Przedmowa do polskiego wydania „Mitu przedsiębiorczego państwa”

15 maja 2022 Interwencjonizm komentarze: 0

Autorzy: Mateusz Machaj, Marcin Zieliński
Wersja PDF

Książkę Mit przedsiębiorczego państwa Deirdre McCloskey i Alberto Mingardiego można zakupić w sklepie Instytutu Misesa.

Oto i modus operandi przedsiębiorczego państwa. Najpierw trzeba znaleźć problem: za niskie wynagrodzenia jakiejś grupy zawodowej, za mała dostępność mieszkań dla młodych ludzi, zbyt powolny wzrost gospodarczy, upadek krajowego przemysłu lub inny niekwestionowanie palący problem społeczny. Nie jest to trudne zadanie – w świecie ograniczonych zasobów problemy czekające na odkrycie są akurat nieograniczone. Kiedy już problem się znajdzie, trzeba zaproponować działanie państwa – politykę, która ulży we właśnie odkrytej udręce. Oczywiście taka polityka nie może cechować się bylejakością – musi być „umiejętna”, „mądra”, „świadoma”, „prorozwojowa”, „dobrze pomyślana”, „sprawna”, „efektywna” i „odpowiednia” (nikt nie zaproponował jeszcze interwencji określonej antonimicznymi epitetami). Jeśli tylko taka będzie, problem uda się rozwiązać. Ale co, jeśli „polityka” nie przyniesie zapowiadanego efektu? Na pewno nie jest to argument za jej zaprzestaniem i przyzwoleniem na to, by społeczeństwo oddolnie w ramach dobrowolnych umów decydowało, ile jakich zasobów na rozwiązanie domniemanego problemu przeznaczyć. Co to to nie.

Może to co najwyżej oznaczać, że polityka nie była dostatecznie „umiejętna”, „mądra”, „świadoma”, „prorozwojowa”, „dobrze pomyślana”, „sprawna”, „efektywna” i „odpowiednia”. A w takim razie powinniśmy ją zrewidować i – zapewne – przeznaczyć więcej zasobów na jej realizację. Być może też wymienić ludzi odpowiedzialnych za jej prowadzenie. Jeśli poprzedni czek nie wystarczył, potrzebna jest seria kolejnych. A to, że kolejne nie wystarczają, jest co najwyżej argumentem za tym, że być może należałoby dać czek in blanco. Wtedy na pewno się uda.

W świetle tych etatystycznych zaklęć niepowodzenie polityki nigdy nie świadczy o niemożliwych do przezwyciężenia ułomnościach państwa (wszak takie niemożliwe do przezwyciężenia ułomności to domena rynku – oddolnej inicjatywy wolnych ludzi). Wystarczy się rozejrzeć, bo przecież nie brakuje empirycznych „dowodów” pokazujących, że państwo może być „silne i mądre”, że może być „przedsiębiorcze”. Przyjrzyjcie się „historii industrializacji Ameryki Północnej, Niemiec i Japonii w XIX wieku czy sukcesowi azjatyckich tygrysów po II wojnie światowej” (a to tylko mała próbka historycznych dobrodziejstw, jakie przyniosła przedsiębiorczość państwa). Widać, że „państwa, które odniosły największy sukces, umiejętnie stymulowały pewne procesy gospodarcze”. Porzućcie neoliberalne dogmaty i poczytajcie Mazzucato.

A skoro tym krajom się udało, to dlaczego miałoby nie udać się nam? W czym jesteśmy gorsi? Pójdźmy ich śladem, skorzystajmy z ich doświadczeń. Zacznijmy wreszcie „prowadzić aktywną politykę”, wypracujmy „odpowiedni model instytucjonalny”. Jeśli państwo nie przestanie być bierne, to nie będzie w stanie odpowiedzieć na „wyzwania współczesnej globalnej gospodarki” i zagospodarować „wielkiego potencjału, jaki drzemie w naszych obywatelach”.

Wszystkie cytowane w powyższych akapitach słowa pochodzą z napisanej w 2016 roku przedmowy do polskiego wydania Przedsiębiorczego państwa Mariany Mazzucato. Jej autorem był ówczesny wicepremier i minister rozwoju, a obecny premier – Mateusz Morawiecki, przedstawiciel obozu, który w sferze zarówno retoryki, jak i praktyki najsilniej po 1989 roku opowiada się za aktywną rolą państwa w gospodarce. Chociaż nie da się zaprzeczyć temu, że stawiane cele są zwykle wyjątkowo ambitne, to jednak na końcu ich litanii – cytując pewnego bohatera filmowego – brakuje słowa „amen”. Tam, skąd pochodzimy, tak właśnie się kończy modlitwy i prośby o działania nadprzyrodzone.

Transformacyjna Polska odziedziczyła po socjalizmie garb w postaci aktywnego państwa we wszystkich obszarach: dominacji nieefektywnych państwowych monopoli z przerośniętym zatrudnieniem, drobiazgowych nakazów i zakazów poważnie utrudniających jakąkolwiek działalność gospodarczą, kontroli cen, poddania niemal całej aktywności centralnemu planowi czy też skarlałego sektora prywatnego (który przez swoje instytucjonalne otoczenie nie był wolny od patologii, nieobecnych – przynajmniej w takim natężeniu – w gospodarkach kapitalistycznych).

Reformy, zapoczątkowane jeszcze przez komunistyczny rząd Mieczysława Rakowskiego, przybrały właściwy kierunek ku gospodarce kapitalistycznej z 1 stycznia 1990 roku, gdy wszedł w życie plan Balcerowicza. Mimo że droga często okazywała się wyboista, czego bezpośrednią przyczyną było dziedzictwo demokracji ludowej, to porównania międzynarodowe pokazują, które kraje faktycznie pozostały w tyle. Wcześnie wprowadzone, relatywnie radykalne, kompleksowe i szybkie reformy sprawiły, że w 1992 roku Polska stała się pierwszym krajem postsocjalistycznym, który wszedł na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Poza tym, że przez kolejne dekady Polska pozostawała transformacyjnym liderem wzrostu, dzięki czemu podniósł się poziom życia całej populacji (również w stosunku do najbardziej rozwiniętych gospodarek), poprawiły się też inne wskaźniki: gwałtownie wzrosła produkcja przemysłowa (na przekór tezom o rzekomej deindustrializacji), zmniejszyła się emisja dwutlenku węgla (na przekór tezom o tym, że za emisyjność gospodarki odpowiada sama kapitalistyczna chciwość), zwiększył się udział w światowym eksporcie (na przekór tezom, że transformacja służyła przekształceniu nas w rynek zbytu dla zagranicznych koncernów). Szybka transformacja i postawienie na większą rolę kapitału zagranicznego pozwoliły wyprzeć oligarchiczne układy postkomunistyczne. A z kolei deficyt transformacyjny w tym wymiarze widoczny w Ukrainie, Białorusi i Rosji może rodzić konsekwencje daleko poważniejsze niż tylko w zakresie wzrostu PKB.

To prawda, że, jak napisał Mateusz Morawiecki, „leseferyzm w czystej postaci nigdy nie zaistniał w Polsce po 1989 roku”, jednak trudno podważyć to, że do 2015 roku zakres wolności gospodarczej zwiększał się: w początkowym okresie radykalnie, później stopniowo – rósł nawet pod rządami mniej prorynkowych partii. O ile historia gospodarcza Polski od drugiej wojny światowej do 1989 roku dostarcza licznych ilustracji braku przedsiębiorczości państwa, o tyle historia gospodarcza po 1989 roku ukazuje obraz przedsiębiorczości sektora prywatnego w warunkach kapitalizmu. A mimo to niesłabnącą popularnością cieszą się opowieści o wspaniałych i innowacyjnych państwowych zakładach, które transformacja zniszczyła (pozwalając, jak głoszą krytycy polskich reform, na „wrogie przejęcie” – zwróć, Drogi Czytelniku, uwagę na niezgodne z ekonomiczną definicją używanie tego terminu – przez zagranicę), czego skutkiem był rzekomy upadek polskiego przemysłu.

Oczywiście opowieść o przedsiębiorczej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej to przykład zaklinania rzeczywistości, polegające na pomieszaniu niewątpliwego kapitału ludzkiego ze zdolnością do spektakularnej przedsiębiorczej organizacji. Posiadanie wybitnie uzdolnionych inżynierów to nie to samo co biznesowe zarządzanie na skalę światową. Czy naprawdę można dać wiarę, że w kraju, w którym ludzie stali w wielokilometrowych kolejkach po najbardziej podstawowe produkty (jak papier toaletowy), jednocześnie rozwijał się nowoczesny przemysł komputerowy, zdolny do konkurowania z firmami ze Stanów Zjednoczonych czy Japonii? Czy naprawdę jedynym wyjaśnieniem upadku tego rzekomo nowoczesnego przemysłu komputerowego jest świadome przyzwolenie na „wrogie przyjęcie”, skoro w tym samym okresie w poważne tarapaty popadali faktyczni liderzy branży z poprzedniej dekady, jak Apple, Atari albo Commodore, a nie gwałtownie zmieniający się krajobraz w połączeniu z jednak przestarzałą technologią?

Ale to – można by zripostować – działo się w gospodarce centralnie planowanej, więc niewykluczone, że faktycznie nie było tak kolorowo, a Mazzucato przecież nie chce wprowadzać socjalizmu, lecz postuluje jakąś formę trzeciej drogi, partnerstwo publiczno-prywatne albo, jak to napisał Mateusz Morawiecki, „optymalne współdziałanie sektorów publicznego i prywatnego”. Żeby nie sięgać pamięcią daleko wstecz, wydarzenia ostatnich lat w Polsce znakomicie ilustrują problemy państwowego, więc z konieczności upolitycznionego, zarządzania: stępka pod flagowy projekt „Batory” (służący „odbudowie” krajowego przemysłu stoczniowego) po uroczystym położeniu jej przez samego wicepremiera i ministra rozwoju najpierw przez kilka lat rdzewiała, by teraz – jak się dowiadujemy – zostać zaoferowaną skupom złomu (nie lepiej wygląda też realizacja innych flagowych projektów „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”), a „optymalne współdziałanie sektorów publicznego i prywatnego” sprowadza się do właścicielskiego i regulacyjnego poszerzania domeny państwa z konsekwencjami takimi jak wzrost korupcji i nepotyzmu. Być może sny o polskim imperium grafenowym zakończone wizytacją Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego to jedynie nieszczęśliwy wypadek. A być może wiąże się to w jakiś sposób z angażowaniem się państwowych spółek w nazbyt karkołomne i niepewne projekty?

Znana polskiemu czytelnikowi z Burżuazyjnej godności Deirdre Nansen McCloskey wraz z Alberto Mingardim wskazują, że „jeśli Państwo wydaje od jednej trzeciej do połowy dochodu narodowego i reguluje znaczną część gospodarki, szanse na tendencyjne wyszukanie przykładów dobrego działania Państwa będą wielkie”. Zadać trzeba więc pytanie: „Co lepiej, biorąc wszystko pod uwagę, stymuluje powstawanie innowacji – mądre Państwo czy komercyjnie testowane ulepszanie?”.

Żeby dowieść rzekomej przedsiębiorczości państwa i tym samym przedstawić faktyczne uzasadnienie dla jego interwencji, nie wystarczy opisać kilku – skądinąd wątpliwych – „wisienek”. Tak nie wyglądają poprawne badania empiryczne. Niezbędna jest analiza porównawcza różnych rozwiązań, jakkolwiek trudna by nie była do wykonania. To, że państwo z racji samej swojej wielkości znalazło się na którymś etapie „łańcucha dostaw” przy powstawaniu jakiejś innowacji, nie oznacza wcale, że jego obecność była tam konieczna i nie mogłaby zostać zastąpiona wkładem wolnych ludzi działających w ramach sektora prywatnego. Fakt ten nie oznacza też wcale, że da się zaprojektować skuteczną politykę przemysłową, która odpowiednio typowałaby zwycięzców i zwiększała w ujęciu netto dochód narodowy, a przy tym unikałaby problemów od lat wskazywanych przez ekonomistów szkoły austriackiej i teoretyków wyboru publicznego, a mianowicie że politycy i biurokraci często kierują się swoim osobistym interesem, a nie mglistym dobrem publicznym, czego namacalnymi efektami są korupcja i nepotyzm.

Nie żywimy złudzeń, że argumentacja McCloskey i Mingardiego powstrzyma aspirujących planistów przemysłu przed wysuwaniem kolejnych postulatów, które tym razem przyniosą skutek (bo przecież klęski poprzednich programów wynikały tylko z ułomności zawartych w nich propozycji, a nie ułomności państwa per se). Mamy jednak nadzieję, że pomoże spojrzeć krytycznym okiem na ich pomysły. Warto bowiem pamiętać, że każdy nawet najbardziej pociągający i ambitny w swoich założeniach projekt może mieć wysoką cenę i niejednokrotnie rozczarowujące oblicze.

luty 2022 roku

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

Marcin Zieliński

O Autorze:

Marcin Zieliński

Ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju, szef wydawnictwa Instytutu Misesa

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *