Autor: Adam Heydel
Pierwodruk: „Czasopismo Prawnicze i Ekonomiczne”, 1936, t. 30.
Wersja PDF

Poniższy tekst będzie częścią wydania Dzieł zebranych prof. Adama Heydla. Już za niewielką kwotę darowizny Pana/Pani imię i nazwisko może znaleźć się na liście mecenasów wydania na pierwszych kartach książki oraz na stronach www.mises.pl (szczegóły mecenatu, pdf).

[Zachowano oryginalną pisownię]

HeydelZnana jest ewolucja prawa własności od rzymskiego jus utendi et abutendi do tej postaci, w jakiej ono występuje w czasach najnowszych.

»Przepisy ograniczające własność, a dyktowane względami na dobro powszechne mnożą się, co dowodzi, że socjalizacja prawa prywatnego postępuje w jednej z najistotniejszych jego podstaw…«[1].

Czy i jakie światło może rzucić na ten rozwój ekonomja?[2].

Nauka ekonomji nie dopomoże prawnikowi w rozstrzygnięciu zagadnień etycznych, stanowiących o »dobrze powszechnem«, a związanych z prawem własności, bo nie daje żadnych podstaw do sądów wartościujących. Ale może należałoby zasięgnąć porady ekonomisty w sprawie wpływu takiej, lub innej, postaci prawa własności na dobrobyt, czy na bogactwo społeczne? Na opinji lekarza oprze się wszakże prawnik, ograniczając prawo własności ze względu na higjenę, na zdaniu architekty, gdy będzie uwzględniał sprawę niebezpieczeństwa zawalenia się domu, a na sądzie przyrodnika, nakazując zalesianie poręb.

Nawet jednak w tak zwężonym zakresie, nie potrafi niestety ekonomista odpowiedzieć wyczerpująco, na wszystkie pytania prawnika.

Nie może dać odpowiedzi jednoznacznej, bo ma do czynienia z wielością podmiotów i wielością przedmiotów ekonomicznych.

Dopóki ekonomista ma rozstrzygać o bogactwie jednostki,  dopóty problem jest (pozornie) prosty: większe bogactwo przedstawia 150 tysięcy złotych, niż 100 tysięcy złotych. Może też ekonomista w pewnych granicach wskazać jakie warunki pozwolą na podniesienie bogactwa jednostki ze 100 na 150 tysięcy.

Nie przedstawia także dla ekonomisty trudności ocena bogactwa złożonego z jednego tylko rodzaju przedmiotów. Jasne jest dla ekonomisty, że bogactwo się zwiększa, jeśli tym samym nakładem kosztów zostanie wyprodukowany miljon tonn pszenicy, zamiast 900 tysięcy tonn. Ale to wszystko jest także jasne dla nie-ekonomistów.

Tam natomiast, gdzie się zaczynają zagadnienia, których nie można rozwiązać zdrowym rozsądkiem, tam także i ekonomista natrafia na poważne trudności. Jego niewątpliwa wyższość, w porównaniu z laikiem, polega tylko na tem, że zdaje sobie sprawę z owych trudności. Występują one nawet w pozornie najłatwiej uchwytnych, najbardziej objektywnych wypadkach.

Jeżeli, zamiast prostego przypadku produkcji miljona, czy 900 tysięcy tonn pszenicy, mamy do czynienia choćby tylko z produkcją dwóch rodzajów dóbr, np. pszenicy i węgla, to może tu wystąpić szereg logicznie możliwych kombinacyj:

a) zwiększa się produkcja pszenicy i węgla,

b) zwiększa się produkcja pszenicy, a produkcja węgla pozostaje niezmieniona,

c) zwiększa się produkcja węgla, a produkcja pszenicy pozostaje niezmieniona,

d) zwiększa się produkcja pszenicy, a zmniejsza się produkcja węgla,

e) zwiększa się produkcja węgla, a zmniejsza się produkcja pszenicy,

f) zmniejsza się produkcja pszenicy, a produkcja węgla pozostaje niezmieniona,

g) zmniejsza się produkcja węgla, a produkcja pszenicy pozostaje niezmieniona,

h)  zmniejsza się produkcja pszenicy i żyta [węgla — przyp. red.].

Te bardzo uproszczone wypadki oddają tylko w małem przybliżeniu trudności, które spotyka ekonomista.

Wzrastają one niepomiernie, gdy uwzględnimy nie dwa różne dobra, ale choćby dziesięć różnych dóbr, a cóż dopiero taką ich ilość, jaka występuje w życiu rzeczywistem.

Ale już przy dwóch różnych dobrach ekonomista z trudnością może odpowiedzieć na pytanie, czy i które z tych wypadków są najbardziej pożądane, z punktu widzenia dobrobytu.

Odrzuciwszy wypadki f,  g, oraz h, które (naogół biorąc) można uznać za niepożądane, stajemy wobec wypadków d i e, których znaczenie dla dobrobytu jest niewiadome, oraz wobec wypadków a, b i c, które nie budzą wątpliwości w laiku, ale które nie są jasne dla ekonomisty.

Zacznimy od przyrostu jednego dobra, któremu towarzyszy zmniejszenie ilości drugiego, to jest od wypadków d i e. Pomijam stopień wzrostu, lub spadku, produkcji pszenicy, czy węgla. Niezależnie od stopnia, w jakim wzrośnie produkcja jednego z tych dóbr, a spadnie produkcja drugiego, ustalenie korzystności, lub niekorzystności tych zmian jest bardzo wątpliwe.

Można je coprawda rozpatrywać jako zmiany sum pieniężnych, sprowadzając w ten sposób oba towary do jednego mianownika. Wydawałoby się, że jeśli np. wartość produkcji żyta [pszenicy — przyp. red.] wzrośnie z 5 na 7 miljardów, a wartość produkcji węgla spadnie z 4 miljardów na trzy — to powinniśmy uznać taką zmianę za przyrost bogactwa społecznego, skoro łączna wartość obu produktów wyniesie teraz 10 miljardów, a poprzednio wynosiła tylko 9 miljardów. Ale tu właśnie nasuwa się trudność, o której wspominałem już poprzednio, trudność, wynikająca ze zmian bogactwa różnych jednostek.

Polega ona na tem, że zmiany w stosunku wielkości produkcji różnych dóbr, łączą się z przesunięciami dochodów z jednej kieszeni do drugiej. Jest to jednoznaczne z przesuwaniem się możliwości konsumcyjnych. Nie mamy zaś możności porównywania użyteczności, jakie przedstawiają dobra dla różnych podmiotów gospodarczych, a stąd nie możemy ocenić, czy przesunięcia te dają, czy nie dają, wzrost sumy użyteczności w całem społeczeństwie. Wbrew pozorom, nie możemy tego zrobić nawet wówczas, gdy (obliczone w pieniądzu) zmiany dochodów, wykazują przewagę korzyści nad stratami.

To właśnie utrudnia opinję ekonomisty nawet o tak pozornie jasnych wypadkach, jak te, w których ogół dóbr wzrasta, lub przybywa jednych, a ilość innych się nie zmienia (wypadki a, b oraz c).

Jeżeli bowiem przyrostowi tych dóbr towarzyszą znaczne przesunięcia dochodów jednostek, np. skoncentrowanie w rękach niektórych jednostek całego przyrostu, lub nawet więcej od przyrostu, to wynik może być oceniany rozmaicie, zależnie od kąta widzenia obserwatora, a ekonomista nie może wyrazić o zmianach swojego zdania.

Dla zdania sobie sprawy z możliwości przesunięć bogactwa, względnie dochodów pomiędzy jednostkami, należy rozpatrzyć logicznie dopuszczalne kombinacje tych zmian. Są one następujące:

a) wzbogaceniu się jednych jednostek towarzyszy wzbogacenie się innych,

b) wzbogacają się niektóre jednostki, bogactwo innych pozostaje niezmienione,

c) wzbogaceniu się jednych, towarzyszy zubożenie innych,

d) ubożeją jedne jednostki, a innych zamożność się nie zmienia,

e) ubożeją wszyscy.

Wypadki b i d są mało prawdopodobne. Zmiany bogactwa jednych członków społeczeństwa wpływają naogół na bogactwo innych. Wpływ ten może być dodatni (wypadek a) lub ujemny (wypadki c i e).

Wypadek a jest oczywiście pożądany. Równie oczywiście niepożądane jest ogólne zubożenie (wypadek e).

Komplikacje zachodzą w wypadku c. Pozornie można go łatwo podzielić na dwie grupy: 1. na takie wypadki, w których wzbogacenie pewnych jednostek przewyższa zubożenie innych, tak, że suma bogactwa się zwiększa oraz, 2. takie, w których straty ubożejących przewyższają korzyści tych, którzy się wzbogacają, tak, że suma bogactwa maleje. Gdybyśmy mogli ściśle przeprowadzić podobne obliczenia, to znaleźlibyśmy w nich pewną wskazówkę dla praktycznego postępowania. Ale właśnie wspomniana już niemożność porównywania użyteczności, jaką przedstawiają dobra dla różnych podmiotów, uniemożliwia nam te obliczenia.

Ekonomista może stwierdzić napewno korzystność wzrostu bogactwa wszystkich członków społeczeństwa (wypadek a), lub przynajmniej wzrostu bogactwa niektórych, z tem, że bogactwo innych nie ulega uszczupleniu (wypadek b). Prawnik może i powinien zapytać jeszcze o kwalifikacje moralne, kulturalne i t. p. tych, którzy zyskują lub tych, którzy zyskują więcej. Ale z tem pytaniem odeśle go ekonomista pod innym adresem, zadowolony z tego, że wywiązał się ze swoich obowiązków.

Z tego, co powiedziałem dotychczas, wynikałoby, że ekonomja nie może rzucić wiele światła na praktyczne zagadnienia, a katedry ekonomji, są zbędnym luksusem. Czy jest tak w istocie?

Ekonomista nie ma danych teoretycznych, któreby mu pozwoliły ocenić zmiany w układzie gospodarczym w sposób bardziej dokładny i pewny, aniżeli potrafi to zrobić laik obdarzony zdrowym rozsądkiem. Odwrotnie — jak już wspomniałem — będzie on miał więcej wątpliwości od laika.

Może natomiast ekonomista lepiej od laika przewidzieć, jakie zmiany zajdą w układzie gospodarczym pod wpływem stworzonych warunków technicznych, kulturalnych, politycznych, czy prawnych. Do tego sprowadza się jego rola rzeczoznawcy, ale ta rola nie jest do pogardzenia.

Wybierając się w podróż, nie mogę się spodziewać po ajencji turystycznej, że wybierze mi taką linję kolejową, która mi będzie najbardziej dogadzać, ale mogę oczekiwać tego, że dowiem się, co mnie spotka na tej, lub innej trasie.

A to umożliwi mi wybór. Podobnym skromnym informatorem może i powinien być ekonomista, gdy ustawodawca zapyta go o skutki takich, czy innych, norm prawnych. Rzeczą ustawodawcy jest ocenić wartość tych skutków, w świetle jego własnych społecznych ideałów i wybrać pomiędzy możliwemi ewentualnościami. W pierwszej linji dotyczy to prawa własności.

Prawo własności, które nie zostało poddane żadnym »przepisom organizacyjnym« pozwala jednostce na dowolne rozporządzanie jej dobrami. Jednostka ma niepodawaną w wątpliwość tendencję do osiągania maximum zadowolenia. To znaczy stosuje zasadę gospodarności. Może ją stosować lepiej, lub gorzej. Może także widzieć maximum zadowolenia w osiąganiu celów ściśle gospodarczych, albo innych. Może więc dążyć do powiększania majątku, albo do dobroczynności, do bardziej lub mniej szlachetnych form konsumcji  i t. d.

W każdym z tych wypadków osiągnie maximum zadowolenia, otrzymawszy pełną swobodę w rozporządzaniu swojem mieniem. Prawnik jednak nie pyta ekonomisty o warunki dające możność osiągnięcia maximum zadowolenia. Pyta o skutki gospodarcze stwarzanej sytuacji prawnej. Czy są zatem takie przepisy ograniczające własność, które mogą zapewnić poszukiwanie przez jednostki maximum zadowolenia w maksymalizacji jej majątku, względnie dochodu? Historja zna rozmaite próby osiągnięcia w drodze norm prawnych tego celu. Można jako przykłady przytoczyć takie przepisy ustalające stosunek jednostki do jej warsztatu pracy, jak przepisy, cechowe, ordynacje, fideikomisy, zakazy dzielenia parceli i t. p., z drugiej strony zaś przepisy normujące komsumcję (dekrety skierowane przeciw zbytkowi, prohibicja napojów alkoholowych i t. p.). Zbliżone są przepisy prawne wprowadzające przymusową kapitalizację (ubezpieczenia społeczne). Historja wykazała ich małą skuteczność. Stwierdza ona, że najczęściej bywają obchodzone, albo jeśli egzekutywa jest dostatecznie silna, chybiają celu, o tyle, że dany zakaz bywa przestrzegany, ale nie daje spodziewanych rezultatów. Niepodzielność, lub zakaz sprzedaży ziemi utrzyma dany kawałek ziemi w rękach właściciela, ale kosztem jego zubożenia, lub niekiedy, zaniechania produkcji. Prohibicja takiej, czy innej konsumcji, wywoła inną konsumcję równie, albo bardziej szkodliwą z ekonomicznego punktu widzenia. Przymusowa kapitalizacja okazuje się, jakże często, trwonieniem oszczędności, a utrudnia oszczędność dobrowolną.

Istota trudności polega tu na tem, że uzgodnienie maximum zadowolenia i maximum gospodarczego byłoby osiągalne tylko na drodze odpowiedniego wychowania jednostek. Dopóki w ich oczach te dwa cele się nie pokrywają, wszelkie przepisy prawne, dążące do ich uzgodnienia będą napotykać na sprzeciw i próby obejścia. Nie należy do ekonomisty rozstrzyganie pytania, czy wogóle takie uzgodnienie jest potrzebne z punktu widzenia wyższych interesów społeczeństwa. Może i powinien natomiast wskazać na to, że z jednej strony wypadki zbyt daleko idącej rozbieżności pomiędzy maximum gospodarczem, a maxinium zadowolenia nie są częste, a z drugiej strony, przepisy podobne do wymienionych, wbrew pozorom, nie gwarantują bynajmniej (nawet przy pełnem wejściu w życie) poprawy gospodarczej. Są one zamało giętkie, zbyt ogólne w znaczeniu niezmienności, a zbyt szczegółowe, o tyle, że obejmują zawsze tylko fragmenty życia, by mogły być dźwignią postępu gospodarczego życia, które wykazuje tak wyraźną zmienność, a zarazem tak ścisłe powiązanie wszystkich swoich części składowych.

Toteż prawnik rzadko sięga do tego arsenału środków ze względów ekonomicznych, jeżeli przez nie rozumimy przyrost bogactwa wszystkich, a przynajmniej przyrost bogactw niektórych, nie pociągający za sobą zubożenia innych (wypadki a i b).

Nawet dzisiejszy »zsocjalizowany« prawnik ma tyle zaufania do społeczeństwa, że kuratelę prawną stosuje jako przepis wyjątkowy, w wypadkach patologicznych. Zrzeka się kurateli nad całem społeczeństwem[3]. To zaufanie jest głęboko uzasadnione. Maximum zadowolenia, do którego zdążają jednostki, pokrywa się najczęściej (zaczęsto nawet, mógłby powiedzieć filozof) z gospodarnością[4].

Ogólny przyrost sumy bogactwa (wypadki a i b) zachodzi wyłącznie tylko jako skutek zwiększonego wysiłku mózgu, nerwów i mięśni, a nie może być wywołany żadną interwencją prawną.

Zwiększony wysiłek, to może być większa wynalazczość, większa produkcja przy użyciu tych samych zasobów, większa oszczędność i lepsze (zyskowniejsze) ulokowanie posiadanych już bogactw.

To wszystko zapewnia pełna swoboda rozporządzania swoją własnością, t. j. nieograniczone prawo własności prywatnej.

Ograniczenie tego prawa może wywołać tylko wypadki c, d i t. j. wypadki, gdzie wzbogaceniu jednych, towarzyszy ubożenie drugich, lub gdy ubożeniu jednych, towarzyszy niezmieniona zamożność innych, albo wreszcie gdy ubożeją wszyscy.

»Dobro powszechne« o którem wspomina prof. Zoll może wymagać tych zmian. Ekonomiście nie wolno tego podawać w wątpliwość. Musi tylko przewidywać ekonomiczne konsekwencje wprowadzonych przepisów.

Prawnik, który przez ograniczanie prawa własności zamierza się przysłużyć dobru powszechnemu może mieć dwa uzasadnione logicznie cele:

1. pomnożyć inne wartości, które uważa za ważniejsze od bogactwa,

2. rozdzielić bogactwo inaczej, aniżeli rozdzieliłoby się, gdyby ius utendi et abutendi pozostało nieograniczone.

Do pierwszego celu zmierza prawnik wówczas, gdy ogranicza prawo własności ze względów na »bezpieczeństwo lub zdrowie ludzi — stąd różne przepisy, dążące do tego by domy nie groziły zawaleniem, by pożary nie mogły się szerzyć, by mieszkania były zdrowe«[5]. Kiedyindziej »chodzi tylko o względy wygody łatwiejszej komunikacji, lub o względy estetyczne, względy zachowania dla społeczeństwa różnych zabytków sztuki, kultury i przyrody —stąd różne przepisy budowlane, ustawy o ochronie zabytków i t. p.«[6].

Nie ulega wątpliwości, że wymienione cele mogą być w szerokiej mierze osiągnięte przez ograniczanie własności. Ekonomista nie ma prawa — jak już wspominałem — rozstrzygać o ich znaczeniu dla dobra powszechnego.

Powinien natomiast wskazać na tę »heterogenję celów« jak mówił Wilhelm Wundt, na owe rykoszety w życiu społecznem, które muszą wystąpić jako pośrednie skutki zastosowanych środków. Przepisy dążące do tego, by mieszkania były zdrowe, sprowadzą nietylko większą higjenę, ale i większe koszty budowy. Ponieważ zaś ilość środków jest ograniczona, więc zwiększenie kosztowności odbije się na ilości budowanych domów. W obrębie więc konkretnego zagadnienia budownictwa domów mieszkalnych, wypadnie prawnikowi wybierać pomiędzy jednem z dwu rozwiązań: więcej domów, lub domy bardziej higjeniczne. Wybór nie może być raz na zawsze ustalony. Zależnie od warunków ekonomicznych, od czasu na który oblicza się ruch budowlany, raz to, raz inne rozwiązanie może się okazać właściwsze.

Bywają wypadki, w których uznanie pewnych zjawisk za wartościowe, raz na zawsze rozstrzyga wybór. Tak jest przy ochronie zabytków. Tu nie ma powrotu. Zniszczony zabytek przepada raz na zawsze.

Zarówno jednak w pierwszych, jak i w ostatnich wypadkach ekonomista ma obowiązek dodać drugie ostrzeżenie: chodzi nietylko o wybór między bardziej higjenicznemi mieszkaniami, a większą ilością mieszkań, lub zachowaniem zabytków, a powiedzmy przeprowadzeniem szosy, lub rozszerzeniem ulicy, chodzi także, przedewszystkiem, o wybór pomiędzy szczegółowym celem, jaki stawia sobie prawnik, a bogactwem. Bo zagrodzenie drogi prądowi, który kieruje energję ekonomiczną do pewnych rozwiązań, nietylko tę energję przesuwa, ale prowadzi do jej rozpierzchnięcia i marnotrawstwa.

Podobny wybór staje także przed prawnikiem, gdy przez ograniczenie własności chce inaczej rozdzielać bogactwo. Ten problem krajania ciastka jak mówią Anglicy, lub krajania bochenka chleba, jak wolą mówić, rzadziej widujący ciastko Polacy, jest mniej skomplikowany, jak się to nieraz wydaje. Wystarczy nadkroić suflet, lub świeżo wypieczone ciasto, by się »zaklęsło«. Tak samo zapada się i maleje społeczny bochenek chleba przy próbach krajania nożem prawa.

Nie trzeba zapominać, że ten chleb dzieli się ciągle i bezustannie także i wówczas, gdy prawo własności jest nieograniczone. Okruszyny chleba przesuwają się wciąż z rąk do rąk i z ust do ust. Jeśli żadne ograniczenia, ani przywileje[7] nie stanowią zapory dla tego podziału, to odbywa się on samorzutnie w ten sposób, że bochenek wyrasta jak na drożdżach. Przesunięcia bowiem urzeczywistniają zasadę gospodarności. Każde ograniczenie własności ją narusza i wywołuje »społeczny zakalec«. Względy pozagospodarcze mogą i tu wysuwać się na czoło i przeważyć ujemne skutki ekonomiczne. Jeśli polityk, filozof, twórca kultury tak sprawę rozstrzygną — prawnik będzie wiedział, co ma zrobić. Rada ekonomisty może go ustrzedz, po pierwsze, przed złudzeniem, że tych ujemnych skutków nie będzie, a po drugie, przed takiem rozwiązaniem problemu, które kazałoby osiągać postawione cele, kosztem zbyt wielkich szkód gospodarczych.

Konsekwencje »krajania bochenka« wbrew naturalnym tendencjom rozwoju, sięgają jednak jeszcze dalej: zmniejszenie się volumen całego bochenka nie pozostanie na dalszą metę bez wpływu na tych, którym zamierzono wydzielić większą kromkę chleba. Ostateczny wynik zatem da się zilustrować jak następuje: z całości bogactwa, wzgl. dochodu, wynoszącego 100 otrzymywała grupa X 25, t. j. 1/4 część. Ograniczenia prawa własności mają podnieść jej udział do 1/3 całości dochodu społecznego. Na krótką, metę zostało to osiągnięte. Jeżeli jednak spadnie tymczasem całość dochodu społecznego, to zależnie od wielkości tego spadku, grupa X może dostać więcej, ale może dostać i mniej jak dawniej (jeśli dochód spadł tylko o 10, t. j. do 90, to grupa X otrzymuje wprawdzie nie 331/3, ale jednak 30, zamiast 25), ale jeśli dochód spadnie do 60, to grupa X otrzyma tylko 20.

Ekonomiczne prawa podziału, wcześniej, czy później, dojdą jednak znowu do głosu, zmniejszając udział grupy X do 1/4 części dochodu społecznego. Wówczas grupa X otrzyma mniej jak dawniej, zarówno przy dochodzie społecznym 90 (otrzyma wówczas 90/4=221/2), jak przy spadku dochodu społecznego do 60 (otrzyma wówczas 15).

Te skutki, bardzo prawdopodobne na dalszą metę, powinien również poddać ekonomista pod rozwagę prawnika.

Wszystko, co mówiłem powyżej, zna oddawna życiowa mądrość narodów. Istotą rzeczy jest, że pomnażać bogactwo może tylko wysiłek: wysiłek mózgu, czy rąk, zawsze wysiłek charakteru, t. j. praca i oszczędność. Praca, twórczość, wynalazczość, a także rozsądne używanie bogactw, połączone z oszczędnością, kwitną najlepiej w ramach klasycznego prawa własności, jak miód narasta w komórkach woskowego plastra.

Próby powiększania dobrobytu przez ograniczenie prawa własności, to to, co po rosyjsku nazywa się »Tryszkin kaftan«, więc próby obcinania jednego rękawa, by przydłużyć drugi. Po polsku wyraża to samo anegdota o zakrótkiej kołdrze.

Polityk, prawodawca, ma prawo rozstrzygać o tem, czy chce mieć lewy rękaw czy prawy, lub czy chce kołdrą zakryć nogi, czy ramiona. Ekonomista ma obowiązek przypominać, że ani kaftana, ani kołdry nie można dowolnie rozciągać, bez obawy podarcia, że zawsze obowiązuje wybór pomiędzy dwoma różnemi celami, czy wartościami, każdy wybór łączy się ze stratą, a osiągnięcie każdej wartości połączone jest z kosztem.

 


[1] Fryderyk Zoll:  Prawo cywilne. T. II. Str. 21 (wydanie trzecie), Poznań 1931.

[2] Pomijam tu ograniczenia o charakterze prywatno-prawnym, np. sąsiedzkie. Por. Zoll, str. 22.

[3] Niektóre ograniczenia swobody gospodarczej wszystkich członków społeczeństwa są coprawda bardzo zbliżone do kurateli.

[4] Bertrand Russell robi podobny zarzut współczesnej kulturze (»W poszukiwaniu szczęścia«).

[5] F. Zoll, op. cit., str. 21.

[6] F. Zoll, ibidem.

[7] Np. monopole prywatne.

 

 


3 odpowiedzi na „Heydel: Usus i abusus własności w świetle ekonomji”

  • Przepraszam, że nie na temat, ale nie mogę się powstrzymać: pisownia tytułu oryginalna czy prezydencka? 🙂

  • Pisownia oryginalna, co zresztą zaznaczono na samym początku tekstu 🙂

  • A wszytko to zawiera się w jednym prostym i elegancki twierdzeniu matematycznym z teorii mnogości.
    W przestrzeni wektorowej nie istnieje relacja porządkująca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cytat:
  • Gospodarka jest fenomenem społecznym, nie fizycznym. Gdyby politycy i ekonomiści przyjęli to do wiadomości, musieliby porzucić marzenia o możliwości pozytywnego wpływu na zjawiska gospodarcze. Krzysztof Dzierżawski
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
We wrześniu wsparli nas:
Pan Michał Basiński
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pan Mirosław Cierpich
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Tomasz Hrycyna
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pani Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Mikołaj Pisarski
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Sławomir Sławianowski
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Łukasz Szostak
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Tomasz Wojtasik
Pan Jakub Wołoszyn
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Waldemar Zdanowicz
Pan Karol Zdybel
Pracownik Santander Consumer Banku

Łącznie otrzymaliśmy 2 279,56 zł. Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!

Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>