Piętak: Jak należy myśleć o inflacji?

4 listopada 2022 Inflacja komentarze: 1

Autor: Wojciech Piętak
Wersja PDF

Wstęp

W ostatnich miesiącach temat inflacji nie schodzi z czołówek serwisów informacyjnych i jest wiodącym wątkiem w dyskusjach o gospodarce, zarówno wśród ekonomistów, jak i laików nie posiadających odnośnej ekspertyzy. Do refleksji nad zjawiskiem inflacji niejako zmusza wszelkich obserwatorów bieżąca sytuacja – najnowsze odczyty wykazują wzrost wskaźnika CPI w Polsce o 17,9% rok do roku. W większości tego typu dyskusji można jednak dostrzec ignorancję wobec niezbędnych narzędzi analitycznych dostarczanych przez teorię ekonomii. Dominacja nieodpowiednich paradygmatów w myśleniu o inflacji prowadzi często do pomijania istotnych elementów natury procesów gospodarczych oraz formułowania niewłaściwych wniosków. Aby uniknąć podobnych błędów, warto sięgnąć do fundamentalnych praw ekonomii z zakresu teorii pieniądza, ceny, a także praw popytu i podaży. Celem niniejszego artykułu jest:

  • gruntowne wyjaśnienie zjawiska inflacji, wraz z uporządkowaniem kwestii terminologicznych,
  • opis funkcjonowania rynków, które podlegają analizie w ramach rozważań nad inflacją, oraz
  • wyciągnięcie wniosków dotyczących problemów teoretycznych, a także prawidłowości empirycznych, płynących z przedstawionych analiz.

Pojęcie inflacji

Inflację rozumie się powszechnie jako wzrost przeciętnego poziomu cen w gospodarce, rozumianego jako wartość indeksu będącego średnią ważoną cen określonych dóbr. Taka definicja jest również przytaczana przez autorów najbardziej znanych podręczników akademickich do makroekonomii. Krugman i Wells definiują inflację jako wzrost ogólnego poziomu cen[1]. Podobną definicję podaje Jones, który rozumie inflację jako procentową zmianę ogólnego poziomu cen w gospodarce[2]. Również według Samuelsona i Nordhausa inflacja występuje wtedy, kiedy ogólny poziom cen rośnie[3]; dodają oni, że współcześnie inflacja jest wyznaczana przy użyciu indeksów cenowych, tj. średnich ważonych cen różnych produktów. Wreszcie Blanchard definiuje inflację jako utrzymujący się wzrost ogólnego poziomu cen, natomiast stopę inflacji jako stopę wzrostu tego poziomu[4]; autor podkreśla, że kluczowe jest określenie, w jaki sposób poziom ten ma być mierzony, oraz że zazwyczaj wykorzystuje się w tym celu deflator PKB i wskaźnik CPI.

Znamiennym dla współcześnie powszechnie przyjętego pojęcia inflacji jest to, że operuje ono wielkościami z konieczności nie tylko obserwowalnymi w rzeczywistym świecie, ale również mierzalnymi, a także agregatowymi. Powody ku temu są oczywiste – tak zdefiniowana inflacja (czy też stopa inflacji) jest wartością konkretną i namacalną, możliwą do wyrażenia za pomocą jednej liczby i wykorzystania w analizie danych historycznych, porównań między gospodarkami, modelowaniu czy prognozach. Niemniej jednak myślenie o procesach gospodarczych przez pryzmat pojedynczego wskaźnika makroekonomicznego może prowadzić do niekompletnych, a często nawet niewłaściwych, wniosków. Bodźcem do konstrukcji poszczególnych wskaźników makroekonomicznych była zazwyczaj chęć uchwycenia i skwantyfikowania pewnych zjawisk gospodarczych, analizowanych przez ekonomistów za pomocą aparatów teoretycznych, takich jak aktywność gospodarcza, dobrobyt (bogactwo) czy też siła nabywcza pieniądza. Zjawiska te w wielu przypadkach nie są jednakże doskonale kwantyfikowalne, a rzeczone wskaźniki odzwierciedlają jedynie ich następstwa, aniżeli samo sedno rozważań teoretycznych, bez którego niemożliwe jest sformułowanie właściwych wniosków na temat zależności przyczynowo-skutkowych. W związku z tym analiza procesów gospodarczych jest kompletniejsza i konstruktywniejsza, jeśli za punkt wyjścia obiera kategorie o charakterze prakseologicznie bardziej fundamentalnym, zamiast ich skutków obserwowalnych w danych makroekonomicznych. Za przykład może posłużyć tutaj PKB – mimo że ze wzrostem dobrobytu gospodarczego związany jest wzrost wartości sprzedanych dóbr i usług, to zwiększone wydatki na ich zakup (np. w wyniku inwestycji rządowych) nie muszą oznaczać, że nowa alokacja zasobów gospodarczych w lepszy sposób zaspokaja potrzeby konsumentów. Podobnie jest w przypadku innych wskaźników makroekonomicznych, w tym również inflacji.

Warto w pierwszej kolejności przyjrzeć się genezie pojęcia inflacji. Pozwoli to zrozumieć, jakie fundamentalne procesy leżały u podstaw konstrukcji współcześnie obowiązujących wskaźników inflacji. Genezę tę opisuje Ludwig von Mises[5]. Wyjaśnia on, że początkowo pojęcia inflacji oraz deflacji odnosiły się odpowiednio do spadku bądź wzrostu siły nabywczej pieniądza wywołanej czynnikami pieniężnymi. Sprowadzało się to de facto do zmian podaży pieniądza i ich bezpośrednich skutków. Dopiero później przyjęło się określać tymi terminami ogólne tendencje zmian cen dóbr i usług w gospodarce. Mises słusznie podkreśla, że ta przemiana semantyczna nie obyła się bez istotnych konsekwencji. Po pierwsze, spowodowało to, że brak jest terminu, którym można by określić to, co pierwotnie określano mianem inflacji, tj. spadek siły nabywczej pieniądza wywołany ekspansją fiducjarną[6]. Trudniej jest wyrazić sprzeciw wobec polityki, która nie posiada swojej nazwy. Wymaga to bardziej zawiłej i skomplikowanej argumentacji, wraz z wyjaśnieniem funkcjonowania określonych procesów gospodarczych. W oczywisty sposób osłabia to siłę argumentacji przeciwników ekspansji fiducjarnej. Spowodowało to pozbycie się naturalnie negatywnych konotacji nadmiernych wzrostów podaży pieniądza wywołujących spadek jego siły nabywczej. Społeczeństwo ukształtowane w warunkach braku takich konotacji oraz braku odnośnej wiedzy ekonomicznej pozostaje więc bierne wobec podobnych polityk i znacznie trudniej jest unaocznić jego członkom ich efekty. Tu dochodzimy do drugiej istotnej konsekwencji wspomnianej przemiany semantycznej. Przeniesienie uwagi z sedna problemu na jego symptomy otwiera drogę do tego, żeby to uporanie się z tymiż symptomami uczynić celem samym w sobie, a także żeby przekonać ogół do tego, że mogą one być wywołane innymi czynnikami i zwalczane innymi środkami niż likwidacja ich rzeczywistego źródła. Być może problem ten nie był nigdy bardziej aktualny niż dziś.

Obecne znaczenie terminu „inflacja” zbyt mocno zakorzeniło się w powszechnym użyciu, aby możliwe było przywrócenie temu terminowi jego pierwotnych konotacji. Niemniej jednak na potrzeby analiz teoretycznych należy wyraźnie odróżnić czynniki pieniężne od pozostałych czynników wpływających na ceny dóbr i usług w gospodarce, gdyż ich charakter jest zupełnie odmienny. W tym celu wyróżnimy następujące kategorie: zmiany siły nabywczej pieniądza wywołane czynnikami pieniężnymi oraz pozostałe czynniki oddziałujące na ceny dóbr i usług w gospodarce. Dla obydwu kategorii zdefiniujemy odpowiadające im rynki: rynek pieniądza oraz standardowy rynek dóbr i usług. Rynek pieniądza opisuje wszystkie procesy, które określają zagregowany strumień wydatków w gospodarce w jednostce czasu. Popyt na tym rynku stanowi skłonność do trzymania zasobów gotówkowych, tj. popyt na salda gotówkowe, w języku ilościowej teorii pieniądza określany jako szybkość obiegu pieniądza w gospodarce. Podaż jest natomiast określona jako zależność ilości pieniądza w obiegu od jego siły nabywczej. Procesy, które nie wpływają na wielkość strumienia wydatków, a jedynie na relacje cenowe pomiędzy różnymi dobrami i usługami, są opisywane przez standardowy rynek dóbr i usług. Wszystkie procesy, które prowadzą do zmian strumienia wydatków w gospodarce w jednostce czasu oznaczają zmiany na rynku pieniądza. Pozostałe procesy odzwierciedlone są w relacjach popytu i podaży na standardowym rynku dóbr i usług.

Rynek pieniądza

W celu lepszego zobrazowania funkcjonowania poszczególnych rynków przyjrzyjmy się procesom, które na nich zachodzą. W przypadku rynku pieniądza dobrem, które podlega wymianie jest oczywiście pieniądz. Charakter pieniądza jako dobra jest niejako wyjątkowy ze względu na to, że nie jest ani dobrem konsumpcyjnym, ani czynnikiem produkcji, lecz środkiem wymiany, ułatwiającym wymianę dóbr i usług w gospodarce. W związku z tym zwykło się mówić, że jako taki nie zaspokaja żadnych potrzeb, a jedynie ułatwia nabycie dóbr, które takie potrzeby są w stanie zaspokoić. Chcąc być jednak bardziej precyzyjnym, należy podkreślić, że w warunkach niepewnej przyszłości (będących nieodłącznym elementem rzeczywistości) pieniądz – jako najbardziej płynne aktywo – zaspokaja bardzo ważne potrzeby związane z możliwością działania w obliczu tejże niepewności. Mówiąc ściślej, jak wyjaśnia Mises[7], w związku z faktem, że przyszłe potrzeby oraz warunki nie są znane i dane rynkowe ulegają zmianom, uczestnicy rynku wolą dysponować aktywem, co do którego wartości oraz płynności mają dostateczną pewność, aby uniknąć konieczności podejmowania decyzji dotyczących sposobu spożytkowania zasobów otrzymanych w zamian za swoje dobra i usługi natychmiast po ich otrzymaniu, lecz móc podejmować te decyzje w przyszłości, kiedy rzeczone niepewne warunki nadejdą. Mises wyciąga również ważny wniosek dotyczący konstrukcji myślowej gospodarki jednostajnie funkcjonującej[8]. W takiej gospodarce trzymanie zasobów gotówkowych jest zupełnie zbędne. Wynika to z faktu, że perfekcyjna wiedza na temat przyszłych zdarzeń pozwala, żeby każdy podmiot w taki sposób rozdysponował swoje należności, aby zapadały one dokładnie w momencie konieczności spłaty zobowiązań. W związku z tym „pieniądz” w takiej gospodarce pełni jedynie rolę jednostki rozrachunkowej, w której wartości rozliczane są w księgach banku, ale nie ma potrzeby trzymania gotówki czy też depozytów bieżących jako takich. To właśnie to spostrzeżenie pozwala zrozumieć, że popyt na salda gotówkowe wynika z niepewności przyszłości, a także – co jest naturalną konsekwencją powyższego – że wzrost tejże niepewności powoduje wzrost popytu na salda gotówkowe.

Funduszy przeznaczanych na zasilenie sald gotówkowych nie należy jednak mylić z oszczędnościami. Murray Rothbard wyróżnia trzy możliwe zastosowania środków pieniężnych[9]: (1) wydatki konsumpcyjne, (2) oszczędności (inwestycje), oraz (3) zwiększenie salda gotówkowego (tezauryzacja). Każda z tych kategorii jest jakościowo inna i ma inny wpływ na strukturę cen w gospodarce. Wzrost popytu na salda gotówkowe oznacza spadek wydatków zarówno konsumpcyjnych, jak i inwestycyjnych (mniejszy strumień zagregowanych wydatków w gospodarce w jednostce czasu), co przekłada się na spadek cen dóbr i usług. Zmiany w relacji pomiędzy zastosowaniami (1) i (2) oraz zastosowaniem (3) odzwierciedlone są zmianami na rynku pieniądza, natomiast relacje pomiędzy zastosowaniem (1) oraz (2) odzwierciedlone są zmianami na standardowym rynku dóbr i usług. Jak już wspomniano, wzrost popytu na salda gotówkowe towarzyszy wzrostowi niepewności co do przyszłych warunków gospodarczych. Z tego powodu jest on typowo obserwowany w czasie recesji, kiedy musi dojść do likwidacji błędnych inwestycji i rentowność wielu dotychczas zyskownych przedsięwzięć jest podana w wątpliwość. Innym czynnikiem wpływającym na zmiany popytu na salda gotówkowe są oczekiwania co do przyszłej struktury cen. Jeśli w najbliższej przyszłości spodziewany jest wzrost cen dóbr i usług w gospodarce, skłonność do natychmiastowych wydatków (i, co za tym idzie, zmniejszenia sald gotówkowych) jest większa. Z odwrotną sytuacją mamy do czynienia, kiedy spodziewany jest spadek cen – popyt na salda gotówkowe rośnie. Ostatnie zjawisko również jest typowe dla okresu recesji, kiedy likwidacja błędnych inwestycji prowadzi do zwiększenia podaży czynników produkcji, popyt na czynniki te spada (jako że okazuje się, iż wiele przedsięwzięć nie jest tak rentownych, jak wydawało się do tej pory), a niższe w wyniku tego płace prowadzą do spadku popytu na dobra konsumpcyjne. Na popyt na salda gotówkowe mogą wpływać również: zmiany liczby ludności (np. w wyniku migracji) – większa liczba ludności oznacza wzrost popytu na salda gotówkowe; stopień, w jakim transakcje pomiędzy podmiotami w gospodarce rozliczane są gotówkowo, na co wpływ z kolei może mieć rozliczanie transakcji przez izby rozrachunkowe czy też integracja wertykalna firm; sezonowość uzgadniania płatności (np. kumulacja terminów płatności w danym okresie roku); rozwój technologii i przepływu informacji. Warto zauważyć, że zarówno Hayek[10], jak i Machlup[11] uważali, że zmiany popytu na salda gotówkowe są jedyną dopuszczalną przesłanką do zmian podaży pieniądza, ponieważ tylko w takiej sytuacji (przynajmniej czysto teoretycznie – jeśli zmiany popytu i podaży pieniądza byłyby ze sobą perfekcyjnie skoordynowane) dodatkowe środki fiducjarne nie doprowadzą do nagromadzenia błędnych inwestycji.

Wzrost popytu na salda gotówkowe prowadzi oczywiście do spadku popytu na pozostałe dobra, co wiąże się ze spadkiem ich cen. Inaczej zjawisko to można określić jako spadek szybkości obiegu pieniądza w gospodarce. Mamy wtedy do czynienia ze spadkiem wielkości strumienia zagregowanych wydatków w gospodarce w jednostce czasu. Analogicznie, spadek popytu na salda gotówkowe (wzrost szybkości obiegu pieniądza) prowadzi do wzrostu cen i większego strumienia zagregowanych wydatków w jednostce czasu. Zjawiska te związane są ze zmianami relacji między użytecznością krańcową jednostki pieniądza oraz użytecznością krańcową pozostałych dóbr, wynikających ze zmian preferencji uczestników gospodarki. Relacje te mogą jednak ulec zmianie również z powodu innych czynników. Najważniejszym z nich są zmiany podaży pieniądza. W przypadku wzrostu podaży pieniądza preferencje w społeczeństwie pozostają niezmienione, ale krańcowa użyteczność jednostki pieniądza jest niższa (relatywnie do innych dóbr), ponieważ jego ilość wzrosła. Naturalnie prowadzi to do wzrostu cen dóbr i usług w gospodarce, nie będącego jednak wynikiem zmian preferencji. W tym wypadku również mamy do czynienia ze wzrostem wielkości strumienia zagregowanych wydatków w gospodarce w jednostce czasu.

Dotychczas mówiliśmy o wzroście bądź spadku siły nabywczej pieniądza oraz wzroście bądź spadku cen dóbr i usług w gospodarce w ogólności. Terminologia ta nie jest jednak do końca ścisła i precyzyjna. Nigdy nie mamy bowiem do czynienia z równoczesnym i jednakowym wzrostem bądź spadkiem wszystkich cen w gospodarce. Zarówno w przypadku zmian podaży, jak i popytu na pieniądz zmiany zachodzą nierównomiernie i stopniowo, co sprawia, że pieniądz nie jest neutralny. Nowy pieniądz wtłaczany jest do gospodarki poprzez rynek kredytowy. Ci, którzy jako pierwsi otrzymują nowo wykreowane środki, znajdują się w najkorzystniejszej sytuacji, ponieważ ceny nie dostosowały się jeszcze do nowej podaży pieniądza. Zwiększają oni popyt na produkty nabywane przez nich bezpośrednio, na czym korzystają z kolei sprzedawcy owych dóbr. W najgorszej sytuacji znajdują się ci, którzy otrzymują nowo wykreowane środki w ostatniej kolejności, ponieważ muszą mierzyć się z wyższymi cenami zanim doświadczą wzrostu dochodów. W ten sposób relatywne ceny poszczególnych dóbr i usług w gospodarce zmieniają się i dochodzi do realokacji siły nabywczej. Zjawisko to nazywamy efektem Cantillona[12]. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku zmian popytu na gotówkę – niektóre podmioty w większym stopniu decydują się zwiększyć bądź zmniejszyć swoje salda gotówkowe, a inne w mniejszym lub nie robią tego w ogóle. Dostawcy produktów nabywanych przez podmioty relatywnie bardziej zwiększające swój popyt na salda gotówkowe doświadczą relatywnie większego spadku popytu na ich dobra w stosunku do innych dostawców. Biorąc pod uwagę poczynione ustalenia, mówienie o absolutnym wzroście bądź spadku siły nabywczej pieniądza jest nie do końca ścisłe. Podkreśla to również Mises, tłumacząc, że pierwotnie rozumiana inflacja (tj. spadek siły nabywczej pieniądza wywołany czynnikami pieniężnymi) nie jest zjawiskiem o charakterze prakseologicznym[13]. Kiedy analizujemy bowiem rynek jakiegokolwiek innego dobra, jego cenę możemy wyrazić w ilości pieniądza, czyli powszechnego środka wymiany, pełniącego zarazem rolę miernika w ramach jednorodnej skali wartości. Popyt na takie dobro jest funkcją jednej zmiennej. Jeśli idzie natomiast o „cenę” pieniądza (nazywaną siłą nabywczą), taki miernik nie istnieje. Siła nabywcza musi być określona jako ilość wszystkich innych dóbr i usług w gospodarce, którą można nabyć za jednostkę (czy też daną liczbę jednostek) pieniądza. W gospodarce, w której występuje  N dóbr (wyłączając pieniądz) popyt na pieniądz jest zatem funkcją N zmiennych. W przestrzeni N-wymiarowej nie ma oczywistego obiektywnego kryterium uporządkowania wszystkich punktów, tak jak w przypadku przestrzeni jednowymiarowej. Jeśli ceny wszystkich dóbr rosną, można stwierdzić, że siła nabywcza pieniądza spada. Jeśli jednak zmiany na rynku pieniądza powodują ruchy cen dóbr i usług w różnych kierunkach, ocena zmian siły nabywczej tylko na podstawie tych ruchów musi opierać się na pewnych arbitralnych kryteriach i z tego powodu nie ma ona charakteru prakseologicznego. Możemy natomiast w sposób analityczny wyznaczyć czynniki wywołujące tendencję do spadku (wzrostu) użyteczności krańcowej jednostki pieniądza i na tym oprzeć pojęcie siły nabywczej. Takimi czynnikami są oczywiście wzrost (spadek) podaży pieniądza oraz spadek (wzrost) popytu na salda gotówkowe.

Standardowy rynek dóbr i usług

Jeśli chodzi o standardowy rynek dóbr i usług, w gospodarce, w której występuje N dóbr, rozważamy tak naprawdę  rynków współzależnych między sobą, gdzie popyt i podaż każdego dobra są funkcją jego ceny wyrażonej w pieniądzu. Zmiany warunków gospodarczych, preferencji czy danych rynkowych wpływają na popyt i podaż poszczególnych dóbr. Warto zaznaczyć, że zmiany na standardowym rynku dóbr i usług mogą pośrednio powodować zmiany na rynku pieniądza. Zmiany popytu i podaży określonych dóbr, wpływające na dochody poszczególnych podmiotów, mogą przykładowo wywołać wzrost dochodów jednostek o danym charakterze popytu na salda gotówkowe, kosztem dochodów jednostek o innym jego charakterze, co może spowodować z kolei wzrost bądź spadek strumienia wydatków w gospodarce w jednostce czasu. Podobnie, efekt Cantillona i związana z nim realokacja siły nabywczej wywołują zmiany struktury popytu i podaży na poszczególne dobra i usługi. Niemniej jednak analityczny rozdział obydwu rynków jest użyteczny i należy z niego korzystać.

Kluczową kwestią, jaką należy w tym miejscu rozważyć, jest to, jakie warunki muszą zajść, aby ceny wszystkich (lub przynajmniej znacznej większości) dóbr poruszały się w tym samym kierunku. W szczególności interesują nas takie procesy, które powodują istotne zmiany we wskaźniku CPI, a także które mają charakter długotrwały. W pierwszej kolejności należy zaznaczyć, że wskaźnik CPI jest skonstruowany wyłącznie w oparciu o koszyk dóbr konsumpcyjnych. Jednym z czynników powodujących jego wzrost jest zatem przeniesienie popytu z czynników produkcji na dobra konsumpcyjne. Spadek popytu na czynniki produkcji i wzrost popytu na dobra konsumpcyjne wynika z kolei ze wzrostu preferencji czasowej, który manifestuje się wzrostem konsumpcji kosztem spadku oszczędności. Efektywny wzrost preferencji czasowej może natomiast wynikać ze zmian preferencji podmiotów w gospodarce lub redystrybucji dochodów skutkujących większą siłą nabywczą grup społecznych o wyższej preferencji czasowej kosztem niższej siły nabywczej grup społecznych o niższej preferencji czasowej. Wszelkie polityki polegające na redystrybucji dochodów do grup społecznych przeznaczających większą część dochodów na konsumpcję skutkują zatem wzrostem wskaźnika CPI, jednak nie należy mylić tego efektu ze spadkiem siły nabywczej pieniądza, gdyż nie jest on tożsamy ze spadkiem użyteczności krańcowej jednostki pieniądza. Polityki te skutkują spadkiem siły nabywczej pieniądza jedynie w takim stopniu, w jakim ich beneficjenci charakteryzują się niższym popytem na salda gotówkowe. Redystrybucja dochodów, np. poprzez opodatkowanie zysków z kapitału[14], skutkująca spadkiem oszczędności jest w istocie tożsama ze zmianą struktury popytu na różne dobra w gospodarce. Zaoszczędzone środki przeradzają się w inwestycje[15], które z kolei urzeczywistniają się poprzez zakup dóbr kapitałowych i innych czynników produkcji. Oznacza to de facto, że polityki redystrybucyjne (w takim stopniu, w jakim nie wpływają na popyt na salda gotówkowe) powodują zmianę relacji w popycie na dobra produkcyjne i konsumpcyjne, co może być, do pewnego stopnia, odzwierciedlone w przeciwstawnych tendencjach wskaźników PPI i CPI. Z ekonomicznego punktu widzenia wzrost cen dóbr konsumpcyjnych wynikający z polityk redystrybucyjnych jest zatem jakościowo innym zjawiskiem, niż wzrost dóbr konsumpcyjnych wynikający z czynników pieniężnych. W pierwszym przypadku mamy bowiem do czynienia ze zmianą efektywnej preferencji czasowej, manifestującą się przypisywaniem relatywnie większej wartości dobrom teraźniejszym względem dóbr przyszłych, co skutkuje mniejszym dobrobytem w przyszłości. W drugim przypadku natomiast mamy do czynienia ze spadkiem krańcowej użyteczności jednostki pieniądza.

Innym zjawiskiem zachodzącym na standardowym rynku dóbr i usług, które skutkuje wzrostem cen w gospodarce, co odzwierciedlone jest we wzroście wskaźnika CPI, jest spadek podaży dóbr. Skrajnym przypadkiem jest sytuacja, w której podaż wszystkich (bądź znacznej większości) dóbr spada, np. w wyniku jakiejś katastrofy. W tym wypadku ceny wszystkich (bądź prawie wszystkich) dóbr muszą wzrosnąć. Taka sytuacja może mieć miejsce, np. w wyniku wojny, ale jest ona rzadkim zjawiskiem. Bardziej typowym przykładem mogą być zmiany w obciążeniach (podatkowych) obejmujących wszystkie (bądź prawie wszystkie) dobra, np. zmiany podatku VAT. Wzrost opodatkowania przyniesie oczywiście spadek podaży dóbr nim objętych. Zmiany te są jednak z reguły niewielkie. Przeciwną sytuacją, z którą mamy do czynienia w sposób ciągły, jest wzrost (rozwój) gospodarczy, który prowadzi do wzrostu podaży wszystkich (bądź prawie wszystkich) dóbr i usług w gospodarce i, co za tym idzie, spadku ich cen. Innym częstym zjawiskiem jest ograniczenie podaży jakiejś określonej grupy czy kategorii towarów lub usług. Ograniczenie to może wynikać z restrykcji bądź regulacji nałożonych na jakąś określoną działalność, sankcji gospodarczych, opodatkowania wymierzonego w ograniczenie danej działalności, zmian w warunkach naturalnych. Jeśli analizowane dobro jest dobrem konsumpcyjnym, wpływ spadku jego podaży będzie odzwierciedlony w spadku jego ilości, wzroście jego ceny, a także wzroście popytu na dobra substytucyjne oraz spadku popytu na dobra komplementarne i czynniki produkcji niezbędne do jego wytworzenia. Kluczowe z punktu widzenia niniejszej analizy jest to, jaką elastycznością cenową popytu charakteryzuje się dane dobro. Jeśli bowiem popyt na nie jest elastyczny, oznacza to, że spadek jego podaży przyniesie spadek sumarycznych wydatków na to dobro, co implikuje wzrost wydatków (czyli wzrost popytu) na pozostałe dobra. Pozostałe dobra są zatem w większym stopniu jego substytutami niż czynnikami komplementarnymi. W takiej sytuacji spadek podaży rozważanego dobra będzie skutkował ogólnym wzrostem cen. Jeśli natomiast popyt na dane dobro jest nieelastyczny, oznacza to, że spadek jego podaży przyniesie wzrost sumarycznych wydatków na to dobro, co implikuje spadek wydatków (czyli spadek popytu) na pozostałe dobra. Pozostałe dobra są więc w większym stopniu do niego komplementarne niż substytucyjne. W tym wypadku spadek podaży rozważanego dobra prowadzi do ogólnego spadku cen pozostałych dóbr. Kiedy jednak analizowane dobro jest czynnikiem produkcji, należy uwzględnić jeszcze jeden aspekt mający wpływ na strukturę cen. Spadek podaży czynnika produkcji prowadzi bowiem do spadku podaży tych dóbr, które wytwarza się z jego użyciem, co prowadzi do  wzrostu ich cen. Jeśli zatem mamy do czynienia ze spadkiem podaży dobra, które wykorzystywane jest jako czynnik produkcji, a jego popyt jest nieelastyczny, dwa przeciwstawne zjawiska powodują presję na spadek oraz wzrost pozostałych cen w gospodarce. Z jednej strony popyt na pozostałe dobra jest niższy, gdyż więcej dochodów jest teraz przeznaczanych na zakup rozważanego czynnika produkcji, a z drugiej strony podaż pozostałych dóbr (bądź niektórych z nich) spada, gdyż dostępność niezbędnych czynników produkcji jest mniejsza. Nie można wobec tego jednoznacznie określić ogólnej tendencji ruchów cenowych w gospodarce w takiej sytuacji. Z pewnością możemy natomiast stwierdzić, że dojdzie do spadku ilości poszczególnych dóbr i usług w gospodarce, gdyż zarówno ich podaż, jak i popyt na nie będą mniejsze. Dobrym przykładem takiego dobra jest energia, która jest zarówno dobrem konsumpcyjnym, jak i czynnikiem produkcji wykorzystywanym na niemal każdym etapie produkcji, charakteryzującym się jednocześnie nieelastycznym popytem.

Implikacje teoretyczne i praktyczne

Po opisaniu najważniejszych aspektów funkcjonowania odnośnych rynków w kontekście zjawiska inflacji można przystąpić do analizy wniosków dotyczących sposobu, w jaki należy o nim myśleć oraz tego, co można stwierdzić na temat jego przyczyn. Przede wszystkim należy podkreślić odmienny ekonomiczny charakter zjawisk zachodzących na rynku pieniądza oraz standardowym rynku dóbr i usług. Wzrost cen (dóbr konsumpcyjnych) wynikający z czynników pieniężnych oznacza spadek krańcowej użyteczności jednostki pieniądza, natomiast wzrost cen wynikający ze spadku podaży dóbr (bądź wzrostu popytu na dobra konsumpcyjne) wynika ze wzrostu użyteczności krańcowej poszczególnych dóbr. Spadek użyteczności krańcowej jednostki pieniądza spowodowany większą podażą pieniądza wynika z jego większej dostępności. Teoretycznie jednak byłoby możliwe zaspokojenie dokładnie tych samych potrzeb, gdyby do wszystkich transakcji wykorzystywano od teraz proporcjonalnie większą ilość pieniądza oraz wszystkie roszczenia zostałyby odpowiednio przeskalowane. Gdyby dodatkowy pieniądz był rozprowadzany równomiernie, uczestnicy gospodarki posiadaliby o tym doskonałą wiedzę i wszystkie ceny, płace, depozyty oraz roszczenia wzrastałyby proporcjonalnie, zmiany podaży pieniądza nie miałyby żadnego znaczenia. Nie dzieje się tak jednak, ponieważ pieniądz nigdy nie jest neutralny. Wzrost podaży pieniądza zawsze wywołuje efekt Cantillona i część podmiotów doświadcza wzrostu kosztów bez uprzedniego kompensującego wzrostu przychodów. Problemem, z którym mierzą się podmioty jest zatem to, jak utrzymać dochody zapewniające utrzymanie dotychczasowej siły nabywczej[16]. Innymi słowy, pytanie „co robić z pieniędzmi?”, które pada w obliczu spadającej siły nabywczej pieniądza, jest tak naprawdę pytaniem o to, jak znaleźć się po właściwej stronie efektu Cantillona. Dodatkowo, pieniądz jest dobrem o tyle specyficznym, że jego teraźniejsza użyteczność wynika z jego przyszłej wartości wymiennej oraz pewności co do stałości tej wartości. Innymi słowy, istotne zmiany podaży pieniądza czy też antycypacje takich zmian wpływają na popyt na zasoby gotówkowe. Niepewność co do przyszłej struktury cen utrudnia natomiast kalkulację ekonomiczną, co sprzyja błędom przedsiębiorców. Zbyt duże zmiany podaży pieniądza prowadzą zatem do tego, że gorzej spełnia on swoją rolę. Antycypacja wzrostu cen, a także zakończenie okresu tezauryzacji są zasadniczo najważniejszymi przesłankami spadku popytu na salda gotówkowe. Zakończenie okresu tezauryzacji jest jednakże tylko odwróceniem zmian polegających na wzroście popytu na salda gotówkowe, które wystąpiły wcześniej. Podobnie jak w przypadku wzrostu podaży pieniądza, spadek popytu na salda gotówkowe stawia podmioty gospodarcze przed problemem potencjalnego wzrostu kosztów bez uprzedniego wzrostu dochodów pozwalającego zachować dotychczasową siłę nabywczą. Ze zgoła odmienną sytuacją mają do czynienia uczestnicy gospodarki, w której dochodzi do spadku podaży dóbr. Problemem, którego doświadczają nie jest przeniesienie siły nabywczej ani zaburzenia w kalkulacji ekonomicznej, ale utrata dobrobytu. Podobnie, w przypadku redystrybucji dochodu, skutkującym wzrostem konsumpcji, dochodzi do spadku kapitału w porównaniu ze stanem kontrfaktycznym, co powoduje zmniejszenie przyszłego dobrobytu. Mimo że wskaźnik CPI w identyczny sposób odzwierciedla każde z tych zjawisk, nie są one tożsame i nie należy ich interpretować w ten sam sposób.

Ruchy cenowe wywołane zmianami na rynku pieniądza różnią się od tych wywołanych zmianami na standardowym rynku dóbr i usług nie tylko charakterem ekonomicznym, ale i przebiegiem. Wpływ wzrostu podaży pieniądza nie jest odzwierciedlony w cenach natychmiastowo. Nowo wykreowany pieniądz początkowo trafia na rynek kredytowy oraz kapitałowy jako kapitał finansowy. Często kapitał finansowy następnie kumuluje się na giełdzie, pobudzając do wzrostu ceny aktywów finansowych. To skłania spółki do emisji nowych akcji bądź zaciągania długu. Dopiero w ten sposób zgromadzone płynne środki są przeznaczane na czynniki produkcji, pobudzając popyt na nie i wywołując wzrosty ich cen. Jednym z czynników produkcji, komplementarnym wobec wszystkich pozostałych w każdym procesie produkcji, jest oczywiście praca. Wzrost płac[17] i dochodów właścicieli innych pierwotnych czynników produkcji następnie pobudza popyt na dobra konsumpcyjne, doprowadzając do wzrostu ich cen. Wzrost cen rozpędza się powoli i następuje z opóźnieniem względem pojawienia się dodatkowego pieniądza. W początkowej fazie procesu niewielka grupa podmiotów dysponuje wykreowanymi środkami, zgłaszając dodatkowy popyt. Dopiero z czasem „rozlewają” się one do pozostałych sektorów gospodarki, dzięki czemu więcej i więcej podmiotów zgłasza dodatkowy popyt, coraz bardziej stymulując wzrost cen. Wzrastające ceny zaczynają sygnalizować postępującą utratę siły nabywczej dochodów, przez co podmioty orientują się, że w kolejnych okresach ich koszty będą coraz większe, co z kolei powoduje spadek popytu na salda gotówkowe, przyspieszając wzrost cen jeszcze bardziej. Jeśli podaż pieniądza nie jest dalej zwiększana, w końcu dochodzi do momentu, w którym nowy pieniądz rozprzestrzenił się już w gospodarce na tyle, że tempo wzrostu cen wyhamowuje. Przebieg wzrostu cen w wyniku spadku podaży dóbr przebiega zgoła odmiennie. Procesy dostosowawcze nie zaczynają działać w tym wypadku z opóźnieniem, gdyż względna rzadkość dóbr uderza uczestników gospodarki natychmiastowo, szczególnie w przypadku nagłych i ewidentnych szoków, takich jak przerwanie łańcuchów dostaw. Brak jest również czynników napędzających tempo wzrostu cen, zatem powinno ono być najwyższe tuż po wystąpieniu szoku. Szczególnie szybkiej reakcji należy spodziewać się na rynkach towarów charakteryzujących się dużą płynnością oraz obecnością spekulantów, a tym bardziej takich, dla których istnieją rozwinięte rynki instrumentów pochodnych; dobrym przykładem są tutaj surowce energetyczne. Tworzy to bowiem infrastrukturę do natychmiastowej transmisji wiedzy tych uczestników rynku, którzy szczególnie dobrze potrafią przewidywać przyszłe warunki i pozwala na szybsze dostosowanie się do zmian zachodzących w gospodarce[18]. Należy zatem z gruntu odrzucić przerwanie łańcuchów dostaw jako wyjaśnienie inflacji, która zaczęła przybierać na tempie, kiedy obostrzenia odpowiedzialne za przerwanie łańcuchów zostały poluzowane, a aktywność gospodarcza wróciła do poziomu (a nawet go przebiła) sprzed momentu ich przerwania.

Po rozpoczęciu szaleńczej ekspansji fiducjarnej na początku 2020 roku mogliśmy zaobserwować następującą sekwencję zdarzeń. W początkowej fazie dodatkowa dyspozycja kapitałowa[19] została ulokowana na rynkach kapitałowych. Pod koniec 2020 roku i przez rok 2021 mieliśmy do czynienia z hossą na światowych giełdach, spektakularnymi wzrostami akcji wielu spółek i masą debiutów giełdowych. Jednocześnie po przerwaniu łańcuchów produkcji, w tym również ograniczających konsumpcję i wiele usług, spora część środków została stezauryzowana. Kiedy obostrzenia zostały poluzowane stezauryzowane środki zostały uwolnione, konsumpcja znacznie wzrosła, a dodatkowa dyspozycja kapitałowa zaczęła przeradzać się w inwestycje przemysłowe. Spektakularny wzrost podaży pieniądza (w wielu krajach sięgający nawet 40-50%) w bardzo krótkim okresie spowodował, że ilość wolnej dyspozycji kapitałowej wywindowała ceny czynników produkcji w tak szybkim tempie, że stosunkowo niewiele rozpoczętych dzięki niej inwestycji zostało zrealizowanych, przez co iluzja poprawy dobrobytu (typowa dla fazy boomu) nie była szczególnie odczuwalna. Faza boomu zasadniczo charakteryzuje się inicjacją wielu nowych inwestycji, spośród których część nie może zostać zrealizowana, gdyż nie ma w gospodarce wystarczającej ilości czynników produkcji. Przedsiębiorcy mogą kontynuować swoją działalność dzięki napływającej dyspozycji kapitałowej, która pozwala im finansować zakup czynników produkcji, odciągając je od innych zastosowań. Trwa zatem rywalizacja o czynniki produkcji (w szczególności te niespecyficzne), co winduje ich ceny. Kiedy ekspansja fiducjarna nie rozwija się w wystarczającym tempie, część przedsiębiorców nie jest już w stanie ponosić jeszcze wyższych kosztów i zostaje „przelicytowana”. Największy popyt zgłaszany jest na najbardziej niespecyficzne czynniki produkcji, gdyż biorą one udział w największej liczbie procesów produkcyjnych, oraz te, które wykorzystywane są na wczesnych etapach produkcji, gdyż niższe stopy procentowe (i, co za tym idzie, wyższy czynnik dyskontujący) mają największy wpływ na ich krańcową produktywność. Przykładem takiego dobra jest energia (czy też surowce energetyczne niezbędne do jej wytworzenia), którą wykorzystuje się na każdym z etapów produkcji, w szczególności na tych najwyższych. Spektakularne wzrosty cen energii i surowców energetycznych są zatem naturalną konsekwencją ekspansji fiducjarnej, z którą mieliśmy do czynienia na początku 2020 roku[20]. Równie naturalnym zjawiskiem jest ogromny wzrost wskaźnika PPI, często po wielokroć przekraczający wzrost wskaźnika CPI. Skrajnym przypadkiem są tutaj Niemcy, gdzie wzrost wskaźnika PPI rok do roku wyniósł we wrześniu aż 45,8%, podczas gdy w przypadku CPI było to „jedynie” 10%.

Możemy zatem zauważyć, że obserwowane procesy są w pełni zgodne z przebiegiem cyklu koniunkturalnego oraz ruchów cenowych według austriackiej teorii cyklu koniunkturalnego, co potwierdza, że źródłem inflacji jest szaleńcza ekspansja fiducjarna i wzrost podaży pieniądza wywołane przez banki centralne po przerwaniu łańcuchów produkcji. Wykluczyliśmy także jako potencjalne wyjaśnienie niektóre czynniki po stronie podażowej. Nie można jednak odrzucić wszystkich z nich – niewątpliwie regulacje środowiskowo-klimatyczne miały istotny negatywny wpływ na podaż produktów z branży energetycznej, dodatkowo zwiększając ich ceny. Co można powiedzieć na temat innych alternatywnych wyjaśnień inflacji? Wyjątkowo absurdalnym argumentem wydaje się stwierdzenie, że za tak bezprecedensowy wzrost cen niemal wszystkich dóbr i usług w gospodarce odpowiada „chciwość przedsiębiorców”. Oczywiście tzw. chciwość, czyli chęć zysku przedsiębiorców istnieje zawsze i to właśnie dzięki temu potrzeby konsumentów są zaspokajane. Należałoby zatem udowodnić, dlaczego przez ostatnie dwa lata owa chciwość tak drastycznie wzrosła, czy może raczej dlaczego wcześniej nie była egzekwowana w celu zwiększenia zysków. Nawet gdyby jednak znaleziono taki czynnik, to właśnie jego należałoby wskazać jako przyczynę inflacji, a nie chęć zysku jako taką, która występuje w każdych warunkach. Jako przykład takiego czynnika wskazuje się koncentrację rynku, umożliwiającą narzucenie cen monopolowych. Monopolizacja wynikająca z naturalnej rywalizacji przedsiębiorczej może jednak pojawić się jedynie dzięki przewadze konkurencyjnej, pozwalającej na lepsze zaspokajanie potrzeb konsumentów niższym kosztem, co oczywiście nie mogłoby doprowadzić do wzrostu cen. Konieczne byłoby zatem wyjaśnienie przyczyn takiej monopolizacji. Na potrzeby rozważań możemy jednak pominąć ten problem. Istotniejsze jest to, że narzucenie cen monopolowych jest tożsame ze spadkiem podaży danego dobra. Oznacza to, że monopolista może sprzedać mniej produktu po wyższej cenie, aby osiągnąć większy zysk. Gdyby zatem monopolizacja rynku określonych dóbr była przyczyną wzrostu ich cen, musiałoby jednocześnie dojść do spadku ich ilości. Dane dotyczące produkcji energii, której ceny rosną w największym stopniu, pokazują jednak coś zupełnie odmiennego. Ponadto, narzucenie cen monopolowych (tj. podwyżka cen) nie musi być zawsze opłacalne. Mianowicie, nie przyniesie ono zwiększenia zysków gdy przychód krańcowy z produkcji danego dobra jest wyższy niż jego koszt krańcowy. Taka sytuacja może mieć miejsce przykładowo w firmach (branżach), które nie wykorzystały jeszcze pełni korzyści skali i ich produkcja charakteryzuje się malejącymi kosztami krańcowymi. Obecnie obserwujemy jednak istotny wzrost właściwie wszystkich cen w gospodarce, niezależnie od sytuacji poszczególnych firm czy branż. Wreszcie, należy zaznaczyć, że monopolizacja, rozumiana jako wzrost koncentracji produkcji dóbr na określonym rynku w obrębie niewielkiej liczby firm, nie jest wystarczającym warunkiem do możliwości narzucenia cen monopolowych. Możliwość ta jest bowiem zależna od sporności[21] danego rynku, czyli tego, w jakim stopniu nowi przedsiębiorcy są w stanie wejść na dany rynek, by zaoferować bardziej konkurencyjne warunki niż dotychczasowi producenci. Aby obronić tezę o monopolistycznej genezie obserwowanych wzrostów cenowych, należałoby zatem wykazać, że sporność niemal wszystkich rynków w gospodarce spadła oraz wskazać przyczynę tego zjawiska.

Warto dodać również kilka słów na temat tego, jakie metody mogą być skuteczne w przeciwdziałaniu inflacji. Obniżki podatków i innych obciążeń wpływają oczywiście na spadek cen. Wynika to jednak z faktu, że takie działania pozytywnie wpływają na podaż dóbr objętych wspomnianymi obciążeniami. Nie zapobiegnie to natomiast spadającej użyteczności krańcowej jednostki pieniądza. Jeśli chodzi zaś o dodatki dla gospodarstw domowych, wpływają one oczywiście na wzrost wskaźnika CPI, gdyż zwiększają popyt na dobra konsumpcyjne. Jak już zostało ustalone, wzrost tego popytu odbywa się kosztem spadku oszczędności (i inwestycji), przyczyniając się do zmniejszenia dobrobytu w przyszłości. Połączenie tej polityki z niższymi wpływami do budżetu spowodowanymi obniżką podatków oznacza konieczność finansowania jej poprzez emisję długu, co jeszcze bardziej uwydatnia opisany efekt. Wynika to z tego, że w sytuacji, kiedy wpływy do budżetu maleją, a wydatki rosną, jeszcze większa część kapitału finansowego (dyspozycji kapitałowej) w gospodarce musi zostać przeznaczona na zakup obligacji skarbowych, co dodatkowo zmniejsza wartość inwestycji oraz, co za tym idzie, dostępnego kapitału. Jeszcze bardziej niepożądanym z punktu widzenia dobrobytu rozwiązaniem jest ustalenie cen maksymalnych, które prowadzi oczywiście do niedoborów dóbr objętych takimi ograniczeniami. Przeciwdziałanie tym niedoborom oznacza z kolei konieczność subsydiowania producentów owych dóbr (na czym muszą stracić wszyscy pozostali uczestnicy gospodarki) lub narzucanie kolejnych i kolejnych cen maksymalnych, które nie może jednak trwać w nieskończoność, a niezrealizowany popyt prędzej czy później musi się gdzieś zmaterializować, wpływając na wzrost cen. Gdyby natomiast w celu zatrzymania wzrostu cen postanowiono stezauryzować część środków pieniężnych, zwiększając w ten sposób popyt na salda gotówkowe, podmioty byłyby postawione przed swego rodzaju dylematem więźnia. Tezauryzacja bowiem ma zawsze jakiś cel. Wynika ona z oczekiwania na zmianę warunków, aby w przyszłości wykorzystać stezauryzowane środki w taki sposób czy przeznaczyć je na takie zastosowania, których realizacja obecnie jest niemożliwa lub nieopłacalna. Jest ona zatem przeniesieniem siły nabywczej do przyszłości. Analogia do dylematu więźnia wynika tutaj z faktu, że tak długo jak wszystkie podmioty będą wydłużać tezauryzację, tak długo nie dojdzie do wzrostu cen, jednak równocześnie każdy z podmiotów ma bodziec do tego, aby zakończyć tezauryzację i skorzystać na niższych cenach kosztem pozostałych. W takiej sytuacji ten kto „wyłamie się” z tezauryzacji najwcześniej, najbardziej skorzysta na efekcie Cantillona, zaś ten kto będzie się jej trzymał najdłużej, najbardziej na nim straci. W obliczu takiej struktury bodźców oczywistym jest niemożliwość powodzenia tego rodzaju rozwiązania. Co więcej, im szybciej dojdzie do dostosowania struktury cen do zmian podaży pieniądza, tym krócej będzie trwał okres niepewności w zakresie kalkulacji ekonomicznej. Należy zatem stwierdzić, że jedynym skutecznym sposobem zażegnania inflacji jest zatrzymanie wzrostu podaży pieniądza.

Podsumowanie

Najważniejsze wnioski płynące z rozważań zawartych w niniejszym artykule można podsumować w formie następujących tez.

  • Długotrwały i przyspieszający wzrost większości cen w gospodarce może być spowodowany tylko i wyłącznie wzrostem podaży pieniądza.
  • Problemami, z którym borykają się podmioty gospodarcze w obliczu spadku siły nabywczej pieniądza wywołanej wzrostem jego podaży, jest możliwość znalezienia się po niekorzystnej stronie efektu Cantillona, a także zaburzenia kalkulacji ekonomicznej z powodu niepewnej struktury przyszłych cen. Jeśli natomiast wzrost cen wynika ze spadku podaży dóbr, problemem tym jest spadek dobrobytu i niemożliwość zaspokojenia wszystkich tych samych potrzeb, co do tej pory. W przypadku polityk redystrybucyjnych napędzających konsumpcję sytuacja jest podobna – przyszły dobrobyt zostaje zmniejszony względem stanu kontrfaktycznego.
  • Charakter przebiegu zmian cenowych jest inny w przypadku ekspansji fiducjarnej oraz szoku podażowego. W przypadku ekspansji fiducjarnej zmiany zachodzą z opóźnieniem i tempo wzrostu cen przyspiesza do pewnego momentu. Początkowo występuje zazwyczaj hossa na rynkach finansowych, następnie wzrasta popyt na czynniki produkcji, a dopiero później popyt na dobra konsumpcyjne. Ponadto często wzrost popytu na czynniki produkcji jest istotniejszy i stąd obserwujemy znacznie wyższe wzrosty wskaźnika PPI w porównaniu ze wskaźnikiem CPI. W przypadku szoku podażowego nie występuje opóźnienie oraz nie ma czynników napędzających tempo wzrostu cen w czasie.
  • Kluczową rolę w horrendalnym wzroście cen energii i surowców energetycznych odgrywają czynniki pieniężne. Wzrost popytu na dobra tego typu jest charakterystycznym elementem boomu wywołanego ekspansją fiducjarną.
  • Wzrost podaży pieniądza w tempie szybszym niż wzrost wolumenu transakcji zawieranych w gospodarce musi doprowadzić do wzrostu cen. Może on być zatrzymany tylko i wyłącznie poprzez wyeliminowanie przyczyny, czyli zaprzestanie dalszej ekspansji fiducjarnej.
  • Sposób, w jaki należy myśleć o inflacji, najlepiej oddają słowa Misesa:

„Najważniejszą rzeczą, jaką należy zapamiętać jest to, że inflacja nie jest aktem Bożym; inflacja nie jest katastrofą żywiołów czy chorobą, która nadchodzi niczym plaga. Inflacja jest polityką[22].

[1] P. Krugman, R. Wells, Macroeconomics, 4. ed., Nowy Jork 2015, s. 181.

[2] C. Jones, Macroeconomics, 4. ed., Nowy Jork 2018, s. 206.

[3] P. A. Samuelson, W. D. Nordhaus, Macroeconomics, 19 wyd., Nowy Jork 2010, s. 325.

[4] O. Blanchard, Macroeconomics, 7 wyd., Boston 2017, s. 31.

[5] L. von Mises, Ludzkie działanie, Warszawa 2011 (1949), s. 360-361.

[6] Ekspansja fiducjarna jest to kreacja nowych środków fiducjarnych. Środki fiducjarne w systemie z rezerwą cząstkową, opartym na standardzie jakiegoś dobra posiadającego wartość fundamentalną (np. złota), odnoszą się do tej części certyfikatów pieniężnych, które nie mają pokrycia w owym dobrze. W systemie pieniądza dekretowego, tj. nie mającego w niczym pokrycia, ekspansją fiducjarną można określić kreację środków w obrębie rynku funduszy pożyczkowych (rynku kapitałowego) nie pochodzących z realnych oszczędności.

[7] Tamże, s. 342-346.

[8] Tamże, s. 211-217.

[9] M. N. Rothbard, Wielki kryzys w Ameryce, Warszawa 2010 (1963), s. 30.

[10] F. A. Hayek, Pieniądz i kryzysy. Dzieła wybrane, tom I, Warszawa 2014 (2008), s. 236-240.

[11] F. Machlup, Giełda, kredyt, kapitał, Fundamenty rynku papierów wartościowych, Warszawa 2013 (1931), s. 137-139.

[12] R. Cantillon, Essai sur le Commerce, Francja 1755.

[13] Tamże, s. 360.

[14] Jeśli tego rodzaju polityki są finansowane poprzez emisję długu, mamy do czynienia z efektem wypierania – oszczędności zamiast na inwestycje prywatne zostają przeznaczone na wydatki rządowe, co w jeszcze większym stopniu wywołuje konsumpcję kapitału.

[15] Kluczowe w tym kontekście jest rozróżnienie oszczędności i tezauryzacji, czyli zwiększania sald gotówkowych.

[16] Należy zaznaczyć, że kluczowym rezultatem wzrostu podaży pieniądza poprzez ekspansję fiducjarną banków (banku centralnego) są zaburzenia w kapitałowej strukturze produkcji wywołujące cykle koniunkturalne. Niniejszy artykuł koncentruje się jednak na zmianach siły nabywczej pieniądza, dlatego skutki wzrostu podaży pieniądza będą rozpatrywane jedynie przez ten pryzmat.

[17] Warto dodać, że zmiany płac wiążą się z kosztami transakcyjnymi, co dodatkowo opóźnia ten proces.

[18] Rolę instrumentów pochodnych można zobrazować tutaj następującym przykładem. Załóżmy, że spekulanci spodziewają się wzrostu cen ropy naftowej w określonej przyszłości. Mogą oni zatem zawrzeć kontrakty terminowe na zakup ropy o terminie zapadalności w odpowiednim według nich momencie. Zwiększony popyt spowoduje wzrost ceny future/forward. Jeśli jednocześnie nie wzrosła cena spot, tworzy to okazję do arbitrażu. Możliwe jest zaciągnięcie długu w celu sfinansowania zakupu odpowiedniej liczby baryłek ropy i zawarcie kontraktów terminowych na ich sprzedaż o odpowiednim terminie zapadalności. To jednak zwiększy popyt na ropę i, co za tym idzie, jej cenę na rynku spot. Cena ta będzie rosnąć do momentu, kiedy okazja do arbitrażu zniknie.

[19] Dyspozycję kapitałową zdefiniować można jako taką moc dysponowania dobrami, przejawiającą się w posiadanych dobrach bądź sile nabywczej pozwalającej je nabyć, która została zaangażowana (związana dyspozycja kapitałowa) bądź zostaje przeznaczona w celu zaangażowania jej w niedalekiej przyszłości (wolna dyspozycja kapitałowa) w takie zastosowania, które nakierowane są na potencjalne zwiększenie przyszłej konsumpcji w stosunku do konsumpcji możliwej do uzyskania bez tych zastosowań. Na temat dyspozycji kapitałowej zob. https://mises.pl/blog/2022/02/19/pietak-czy-poznalismy-juz-wszystkie-skutki-nadmiernej-ekspansji-fiducjarnej/.

[20] Należy w tym miejscu zaznaczyć, że to, jakie czynniki produkcji będą eksploatowane zależy od przebiegu konkretnego cyklu koniunkturalnego, gdyż dodatkowa dyspozycja kapitałowa może trafiać do gospodarki różnymi kanałami. Tak jak w przypadku obecnego cyklu, przed Wielkim Kryzysem w Ameryce czy kryzysem z lat 70. mieliśmy do czynienia z ogromnymi wzrostami cen surowców energetycznych. W okresie poprzedzającym kryzys subprime z lat 2007-2009 doświadczyliśmy jednak boomu na rynku mieszkaniowym i czynnikiem produkcji, który doświadczył największych wzrostów (a następnie spadków) cenowych była ziemia.

[21] Na temat koncepcji sporności rynków zob. np. https://mises.pl/blog/2019/02/11/rapka-kirzner-i-rynki-sporne/.

[22] L. von Mises, Economic Policy: Thoughts for Today and Tomorrow, 3. ed., Auburn 2006 (1979), s. 72.

Źródło ilustracji: Adobe Stock

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Wojciech Piętak

Pozostałe wpisy autora:

Komentarz “Piętak: Jak należy myśleć o inflacji?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *