Hayek: Czy możemy jeszcze uniknąć inflacji?

23 lutego 2008 Inflacja komentarze: 1

Autor: Friedrich August von Hayek
Tytuł oryginału: Can We Still Avoid Inflation?
Tłumaczenie: Paweł Witecki

[Esej ten stanowi treść wykładu wygłoszonego przed zarządem i gośćmi Foundation for Economic Education w Tarrytown w stanie Nowy Jork dnia 18 maja 1970 roku i został po raz pierwszy opublikowany w pierwszym wydaniu książki The Austrian Theory of the Trade Cycle and Other Essays pod red. Richarda M. Ebelinga]

W pewnym sensie pytanie zadane w tytule tego wykładu jest czysto retoryczne. Mam nadzieję, że nikt z Państwa nie podejrzewa, że choć przez chwilę wątpię w to, że od strony technicznej zatrzymanie inflacji nie stanowi problemu. Gdyby władze monetarne rzeczywiście tego chciały i były gotowe zaakceptować konsekwencje, mogłyby to zrobić praktycznie z dnia na dzień. W pełni kontrolują podstawę piramidy kredytowej i wystarczyłoby wiarygodne oświadczenie, że nie zwiększą ilości depozytów bankowych i banknotów w obiegu, a jeśli okaże się to konieczne, to nawet ją zmniejszą. Co do tego ekonomiści nie mają żadnych wątpliwości. Jednak nie chodzi mi o możliwość w sensie technicznym, ale w sensie politycznym. Tu rzeczywiście stajemy przed zadaniem tak trudnym, że coraz więcej osób, włączając w to ludzi wysoce kompetentnych, uznało, że trwająca w nieskończoność inflacja jest czymś nieuniknionym. Nie słyszałem o żadnej poważnej próbie pokazania, jak możemy pokonać te przeszkody, które leżą na płaszczyźnie politycznej, a nie monetarnej. I nie mogę twierdzić, że znam oczywiste lekarstwo, które z pewnością jest możliwe do zastosowania i efektywne w panujących warunkach. Ale nie uważam tego za zadanie przekraczające ludzką wyobraźnię, kiedy zostanie zrozumiane to, że problem ten wymaga jak najszybszego rozwiązania. Moim głównym celem jest przedstawienie, dlaczego musimy powstrzymać inflację, jeśli chcemy, żeby społeczeństwo wolnych ludzi przetrwało. Kiedy ta paląca potrzeba zostanie w pełni zrozumiana, mam nadzieję, że ludzie zbiorą się na odwagę, by chwycić byka za rogi, co należy uczynić, jeśli chcemy usunąć przeszkody polityczne i mieć szansę przywrócenia funkcjonującej gospodarki rynkowej.

Większość podręczników i ogólnie opinia publiczna bierze pod uwagę tylko jeden szkodliwy skutek inflacji – czyli relacje między wierzycielem a dłużnikiem. Oczywiście, nieprzewidziana deprecjacja wartości pieniądza uderza w wierzycieli i przynosi korzyści dłużnikom. To ważny, ale w żadnym wypadku nie najważniejszy skutek inflacji. A jeśli to wierzyciele tracą, a dłużnicy zyskują, to większość ludzi nie przejmuje się tym szczególnie, przynajmniej dopóki nie zrozumieją, że w współczesnym społeczeństwie najważniejszą i najliczniejszą grupą wierzycieli są pracownicy i drobni ciułacze, zaś dłużnikami, którzy zarabiają najwięcej, są przedsiębiorstwa i instytucje kredytowe.

Ale nie chcę rozwodzić się zbyt długo nad tym najlepiej znanym skutkiem inflacji, który ponadto najłatwiej skorygować. Dwadzieścia lat temu wciąż miałem trudności z przekonaniem swoich studentów do tego, że gdyby powszechnie oczekiwano pięcioprocentowego wzrostu cen, to stopa procentowa wynosiłaby co najmniej 9-10 procent. Wciąż istnieją jednak ludzie, którzy jeszcze nie zrozumieli, że taka stopa procentowa będzie istnieć, dopóki będzie trwać inflacja. Jeśli w takiej sytuacji wierzyciele rozumieją, że zwrot netto stanowi tylko część zwrotu brutto, to przynajmniej krótkoterminowi pożyczkodawcy mają względnie niewielkie podstawy do narzekań – chociaż może się zdarzyć, że długoterminowi wierzyciele, jak właściciele rządowych obligacji i innych papierów dłużnych, są częściowo wywłaszczani.

Istnieje jednak inny, bardziej ukryty aspekt, o którym muszę w tym momencie co najmniej krótko wspomnieć. Inflacja podważa wiarygodność wszystkich praktyk księgowych i wskutek niej firmy osiągają fałszywe zyski, które są o wiele wyższe do prawdziwych. Oczywiście, mądry menedżer mógłby sobie jakoś z tym poradzić, uznając za zysk tylko to, co zostanie po wzięciu pod uwagę deprecjacji waluty, która wpływa na koszt odtworzenia kapitału. jednak nie interesuje to inspektora podatkowego, który będzie nalegał na opodatkowanie wszystkich pseudo-zysków. Takie opodatkowanie oznacza po prostu konfiskatę części kapitału, a w przypadku bardziej gwałtownej inflacji może okazać się to bardzo poważną sprawą.

Jednak są to wszystko znane sprawy, o których po prostu chciałem przypomnieć, zanim przejdziemy do mniej oczywistych, ale – z tego właśnie powodu – bardziej niebezpiecznych skutków inflacji. Według konwencjonalnej analizy, którą przedstawia się w większości podręczników, wzrost średnich cen oznacza, że wszystkie ceny – albo przynajmniej wszystkie ceny określane przez rynek z pominięciem cen ustanowionych przez dekrety lub umowy długoterminowe, jak np. ceny usług publicznych, czynsze i inne opłaty – rosną w tym samym czasie o mniej więcej tyle samo. Jednak nie jest to prawdą, co więcej, nie jest to nawet możliwe. Zasadniczym problemem jest to, że jeśli strumień wydatków pieniężnych rośnie, a ceny towarów i usług idą w górę, to różne ceny będą rosnąć nie w tym samym czasie, ale po kolei i w konsekwencji dopóki proces ten będzie trwał, ceny, które wzrosną jako pierwsze, będą rosnąć szybciej. Deformacja struktury cen zniknie dopiero po jakimś czasie po zatrzymaniu procesu inflacyjnego. Na ten fundamentalny problem kładł nacisk nasz wspólny mistrz, Ludwig von Mises przez ostatnie sześćdziesiąt lat. Konieczne jest jednak zastanowić się nad tym trochę dłużej, gdyż – jak niedawno odkryłem i co mnie zszokowało – nie zwrócił na to uwagi, ani nie podważył jeden z najznamienitszych żyjących ekonomistów.[1]

To, że kolejność, w jakiej stały wzrost strumienia pieniądza powoduje wzrost różnych cen, jest szczególnie istotna dla zrozumienia skutków inflacji, zostało wyraźnie dostrzeżone ponad dwieście lat temu przez Davida Hume’a – a właściwie jeszcze wcześniej przez Richarda Cantillona. Hume początkowo zakładał, że pewnego ranka każdy obywatel kraju wstał i odkrył, że w jego posiadaniu znalazła się cudownie podwojona ilość pieniędzy. Jednak nawet to nie doprowadziłoby do natychmiastowego i identycznego wzrostu wszystkich cen. To się nigdy nie zdarza. Pieniądz zawsze napływa do systemu w jakimś konkretnym punkcie. Zawsze znajdą się ludzie, którzy wydadzą pieniądze przed innymi. To , którzy to będą ludzie, zależy od tego, w jaki sposób zostanie zwiększony wzrost strumienia pieniądza. Dodatkowe pieniądze mogą zostać wydane w pierwszej kolejności przez rząd na roboty publiczne, czy też wzrost płac, przez inwestorów chcących zwiększyć swoje saldo gotówkowe albo przez pożyczkobiorców. Zostaną więc w pierwszej kolejności wydane na bezpieczeństwo, na dobra inwestycyjne, na pensje albo dobra konsumpcyjne. Następnie zostaną wydane na coś innego przez pierwszych odbiorców dodatkowych wydatków i tak dalej. Proces ten będzie przybierał różne formy w zależności od pierwszego źródła lub źródeł dodatkowego strumienia pieniądza i jest on zbyt złożony, by mógł być przez kogokolwiek śledzony. Jednakże każda z tych form ma jedną rzecz wspólną: różne ceny będą rosnąć w różnym czasie, ale po kolei i dopóki będzie trwał ten proces, niektóre ceny będą rosnąć szybciej, a wskutek tego struktura względnych cen będzie znacząco różnić się od tego, co teoretycy opisują jako stan równowagi. Zawsze będą istnieć odchylenia cen na korzyść tych towarów i usług, które zostaną w pierwszej kolejności dotknięte przez nowy strumień pieniądza, a na niekorzyść kolejnych grup [towarów i usług] – wskutek czego wzrost nie będzie poziomy, ale będzie przypominać równię pochyłą – jeżeli za normalny przyjmiemy system cen, który istniał przed rozpoczęciem inflacji i który w podobnym kształcie powróci, kiedy zostanie zatrzymana inflacja.

Zmianie cen względnych, jeżeli trwa już przez jakiś czas i oczekuje się jej dalszego trwania, będzie oczywiście towarzyszyć podobna zmiana w alokacji zasobów: wzrośnie względna produkcja tych dóbr i usług, których ceny będą stosunkowo wyższe, a spadnie względna produkcja tych dóbr i usług, których ceny będą stosunkowo niższe. Redystrybucja zasobów produkcyjnych będzie oczywiście trwać tak długo, jak długo będzie trwać inflacja (o danej stopie). Zobaczymy, że ta zachęta do działań, które będą mogły być kontynuowane, pod warunkiem że będzie trwać inflacja, jest jedną z przyczyn, dla których obecna inflacja stawia nas przed pewnym dylematem, ponieważ jej zakończenie oznaczać będzie zlikwidowanie części miejsc pracy przez nią stworzonych.

Ale zanim przejdę do omówienia skutków dostosowywania się gospodarki do ciągłej inflacji, zmierzę się z argumentem, który – mimo że nie jest mi wiadome, czy gdziekolwiek to w sposób jasny przedstawiono – moim zdaniem leży u źródła poglądu uważającego inflację za względnie niegroźną. Wydaje się, że – jeśli przyszłe ceny zostaną poprawnie przewidziane – to każdy oczekiwany w przyszłości zbiór cen jest zgodny ze stanem równowagi, ponieważ obecne ceny dostosują się do przewidywanych przyszłych cen. Jednak nie wystarczy, że zostanie przewidziany ogólny poziom cen w przyszłości, a ceny, jak mogliśmy zobaczyć, będą się zmieniać w różnym stopniu. Założenie, że przyszłe ceny poszczególnych dóbr mogą być dokładnie przewidziane w czasie inflacji, prawdopodobnie nigdy nie będzie prawdziwe, ponieważ obecne ceny nie dostosują się do przewidywanych wyższych cen w przyszłości – bez względu na to, jakie te przyszłe ceny będą – same z siebie, ale wskutek wzrostu ilości pieniądza, który niesie ze sobą zmiany we względnej wysokości różnych cen.

Ważniejszy jednak jest fakt, że jeśli przyszłe ceny zostaną poprawnie przewidziane, inflacja nie będzie niosła ze sobą stymulujących skutków, z powodu których jest z radością witana przez tak wielu ludzi.

Inflacja jest początkowo mile widziana przez biznes, głównie dlatego że ceny produktów okazują się wyższe niż przewidywano. To z tego powodu powstaje ogólny stan euforii, fałszywe poczucie dobrobytu i poprawy sytuacji. Ci, którzy bez inflacji osiągnęliby wysokie zyski, osiągają jeszcze wyższe. Ci, którzy osiągnęliby normalne zyski, osiągają niezwykle wysokie. I nie tylko przedsiębiorstwa, które były na krawędzi bankructwa, ale nawet te, które powinny upaść, utrzymują się na powierzchni dzięki niespodziewanemu boomowi. Występuje ogólna przewaga popytu nad podażą – wszystko można sprzedać i każdy może robić wciąż to, co robił do tej pory. To jest ten rzekomo błogosławiony stan, w którym jest więcej miejsc pracy niż kandydatów i który lord Beveridge definiował jako stan pełnego zatrudnienia – nigdy nie rozumiejąc, że zmniejszająca się wartość jego emerytury, na co się tak skarżył na starość, była nieuniknioną konsekwencją wypełniania jego własnych zaleceń.

Jednakże – przechodząc do następnego punktu – „pełne zatrudnienie” w jego rozumieniu, wymaga nie tylko ciągłej inflacji, ale też rosnącej inflacji. Ponieważ natychmiastowe i korzystne skutki inflacji będą utrzymywać się, tylko pod warunkiem że inflacja, albo przynajmniej jej wielkość, jest nieprzewidziana. Ale jeśli trwa ona już przez jakiś czas, to staje się ona oczekiwana. Jeżeli ceny przez jakiś czas będą rosnąć o pięć procent w skali roku, to społeczeństwo będzie oczekiwać podobnego zachowania się cen w przyszłości. Obecne ceny czynników produkcji rosną z powodu oczekiwań co do wyższych cen produktów – czasami, gdy niektóre koszty są stałe, koszty zmienne mogą rosną nawet szybciej od od oczekiwanego wzrostu cen produktów – do punktu, w którym osiągnąć można tylko zwykły zysk.

Ale jeśli ceny nie wzrosną bardziej niż oczekiwano, to nie powstaną żadne nadzwyczajne zyski. Chociaż ceny wciąż rosną w takim samym stopniu, co wcześniej, to wzrost ten nie ma już cudownego wpływu na sprzedaż i zatrudnienie, jaki miał wcześniej. Sztuczne zyski znikają, pojawiają się straty i niektóre firmy odkrywają, że ceny są nawet zbyt niskie, żeby pokryć koszty. Żeby utrzymać wcześniejsze skutki inflacji (z czasów, kiedy nie antycypowano jej w pełni), musi być ona wyższa niż wcześniej. Chociaż początkowo pięcioprocentowy wzrost cen w skali roku był wystarczający, to kiedy ten pięcioprocentowy wzrost zaczyna być oczekiwany, to potrzebny jest wzrost co najmniej siedmioprocentowy, jeśli chcemy osiągnąć ten sam stymulujący efekt powodowany wcześniej przez wzrost pięcioprocentowy. A jeśli inflacja trwa już od jakiegoś czasu, wiele działań będzie zależeć od tego, czy będzie trwać dalej i rosnąć, i znajdziemy się w sytuacji, w której pomimo wzrostu cen, wiele firm odnotuje straty i może pojawić się duże bezrobocie. Kryzys, któremu towarzyszy wzrost cen, jest typową konsekwencją wyhamowania wzrostu poziomu inflacji, jeśli gospodarka przystosowała się już do określonej stopy inflacji.

Oznacza to, że jeśli nie będziemy gotowi zaakceptować stale rosnącej inflacji, która musiałaby w końcu przekroczyć wszelkie granice, to może nam dać ona jedynie tymczasowy bodziec do wzrostu dla gospodarki. Kiedy jednak kiedy ten stymulujący efekt przestanie oddziaływać, pozostawi nam w spuściźnie konieczność opóźnionego dostosowania się gospodarki i nowe błędy w dostosowywaniu się, co tylko skomplikuje nasz problem. Proszę zauważyć, że nie mówię, że jeśli raz wprowadzimy inflację, to koniecznie musi się to skończyć dla nas galopującą hiperinflacją. Nie uważam, że tak musi być. Twierdzę tylko, że gdybyśmy chcieli utrzymać towarzyszący inflacji efekt prosperity i powstawania nowych miejsc pracy, to musielibyśmy stopniowo ją zwiększać i nigdy tego zwiększania nie zakończyć. Empirycznego potwierdzenia dostarcza niemiecka inflacja z początku lat 20. XX wieku. Dopóki rosła ona w tempie geometrycznym, nie istniało właściwie (za wyjątkiem końcowego okresu) bezrobocia. Ale kiedy doszło do zmniejszenia stopy wzrostu inflacji, bezrobocie gwałtownie wzrosło. Nie uważam, że powinniśmy podążać tą ścieżką – a przynajmniej niezbyt długo, jeśli u władzy będą wystarczająco odpowiedzialni ludzie – jednakże nie jestem pewny, czy kontynuacja polityki monetarnej z ostatniego dziesięciolecia nie doprowadzi wcześniej lub później do sytuacji, w której do władzy dojdą ludzie mniej odpowiedzialni. Ale nie jest to jeszcze nasz problem. Doświadczamy teraz tego, co w Wielkiej Brytanii jest znane jako polityka „stop-go”. Władze od czasu do czasu zaczynają się niepokoić i próbują hamować, ale z tym tylko skutkiem, że zanim zostanie zatrzymany wzrost cen, bezrobocie osiąga niebezpieczne rozmiary i władze czują się zmuszone wrócić do polityki ekspansywnej. Ten stan rzeczy może trwać przez pewien czas, ale nie jestem pewien, czy efektywność względnie niewielkiej inflacji w przywracaniu boomu nie zmniejsza się gwałtownie. Jedyną rzeczą, która – przyznam – mnie w boomie ostatnich dwudziestu lat zaskoczyła, było to, jak długo ponawianie ekspansji w celu przywróceniu boomu było efektywne. Przewidywałem, że możliwość stymulowania inwestycji przez niewiele większą ekspansję kredytową skończy się znacznie wcześniej. Możliwe, że właśnie osiągnęliśmy ten punkt, jednak nie jestem tego pewien. Możliwe, że mamy przed sobą następne dziesięć lat polityki „stop-go”, której prawdopodobnie towarzyszyć będzie spadek efektywności zwykłych środków polityki monetarnej i dłuższe okresy recesji. Według polityków i opinii publicznej obecny przewodniczący Zarządu Rezerwy Federalnej podejmie tak dobre działania, jakich każdy się spodziewa. Ale okoliczności znajdujące się poza jego kontrolą – które omówię za chwilę – mogą bardzo ograniczyć jego zdolność robienia tego, co chciałby zrobić.

Przy wcześniejszej okazji porównałem sytuację ludzi odpowiedzialnych za politykę monetarną po tym, jak przez jakiś czas była prowadzona polityka pełnego zatrudnienia, do „trzymania tygrysa za ogon”. Wydaje mi się, że te dwie sytuacje mają więcej wspólnego niż się powszechnie uważa. Tygrys będzie biegał coraz szybciej, a jego ruchy będą stawać się coraz bardziej nerwowe, a perspektywa wypuszczenia go będzie stawać się coraz bardziej przerażająca, w miarę jak tygrys będzie stawał się bardziej wściekły. To, że szybko znaleźlibyśmy się w takiej właśnie sytuacji, jest głównym argumentem przeciw długotrwałej inflacji. Inną zasadną metaforą jest porównanie do skutków zażywania leków. Początkowa przyjemność i późniejsza konieczność bolesnego wyboru tworzy podobny dylemat. Gdy raz znajdziemy się w takiej sytuacji, kusi nas, żeby zażywać leki uśmierzające ból i cieszyć się z rozwiązywania krótkookresowych problemów, nie próbując nawet rozwiązać głównego problemu, z którym ludzie odpowiedzialni za politykę monetarną niewiele mogą już zrobić.

Jednakże zanim przejdę do następnego punktu, chcę powiedzieć kilka słów o tym, że inflacja jest rzekomo warunkiem szybkiego wzrostu. Zauważmy, że działania związków zawodowych w wysoko uprzemysłowionych krajach mogły doprowadzić do sytuacji, w której jedynym efektywnym środkiem do zapewnienia zarówno wzrostu, jak i względnie wysokiego i stabilnego poziomu zatrudnienia, jest inflacja. Ale nie znaczy to wcale, że inflacja jest w normalnych warunkach – a w szczególności w słabiej rozwiniętych krajach – konieczna do wzrostu, lub ma na niego pozytywny wpływ. Żadna z wielkich potęg przemysłowych współczesnego świata nie osiągnęła swojej pozycji w okresach deprecjacji pieniądza. Brytyjskie ceny były w 1914 roku znajdowały się – o ile można w ogóle porównywać tak długi czas – mniej więcej na tym samym poziomie, co dwieście lat wcześniej, a amerykańskie ceny w 1939 roku znajdowały się na tym samym poziomie, co w najwcześniejszym okresie, o którym posiadamy dane, czyli w 1749 roku. Chociaż w dużym stopniu jest prawdą, że historia świata jest historią inflacji, to można przedstawić przykłady krajów, które przez pewien okres utrzymywały stabilną walutę. A w przeszłości spadek wartości pieniądza zazwyczaj niósł ze sobą upadek gospodarczy.

Oczywiście nie ma wątpliwości, że tymczasowo produkcja dóbr kapitałowych może zostać zwiększona wskutek tzw. „wymuszonych oszczędności” – czyli można wykorzystać ekspansję kredytową do skierowania większej ilości zasobów do produkcji dóbr kapitałowych. Pod koniec takiego okresu fizyczna ilość istniejących dóbr kapitałowych będzie większa niż by była w innym przypadku. Część z tego może oznaczać trwałe korzyści – może się na przykład zdarzyć, że ludzie będą mieć domy, ponieważ nie pozwolono im na konsumpcję. Ale nie jestem pewien, czy taki wymuszony wzrost ilości zasobów przemysłowych zawsze czyni kraj bogatszym, tj. czy wartość zasobów kapitałowych będzie potem większa – czy dzięki tym wymuszonym oszczędnościom całkowita produktywność wzrośnie bardziej niż w innym przypadku. Jeżeli przyczyną inwestycji były oczekiwania, że ilości inwestycji (albo niższej stopy procentowej, wyższych płac realnych) w przyszłości będzie większa (stopa procentowa będzie niższa, lub płace realne będą wyższe, co sprowadza się do jednego) niż rzeczywista, to ta większa ilość inwestycji w mniejszym stopniu przyczyni się do wzrostu całkowitej produktywności niż mniejsza ilość inwestycji o bardziej właściwych formach. Uważam za szczególnie niebezpieczne dla krajów rozwijających się, które wykorzystują, by podnieść poziom inwestycji. Skutkiem tego jest to, że na niewielką ilość pracowników z tych krajów przypada o wiele więcej kapitału per capita niż mogłoby przypadać na wszystkich pracowników w przewidywalnej przyszłości, a w konsekwencji większe inwestycje w mniejszym stopniu przyczyniają się do podniesienia standardu życia niż mniejsze, ale o bardziej równym rozkładzie. Ci, którzy doradzają krajom rozwijającym się, by przyspieszyły tempo wzrostu, stosując inflację, są zupełnie nieodpowiedzialni i można by ich śmiało nazwać kryminalistami. Keynesiści uważają, że inflacja jest konieczna do pełnego wykorzystania zasobów, kiedy płace są sztywne z powodu działalności związków zawodowych. Jednak ta sytuacja tutaj nie występuje. Żaden ze skutków polityki inflacyjnej, które obserwowałem w Ameryce Południowej, Afryce i Azji, nie jest w stanie zmienić moich przekonań, że w takich państwach inflacja jest wyjątkowo i wyłącznie szkodliwa – prowadząc do marnotrawstwa zasobów i opóźnienia rozwoju ducha racjonalnej kalkulacji, który jest koniecznym warunkiem efektywnego rozwoju gospodarki rynkowej.

Keynesowski argument za ekspansjonistyczną polityką kredytową zakłada istnienie określonego przez związki zawodowe poziomu płac , co cechuje rozwinięte przemysłowo kraje zachodnie, ale jest nieobecne w państwach słabo rozwiniętych – a z innych powodów słabiej zaznaczone w takich krajach, jak Japonia i Niemcy. Dotyczy on tylko tych krajów, w których, jak to się mówi, płace pieniężne są „sztywne w dół” i są stale podnoszone z powodu nacisków związków zawodowych i z tego powodu można przedstawić wiarygodny argument, że wysoki poziom zatrudnienia można podtrzymać, tylko stosując politykę ciągłej inflacji – i nie mam wątpliwości, że tak będzie, dopóki istnieć będą takie warunki. Pod koniec wojny wprowadzone tutaj zostały zasady, które zwalniały związki zawodowe z odpowiedzialności za bezrobocie powodowane przez ich politykę płacową i przenosiły odpowiedzialność za utrzymywanie pełnego zatrudnienia na władze monetarne i fiskalne. Wskutek tego wymaga się od nich zapewnienia na tyle dużej ilości pieniędzy, żeby opłacenie pracowników według stawek ustalonych przez związki zawodowe mogło być niezależne od rynku. A ponieważ nie można zaprzeczyć, że przy najmniej w ostatnim okresie czasu władze monetarne były w stanie, prowadząc politykę inflacyjną, chronić wysoki poziom zatrudnienia, to z tego powodu opinia publiczna będzie wymuszać na nich stosowanie tego instrumentu. Jest to główna przyczyna rozwoju polityki inflacyjnego przez ostatnie dwadzieścia pięć lat i nic się nie zmieni, dopóki będziemy pozwalać związkom zawodowym na podnoszenie płac do każdego poziomu, który byłby zadowalający dla pracowników – a ci pracownicy zgadzają się na płace o aktualnej sile nabywczej, którą akceptują, tylko dlatego że wiedzą, iż władze monetarne będą częściowo zmniejszać szkodę, obniżając siłę nabywczą pieniądza i rzeczywisty ekwiwalent uzgodnionych płac.

To właśnie ten fakt polityczny sprawia, że obecnie jest nieunikniona ciągła inflacja. Żeby to zmienić, konieczne są zmiany nie w polityce monetarnej, ale w polityce płacowej. Nikt nie powinien się łudzić, że dopóki sytuacja na rynku pracy będzie wyglądać, tak jak wygląda, dopóty jesteśmy skazani na ciągłą inflację. Nie możemy sobie na to pozwolić, nie tylko dlatego że inflacja staje się coraz mniej efektywna nawet w przeciwdziałaniu bezrobociu, ale także dlatego że jeśli trwa ona już przez jakiś czas i i jej stopa zaczyna znajdować się na wysokim poziomie, prowadzi do dezorganizacji gospodarki i tworzy powstają naciski na zastosowanie środków kontroli. Otwarta inflacja jest czymś złym, ale inflacja duszona przez środki kontroli jest jeszcze gorsza: oznacza koniec gospodarki rynkowej.

Bykiem, którego musimy chwycić za rogi, jeśli chcemy, żeby system przedsiębiorczości i wolny rynek przetrwał, jest zatem władza związków zawodowych nad płacami. Dopóki płace, a w szczególności względne płace w różnych branżach nie zostaną z powrotem podporządkowane siłom rynku i nie staną się znów naprawdę elastyczne zarówno w dół, jak i w górę, dopóty nie jest możliwe prowadzenie polityki nieinflacyjnej. Zauważmy, że jeśli żadnym płacom nie pozwala się spaść, to wszystkie koniecznie zmiany we względnych płacach będą prowadzić do wzrostu wszystkich płac, oprócz tych, których względny spadek jest najwyższy. Oznacza to, że jeśli ma zostać wprowadzona zmiana w strukturze płac, to praktycznie wszystkie płace muszą wzrosnąć. Wydaje się, że niemożliwe jest istnienie związku zawodowego, który pozwalałby na redukcję płac swoich członków. Oczywiście nikt nie korzysta na tej sytuacji, ponieważ wzrost płac, jeśli ma nie doprowadzić do bezrobocia, musi zostać zrównoważony przez deprecjację wartości pieniądza. Wydaje się, że jest to integralną koniecznością, kiedy płace są określane przez zbiorowe negocjacje prowadzone przez związki zawodowe w przemyśle i rzemiośle oraz politykę pełnego zatrudnienia.

Uważam, że dopóki nie zostanie rozwiązana ta fundamentalna kwestia, niewielka jest nadzieja na jakąkolwiek naprawę mechanizmów kontroli monetarnej. Ale nie oznacza to, że istniejące rozwiązania są satysfakcjonujące. Zostały opracowane właśnie po to, żeby rozwiązać problem płac, czyli żeby uprościć prowadzenie przez każdy z krajów polityki inflacyjnej. Standard złota upadł, głównie dlatego że był przeszkodą dla inflacji. Kilka dni po zawieszeniu standardu złota w Wielkiej Brytanii w 1931 roku Lord Keynes napisał w londyńskiej gazecie, że „jest niewielu Anglików, których nie ucieszy skruszenie złotych kajdan”, a piętnaście lat później zapewniał nas, że ustalenia z Bretton Woods były „przeciwieństwem standardu złota”. Jego twierdzenia stanowiły atak na jedną własność standardu złota, tą, która uniemożliwiała prowadzenie długotrwałej polityki inflacyjnej. I chociaż nie jestem pewien, czy standard złota jest najlepszym wyobrażalnym rozwiązaniem służącym temu celowi, to jest do tej pory jedynym rozwiązaniem, które funkcjonowało z powodzeniem. Prawdopodobnie posiada wiele wad, ale przyczyną, dla której został zniszczony, nie była żadna z nich. A system, który wprowadzono na jego miejsce, nie jest na pewno lepszy. Jeśli, jak to niedawno wyjaśniał jeden z członków grupy obradującej w Bretton Woods, celem tamtego porozumienia było przeniesienie ciężaru wiążącego się z dostosowaniem bilansów międzynarodowych na kraje posiadające nadwyżkę, to wydaje mi się, że skutkiem tego musi być ciągła inflacja w skali międzynarodowej. Wspomniałem o tym w podsumowaniu po to, by pokazać, że jeśli chcemy uniknąć ogólnoświatowej inflacji, to konieczne jest wprowadzenie innego międzynarodowego systemu monetarnego. Myśleć o tym będziemy mogli dopiero wtedy, gdy najbardziej rozwinięte kraje rozwiążą swoje problemy wewnętrzne. Do tego czasu muszą nas zadowolić rozwiązania prowizoryczne i wydaje mi się, że obecnie – i dopóki będą obecne te fundamentalne problemy, o których wspominałem – nie ma szans na rozwiązanie problemu międzynarodowej inflacji przez przywrócenie międzynarodowego standardu złota, nawet gdyby było to praktyczne. Centralnym problemem, który należy rozwiązać, zanim będziemy mogli mieć nadzieję na zaistnienie satysfakcjonującego ładu monetarnego, jest problem określania płac.


PRZYPISY

[1] Zob. krytyczny wobec sir Johna Hicksa artykuł prof. Hayeka: Three Elucidations of the Ricardo Effect, „Journal of Political Economy” (marzec-kwiecień 1969) – przyp. red. oryg.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Friedrich August von Hayek

O Autorze:

Friedrich August von Hayek

Noblista z 1974 r.

Pozostałe wpisy autora:

Komentarz “Hayek: Czy możemy jeszcze uniknąć inflacji?

  1. Strasznie siermiężne tłumaczenie. To nie jest chyba aż tak skomplikowany tekst, żeby zrobić z tego takiego połamańca. Troszkę szkoda, bo wiele ciekawych spraw umyka.

    Co do meritum, obecnie w czasach znikomej roli związków zawodowych i rozluźnienia płac zarówno w dół jak i w górę okazuje się, że gospodarki nie są w stanie zrezygnować z inflacji, tak jak by sobie życzył tego Hayek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *