymś takim zawsze spotykają się ludzie głoszący niewygodne prawdy.

Z końcem lata rządowi znów skończyły się fundusze, więc naturalnie zaczął on dodruk pieniędzy. Jednak tym razem podwoił on kwotę do 800 milionów, obniżył cenę kredytów, a wydrukowane pieniądze uczynił legalnym środkiem płatniczym w całej Francji. Gdy ekonomiści ponownie podnieśli głos sprzeciwu, zwolennicy dodruku odpowiedzieli, że państwo będzie czuwać nad siłą pieniądza, że asygnaty, które wpłynęły do skarbca będą zniszczone, że to będzie ostatnia emisja pieniędzy.

(Kiedykolwiek tylko rząd obiecuje nie używać swojej władzy, można być pewnym, że swojej przysięgi nie dotrzyma, gdy stanie się ona niewygodna, bądź gdy rządzący uwierzą, że mogą jej nie spełnić. Tylko głupcy lub ignoranci wierzą słowom polityków i rządzących.)

Burke zakończył swoje Reflections… krótko po drugim dodruku. Wielu zwolenników ekspansji pustego pieniądza przywoływało przykład banknotów Banku Angielskiego jako źródło angielskiego dobrobytu oraz dowód, że pieniądz dekretowy jest bezpieczny. Burke jednak wyraźnie zaznaczył kontrast między bankiem podlegającym władzy jego kraju a francuskimi asygnatami. Kontrast ten polegał na tym, że angielskie banknoty miały swoje „początki w pieniądzach już zdeponowanych”, że są „wymienialne na życzenie, natychmiastowo i bez żadnych strat, po czym mogą być oddane do depozytu ponownie”. Francuscy zwolennicy inflacji błędnie założyli, że „nasza rozwijająca się Anglia swój sukces zawdzięcza banknotom. To banknoty zawdzięczają swoją siłę rozwijającemu się handlowi, solidności naszego kredytu oraz całkowitego wyłączenia idei przymusu z transakcji”. Jak różna była francuska waluta od brytyjskiej? Była ona wymuszona na wszystkich obywatelach Francji, niewymienna, mogła być drukowana bez żadnych limitów i odpowiadała tylko potrzebom rewolucyjnego rządu. Burke potępił jakość francuskiej waluty oraz nierozważne środki, którymi posłużyła się władza, by ją wprowadzić, określając to jako: „gwałt na instytucjach kredytu, własności oraz wolności”. Komentując obrabowanie Kościoła przez francuski rząd oraz użycie tej skradzionej własności, by pokryć tę fałszywą oraz wymuszoną walutę, Burke napisał: „Rabują tylko po to, by umożliwić sobie oszustwo”. Ustanawiając „aparat oszustwa i przemocy”, rozkazali niegdyś wolnym Francuzom, kierując na nich ostrza bagnetów, „przełykać dawki złożone z trzydziestu czterech milionów papierowych szterlingów”. Rzeczywiście, Wolność, Równość, Braterstwo!

Konsekwencje drugiej emisji były dokładnie takie, jakie zapowiedzieli znienawidzeni ekonomiści: rosnące ceny, gorączkowe spekulacje, narzekania na niedobory pieniędzy, wezwania do dalszego dodruku asygnat, osłabienie handlu oraz przemysłu, nadmierna konsumpcja oraz spadek oszczędności. Ekonomiczna kalkulacja stała się niemożliwa, lecz spekulacje — bardzo zyskowne (bądź też rujnujące). Trzeba docenić Burke’a za jego dokładne prognozy. Sądził on, że wzrost cen, konsekwencja inflacji asygnat sprawi, że dla farmerów wprowadzanie ich plonów na rynek stanie się nierentowne. Rolnicy sami będą je konsumować, bądź też handlować nimi ze swoimi sąsiadami. W takim wypadku rząd wyśle swoich żołnierzy na prowincję, by skonfiskowali żywność. Stało się dokładnie tak, jak Burke przepowiedział.

Rewolucyjny rząd zdecydował się naprawić wyrządzone inflacją szkody za pomocą dalszej inflacji. Zamiast zniszczyć wydrukowane asygnaty, zaczęli je ponownie drukować, jednak tym razem waluta ta miała mniejsze nominały. W czerwcu 1791 r. wydrukowali oni następne 600 milionów asygnat (o poprzedniej obietnicy, by skończyć z inflacją rząd zapomniał), a w grudniu następne 300 milionów. Na koniec roku siła nabywcza banknotów zmalała do 66% wartości nominalnej. W 1792 r. władza wydrukowała kolejne 600 milionów. W kwietniu tego samego roku skonfiskowano majątki emigrantów (którzy zbiegli z Francji, by uniknąć śmierci bądź więzienia) i uczyniła z nich własność państwową. I w końcu nadszedł rok 1793 — rok la Terreur. Wypróbowawszy inflację i przymus prawny, rząd zdecydował się zastraszyć mieszkańców Francji, by ci zaakceptowali spadającą siłę asygnat oraz kupowali i sprzedawali po stratnych dla nich (patriotycznych) cenach.

W marcu Zgromadzenie Narodowe utworzyło orwellowską Komisję Bezpieczeństwa Publicznego, która była czymś w rodzaju komisji terroru, stworzonej do rabowania i zabijania tych, których uważano za „zdrajców” Francji czy la Revolution. W maju uchwalono le Maximum, nakładając limity cenowe na zboże, co poskutkowało niedoborami. W czerwcu uchwalono wymuszone pożyczki, podatek progresywny, którego progi były stale obniżane, by mógł on dosięgnąć coraz więcej obywateli. Uchwalono także prawdziwie drakońskie i bezlitosne prawo, którego celem było zmuszenie ludzi do akceptowania asygnat tylko po ich nominalnej wartości. W lipcu Zgromadzenie unieważniło państwowe zobowiązanie do wykupu pierwszej, oprocentowanej, emisji asygnat.

W sierpniu zdelegalizowano handel (sprzedaż i kupno) kruszcem. We wrześniu Zgromadzenie uchwaliło generalne maximum, ustawiając ceny maksymalne na żywność, drewno, węgiel oraz inne dobra. W tamtym miesiącu, pomimo ciążącego przymusu, wartość asygnat spadła o 30% w stosunku do złota. W ciągu 1793 r. Zgromadzenie wyemitowało 1,2 miliarda asygnat, a w 1794 r. 3 miliardy. W następnym roku nadszedł istny potop. W 1795 r. rząd wydrukował następne 33 miliardy i w październiku, gdy ustanowiony został nowy rząd — Dyrektoriat — siła nabywcza asygnat niemalże nie istniała. Na czarnym rynku 600 asygnat było warte tyle co jeden frank w złocie.

Dyrektoriat skończył z asygnatami, jednak nie z inflacją. W lutym 1796 r. władza wypuściła nową walutę zwaną mandatami. Jeden mandat miał być warty 30 asygnat. W sierpniu, po tym jak rząd wydrukował 2,5 miliarda mandatów, siła waluty spadła. W tym czasie siła nabywcza mandatu spadła do 3% wartości nominalnej. W 1796 r. Dyrektoriat miał już dosyć — wreszcie, wycofał się z utrzymywania statusu środka płatniczego dla asygnat i mandatów. Skutkiem tego było równoczesny zanik siły nabywczej obu tych walut.

Dopiero Napoleon musiał przywrócić twardy pieniądz we Francji. Jako Pierwszy Konsul (1801) wprowadził złotą monetę 20 frankową i zaczął nalegać, by żołnierze, wykonawcy i handlarze byli opłacani tylko w złocie bądź w jego ekwiwalencie. Papierowa nawałnica dobiegła końca. Gdy Bank Anglii zawiesił rozliczenia kruszcowe w 1797 r., rząd angielski popadł w konsternację. Standard złota ustawił Napoleona w doskonałej pozycji do przejęcia władzy na niemal całym kontynencie. Jego sukces zaciemnił jednak historię, umożliwiając kłamstwa, które narosły w akademickim świecie, jakoby to właśnie asygnaty „uratowały” rewolucję we Francji. Było wręcz przeciwnie. Asygnaty przyniosły Francji tylko terror i regres. Czy pieniądz dekretowy zrobi kiedyś to samą z Ameryką?

Źródło ilustracji: Wikimedia Commons

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

H.A Scott Trask

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *