Machaj: Ben Bernanke pod ścianą

12 czerwca 2008 Komentarze komentarze: 0

Autor: Mateusz Machaj

„Zemsta konsumeryzmu” – tak w skrócie moglibyśmy określić aktualną sytuację na amerykańskim rynku. Przez lata gospodarka zza oceanu zorientowana była na przejadanie bogactwa i importowała z całego świata dobra podnoszące standard życia. Teoria ekonomii mówi jednak, że za import trzeba w końcu zapłacić eksportem. Towarem eksportowym Stanów Zjednoczonych nie były jednak w większości użyteczne dobra. Prawda jest taka, że USA zbudowały swoje bogactwo na eksporcie ekonomicznego „zła” – inflacji. Wraz z polityką zwiększania ilości pieniądza w obiegu, poziom zadłużenia Amerykanów pobił wszelkie granice, czego dowodem jest także żałośnie niski poziom oszczędności.

Inflacyjna polityka emisji pieniądza i długu publicznego podparta imperialistyczną polityką zagraniczną sprawiła, że ekonomiczne konsekwencje przejadania pieniędzy mogły zostać na jakiś czas opóźnione. Amerykańską sytuację ekonomiści nazywają stanem „wysokiej preferencji czasowej”, co oznacza, że ludzie względnie dużo konsumują, jednocześnie mało oszczędzając. Odbywa się to, oczywiście, kosztem ich przyszłego bogactwa. Tymczasem mogą jednak żyć na kredyt.

Nietrudno odgadnąć, że kiedyś ten etap musi się zakończyć i historia nie zna od tej reguły nawet jednego wyjątku. Jeśli ktokolwiek, patrząc na portrety amerykańskich prezydentów na zielonym tle ma jakiekolwiek wątpliwości co do aktualnej sytuacji, to oznacza, że wierzy w fikcyjnego gospodarczego bożka, a nie żelazną teorię ekonomii znaną od lat.

Aktualny kryzys w Stanach to nieunikniony rezultat prowadzonej polityki opartej na inflacji i zadłużeniu. Nic nie może uchronić amerykańskiej gospodarki przed konsekwencjami nieprzemyślanej keynesowskiej polityki kapitałowej zorientowanej – kosztem gigantycznie rozdmuchanego budżetu – na kredytowanie rozbuchanej konsumpcji, destrukcję oszczędności, trwonienie pieniędzy na międzynarodowe wojenki i papierowe niepodległości Kosowa, nadmuchiwanie balonika nieopłacalnych boomów hipotecznych i eksportowanie ton papierowych dolarów w zamian za realne dobra. Zadziwiające, że nawet dziś wielu inwestorów i postronnych obserwatorów rynku nie chce dostrzec, w jak poważnych opałach znalazła się Ameryka. Nie chcą też widzieć, iż nie narodziły się one w sierpniu ubiegłego roku, lecz spiętrzały się przez długi czas, od kiedy zrezygnowano z rynkowego pieniądza. Dalej panuje złudne przekonanie, że dolar w końcu musi się odbić od dna. Trzeba jednak pamiętać, że kryzys, który zaczął się od problemów na rynku nieruchomości, dopiero raczkuje.

Wysoka preferencja czasowa – czyli niska skłonność do oszczędzania – cechuje się tym, że ceny dóbr konsumpcyjnych są relatywnie wysokie, a dóbr produkcyjnych niskie. Obecne przetasowania na rynku amerykańskim oznaczają naturalne dopasowywanie się do uprzednio ukrytych – za parawanem łatwego kredytu – realnych preferencji amerykańskiego społeczeństwa. Dlatego aktywa finansowe, nieruchomości i inne dobra inwestycyjne zaczynają tanieć, a drożeć zaczynają dobra bezpośrednio konsumowane, tj. energia, surowce, czy żywność. Można powiedzieć, że stoimy oto w obliczu przedziwnej „inflacyjnej deflacji”. Mamy do czynienia z krachem kredytowym i radykalną obniżką cen na rynku kapitałowym, a jednocześnie coraz wyraźniejsze stają się wzrosty cen dóbr konsumpcyjnych (do czego aktywnie przyczynia się ekspansywna polityka Fedu). Następuje prawidłowa tendencja – cenowe rozbicie między stroną produkcyjną a konsumpcyjną zaczyna odzwierciedlać preferencje ludzi i to, że przez lata przejadali bogactwo za pożyczane lub drukowane pieniądze.

Rok 1929 a rok 2007

Niektórzy w obliczu obecnych kłopotów próbują porównywać sytuację w Stanach do tej, która pojawiła się w trakcie wielkiego kryzysu, lub też niedługo przed nim. Zaczynają się już pojawiać kasandryczne wizje powtórki z wielkiej depresji. Te spekulacje pomijają jednak jeden aspekt odróżniający tamte lata od współczesnych bolączek – w roku 1929 obowiązywał zupełnie inny reżim monetarny niż ten, z którym mamy do czynienia obecnie. Otóż wtedy pieniądz emitowany przez bank centralny był w ostatecznym rozrachunku ograniczony pokryciem kruszcowym – ludzie mogli zamieniać posiadane papierki i depozyty bezpośrednio na złoto. A zatem produkcja pieniądza była ograniczona w jakimś stopniu przez rynek i suwerenność tych, którzy ten pieniądz posiadali.

Obecna sytuacja jest zupełnie inna, ponieważ pieniądz jest w pełni znacjonalizowany. Praktycznie nie istnieje możliwość, aby jego kreacja została ograniczona przez decyzje deponentów, ponieważ nie dostają oni kruszcu produkowanego przez rynek, lecz papierek produkowany przez bank centralny. Bank, który staje się odpowiednikiem alchemika, jest w stanie na zawołanie produkować nowe pieniądze i wrzucać je na rynek. Dlatego kryzys, który znamy z lat trzydziestych – gdy załamaniu towarzyszyła znaczna deflacja podaży pieniądza – jest raczej niemożliwa.

O wielkim kryzysie według starego scenariusza nie może być mowy, bowiem bank centralny przestał być instytucją gwarantującą wymianę kwitów pieniężnych na realne dobro. Stał się zamiast tego ostatecznym źródłem płynności w systemie i kreatorem jedynego legalnego środka wymiany. Ewentualnemu kryzys, choćby nie wiadomo, jak będzie on głęboki, nie będzie towarzyszyć tak gwałtowny spadek ilości pieniądza w obiegu, jak blisko 80 lat temu. Nie będzie też raczej podobnej presji na spadek cen.

Friedmanowska wizja wielkiego kryzysu i jej wielki poplecznik Ben Bernanke

Milton Friedman, wybitny przedstawiciel monetaryzmu i laureat nagrody Nobla z 1976 roku, podjął się próby wyjaśnienia wielkiej depresji lat trzydziestych dwudziestego wieku. Nie upatrywał on źródła tej dotkliwej korekty we wcześniejszych błędach polityki monetarnej, jak choćby inny noblista, Friedrich von Hayek. Zamiast tego podszedł do sprawy mechanicznie, uznając, że wielki kryzys to rezultat spadku ilości pieniądza w obiegu. Zgodnie z tą teorią, kryzys spowodowany był brakiem decyzji ze strony Fedu, który powinien był agresywnie drukować pieniądze. Gospodarkę pogrążyć miał gwałtowny spadek „globalnego popytu”.

Krótko mówiąc, rynek miał się załamać ze względu na brak zastrzyków pieniądza. Diagnoza ta, choć głęboko mylna, wydawała się w swoim czasie bardzo wiarygodna. Co więcej, z dużą radością przyjęli ją zwolennicy centralnego sterowania polityką pieniężną, którzy dostrzegli szansę w wiele obiecującej recepcie: w razie kłopotów wystarczy, że bank centralny wydrukuje odpowiednią ilość pieniędzy i wprowadzi je na rynek, zapewniając płynność bankom. Wydatki radykalnie wzrosną, a w ślad za tym dochody i aktywność ekonomiczna obywateli. Gospodarka powróci na ścieżkę wzrostu dzięki prasie drukarskiej. Jakież to proste, nieprawdaż?

Ben Bernanke, obecny szef Fed, ignorując liczne błędy tej teorii, także poddał się jej urokowi. W 2002 roku mówił, odnosząc się do jej rodziców, czyli Friedmana i Anny Schwartz: „Chciałbym powiedzieć Miltonowi i Annie: Co do wielkiej depresji, mieliście rację, to nasza wina. Bardzo za to przepraszamy. Ale dzięki wam, nie zrobimy tego ponownie”.

Bernanke zdawał się zatem twierdzić: „Miltonie, miałeś rację – Fed nie wydrukował wystarczającej ilości pieniądza i dlatego doszło do wielkiego kryzysu. Teraz już wiemy, że w razie depresji należy drukować pieniądze do momentu, gdy gospodarka powróci do zdrowia. Nie dopuścimy do tego, aby znów pojawiła się deflacja podaży pieniądza. Gdy tylko zajdzie potrzeba, nasze prasy drukarskie będą gotowe do produkcji papierowych pieniędzy, aby wspomóc banki i nie dopuścić do ich bankructwa, a przez to podtrzymać podaż pieniądza”.

Nie jest więc niczym dziwnym, że w chwili, gdy zaczęły pojawiać się oznaki recesji, właśnie taki człowiek objął fotel prezesa Fedu. Przez całe życie opowiadał on o tym, że w trakcie recesji należy drukować pieniądze i przekazywać je instytucjom finansowym. Teraz starannie wypełnia swoje przyrzeczenia. Fed ma nie cofać się przed użyciem monetarnej pompy, zapewniającej bankrutom płynność (choć jak zobaczymy poniżej Fed jeszcze nie uruchomił maszyny drukarskiej w większym stopniu niż poprzednio).

Dr Bernanke, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę inflacyjną

Walka z taniejącymi aktywami i walącym się rynkiem akcji wcale nie jest taka prosta jak inflacyjna recepta Friedmana. Globalne zwiększanie płynności w systemie nie rozwiązuje przykładowo problemu wzajemnych zobowiązań między firmami, które oparły swoją działalność na przecenionych aktywach (nowe pieniądze, które wpłyną na rynek, niekoniecznie pozostawią bez ruchu te ceny, które spadają). Nierozwiązany pozostaje też problem, że wiele nieopłacalnych inwestycji trzeba zakończyć i w pewnym zakresie jest to nieuniknione. Przecież nie chodzi tylko o to, że niektórym instytucjom brakuje w krótkim terminie gotówki i trzeba im dostarczyć płynności. Problem polega na tym, że te instytucje są nie tylko chwilowo niepłynne, lecz nierentowne i nawet krótkookresowe zastrzyki gotówki nie pomogą im przetrwać w długim okresie. Niemniej jednak, zgodnie z naukami Friedmana, Ben Bernanke zdecydował się podjąć radykalne kroki, by zatrzymać konieczne spadki cen na rynku inwestycyjnym. Nie jest to jednak wbrew temu co niektórzy piszą proste drukowanie pieniędzy.

Bernanke zabrał się za ratowanie fatalnej struktury bilansowej amerykańskich banków i wymianę ich rezerw. W księgach znajdowały się aktywa, których wartość jest zależna od dobrej kondycji rynku nieruchomości oraz opłacalności pożyczek hipotecznych. Ponieważ od sierpnia ubiegłego roku można powątpiewać w ich wartość, Bernanke wprowadził radykalną zmianę tradycyjnych zasad udzielania pożyczek płynnościowych przez Fed. Do tej pory udzielano ich w oparciu o obarczone niskim ryzykiem obligacje amerykańskiego rządu. Oznaczało to, że banki, w zamian za pieniądze, musiały oddać Fedowi w zastaw papiery US Treasury. Teraz Bernanke uruchomił nowy instrument finansowy, tzw. Term Auction Facility. Na czym polega ta innowacja? Wymieńmy:

  • Po pierwsze, TAF rozszerza zakres aktywów, które wolno dać pod zastaw przy pożyczaniu pieniędzy od Fed. Zastawem mogą być wszystkie aktywa, którym wystawiono najlepszy z możliwych rating Aaa. Wśród nich są rzecz jasna obligacje rządu amerykańskiego, ale także, o zgrozo, wspomniane wyżej aktywa, które są związane ze znajdującym się w kryzysie amerykańskim rynkiem nieruchomości. Rating ten do tej pory nie został poprawiony. Nic dziwnego, skoro wystawiły go agencje ratingowe – jak S&P czy Moody’s – należące do kartelu NRSRO, którego działalność regulowana jest przez rządową Securities Exchange Commission. Rating ten nie został poprawiony prawdopodobnie właśnie dlatego, że umożliwia on objęcie operacjami TAF także owe nieszczęsne papiery znane na amerykańskim rynku jako junk bonds – śmieciowe aktywa. Dzięki temu banki posiadające takie „śmieci” mogą oddać je Fedowi w zamian za świeżutkie dolary.
  • Po drugie, TAF jest, w przeciwieństwie do tradycyjnych operacji, anonimowy. Z tego powodu trudno jednoznacznie stwierdzić, które banki mają poważne kłopoty finansowe, a Fed nie jest skory takich informacji udzielać.
  • Po trzecie zaś, operacje TAF są przeprowadzane w dłuższym horyzoncie czasowym. Oznacza to dla systemu bankowego „mały” prezent w postaci 200 miliardów dolarów.

Mimo to nie udało się wyciągnąć rynku z zapaści. Dlatego następca Greenspana wprowadził kolejny instrument: Term Securities Lending Facility, wprowadzający do systemu kredytowego kolejne 200 miliardów, z tym że nie w gotówce, ale zamieniając junk bonds na obligacje skarbowe. W ten oto sposób rzekomo świetne aktywa (na razie jeszcze z oceną Aaa) zostały zamienione na inne świetne aktywa (gwarantowane przez amerykańskiego podatnika, też z Aaa). W gruncie rzeczy Fed po prostu czyści brudy przyniesione przez wcześniejszą ekspansję kredytową. Pytanie brzmi jednak, co stanie się z tymi aktywami, gdy – będąc wciąż w posiadaniu Fedu – stracą swoją wartość? Prywatna firma w takiej sytuacji musiałaby poprawić nierealne wartości księgowe. Ale Fed to przecież bank centralny, który nie musi się przejmować stratami. Fed może dokonać uspołecznienia ryzyka finansowego – obarczyć całe społeczeństwo stratami banków i kosztami wyższej inflacji. Wprowadzić finansowy socjalizm, drukując pieniądze. Aż dziw bierze, że nikt nie przejmuje się obecnym stanem rzeczy. Zupełnie nie do pomyślenia kiedyś było, żeby bank centralny bezpośrednio dotował sektor finansowy. Dzisiaj to norma, stosowana nie tylko przez Fed, ale też przez inne banki centralne na całym świecie. Ponoć to norma tymczasowa, na czas kryzysu. Ale gdzie jest stopping point? Bo ja go nie widzę. Widzę tylko kolejne desperackie interwencje w przyszłości.

Legendarny amerykański inwestor Jim Rogers uważa, że polityka Greenspana i Bernankego to jedna wielka katastrofa, a bank centralny należy rozwiązać. Zwraca uwagę na niebezpieczeństwo wprowadzonego socjalizmu i zjadliwie pyta, czy polityka przejmowania ryzyka prywatnych inwestorów przez Fed nie skończy się tym, że Bernanke zacznie jeździć po kraju i zbierać czynsze, albo sprzedawać używane samochody.

Sarkazm ten nie odbiega znacznie od faktycznego stanu rzeczy. Fed dokonuje bezpośredniej interwencji na rynku komercyjnym, wkładając w swój bilans ryzykowne aktywa, które powinny być przedmiotem prywatnego obrotu. To nic innego jak częściowa nacjonalizacja tego sektora, przywodząca na myśl przykład przejęcia przez brytyjskie państwo banku Northern Rock. Przypadek amerykańskiego banku inwestycyjnego Bear Stearns tylko to potwierdza – Fed wyłożył pieniądze dla JP Morgan, aby ten wykupił BS po kilka dolarów za akcję (choć jeszcze jakiś czas temu były warte ponad 100 dolarów). Gdzie jest koniec tych wszystkich interwencji? Czy na rynku nigdy już nie będzie czegoś takiego jak bankructwo? Taki scenariusz oznaczałby pełny socjalizm.

Warto na marginesie zapytać, czemu nieodpowiedzialni ludzie nie mają bankrutować? Czemu za ich błędy mają płacić ze swojej kieszeni rozsądniejsi obywatele?

Tymczasem, ponieważ dotychczasowe metody nie są skuteczne, Bernanke wymyślił, że będzie od teraz pożyczać pieniądze nie tylko bankom, lecz także innymi instytucjom finansowym, gdy tylko znajdą się w tarapatach.

Rozwiązanie to jest kolejną porażką. Z tego powodu Bernanke zaczął skupywać także kredyty studenckie i elementy rynku kart kredytowych. Wszystko to oczywiście jest „tymczasowe”. Wprowadzony socjalizm ma li tylko charakter przejściowy. W przyszłości polityka prowadzona obecnie przez Fed stawiający siebie w roli lombardu, czyli Zastaw to sam ma być w historii małym epizodem, który powstrzymał katastrofę. Należałoby się jednak zapytać, jak takie działania mają odwrócić wariackie postępowania inwestorów? Skoro Fed staje się nowoczesnym funduszem hedgingowym, to po co w ogóle martwić się o ryzyko inwestycji? Dlaczego banki miałyby zacząć normalnie na rynku pożyczać sobie i kredytobiorcom pieniądze, skoro Fed oferuje im o niebo lepsze warunki? Jeśli praktycznie za darmo rozdawane są pewne papiery rządowe, jeśli Bernanke już odgraża się wprowadzeniem oprocentowania rezerw obowiązkowych, to po co banki mają zadawać sobie trud pożyczania pieniędzy na rynku? I dlaczego takie postępowanie ma zmniejszyć pokusę nadużycia, skoro właśnie taka strategia zachęca do tego, aby być bardziej nieodpowiedzialnym?

Musimy jednak zdać sobie sprawę z tego, że działania prezesa Fedu nie są przypadkowe. Są starannie przemyślaną polityką, o której mówił przez wiele lat. Jego zdaniem, w razie kryzysu i spadku cen aktywów, Fed nie może się cofać przed agresywnym operacjami mającymi zapobiegać deflacji. Jeśli to konieczne, należy obniżyć stopę procentową do zera (już teraz realne stopy w Stanach są ujemne). Jeśli to nie pomoże, trzeba zwiększyć ilość aktywów, pod zastaw których drukuje się pieniądze. A jeśli i to nie pomoże, należy dokonać radykalnego obniżenia zysków z papierów rządowych (aby „płynność” nie uciekała do nich). Wszystko to po to, aby stymulować wydatki i aktywność gospodarczą. Mówiąc wprost, konieczne jest poluzowanie warunków, na których Fed drukuje pieniądze. Dokąd zmierza taka polityka? Być może do hiperinflacji takiej, jak w Republice Weimarskiej…

Ben Bernanke pod ścianą – hiperinflacja czy deflacja?

Fakty są takie, że relatywne ceny w USA dostosowują się i będą się dostosowywać. Jednocześnie występuje wzrost cen dóbr konsumpcyjnych i spadek cen na rynku finansowym. Zwiększenie ilości dodrukowywanych pieniędzy doprowadzi do dalszego wzrostu cen, co jednak nie wróży dobrze giełdzie, gdyż nieunikniony jest dalszy boom na surowce, kruszce i towary, które nie są bezpośrednio obciążone hipoteką. Co więcej, mimo że Stany zaczynają mieć poważne kłopoty z powodu wzrostu cen surowców, energii i żywności, Bernanke nie cofa się przed kolejnymi próbami powstrzymania coraz silniejszych tendencji do korekty. Nie zwraca przy tym uwagi na to, że oficjalna inflacja koszyka konsumpcyjnego wynosi ponad 4% (w rzeczywistości, dużo bardziej prawdopodobny jest podawany np. przez http://www.shadowstats.com/ poziom ok. 8%). Nawet lecący na łeb na szyję dolar nie powstrzymuje Bernankego przed dalszym cięciem stóp i wprowadzaniem kolejnych narzędzi monetarnej pompy. I prawdopodobnie na tym, co widzimy dzisiaj, się nie skończy. Tak przynajmniej wynika z jego kariery akademickiej i podjętych do tej pory kroków. Nie wiemy tylko co się stanie, gdy już skończą mu się obligacje państwowe, które tak chętnie rozdaje bankom. Możemy się tylko domyślać.

Dotychczasowe działania nie były w stanie powstrzymać powrotu do normalnej sytuacji. Amerykanie są potwornie zadłużeni, a poziom ich oszczędności jest niezwykle niski. Deficyt handlowy został sfinansowany nie przez imponujący napływ kapitału, ale przez eksport pustego pieniądza. Nieunikniony był spadek kursu dolara, który prawdopodobnie będzie się dalej pogrążał. Analityk Peter Schiff już w 2002 roku – gdy świat wciąż jeszcze zachwycał się zielonym papierkiem – przewidywał, że taki dzień nadejdzie i do dzisiaj zdecydowanie podtrzymuje tezę, że kłopoty jeszcze się nie skończyły. Dolar, zdaniem Schiffa, będzie dalej znajdować się na równi pochyłej, gdyż system finansowy jeszcze się nie oczyścił. I na pewno nie wzmocni go dalsze drukowanie pieniędzy. Schiff przewiduje, że dolar może kosztować nawet pięćdziesiąt eurocentów (choć nie jest to pewne, skoro padły już wstępne deklaracje chęci wsparcia dolara, czyli tak naprawdę osłabiania euro przez podobne drukowanie).

Na razie system bankowy zaczyna przypominać stare filmy o żywych trupach. Bernanke obniża stopy, lecz nie zatrzymuje to kolejnych fal bankructw, a jedynie prowadzi do tego, że USA zmieniają się w Japonię z lat 90. – z absurdalnie niskimi stopami procentowymi, tracącymi powoli wartość aktywami, handlem z niewielkimi swapami, pełzającymi bankructwami i taniejącą walutą. Już w tej chwili zwroty z obligacji są wyraźnie niższe niż stopy procentowe ustanowione przez Fed. To oznacza, że rynek antycypuje, iż Fed „przytuli się” do zerowych stop procentowych, a również, że instytucje panicznie szukają pewnych aktywów, nawet jeśli mają przynieść im zysk mniejszy niż jeden procent. Wygląda na to, że deflacja kredytowa stała się faktem. Kryzys pożyczek subprime (czyli dotyczących najmniej wiarygodnych kredytobiorców) dopiero się zaczyna. Nieruchomości jeszcze polecą w dół, a czemu sprawa ma się zakończyć na subprimach? W końcu istnieją też niewiele bardziej wiarygodni kredytobiorcy – Alt-A – a w kolejce oczekuje rynek kart kredytowych i ubezpieczyciele tych wszystkich pożyczek (tak jak Ambac, który niedawno miał rating Aaa).

Pytanie tylko, co zrobi szef Fedu. Jeszcze parę lat temu z dumą obwieszczał, że bank centralny jest w stanie w bardzo łatwy sposób zwalczyć taką deflację. Wystarczy, że zacznie drukować pieniądze i oferować je rynkowi w zamian za coraz szerszy wachlarz aktywów. Stopa procentowa spadnie do zera, a płynność należy „wtłaczać” do coraz to większej ilości podmiotów na jeszcze dogodniejszych warunkach.

Lecz jak ma się to do inflacji koszyka konsumenckiego? Bernanke pokazał, że nie ma to dla niego znaczenia – ważniejsze jest, jak mówi Jim Rogers, ratowanie kolegów z Wall Street. W skrajnym przypadku oznacza to jedno – hiperinflację. Faktycznie, jest to jakiś sposób na zatrzymanie deflacji finansowej – ale czy pożądany? Bernanke napisał, że „amerykański rząd ma technologię, która zwie się prasą drukarską”. Tak, to prawda. Należy jednak zdać sobie sprawę z tego, iż ta „technologia”, jest prostą drogą prowadzącą do upadku waluty. Tak naprawdę jest to „technologia” redystrybucji niedostatku, na której cierpi całe społeczeństwo.

Dokądkolwiek w tej chwili zmierzają Stany, pewne jest, że aktualny kryzys nie jest rezultatem jakiegoś wydumanego pesymizmu, zwierzęcych instynktów kapitalistów, albo przypadkowych wahań koniunktury. Ma on swoje głębokie podstawy w rzeczywistym stanie gospodarki, który został spowodowany nieodpowiedzialną politykę prowadzoną zarówno przez socjaldemokratów, jak i neokonserwatystów. To przecież oni przyklaskiwali realizacji serii populistycznych programów kredytowych, socjalnych i wojennych (swoją drogę, jeśli Stany zaatakują Iran, to wujek Sam odpłynie do trzeciego świata). Mało tego, wszystko wskazuje na to, że podstawy kryzysu jeszcze nie zanikły, gdyż system wciąż nie oczyścił się ze złych długów i szemranych wierzytelności. W ciągu najbliższych miesięcy doświadczymy więc zapewne kolejnych problemów podobnych do historii z upadkiem Bear Stearnsa. Kolejne kłopoty wkrótce nadejdą. Pytanie tylko, czy stający powoli pod ścianą i tracący dostępną amunicję Bernanke podda się osądowi rynku i pozwoli sektorowi finansowemu wejść w trudny, ale oczyszczający system okres recesji i bankructw, czy też wykaże się brawurą drukarza i zdecyduje się na scenariusz weimarski. Póki co, trzyma w rękach jeszcze trochę obligacji państwowych. Kiedy jednak się one wyczerpią, pozostanie tylko jedno: sięgnięcie po gotówkę i starego dobrego Gutenberga.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *