Depesza zza oceanu #1: Taksówką do lekarza

20 listopada 2005 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 0

Taksówką do lekarza, czyli rzecz o kalkulacji ekonomicznej

 

Od ponad czterech miesięcy mieszkam w USA. Życie toczy się tutaj o wiele szybciej – w tym czasie przytrafiło mi się więcej niż przez ostatnie dwa lata w Polsce. Wiele rzeczy złych, trochę dobrych, ale najwięcej inspirujących do przemyśleń nad różnicami dzielącymi Nowy Świat i Stary Kontynent.

 

Dziś miałem przyjemność złożyć wizytę lekarzowi. Tak, dobrze Państwo przeczytaliście: przyjemność. Czy jestem wielbicielem komitetów kolejkowych, chamstwa personelu medycznego, a może walk wręcz o miejsce przy tomografie? Raczej nie większym niż Szanowni Czytelnicy. Zamiast powyższych nieprzyjemności spotkała mnie rzecz na tyle miła, że postanowiłem poświęcić jej pierwszą z depesz zza Oceanu. Zacznijmy więc od początku.

 

Mój nowo nabyty używany samochód wymaga wymiany pewnych drobiazgów, które skutecznie uniemożliwiają mi używanie go do czasu aż się z nimi uporam. W związku z tym dziś po południu w drodze z pracy do lekarza zmuszony byłem skorzystać z usług komunikacji publicznej. Nie jest to miłe doświadczenie – brud, smród, autobus pełen gangsta wannabes, którzy nieprzyjaźnie patrzą na białego pasażera, ale trudno – zdrowie ważniejsze niż kilka nieprzychylnych spojrzeń. Po trzydziestu i kilku minutach byłem już po zachodniej stronie miasta.

 

Prywatna praktyka, w której miałem umówioną wizytę okazała się być skromną przychodnią z personelem w sile trzech: pogodnej recepcjonistki, uroczej czarnej pielęgniarki i bardzo młodego lekarza będącego zarazem właścicielem całej firmy. Po uczynieniu zadość wszystkim formalnościom i zakończeniu badań przyszedł czas na umówienie następnej wizyty. Kiedy lekarz dowiedział się, że przyjechałem autobusem, powiedział, że następnego dnia… wyśle po mnie taksówkę. Zaskoczony musiałem zrobić dziwną minę, bo zaraz potem mój rozmówca poprawił się: „Oczywiście po zakończeniu badań taksówka odwiezie Pana do domu!”.

 

Kto w gospodarce centralnie planowanej kiedykolwiek wpadłby na pomysł, by pacjenta wozić do lekarza taksówką? A jeśli nawet komuś przyszłoby to do głowy, to skąd by wiedział, że nie jest to zwyczajne marnowanie zasobów? Jak dowodził Mises podczas debaty kalkulacyjnej: nie wiedziałby. W systemie gospodarki centralnie planowanej brak systemu cenowego, który jest niezbędny, by dokonać monetarnej kalkulacji i porównać koszty z przychodami. Innymi słowy: producenci nie wiedzą co i jak produkować. Są skazani na nieefektywność i poruszanie się po omacku.

 

Oczywiście, wbrew temu co mówią socjaliści, nie ma nic za darmo. Z samego przekładania jabłek z jednego kosza do drugiego nie zrobi się więcej jabłek. Prosta to prawda, ale wciąż przez wielu nieprzyswajalna: za wszystko ktoś musi zapłacić. Kto płaci w tym przypadku? Bezpośrednio – gabinet lekarski. Pośrednio – moja firma ubezpieczeniowa. Pewnie muszę płacić niebotyczną składkę ubezpieczeniową? Nic z tych rzeczy – ponad 90% składki opłaca mój pracodawca. A więc to tak – czyli jednak musi? Nie, nie musi. Chyba po prostu lubi. Albo myśli, że powinien? Prawdę mówiąc – nie wiem – po prostu płaci a ja nie zadaję zbędnych pytań.

 

Co z biedotą, bezrobotnymi, niezdolnymi do pracy? Ha! Pewnie umierają na tyfus na ulicach! Tylko jeśli bardzo chcą – nie dalej jak kilka ulic od miejsca, w którym do niedawna mieszkałem znajduje się darmowa klinika prowadzona przez prywatną instytucję charytatywną. Żeby dostać się do tamtejszego lekarza trzeba ustawić się o 7 rano w kolejce. Ilość pacjentów obsługiwanych każdego dnia jest z góry ograniczona. Najprawdopodobniej też nikt nie wysyła po nich taksówek. Zupełnie jak w Polsce, prawda? Prawie. Różnica polega na tym, że ja nie muszę za to płacić, jeśli nie chcę i nie żeruje na tym dziesięciu urzędników „szlachetnie” rozdających cudze pieniądze.

 

Każdy dostaje to, na co zapracuje i na co ma ochotę. Tak działa rynek, tam gdzie pozwoli mu się działać.

 

Możliwe, że znów miałbym wątpliwą przyjemność korzystania z komunikacji publicznej, gdyby udało się to, o co tak długo bez powodzenia walczył Clinton wraz z innymi amerykańskimi trockistami – wprowadzenie obowiązkowych „społecznych” ubezpieczeń zdrowotnych. Możecie sobie Państwo tylko wyobrazić z jak niezwykłą satysfakcją będę kontemplował jego porażkę przez każdą minutę spędzoną jutro w drodze do lekarza.

 

Łukasz Szostak

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Łukasz Szostak

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy