Wolangiewicz: Kruchość chińskiej porcelany

30 lipca 2013 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 7

Autor: Michał Wolangiewicz
Wersja PDF

2012_PudongNie ulega wątpliwości, że Chiny swój gospodarczy sukces zawdzięczają przede wszystkim urynkowieniu i postawieniu na otwarcie się na korzystną wymianą handlową. Jeśli jednak – jak w jednym z wywiadów konkludował dr Mateusz Machaj[1] — pozostaną zdominowane przez polityczną nomenklaturę i ład merkantylizmu, to będą tylko silnym producentem na rynku międzynarodowym, a nie gospodarką o wysokim poziomie życia dla mas. Bezsprzecznym pozostaje bowiem fakt, że w dzisiejszych realiach gospodarczych stały i stabilny wzrost gospodarki jest możliwy wyłącznie dzięki — używając nomenklatury Williama Baumola — kapitalizmowi przedsiębiorców (zwłaszcza tych z sektora MSP) żyjącemu w mutualistycznej symbiozie z kapitalizmem wielkich firm i ograniczonym do niezbędnych granic kapitalizmem państwowym. I trzeba przyznać, chińskie władze zaczęły się z tym godzić, o czym najdobitniej świadczą poczynione przez nich ostatnio reformy (gaige), a zwłaszcza zapewnienie obywatelom prawnej ochrony własności będącej warunkiem koniecznym rozwoju wszelkiej przedsiębiorczości — „życiodajnej rosy” każdej gospodarki pozwalającej wyjść obronną ręką z kryzysów zewnętrznych.

Made in China?
Jak powszechnie wiadomo nie tylko Chiny, ale cała Azja, wyjąwszy jedynie Japonię i Koreę Południową, żyje z podwykonawstwa zachodnich zleceń. Prawie dwie trzecie eksportu Państwa Środka stanowią zamówienia na półprodukty od zachodnich firm. Stąd ich niezmiennie dodatni bilans na rachunku obrotów bieżących, który sięgnął w 2008 r. 12 procent PKB[2], a co za tym idzie, robiące piorunujące wrażenie rezerwy przeznaczane na jeszcze silniej oddziałujące na ludzką wyobraźnie inwestycje, (przykładowo w 33 chińskich miastach planowane są nowe inwestycje w kolej podziemną, a w 28 rozpoczęto już prace. W 2006 r. w całym kraju działało tylko 10 linii metra, w 2009 r. zwiększono ich ilość do 37, a w 2015 r. będzie ich 86.) które stanowią fundament nowej ścieżki rozwoju ChRL, obranej przez władzę pod wpływem lekcji wyciągniętych z ostatniego kryzysu krajów Zachodu i związanym z tym załamaniem popytu wewnątrz kraju (na skutek którego na początku 2009 r. 50 milionów ludzi w Chinach straciło pracę).
Wykres nr 1: Saldo obrotów bieżących Chin i eksporterów ropy naftowej (mld USD)

Nowy obraz

Źródło: forbes.pl

Zapaść zleceniodawców powiązana ze spadkiem tempa wzrostu ich macierzystych gospodarek uzmysłowiła bowiem Chińczykom, że nie można polegać wyłącznie na eksporcie, opartym ponadto na sztucznie utrzymywanym, „zaniżonym” kursie renminbi (a więc mówiąc inaczej: ładzie merkantylizmu i silnej pozycji producenta na rynku międzynarodowym właśnie), ponieważ taka sytuacja uzależnia ich od kondycji importujących gospodarek jak, nie przymierzając, hubę od drzewa. I rzeczywiście, pod tym względem, czyniąc zmiany obligatoryjnymi, a w konsekwencji powodując jeszcze dalej idące otwarcie (kaifang) ChRL na wolną konkurencję, kryzys stał się dla niej prawdziwym błogosławieństwem.

Szczególnie biorąc pod uwagę, że — jak mówi prof. Adam Noga[3] — „legendarne już przyciąganie kapitału zagranicznego, offshoring, śmiesznymi kosztami pracy pomału się kończy. 30 lat rozwoju to też 30 lat bardzo wysokiej inflacji, która już dzisiaj owocuje reshoringiem, czyli wychodzeniem wielkich firm z Chin i powrotem do macierzy”. Przykładowo wielki odwrót zadeklarował Ford. Do 2015 r. zamierza zakończyć przeprowadzkę. Na ten cel przeznaczył 16 mld dolarów — za te pieniądze ma powstać w Stanach Zjednoczonych 12 tys. miejsc pracy. Zresztą nie ma się co dziwić. Co czwartej amerykańskiej fabryce powrót do na drugą półkulę po prostu bardzo się opłaca. Powody tego są dwa. Po pierwsze, USA dzięki łupkom mają obecnie czterokrotnie tańszy gaz niż ChRL. Po drugie, w ciągu ostatnich kilkunastu lat roboczogodzina w Chinach zdrożała bez mała pięciokrotnie (z ok. 50 centów do 2,5 dolara). Wygląda więc na to, że globalizacyjny boom na tani biznes w Chinach minął. Bezpowrotnie. Eksportowa gospodarka co prawda wyciągnęła część Chińczyków z nędzy. Nie zdołała jednak i raczej nie zdoła doprowadzić ich do zamożności. Co trzeba jednak wyraźnie podkreślić, przepowiednie o dzieleniu japońskiego losu są mocno przesadzone.

Luka popytowa
Sedno dzisiejszych problemów Wielkiego Smoka tkwi bowiem w tym, że od roku 2008 jej wzrost gospodarczy przechylił się zbyt znacznie ku finansowanym przez państwo inwestycjom (pierwszy pakiet stymulacyjny z tegoż roku wart był bagatela 600 mld dolarów), ustalanym z góry przez Komunistyczną Partię Chin, a przez to oderwanym od racjonalizującego je oddziaływania sił rynkowych.
Wykres nr 2. Co się składa na wzrost chińskiego PKB

Nowy obraz (1)

Źródło: tiburon.co.uk
Wykres nr 3. Udział kredytu we wzroście chińskiego PKB

Nowy obraz (2)

Źródło: zerohedge.com
Wykres nr 4. Ekspansja kredytowa w Chinach w latach 1997–2012

Nowy obraz (3)

Źródło: zerohedge.com
Chińska Akademia Nauk opublikowała nie tak dawno raport pod tytułem „Rozwój regionalny po 2011 r. w obliczu kryzysu finansowego”. Z danych tam przedstawionych wynika, że po wielkim kryzysie azjatyckim w 1998 r. Chiny rozpoczęły intensywną budowę autostrad. Do końca 2011 ich łączna długość wyniosła ponad 30 tys. km (!). Jednakże, jak wskazują eksperci portalu Money.pl, autorzy raportu podkreślają, że sieć komunikacyjna była rozbudowywana na wyrost i do dziś nie jest racjonalnie wykorzystana. Niedługo po upadku Lehman Brothers dla zapewnienia wzrostu chińskiego PKB zatwierdzono wiele — o czym wspominam wyżej — projektów budowy metra. W rezultacie, w 2010 roku udział inwestycji w chińskim PKB sięgnął aż 45 procent (obecnie jest to już ponad jedna druga dochodu narodowego), z czego połowa to inwestycje państwowe, które podobnie jak te będące bękartami ekspansji kredytu i środków fiducjarnych, są w dłuższej perspektywie i znakomitej większości po prostu chybione. Stąd właśnie nie trudne do spotkania nad rzekami Żółtą czy Niebieską miasta pozbawione mieszkańców i autostrady, po których praktycznie nikt nie jeździ[4]. A dodatkowo, kłopoty rynku finansowego związane ze złymi kredytami, które według danych Chińskiej Komisji Kontroli Bankowej (CKKB) wyniosły 526,5 mld juanów, tj. 85,7 mld dolarów, co oznacza 17-procentowy wzrost w I kwartale br. O zadłużeniu sektora prywatnego — będącego przecież jedną z konsekwencji tych zachęcających przedsiębiorców do ryzykowania własnym kapitałem, nietrafionych przedsięwzięć państwowych; vide nierentowne sklepiki w przejściach rzadko wykorzystywanego metra czy przynoszące straty stacje benzynowe przy nieruchliwych drogach — które sięgnęło 136 procent PKB wspominając.
Wykres nr 5. Zadłużenie firm w wybranych krajach (proc. PKB)

Nowy obraz (4)

Źródło: zerohedge.com
Wystarczy nadmienić, że zgodnie z przewidywaniami Standard&Poor’s w ciągu dwóch lat długi chińskich przedsiębiorstw będą wyższe niż te amerykańskich, a jedna trzecia światowego zapotrzebowania na kredyt w 2017 r. — które zdaniem autorów analizy sięgnie 53 bln dolarów (!) — zgłoszona zostanie w Chinach.

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego moce produkcyjne chińskiego przemysłu są o 40 procent za wysokie, a to — jak twierdzą analitycy Société Générale — w razie nawet niewielkiego niedostatku wewnętrznego popytu, czy to spowodowanego spadkiem liczby inwestycji państwowych, czy to spadkiem konsumpcji, na którym oparła się  chińska gospodarka po 2008 r., może doprowadzić do eskalacji kryzysu, który dla zadłużonych przedsiębiorców będzie niósł katastrofalne konsekwencje. Wewnętrzna konsumpcja została co prawda ostatnimi czasy rozbudzona, ale nie na tyle, by zapewnić Chinom wewnętrzną stabilizację w warunkach ochłodzenia zachodnich gospodarek. Sztucznie wykreowana luka pomiędzy popytem a podażą (nawet w zeszłym roku Chiński Bank Centralny dwukrotnie zmniejszył stopy procentowe i zliberalizował wymogi dotyczące rezerw obowiązkowych w bankach komercyjnych[5]) najprawdopodobniej doprowadzi do krachu wielu gałęzi przemysłu, a co za tym idzie bankructwa niezliczonej liczby małych i średnich przedsiębiorstw, za którymi stoją ludzie starający się ze wszystkich sił skończyć ze statusem średniowiecznego przypisańca (człowieka przywiązanego do ziemi prawem feudalnym, nie mogącego opuścić miejsca swego zamieszkania) i podążać za czymś więcej niż egzystencjalne minimum. To jest, przykładowo, 138 dolarami miesięcznie, bo tyle właśnie wynosi średnia płaca w Chongqing, jednym z największych ośrodków przemysłowych[6]

Solution libérale
Na razie Chiny ratuje utrzymujący się wciąż na zadowalającym poziomie popyt wewnętrzny będący rezultatem przeprowadzanego od 2007 r. równoważenia gospodarki, kiedy to Narodowy Kongres Ludowy – realizując wprowadzony w roku 1988 do konstytucji zapis o ochrona własności prywatnej – ustanowił bardziej kompleksowe prawo własności przyznające obywatelom taką samą ochronę prawną, jaką ma państwo, co – bez względu na wątpliwą skuteczność jego egzekucji – stanowi krok w dobrym kierunku; przynajmniej w założeniu, od czasu uchwalenia ustawy o ochronie własności prywatnej, „własność państwowa, kolektywna i indywidualna korzysta [bowiem] z ochrony prawa i nie może być naruszana”[7]. Dość powiedzieć, że już w roku obecnym większa część chińskiego PKB będzie powstawać w usługach, a nie w przemyśle. Popyt w tym sektorze ma być wszak w założeniu alternatywą — i bardzo słusznie, także ze względu na fakt, że jest to chyba najlepszy bodziec dla tworzenia się klasy średniej, na której opierają się niemal wszystkie silne i stabilne gospodarki —  nie tylko dla jakże zdradliwego w dłuższej perspektywie eksportu (bo całkowicie uzależnionego od kondycji zleceniodawców), ale i nierentownych inwestycji państwowych, które doprowadziły do potwornego zadłużenia (zarówno publicznego, jak i prywatnego) stanowiącego obecnie największe zagrożenie dla dalszego rozwoju Państwa Środka. Wystarczy, że banki – a za nimi niezależni od nacisków rządu pożyczkodawcy z szarej strefy – wstrzymają akcję kredytową w reakcji na rosnący odsetek niespłaconych zobowiązań, co doprowadzi do tąpnięcia w ilości prywatnych inwestycji. To wszak spowoduje upadek niezliczonej liczby firm i wywoła falę bezrobocia. Jako zapowiedź powyższego potraktować należy problemy na chińskim rynku międzybankowym, gdzie trudno pozyskać gotówkę. Tegoroczny wzrost akcji kredytowej może być mniejszy aż o 750 miliardów juanów (około 122 mld dolarów), czyli mniej więcej tyle ile wynosi PKB Wietnamu. Taka jest przynajmniej mediana prognoz 15 analityków ankietowanych przez Bloomberg News[8]. To właśnie na tym założeniu operują eksperci Société Genéralé, wieszcząc poważne kłopoty Chin; problemy ze spłatą zobowiązań, zamrożenie akcji kredytowej przez banki oraz spadek tempa wzrostu PKB znacznie poniżej 4 proc. PKB[9].

Wbrew temu, co ostatnio usilnie suflują różni „ekonomiści”, przewaga konkurencyjna nie może być w nieskończoność generowana przez wsparcie państwa. Prędzej czy później rzesze pojedynczych przedsiębiorców i setki firm przyzwyczajone do popytu z kroplówki, na skutek jej odłączenia, będą musiały upaść. Klucz do sukcesu Wielkiego Smoka tkwi więc raczej w zmianie dotychczasowego sposobu myślenia tamtejszych decydentów — sferze społeczno-politycznej, a nie stricte ekonomicznej. Całkowitym otwarciu na wolną wymianę, stanięciu w szranki na międzynarodowych rynkach oraz daniu możliwości obywatelom swobodnego konkurowania zarówno na rynku wewnętrznym, jak i zewnętrznym. I jak się zdaje, Sormanowskie „rozwiązanie liberalne” to jedyny właściwy drogowskaz. Zawierzenie innemu doprowadzi bowiem do sytuacji, w której nie będzie mowy o gospodarczej symbiozie, czy, mówiąc jaśniej, zrównoważonym rozwoju, którego podstawy nie zaczną się trząść na skutek nawet najlżejszego wiatru wiejącego ze strony popytowej. Całe szczęście świadomość tego zaczyna powoli przebijać się nawet do twardych głów „(post)komunistycznych mandarynów”[10].

Teksty publikowane jako working papers wyrażają poglądy ich Autorów –

nie są oficjalnym stanowiskiem Instytutu Misesa.

 


[1] Zob. Magazyn Uniwersytetu Wrocławskiego „Uniwersal.info”, Między kapitalizmem a anarchokapitalizmem, nr 9, ISSN 2081-7567, str. 57-58.

[2] Pomińmy tu, że niektórzy eksperci wątpią w prawdziwość tych danych, twierdząc, że dane te są poprawiane „ręcznie”. Chińczycy twierdzą, dajmy na to, że w marcu wartość chińskiego eksportu wzrosła o 45% w stosunku do zeszłego roku. Tajwańscy urzędnicy podają z kolei, że zaobserwowali 1,2-procentowy spadek importu z Państwa Środka.

[3]  Zob. Magazyn Uniwersytetu Wrocławskiego „Uniwersal.info”, Na przekór ekonomicznej wulgacie, nr 10, ISSN 2081-7576, str. 58–59.

[9] Rzecz jasna, mając w pamięci choćby tzw. azjatycki kryzys finansowy, trzeba liczyć się z tym, że uwolnienie juana nie obejdzie się bez ujemnych konsekwencji. Jednakże, w porównaniu do tego, co grozi Chinom w związku z niedopasowaniem struktury podaży do popytu finansowanego w znacznym stopniu kredytem, droga od imitacji do innowacji została przebyta przez Azjatyckie Tygrysy w miarę suchą stopą.

[10] Na marcowym zjeździe KPCh — w swym pożegnalnym przemówieniu — sam ustępujący na rzecz Li Keqianga premier Wen Jiabao przestrzegł przed brakiem modelu zrównoważonego wzrostu oraz idącymi z tym w parze narastającymi napięciami społecznymi.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Michał Wołangiewicz

Pozostałe wpisy autora:

7 Komentarze “Wolangiewicz: Kruchość chińskiej porcelany

  1. Śmieszy mnie ciągłe bredzenie o znaczeniu eksportu i o „nadwyżkach bilansu”. Są to KOMPLETNE BZDURY.
    .
    Z punktu widzenia gospodarki jest DOKŁADNIE WSZYSTKO JEDNO, czy Chińczyk produkuje dla Niemca, czy dla innego Chińczyka (tak samo, jak piekarzowi jest wszystko jedno, czy piecze chleb dla sąsiada, czy dla przygodnego turysty z innej części Polski).
    .
    Co do „nadwyżki”, to nic takiego nie istnieje. Wszystkie zagraniczne waluty, które ktoś otrzyma od kontrahentów będzie musiał CO DO GROSZA wydać z powrotem. Saldo zawsze wynosi zero !!!
    .
    Jeżeli Chińczycy mają miliardy Euro, to mogą albo coś kupić w krajach Euro, albo sprowadzić do Chin towary lub usługi z krajów Euro, albo dokonać transakcji z jakimkolwiek krajem, który z kolei dokona transakcji z krajami Euro (transakcja pośrednicząca).
    .
    Chiny nie po to sprzedają prawdziwe towary, żeby w zamian dostać papierki. Każda transakcja to w efekcie wymiana TOWAR za TOWAR !!! A więc oni do nas przysyłają swoje produkty, a my w zamian do nich nasze. Pieniądz jest tylko ELEMENTEM ROZRACHUNKOWYM !!! Nie stanowi o ISTOCIE relacji gospodarczych !!!
    .
    Ktoś, kto zaczyna i kończy na pieniądzach, tak naprawdę nie wie i nie rozumie o czym pisze …
    .
    Typowym błędem jest też PERSONIFIKACJA NIEISTNIEJĄCYCH BYTÓW. Tzn mówi się, że „Chiny to”, albo „Chiny tamto”. Ale CO TO SĄ te „Chiny” ??? Przecież istnieje tak naprawdę MILIARD LUDZI, a nie jakieś „Chiny” !!!
    .
    Czy „Chiny” to organizacja polityczna służąca poprawie warunków życia tego miliarda ludzi ? A może „Chiny” to organizacja służąca do zagonienia do roboty miliarda ludzi na potrzeby Niemców i Amerykanów ?
    .
    W końcu to dzięki zagonieniu tej całej hałastry do roboty kraje Zachodu mogły uwolnić swoje zasoby do bardziej efektywnych działań !!!
    .
    Czy dla „Chin” lepiej jest, gdy Chińczyk sprzedaje coś do USA, a potem kupuje coś innego od USA, czy też gdy Chińczyk dokonuje wymiany z innym Chińczykiem ???
    .
    Ma to jakieś znaczenie w tym „mundrych” analizach ?
    .
    Czy sytuacja, gdy export i import = 0 jest gorsza, niż gdy export = 100 i import = 100 ?
    .
    Czym to się wszystko różni ?
    .
    Przecież tak naprawdę sensem gospodarowania jest zaspokajanie potrzeb poprzez przepływ wartości. Nie ma ŻADNEGO znaczenia, czy nazwiemy to export/import czy też po prostu wymiana pomiędzy sąsiadami. Nie ma też znaczenia, czy była to wymiana be zużycia pieniędzy, czy z użyciem pieniędzy. To tak, jak by dla kogoś było ważne, czy w trakcie sprzedawania komuś jabłek ktoś te jabłka zapisywał kreskami w zeszycie, czy wystarczyło mu, że pamiętał w myślach …
    .
    Ekonomiści mają tak zawładnięte umysły przez liczby pieniężne, że przestali kompletnie rozumieć gospodarkę. Jest to pokłosie XIX wiecznych bzdur Marksa i XX wiecznych bzdur Keynesa …
    .
    A tymczasem do zrozumienia i zarządzania gospodarką w ogóle słowo „pieniądz” nie jest potrzebne …

    1. p.s.: ale oczywiście z końcowymi tezami artykułu się zgadzam !!!!!

      Chiński rząd marnotrawi pieniądze na „budowy socjalizmu”, zamiast po prostu pozwolić gospodarce rozwijać się SAMEJ …
      (bez względu na to, czy to będzie eksport, czy sprzedaż w Chinach, bo to jest KOMPLETNIE BEZ ZNACZENIA …

      Ale taka zmiana będzie oznaczała, że miliony urzędników będzie musiało utracić swoje intratne posady „obozowych kapo”. I to może być problem z „odpaństwowieniem” ich systemu gospodarczo-politycznego …

      Dobrze się żyje z samego faktu, że można komuś wydać lub nie wydać pozwolenia na eksport, budowę fabryki, prowadzenie firmy itp.

  2. wyczytałem w internecie, że Ford Motor Co. jest wart 19,6 mld dolarów. ciekawe skąd weźmie dodatkowe 140,4 mld, żeby za 160 mld przenieść się z Chin do Ameryki?

    odp. z funduszu za drobne błędy w tłumaczeniu liczebników

    1. Wkradł się błąd „w druku”, za który z tego miejsca przepraszam. Oczywiście chodzi o 16 mld 🙂
      Dziękuję bardzo za zwrócenie uwagi.

      Pozdrawiam serdecznie!

      MW

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy