Murphy: Argumenty za nadchodzącą inflacją

22 stycznia 2010 Inflacja komentarze: 4

Autor: Robert P. Murphy
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Mateusz Benedyk
Wersja PDF

Jedną z najbardziej niezręcznych sytuacji, w jakiej znaleźli się ekonomiści Szkoły Austriackiej, jest spór o to, czy powinniśmy spodziewać się deflacji czy inflacji cenowej. O ile za korzystną trzeba uznać sytuację, gdzie publicznie dyskutujemy zamiast zamiatać sprawę pod dywan i tworzyć fałszywe wyobrażenie naszej wszechwiedzy, to znaczna rozbieżność prognoz co do przyszłości dolara amerykańskiego jest niepokojąca.

W lipcu skrytykowałem Mike’a Shedlocka (alias „Mish”) za straszenie swoich czytelników nadchodzącą deflacją cen. Sądziłem, że prawdziwym zagrożeniem był nagły spadek siły nabywczej pieniądza oraz wyjaśniłem, dlaczego skupienie się Misha na kredycie nie jest przekonywające. Chciałbym móc powiedzieć, że dowody wskazują na pomyłkę jednego z nas, są one jednak niejednoznaczne. Jak powiedział mi jeden ze zwolenników tezy Misha, rok 2010 będzie rozstrzygający. Jeśli ceny zmienią się jedynie nieznacznie, okaże się że zarówno ja, jak i Mish się pomyliliśmy.

W tym artykule chcę przypomnieć powody, dla których uważam rosnące ceny za realne zagrożenie. Chciałbym także wskazać kilka słabych punktów w argumentach za nadchodzącą deflacją.

Rosnące ceny ciągle są zagrożeniem
Kilka miesięcy temu ostrzegałem przed dużym wzrostem cen konsumpcyjnych. Co prawda przeciętny Joe błędnie myśli, że znajdujemy się obecnie w deflacyjnej pułapce (jak to za chwilę wyjaśnię), ja sam najwyraźniej byłem zbyt alarmujący w swoich prognozach. Powinienem zatem wyjaśnić przynajmniej, co moim zdaniem poszło nie tak.

Okazało się, że Ben Bernanke przyhamował ze wzrostem podaży pieniądza trzymanego przez ludność, mierzoną przez takie agregaty jak M1 lub M2. Jak widać na poniższym wykresie ilość pieniądza w posiadaniu ludności (na rachunkach czekowych, w gotówce i w innych bardzo płynnych formach) wzrosła gwałtownie pod koniec 2008 roku. W tym samym czasie Bernanke pozwolił, aby wielkość bazy monetarnej poszybowała wysoko w górę.

argumenty za inflacja1

Być może niektórzy czytelnicy pamiętają, jak na przełomie 2008 i 2009 roku politycy wzywali banki do hojnego udzielania pożyczek. Ogromna pomoc rządowa dla tego sektora miała być tym samym usprawiedliwiona. Przecież Paulson wmawiał nam, że powodem wsparcia banków jest chęć zapewnienia małym przedsiębiorstwom dostępu do kredytu. Sądziłem wtedy, że wzrost wielkości M1 i M2 z końca 2008 roku będzie kontynuowany i dlatego ostrzegałem przed znaczną inflacją poziomu cen w 2009 r.

Jak jednak widzimy na powyższym wykresie Bernanke utrzymuje M1 na nowym poziomie od kilku miesięcy, podobnie jest z M2. Chociaż wiele osób sądzi, że FED codziennie wypluwa jak gejzer nowe pieniądze, nie jest to do końca prawdą. Tak, baza monetarna systematycznie osiąga nowe szczyty, ale większość tych pieniędzy jest zdeponowanych na rachunkach własnych banków, czyli jak w banku centralnym FED.

argumenty za inflacja2

Mój argument za tym, że należy spodziewać się galopującej inflacji cen jest dość prosty: nie widzę spójnej strategii usunięcia przez Bernankego nadwyżek rezerw  z systemu bankowego. Plan wyprzedaży aktywów znajdujących się w bilansie FED-u (i tym samym zmniejszenia ilości owych rezerw) nie przekonuje mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, nie sądzę, aby Bernanke miał odwagę to zrobić, rujnując jednocześnie rynek nieruchomości. Po drugie, FED musiałby sprzedać swoje nowe nabyte aktywa ze stratą, co oznaczałoby, że część rezerw ciągle pozostanie w systemie bankowym.

Inną strategią rozważaną przez analityków finansowych i FED jest nowe „narzędzie” – wypłacanie odsetek za rezerwy zdeponowane w FED. Według tego pomysłu, kiedy banki nieco odetchną i znajdą inne bezpieczne inwestycje o zwrocie 4 czy 5 procent, będą chciały użyć część rezerw (obecnie trzymanych w Rezerwie Federalnej), aby skorzystać z nadarzającej się okazji. Chcąc powstrzymać przejście tych rezerw w ręce ludności (gdzie mogą przyczynić się do wzrostu cen), FED będzie musiał zwiększyć odsetki płacone bankom, zachęcając tym samym do trzymania pieniędzy w banku centralnym. To może tylko odsunąć w czasie dzień sądu, ponieważ pula rezerw będzie rosnąć jeszcze szybciej.

Kiedy inflacyjny dżin wydostanie się z butelki?
Oczywiście nikt nie ma pewności, jak zachowają się ceny w przyszłości. Zwłaszcza w przypadku dużego ataku terrorystycznego lub kolejnej finansowej zapaści jest całkiem możliwe, że inwestorzy na całym świecie skierują swe środki do relatywnie bezpiecznych papierów dłużnych amerykańskiego rządu, windując kurs dolara względem innych walut. Ciągle sądzę jednak, że ogólny stan rzeczy przemawia za słabnącym dolarem i rosnącymi cenami produktów konsumpcyjnych.

Jak na ironię, trend ten jest już widoczny. Poniższy wykres pokazuje, że ceny produktów konsumpcyjnych mierzonych (niedokładnie) przez CPI rosły przez cały rok.

argumenty za inflacja3

Może to nieco zadziwić czytelników polegających na prasie finansowej. Typowy dla 2009 roku artykuł informuje, że poziom cen w poprzednim miesiącu był o 0,2% wyższy niż miesiąc wcześniej, przekonując jednocześnie czytelnika, że inflacja jest ciągle łagodna, na co wskazują zmiany cen rok do roku. Na przykład Biuro Statystyk Pracy (Bureau of Labor Statistics – BLS) podało do wiadomości w poprzednim miesiącu, że ceny w październiku były o 0,3% wyższe niż we wrześniu, lecz ciągle 0,2% niższe niż ceny produktów konsumpcyjnych w październiku 2008 r.

Zwyczaj cytowania spadku CPI rok do roku, choć technicznie dokładny, jest bardzo mylący. CPI nadzwyczaj szybko spadał w ostatnich trzech miesiącach 2008 r. Ale trend ten osiągnął dno w grudniu 2008 roku i od tego momentu ceny rosły niemal nieprzerwanie. Patrząc na surowe dane o CPI, ceny dóbr konsumpcyjnych wzrosły w tym roku o 2,8%, a są to tylko wyniki za 10 miesięcy.

16 grudnia rząd ogłosi dane z listopadowego odczytu CPI [ogłoszono, że CPI wzrosło miesiąc do miesiąca o 0,4%, rok do roku wskaźnik zanotował wzrost o 1,8%; inflacja bazowa nie zmieniła się miesiąc do miesiąca, rok do roku wyniosła 1,7% – przyp. tłum.]. Okaże się, że będziemy już mieć za sobą okres znacznego spadku cen pod koniec 2008 r. Tym samym wskaźniki rok do roku znajdą się nagle na plusie. Jeśli poziom wzrostu cen w listopadzie miał taką samą dynamikę jak w poprzednich miesiącach tego roku, to BLS ogłosi, że ceny dóbr konsumpcyjnych wzrosły o 1,7% względem listopada 2008 r.

Prawdziwa zabawa czeka nas w środku stycznia, kiedy BLS ma ogłosić wskaźniki cen za grudzień. Wtedy cały spadek CPI pod koniec 2008 r. odpracuje już swoje 12 miesięcy, a opinia publiczna w końcu zda sobie sprawę jak bardzo ceny wzrosły. Ponownie, jeśli założymy, że ceny będą się zmieniały tak samo jak w pierwszych dziesięciu miesiącach 2009 r., rząd poinformuje nas w styczniu, że CPI w grudniu 2009 r. było o całe 2,7% wyższe niż rok wcześniej. Tym samym w dwa miesiące ludzie zrozumieją że nie mamy deflacji, a oficjalne wskaźniki cen rosną od dłuższego czasu.

Jasne, w szerszym planie roczny wzrost CPI na poziomie 3% to żaden powód do bezsennych nocy. Jednak sądzę, że tym, co powstrzymuje absolutną panikę na rynkach finansowych, jest fakt, że inwestorzy widzą na własne oczy, że ceny nie wystrzeliły gwałtownie w górę. Większość inwestorów prawdopodobnie sądzi, że siedzimy ciągle na skraju deflacyjnego klifu. Kiedy stanie się jasne, że CPI rosło przez cały rok, czar może prysnąć i właściciele dolarów pobiegną je wydać. Jeśli ten odwrót od dolara się rozpocznie, banki będą chciały zrobić to samo z ponad bilionem dolarów nadwyżkowych rezerw a Bernanke będzie miał poważny rachunek sumienia do zrobienia.

Dlaczego nie deflacja?
Rozmawiałem z wieloma osobami, które są bardzo wykształcone a zaliczają siebie do grupy ekonomistów spodziewających się deflacji. Nawet wielu zagorzałych fanów Austriackiej Szkoły Ekonomii i Rona Paula dyskutowało ze mną na ten temat, w tym Vijay Boyapati. Nie twierdzę, że ci ludzie są idiotami lub ignorantami, jeśli chodzi o austriacką teorię pieniądza. Chciałbym sądzić, jak wielu sugerowało, że pomimo wysiłków Bernankego w celu wywołania inflacji, pękająca bańka przerosła jego możliwości. Nie wydaje mi się jednak, że tak się dzieje.

Jeśli dobrze rozumiem, to główny argument spodziewających się deflacji jest taki, że w naszej gospodarce nowe pieniądze są tworzone głównie poprzez kreację nowych pożyczek bankowych. Skoro banki są w tak kiepskiej kondycji, nie będą w stanie tworzyć nowych pożyczek w tych warunkach. Stąd, bez względu na wysiłki FED-u, nie będzie nam dane zobaczyć rzeczywistej ekspansji zakupów, dopóki konsumenci i biznes nie spłacą ogromnego długu, jaki na nich ciąży. Dopiero wtedy rozpoczną wydawać pieniądze na zakupy nowych dóbr (a nie na spłatę długu).

Ale dlaczego nie widzieliśmy stałego spadku cen w trakcie 2009 roku? Jak pokazuje poniższy wykres, spadek wielkości kredytów dla biznesu rozpoczął się pod koniec 2008 r. a dla konsumentów kilka miesięcy później i trwa do dzisiaj.

argumenty za inflacja4

Jeśli zatem to spadek kredytu ma spowodować spadek cen, dlaczego CPI sięgnął dna w grudniu 2008 r.? Dlaczego potem rósł stabilnie cały rok?

Miałem ostatnio konferencję telefoniczną z grupą ludzi zarządzających aktywami. Większość z nich spodziewała się deflacji. Kiedy zaprezentowałem swoje argumenty, stwierdzili, że CPI wzrósł, ale został wywindowany przez rosnące ceny surowców. Jeśli z kolei skoncentrujemy się na inflacji bazowej (gdzie wyłączone są ceny żywności i energii), to CPI wcale nie wzrósł tak bardzo w 2009 r., pokazując jak słabe są wydatki konsumentów.

Niby racja, lecz inflacja bazowa nigdy też nie spadła znacząco. Ludzie myśleli, że jesteśmy w deflacyjnej pułapce, ponieważ rok wcześniej ropa naftowa i inne surowce znacznie staniały. Jak pokazuje poniższy wykres, patrząc na bazową inflację można łatwo przeoczyć, że mieliśmy znaczny spadek cen pod koniec 2008 roku.

argumenty za inflacja5

Prawdą zatem jest, że zwrócenie uwagi na inflację bazową zmniejsza problemy z deflacyjnym scenariuszem, redukując wzrosty cen w 2009 roku, ale wymazuje także znaczne spadki cen pod koniec 2008 roku. Spodziewający się deflacji muszą więc wytłumaczyć, dlaczego nie widzieliśmy jeszcze spadku cen w japońskim stylu, skoro główną przyczynę jego wystąpienia – spadek ilości kredytu – mamy już od roku.

Wnioski
Po zaprezentowaniu dowodów i teorii obu stron sporu, ciągle uważam, że niespotykana kreacja nowych rezerw przez Bernankego spowoduje szybki wzrost cen. Te wzrosty mogą nie być widoczne w cenach finansowych aktywów Stanów Zjednoczonych, lecz pokażą swoje obrzydliwe twarze na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych. Ponadto sądzę, że dżin mógł już wydostać się z butelki. Jego ucieczka nabierze tempa, kiedy odczyty CPI rok do roku pokażą umiarkowaną inflację.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Robert Murphy

Amerykański ekonomista i konsultant związany z austriacką szkołą ekonomii. Tytuł doktora uzyskał na New York University, obecnie jest adiunktem na Texas Tech University. Współpracuje z licznymi amerykańskimi think-tankami. W ramach działalności w Independent Institute i Ludwig von Mises Institute angażuje się w liczne inicjatywy edukacyjne – prowadzi wykłady, kursy e-learningowe, pisze książki. To właśnie w ramach współpracy z tymi instytucjami powstały jego przewodniki ułatwiające lekturę najważniejszych dzieł ekonomistów szkoły austriackiej: "Ludzkiego działania" i "Teorii pieniądza i kredytu" Ludwiga von Misesa oraz "Ekonomii wolnego rynku" Murraya N. Rothbarda. Murphy jest także autorem podręcznika z ekonomii dla licealistów "Lessons for the Young Economist" i książki "Choice: Cooperation, Enterprise, and Human Action".

Pozostałe wpisy autora:

4 Komentarze “Murphy: Argumenty za nadchodzącą inflacją

  1. Drobny szczegół, który jakże wygodnie jest przemilczeć – amerykański CPI, na który powołuje się Murphy, nie uwzględnia cen nieruchomości. Jest to o tyle dziwne, że spłata hipoteki jest dla większości rodzin główną pozycją w budżecie i głównym wydatkiem przez całe życie…

    To, co zauważa Murphy, że nie zaobserwowano silnej inflacji cenowej, mimo krachu kredytowego, wynika z jednej prostej rzeczy – w miarę, jak delewaruje się sektor prywatny (co ciągle trwa!), dług przejmuje na swoje księgi Fed (głównie przez instrumenty związane z hipotekami) i Skarb (przez emisję obligacji). Nie będzie to jednak trwało wiecznie, bo sektor publiczny też ma jakieś tam limity bezpieczeństwa (ekspozycji na ryzyko stóp procentowych, refinansowania), których przekroczenie grozi kompletną destabilizacją.

  2. „Ale dlaczego nie widzieliśmy stałego spadku cen w trakcie 2009 roku?” – bo dollar byl coraz slabszy:)
    nieciekawa ta analiza Murphego, (na poziomie magikow od celu inflacyjnego, co mysla ze jak CPI rosnie o kilku procent to wszystko gra) mysli, ze jak CPI troszke drgnelo, to nie grozi nam Japonia, ze zmierzamy straight ahead do Republiki Weimarskiej, wogole nawet nie pokusil sie o rozwazania wlasnie tego jak slabnacy dollar mogl wplynac na CPI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy