Pogorzelski: Kryzys zaufania

14 października 2008 Komentarze komentarze: 0

Politycy, bankierzy, ciułacze i kryzys zaufania

Trwający już od roku kryzys na rynkach finansowych spowodował zaktywizowanie się licznych środowisk związanych z etatyzmem i interwencjonizmem gospodarczym. Już dawno nie było słychać tylu głosów piętnujących rzekomo niszczycielskie siły wolnego rynku. Newsweek Polska wieści koniec świata spekulantów dodając, że „krach za oceanem obalił mit liberalnej gospodarki”. Wprost obarcza winą nieodpowiedzialnych szefów amerykańskich banków. The Guardian ustami Josepha Stiglitza pastwi się nad chciwością, nieuczciwością i niekompetencją menadżerów wielkich korporacji (także urzędników państwowych) oraz proponuje zaostrzenie regulacji i kontroli rynków finansowych. Mówi się też o kryzysie zaufania, będącego fundamentem współczesnego systemu bankowego. Doszło do tego, że amerykańska lewica, która zaciekle zwalczała wydatki na wojnę w Iraku (która nota bene pochłonęła przez 5 lat swojego trwania ok. 800 mld dolarów), z jeszcze większą zaciekłością i uporem godnym lepszej sprawy walczy o wypłatę 700 miliardów dolarów upadającym bankierom. Narastająca głośność tych oraz podobnych im głosów wymaga szerszego komentarza.

Historia pewnej korporacji

Na początku warto sobie zadać pytanie, skąd się w ogóle kryzys wziął. Czy są za niego odpowiedzialni szefowie wielkich korporacji finansowych? A może winni są urzędnicy i politycy administracji USA? Prawidłowa odpowiedź brzmi: i jedni, i drudzy. Dobrym przykładem tego wspólnictwa jest historia pewnej korporacji finansowej, animatora rynku kredytów hipotecznych, który wydatnie przyczynił się do obecnego kryzysu. Mowa o Federalnym Narodowym Stowarzyszeniu Kredytów Hipotecznych, w skrócie Fannie May. Instytucja ta powstała bardzo dawno, bo już w 1938 r., w czasach New Deal-u. Problemem, który administracja prezydenta Roosevelta starała się rozwiązać, było to, że banki komercyjne w obliczu Wielkiego Kryzysu nie chciały, bądź nie mogły dawać kredytów pod budowę domów. Fannie miała je, w tym niezwykle ważnym społecznie zadaniu, zastąpić, co jej się rzeczywiście udało. Wkrótce korporacja stała się poważnym graczem na rynku pożyczek hipotecznych. Kolejną ważną datą w historii tej instytucji jest rok 1968, szczytowy moment wojny w Wietnamie. Rząd USA rozpaczliwie starał się znaleźć środki na prowadzenie działań zbrojnych i zdecydował się sprywatyzować dorodną już i dochodową Fannie. Politycy najwyraźniej pożałowali tego kroku powołując w 1970 roku Federalną Korporację Kredytów na Budowę Domów (Federal Home Loan Mortgage Corporation w skrócie Freddie Mac) ale i ta instytucja została niedługo sprywatyzowana. Teoretycznie prywatne Fannie i Freddie wciąż jednak cieszyły się (i wciąż cieszą się) wsparciem państwa pod postacią chociażby gwarancji finansowych. Obecnie, łączna wartość udzielonych przez nie kredytów przekracza 5 bilionów (tysięcy miliardów!) dolarów co stanowi równowartość 1/3 PKB USA. W jaki sposób korporacje, które nie są formalnie bankami, sfinansowały taką ilość pożyczek? Poprzez emisję papierów wartościowych, których zabezpieczeniem były domy stanowiące zastaw kredytów hipotecznych. Papiery te kupowały znane już nam Goldman Sachs, Merrill Linch, Bear Sterns, Lehman Brothers oraz instytucje finansowe, w tym banki centralne, Azji i Europy. Amerykanie ochoczo zadłużali się dzięki niskim stopom procentowym utrzymywanym przez Rezerwę Federalną. Pozwoliło to Fannie May, Freddie Mac oraz nabywcom emitowanych przez nie papierów urosnąć do ogromnych rozmiarów.

Co było dalej, doskonale wiemy. Rezerwa Federalna w obliczu zagrożenia inflacją podniosła stopy procentowe. Odsetki od zaciągniętych kredytów zaczęły rosnąć i okazało się, że wiele pożyczek nie może zostać spłaconych. Ceny nieruchomości zaczęły spadać a wraz z nimi utraciło wartość całe zabezpieczenie kredytów hipotecznych oraz opartych na niech papierów wartościowych. Pociągnęło to za sobą utratę płynności w całym systemie bankowym. Można się zapytać, czy nie można było tego przewidzieć? A jeżeli można było, to dlaczego banki angażowały się w refinansowanie kredytów hipotecznych? Odpowiedź jak zwykle nie jest jednoznaczna. Należy pamiętać, że boom na rynku nieruchomości było stymulowany przez zachęty ze strony państwa oraz niskie stopy procentowe. Krach rozpoczął się gdy Rezerwa Federalna zmieniła kierunek swoich działań: priorytetem stała się inflacja a tani kredyt zszedł na drugi plan. Ekonomiści austriaccy doskonale wiedzą, że instytucje państwowe nie są w stanie w dłuższej perspektywie utrzymać swojej polityki gospodarczej. Wiedzą to najprawdopodobniej również szefowie banków. Zawsze jednak pozostaje otwarte pytanie, kiedy do takiej zmiany polityki dojdzie. Banki liczyły, że uda im się zarobić i w porę wycofać. Czy się przeliczyły? Bracia Lehmann tak, pewnie ktoś jeszcze, ale część instytucji – zgodnie z doktryną „zbyt duży, by upaść”– zostanie uratowanych przez rząd USA i tanie kredyty FED. Wtedy zaś tych, którzy zaryzykowali zbyt wiele czeka miękkie lądowanie. Jeżeli nic się nie zmieni w mechanizmach funkcjonowania rynków finansowych, to cykl koniunkturalny nie tylko będzie się powtarzać ale zacznie się eskalować. Już w tej chwili wiele banków zostało uratowanych. Stanowi to dla nich zachętę by znowu spekulować i to na większą skalę. Negatywny dla gospodarki sygnał został również wysłany do dłużników, którzy zaciągnęli kredyt hipoteczny mimo braku możliwości jego spłaty. Administracja Stanów Zjednoczonych doszła do wniosku, że takich ludzi jest zbyt wielu, żeby można było zająć ich nieruchomości. Podejście to, które można sparafrazować słowami „jest ich zbyt wielu, żeby mogli upaść”, ugruntuje tylko i tak już niską skłonność Amerykanów do oszczędzania i terminowego spłacania swoich długów. Przyczyny obecnego kryzysu nie ograniczają się tylko do takich a nie innych działań administracji publicznej, banków centralnych i szefów instytucji finansowych. Działania te nie są przypadkowe. Ich tłem jest system rezerw częściowych, ekspansja kredytowa i… zaufanie.

Jaki kryzys zaufania?

Jeśli przyjrzeć się uważnie prasie, to można zauważyć, że wielu co bardziej wyrobionych publicystów i ekonomistów podkreśla, że obecne załamanie jest kryzysem zaufania. Dlaczego właśnie zaufanie tak bardzo leży im sercu, a nie jakakolwiek inna zbożna postawa? Przyczyna jest prosta. Dlatego, że depozyty bankowe nie mają pokrycia ani w złocie, ani w rezerwach. Banki zaś nie upadają tylko dzięki temu, że ich klienci ufają, że ich rachunki są bezpieczne. Jeżeli ludzie przestaną ufać bankom, a banki sobie nawzajem, to cały system finansowy zbudowany na rezerwach częściowych runie. Wystarczy, że jakaś grupa ludzi, wcale nie taka wielka, nabierze przekonania, że banki są niewypłacalne i zapragnie wyciągnąć zdeponowane oszczędności. Tak się nie dzieje tylko dzięki zaufaniu. Pytanie, czy jest to sytuacja normalna. Ekonomiści i publicyści zdają się zakładać, że ludzie powinni ufać bankom (w końcu mówi się „mieć coś jak w banku”). Dlaczego jednak mieliby to robić? Kiedy kupuję akcje jakiejś spółki dokładnie sprawdzam jej wyniki finansowe: stabilność, płynność, przewidywane inwestycje i przychody. Powierzam jej w końcu swoje pieniądze, więc chcę zadbać o ich bezpieczeństwo. Dlaczego miałbym inaczej postępować w przypadku banków? Dlaczego państwo z troską pochyla się nad upadkiem banku, podczas gdy bankructwo jakiejkolwiek innej firmy nie robi na nikim wrażenia. Dlaczego wreszcie zasady swobodnej konkurencji i wolnego rynku miałyby dotyczyć wszystkich, ale nie instytucji finansowych? Unia Europejska wzdraga się przed przyznaniem kilkuset milionów euro pomocy publicznej stoczniom, ale już bez mrugnięcia okiem pozwala na przyznanie kilkuset miliardów euro pomocy instytucjom finansowym (zarówno w postaci bezpośredniego dokapitalizowania jak też preferencyjnych kredytów Europejskiego Banku Centralnego) i to bez „zbędnych” formalności: planów naprawczych i programów restrukturyzacji.

Obecne załamanie gospodarczej jest niewątpliwie kryzysem zaufania ale w innym sensie, niż się powszechnie uważa. Nie tyle brak zaufania do instytucji finansowych jest problemem, ale jego nadmiar. Ufał FED i otwierał im kolejne linie kredytowe po coraz niższej cenie. Ufali politycy i udzielali poręczeń, ustaw i uśmiechów. Ufali przedsiębiorcy i deponowali oszczędności. Wszyscy ufali bankom i przelewali im pieniądze. Na co liczyli? Na to, że banki odpowiedzialnie zainwestują powierzone im mienie rozkręcając wzrost gospodarczy? To po prostu musiało się skończyć bańką spekulacyjną i kryzysem. Dopiero teraz, o wiele zbyt późno, ludzie zorientowali się, że ich zaufanie było pochopne. Coraz liczniejsze są głosy, że instytucje finansowe muszą zostać poddane kontroli. Niestety dość powszechnie uznaje się, że musi się tym zajmować państwo i podległe mu agencje. Zapomina się, że działalność banków w USA (podobnie jak w innych krajach świata) była i nadal jest licencjonowana i szczegółowo regulowana przez państwo. Nad amerykańskim systemem finansowym czuwa Rezerwa Federalna, Komisja Papierów Wartościowych i Giełd oraz inne agencje. Podobne instytucje od lat nadzorują systemy finansowe innych państw. Wszystkie te instytucje i instrumenty nie tylko nie zapobiegły kryzysowi ale – jak widzieliśmy – nawet się do niego przyczyniły. Propozycja, żeby dalej wzmocnić kontrolę państwa na rynkiem finansowym, to jak sugestia, żeby gasić pożar benzyną.

Remedium

Wbrew pozorom, mimo że państwo nie jest w stanie zapewnić stabilności systemu finansowego, nie jesteśmy bezsilni. Działalność banków może być z powodzeniem kontrolowana za pośrednictwem mechanizmów rynku: swobodnej konkurencji i selekcji przez bankructwo. Twierdzenie to wielu wyda się prowokacyjne, jednak wbrew utartej opinii, to nie rynek jest odpowiedzialny za obecny kryzys, ale brak rynku. Finansiści i politycy przez lata przyzwyczaili się do życia w symbiozie. To banki są głównym nabywcą długu publicznego, umożliwiającego finansowanie obietnic wyborczych (nie mówiąc już o tym, że klienci banków są wyborcami, którym szczególnie leży na sercu bezpieczeństwo zgromadzonych oszczędności). W zamian państwo roztacza nad bankami parasol ochronny, umożliwiając im ryzykowne interesy. To wszystko ma naprawdę niewiele wspólnego z rynkiem a jeszcze mniej z liberalnym porządkiem gospodarczym. Aby to zmienić, trzeba skończyć z zaufaniem i pozwolić bankom upaść. Pierwszym efektem będzie szok i pogłębienie kryzysu, ale jest to jedyny sposób żeby wyeliminować z rynku te instytucje finansowe, które źle inwestowały, udzielały kredytów nieodpowiednim ludziom, lekceważyły ryzyko i summa summarum przyniosły straty całemu społeczeństwu. Trzeba pogodzić się z tym, że straty te są nieodwracalne i skupić się na przywracaniu zdrowych, rynkowych mechanizmów w skorumpowanym świecie finansów.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Karol Pogorzelski

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *