Cachanosky: Definicja inflacji według Misesa: implikacje dla debaty o wolnej bankowości

22 września 2010 Inflacja komentarze: 42

Autor: Nicolas Cachanosky
Źródło: libertarianpapers.org
Tłumaczenie: Paweł Rusiecki
Wersja PDF

Wstęp

Dyskusja o tym, czym jest, a czym nie jest inflacja stała się istotna dla debaty wewnątrz szkoły austriackiej  pomiędzy zwolennikami wolnej bankowości i rezerwy cząstkowej a tymi, którzy opowiadają się za stuprocentową rezerwą. Fakt, że tak długa i ważna dyskusja nie osiągnęła konsensusu jest interesujący i sugeruje, że pojęcie to może być dwuznaczne i budzić kontrowersje.

Wielu Austriaków, którzy podejmują problem inflacji, poszukuje odpowiedzi w dziełach Ludwiga von Misesa. Kluczowym zagadnieniem jest tutaj sporna kwestia dotycząca tego, czy w którymkolwiek systemie wolnej bankowości — czy to z rezerwą cząstkową, czy też ze 100% rezerwą — może występować wolnorynkowa inflacja. Szczególnie nurtujące są dla nich następujące kwestie:  czy jakakolwiek zmiana ilości pieniądza (w szerokim znaczeniu) wywołuje inflację? Czy ekspansja środków fiducjarnych przez system bankowy ma charakter inflacyjny, nawet jeśli zanotowano wzrost popytu na pieniądz w szerokim znaczeniu?

Jeśli tak jest, to system rezerwy cząstkowej będzie nieprzerwanie generował inflację. Z drugiej strony, jeśli do wywołania inflacji wystarczy tylko wzrost ilości pieniądza powyżej poziomu popytu rynkowego, to propozycja wolnej bankowości wcale nie musi  oznaczać inflacyjnej, błędnej alokacji zasobów.

Wydaje się, że wśród Austriaków nie ma porozumienia odnośnie tego, co Mises uważał, a czego nie uważał za inflację. Ten artykuł nie zajmuje się sporem wokół rezerwy cząstkowej ani tym, co powinniśmy uważać za inflację, ale tylko interpretacją tego, co Mises osobiście rozumiał pod pojęciem inflacji. Poniższy artykuł pokazuje, że debata na temat wolnej bankowości i stuprocentowej rezerwy może się obejść bez poruszania problemu inflacji, pod warunkiem, że zdefiniujemy ją tak jak Mises. Upraszcza to dyskusję i odsuwa na bok problematyczne pojęcie. Debata może się wtedy skupić na innych efektach zmian podaży lub popytu na pieniądz w każdym z systemów bankowych, bez potrzeby zastanawiania się nad obecnością lub absencją inflacji.

Odniosę się głównie do dwóch tekstów Misesa, w których bezpośrednio zajmuje się pojęciem „inflacji”: 1) rozdziałem VII.7 z Theory of Money and Credit oraz 2) podrozdziałem rozdziału XVII.6 z Ludzkiego działania. We wszystkich cytatach emfazy kursywą zostały dodane przez autora.

 

Mises o inflacji

 

Interpretacja

Najpierw powinniśmy rozważyć pogląd Misesa, że termin inflacja nie jest zwrotem prakseologicznym, pochodzącym z ekonomii, ale pojęciem pochodzącym z języka politycznego czy nawet potocznego. Z tego powodu słowu „inflacja” brakuje dokładności, jakiej można by oczekiwać od akademickiego terminu i staje się podstępnym oraz wysoce nieprecyzyjnym pojęciem (Mises 1949 [2007], str. 360):

„Pojęcia inflacji i deflacji nie należą do sfery prakseologii. Nie wprowadzili ich ekonomiści, lecz pojawiły się w mowie potocznej i w wypowiedziach polityków”.

Ta pierwsza uwaga pomaga wyjaśnić, dlaczego trudno było osiągnąć porozumienie nawet wśród Austriaków; nieścisłość pochodzenia tworzy różne opinie odnoszące się do tego samego słowa. Oczywiście, gdy mówimy o inflacji mamy na myśli określone zjawisko, jednak polityczna czy potoczna definicja (ponieważ nie jest dość dokładna) nie precyzuje, kiedy mamy do czynienia z inflacją, a kiedy nie. Co więcej, Mises (1949 [2007], str. 360) wskazuje, że pojęcie inflacji jest zbudowane na założeniach stałej siły nabywczej i neutralności:

„Wynikają one (pojęcia – przp. tłum.)  z błędnego przekonania, że pieniądz może być neutralny i mieć stałą siłę nabywczą, oraz że takie właśnie cechy powinien posiadać solidny pieniądz. W tym kontekście termin „inflacja” miał oznaczać zmiany spowodowane czynnikami pieniężnymi, których skutkiem jest spadek siły nabywczej, a termin „deflacja” zmiany spowodowane czynnikami pieniężnymi, których skutkiem jest wzrost siły nabywczej”.

Następnie, podążając za ogólnym wyobrażeniem inflacji, Mises (1912, [1981], str. 272) próbuje stworzyć jej bardziej dokładną definicję:

 

„W badaniach akademickich istnieje tylko jedno znaczenie, które racjonalnie może być związane ze zwrotem „inflacja”: wzrost ilości pieniądza (w szerokim znaczeniu tego terminu, a więc włączając w to środki fiducjarne), który nie jest zrównoważony przez odpowiadający mu wzrost zapotrzebowania na pieniądz (znów w szerokim tego słowa znaczeniu), i który musi więc spowodować spadek obiektywnej wartości wymiennej pieniądza. Analogicznie, deflacja  oznacza zmniejszenie ilości pieniądza (w szerokim znaczeniu) które nie jest zrównoważone przez odpowiadającą mu redukcję popytu na pieniądz (w szerokim znaczeniu), powodujące wzrost obiektywnej wartości wymiennej pieniądza”.

W The Theory of Money and Credit Mises zamieszcza ten sam komentarz. Oto, co stara się powiedzieć: jeśli chcemy używać politycznej lub potocznej definicji inflacji, to aby znaczyła coś konkretnego i była dzięki temu użyteczna  konieczne jest, aby oznaczała ona „wzrost ilości pieniądza (w szerokim znaczeniu) ponad rynkowy popyt na pieniądz” (i analogicznie o deflacji). Jednakże Mises (1912 [1981], str. 272) natychmiast kontynuuje:

„Taka definicja tych pojęć pociąga za sobą fakt, że w dowolnym momencie ma miejsce bądź inflacja, bądź deflacja, ponieważ obiektywna wartość wymienna pieniądza bardzo rzadko pozostaje niezmieniona w długim okresie”.

Te dwa fragmenty pochodzą z tego samego akapitu i mogą wprawiać w zakłopotanie. Oto jak powinniśmy spróbować zinterpretować stanowisko Misesa. Twierdzi on, że pojęcie inflacji nie pochodzi z ekonomii, ale z języka politycznego, uważa, iż  pewne zmiany w poziomie cen stały się tak ważne, że nie mogły być dłużej ignorowane i zostały popularnie nazwane inflacją. Zważywszy że, w opinii Misesa, rynek nie jest w równowadze, a pieniądz z definicji nie jest neutralny, przyjęcie powyższej definicji pozwoli wyciągnąć wniosek, iż inflacja lub deflacja zawsze będą występować. Jednakże jeśli tak jest, to taka definicja inflacji zawiera w sobie wszystkie zmiany cen, pozbawiając się w pewien sposób znaczenia. W takim razie słowo inflacja ma co prawda charakter opisowy, ale nie wnosi niczego nowego do terminów akademickich. Według Misesa (1949 [2007], str. 360) laik nie zrozumie, że zmiany cen występują nieustannie i że polityczna lub potoczna definicja nie wnosi niczego poza swoim własnym znaczeniem:

„Ci, którzy posługują się tymi terminami, nie zauważają, że skoro siła nabywcza nigdy nie jest stała, to zawsze mamy do czynienia z inflacją lub deflacją”.

W tej sytuacji Mises sugeruje, że bardziej prawidłową definicją inflacji byłaby ta odnosząca się do zmian ilości pieniądza w stosunku do rynkowego popytu na pieniądz, chociaż nie wydaje się, by uważał tę definicję za pożyteczną. Pożytecznym mogłoby się wydawać stworzenie zupełnie innej definicji inflacji, jednakże Mises preferowałby w tym miejscu znalezienie innego słowa. Odejście od powszechnego rozumienia tego terminu wywołałoby bowiem jedynie jeszcze większe nieporozumienia w tej kwestii.

Gdy mówi, że inflacja i deflacja byłyby ciągle obecne, nie odnosi się do inflacji zgodnie ze swoją własną, racjonalną, akademicką definicją, ale do wszelkich zmian w sile nabywczej pieniądza. Politycy i ludzie powinni dojść do wniosku, że inflacja lub deflacja według ich definicji będzie zawsze występować, jednak rzadko im się to udaje. Mises (1949 [2007], str. 360) twierdzi, że polityk lub zwyczajny człowiek dostrzega inflację tylko w obliczu jej dużych wahań:

„Lekceważą te ciągłe fluktuacje, jeśli są niewielkie i mało widoczne, a określenia „inflacja” i „deflacja” rezerwują dla dużych zmian siły nabywczej. Decyzja o tym, od którego momentu zmiana siły nabywczej powinna być uznana za dużą, to kwestia subiektywnych ocen, jest więc oczywiste, że terminy „inflacja” i „deflacja” są pozbawione precyzji, czego wymaga się od pojęć stosowanych w prakseologii, ekonomii i katalaktyce”.

 

Mises (1912 [1981], str. 272-73) dochodzi do wniosku, że ekonomia mogłaby funkcjonować nawet bez terminu „inflacja”, ponieważ bazuje on na względach politycznych, a nie w oparciu o pojęcia teoretyczne:

„Gdy ekonomista przyzna, że używanie pojęć „inflacja” i „deflacja” nie jest totalnym nonsensem, jeśli chodzi o wskazywanie zmian w ilości pieniądza wywołujących wielkie zmiany w obiektywnej wartości wymiennej pieniądza, musi wyrzec się używania tych zwrotów w rozważaniach teoretycznych. Ustalenie punktu, od którego zmiana wartości wymiennej może być nazywana wielką jest bowiem zadaniem polityki, a nie naukowego badania”.

Tutaj Mises używa argumentu podobnego do tego, którego użył w odniesieniu do wskaźników liczbowych jako miary siły nabywczej1. W czystej teorii wskaźniki liczbowe nie są przydatne i mają bardzo wątpliwe znaczenie, ale analizując wydarzenia historyczne lub patrząc z punktu widzenia polityków mogą być bardzo przydatne (Mises, 1949 [2007], str. 360):

„Terminów tych można użyć w kontekście historii lub polityki. Katalaktyka może się na nie powoływać jedynie wtedy, gdy stosuje swoje twierdzenia do interpretacji zdarzeń historii gospodarczej i programów politycznych. Ponadto względy praktyczne przemawiają za tym, żeby posługiwać się nimi również w ściśle katalaktycznych rozważaniach, o ile nie istnieje ryzyko nieporozumienia, a dzięki ich użyciu można uniknąć zawiłych konstrukcji językowych”.

Jednak natychmiast Mises (1949 [2007], str. 360) dodaje:

„Nigdy jednak nie wolno zapominać, że wszelkie twierdzenia katalaktyki odnoszące się do inflacji i deflacji, czyli dużych zmian siły nabywczej spowodowanych czynnikami pieniężnymi, obowiązują również w wypadku niewielkich zmian, choć oczywiście konsekwencje małych zmian są mniej widoczne”.

Niniejszy akapit znów może wydawać się skomplikowany, ale słowo „również” pomaga czytelnikowi go zrozumieć: ”nie powinniśmy zapominać, że wszystko co ekonomia mówi o inflacji jest również obecne w innym zjawisku, tym dotyczącym małych zmianach w ilości pieniądza”. Więc, małe i duże zmiany w ilości pieniądza powodują te same efekty, nawet jeśli dyskusja publiczna rezerwuje słowo inflacja wyłącznie dla dużych zmian. Jednakże Mises zaznacza, że nie istnieje obiektywny sposób zdefiniowania granicy i dlatego proponuje inflacją nazywać każdy „wzrost ilości pieniądza ponad rynkowy popyt na pieniądz”. Zwróćmy uwagę, że według definicji zasugerowanej przez Misesa nie każdy wzrost ilości pieniądza jest inflacją, ale tylko taki, który przekracza popyt rynkowy.

W tych rozdziałach Mises mierzy się z problemem nadania określonego znaczenia popularnemu i często używanemu terminowi „inflacja”. Z drugiej strony, zważywszy, że dla Misesa pieniądz z definicji nie jest neutralny a ceny nie są w równowadze, każda zmiana ilości pieniądza zawsze oddziałuje na względne ceny, ale nie każda zmiana cen jest spowodowana inflacją. Mises zachowuje termin „inflacja” dla przypadków wzrostu ilości pieniądza ponad rynkowy popyt na pieniądz. Zarówno małe, jak i duże zmiany ilości pieniądza mają wpływ na relatywne ceny i powodują spadek siły nabywczej pieniądza (mówiąc ściślej: powodują większy spadek siły nabywczej, niż normalnie wywołałby rynek).

Wydaje się godnym wspomnienia, że w wykładzie wygłoszonym dla The Foundation for Economic Education w 1951 roku, wydrukowanym w „The Free Market and Its Enemies”, Mises (1952 [2004], str. 43) nadal podkreśla problem terminologiczny związany ze słowem „inflacja”:

„Jednym z problemów, z jakimi musi się zmierzyć ekonomista jest fakt, że terminologia biznesu została wynaleziona przed rozwojem teorii ekonomicznej, więc ówczesny język nie jest właściwy dla podejmowania problemów ekonomicznych. Takim przypadkiem, który boryka się z prawdziwymi trudnościami, jest rynek pieniądza”.

W dodatku Mises (1952 [2004], str. 44) znów odniósł się do inflacji jako „wzrostu ilości pieniądza bez równoczesnego wzrostu popytu na pieniądz, tzn. na zasoby gotówkowe”.

Komentarze

Możemy uczynić trzy komentarze podsumowujące interpretację poglądów Misesa na temat inflacji. Po pierwsze, definicja inflacji jako ekspansji ponad rynkowy popyt jest zgodna z misesowską i austriacką teorią pieniądza w tym sensie, że pieniądz jest również towarem. Trudno przypuszczać, że Mises mógłby nazwać inflacją sytuację, gdy kilkoro ludzi decyduje się przekształcić część swoich złotych ozdób w monety, nawet pomimo tego, że wprowadziłoby to więcej pieniędzy na rynek i spowodowało zmiany we względnych  cenach. W tej sytuacji ci ludzie podnieśli swój popyt na posiadanie pieniędzy, więc wzrost ilości pieniądza nie przewyższył wzrostu popytu na pieniądz. Jeśli każdy wzrost ilości pieniądza powodowałby inflację, to musielibyśmy pojawienie się pieniądza —wyjaśnione teorią Carla Mengera — również uważać za inflacyjne. Skoro pieniądz jest towarem charakteryzującym się szeroką akceptowalnością, każdy towar może być pieniądzem w innym czasie i miejscu. Bardziej precyzyjnie, towary mogą spełniać lepiej lub gorzej funkcję pieniądza w zależności od ich stopnia akceptowalności.

Po drugie, z terminem „inflacja” powiązanych jest wiele negatywnych skojarzeń, jednak w ramach czystej teorii nie powinny mieć one zastosowania. Termin „siła nabywcza” nie jest ani dobry, ani zły, ale już słowo „inflacja” jest odbierane jako coś złego. Może to doprowadzić do tego, że analiza będzie podyktowana emocjami. Jeśli na przykład wszystkie zmiany ilości pieniądza są interpretowane jako inflacyjne niezależnie od tego, co dzieje się z popytem na pieniądz i z definicji inflacja jest czymś złym, to z góry narzuca się wniosek, że powinniśmy uniemożliwiać jakiekolwiek zmiany ilości pieniądza.

Po trzecie, jeśli Mises ma rację, twierdząc, że ekonomia może się obyć bez terminu inflacja, zważywszy na fakt, że może być on nieprecyzyjny i podstępny, to dochodzimy do wniosku, że niepotrzebnie komplikuje on wtedy debatę pomiędzy wolną bankowością i stuprocentową rezerwą. Dyskusja powinna się obyć bez pojęcia „inflacji”, którego dwuznaczność i skojarzenia wnoszą do niej więcej zamętu niż wyjaśnień. Złożoność terminu „inflacja” jest również powodem, dla którego Mises rozróżnia w tych samych rozdziałach inflację i deflację jako zjawiska rynkowe, oraz inflacyjność i deflacyjność jako cele polityki monetarnej mającej prowadzić do wielkich zmian w sile nabywczej pieniądza.

Wnioski

Pomimo, że Mises dość wyraźnie wskazywał na nieprakseologiczne cechy inflacji, mógł to robić w bardziej przejrzysty sposób. Na przykład, mógł w powyższych rozdziałach jaśniej podkreślać, że endogeniczne lub rynkowe zmiany ilości pieniądza oddziałują na relatywne ceny, ponieważ pieniądz nie jest neutralny, co jest przeciwne twierdzeniu, że inflacja odznacza się dużym spadkiem w sile nabywczej pieniądza. W dodatku, w Ludzkim działaniu nie wymienia jedynej racjonalnej definicji inflacji, która pojawia się w Theory of Money and Credit, co podkreśla różnicę pomiędzy tymi dwoma rozdziałami. Oba efekty (zmiany w relatywnych cenach i spadek siły nabywczej pieniądza) występują równocześnie, gdy mamy do czynienia z inflacją, ale nie dlatego, że są tym samym pojęciem.

Teoria ekonomii powinna być bardzo ostrożna w używaniu terminów „inflacja” i „deflacja”, ponieważ ustalenie ich ścisłych granic jest bardzo trudne a zmierzenie jeszcze trudniejsze. To dlatego Mises preferował używanie pojęć inflacyjność i deflacyjność w odniesieniu do politycznych celów zwiększania lub zmniejszania ilości pieniądza. W debacie pomiędzy wolną bankowością a rezerwą stuprocentową również powinno się być bardzo ostrożnym w używaniu terminu „inflacja”, ponieważ może to bardziej ją skomplikować niż jej pomóc. Jednakże pojęcie inflacji, tak jak bliskie jej pojęcia wskaźników liczbowych i poziomu cen, z pewnością mogą być używane w sprawach pragmatycznych czy badaniach historycznych nawet mimo tego, że z akademickiego punktu widzenia są niedokładne. Te dwie sfery, z jednej strony badania historyczne, z drugiej zaś  czysta teoria, nie powinny być mylone.


Przypisy

1 Mises (1912 [1981] str. 223): „W konkretnych przypadkach praktyczna wartość wszystkich tych obliczeń jest niepodważalna; udowodniły to w ciągu ostatnich wydarzeń. Powinniśmy się jednak wystrzegać wymagania od nich więcej, niż mogą przedstawić”. Mises odróżnia w tym przypadku praktyczne zastosowanie wskaźnika liczbowego od rozwoju teorii ekonomii.

Bibliografia

von Mises, L. (1949). Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii (2007). Warszawa: Instytut Ludwiga von Misesa.

———. (1952). The Free Market and Its Enemies: Pseudo-Science, Socialism, and

Inflation (2004 ed.). New York: The Foundation for Economic

Education.

———. (1912). The Theory of Money and Credit (1981 ed.). (H. E. Batson, Trans.) Indianapolis: Liberty Fund.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Nicolas Cachanosky

Pozostałe wpisy autora:

42 Komentarze “Cachanosky: Definicja inflacji według Misesa: implikacje dla debaty o wolnej bankowości

  1. Na drugim biegunie sensowności wobec tego typu analiz są wszyscy Ci dziwni ludzie, dla których inflacja równa się, dosłownie i absolutnie, wzrost ceny złota w danej walucie albo druga grupa oczadziałych rothbardiańskim szamanizmem („Inflation may be defined as any increase in the economy’s supply of money not consisting of an increase in the stock of the money-metal.”), która uważa, że każda emisja pieniądza przez banki centralne jest z natury inflacyjna. Jeeez.

  2. „Trudno przypuszczać, że Mises mógłby nazwać inflacją sytuację, gdy kilkoro ludzi decyduje się przekształcić część swoich złotych ozdób w monety, nawet pomimo tego, że wprowadziłoby to więcej pieniędzy na rynek i spowodowało zmiany we względnych cenach.”
    Dlaczego trudno przypuszczać?

    „W tej sytuacji ci ludzie podnieśli swój popyt na posiadanie pieniędzy, więc wzrost ilości pieniądza nie przewyższył wzrostu popytu na pieniądz.”
    Jak on to policzył?

  3. ja jestem i zawsze byłem zwolennikiem wolnej bankowości i rezerwy cząstkowej. nigdy nie stosowałem zaklęć typu „niech się stanie 100% złota”.

    system bankowy powinien być całkowicie wolny, działać bez żadnych ograniczeń, całkowita jawność i świadomość ponoszonego ryzyka.

    powiedzmy, że istnieje sobie bank ABC, który udziela kredytów poprzez zapisy księgowe. bank ma 100 zł kapitałów własnych (rezerwa). przychodzi Zenek, który potrzebuje kredytu na 5 tys. zł. bank udziela mu kredytu na żądaną kwotę. w międzyczasie przyjmuje także depozyt na 200 zł od pani Iwony, oferując jej roczne oprocentowanie w wysokości 10%. w tym momencie Zenek prosi o wpłatę 5 tys. zł do kontrahenta w Chinach. bank A ogłasza upadłość, ponieważ nie posiada tylu funduszy zewnętrznych (jedynie 100 zł kapitałów oraz 200 zł od pani Iwony).

    dalej w postępowaniu upadłościowym pani Iwona otrzymuje 200/5200 (jej udział w zobowiązaniach banku) * 300 zł (dostępna gotówka). Chińczyk otrzymuje 5000/5200 * 300 zł. następnie pod zarządem syndyka Zenek zwraca stopniowo swój kredyt, tak jak przewidywała umowa. w miarę jak go spłaca, pani Iwona oraz pan Chińczyk otrzymują pieniądze.

    jednym słowem system dzisiejszy, ale odarty z jakichkolwiek ograniczeń. jeżeli bank chce, to pożycza nawet 100 mln razy więcej niż kapitały własne. oczywiście informacja na ten temat jest jawna.

    i teraz powiedzmy, że nieopodal bankrutującego banku ABC ktoś otwiera bank XYZ. bank ten ma na starcie 100 zł kapitałów własnych. przychodzi Rychu, który potrzebuje kredytu na 5 tys. zł. bank udziela mu tylko 100 zł, bo to jedyne fundusze, jakimi dysponuje, i obawia się ryzyka wynikającego z pożyczenia większej sumy. w międzyczasie do banku XYZ przychodzi Agnieszka i zakłada depozyt na 200 zł. bank zgadza się, ale oferuje dwie możliwości: albo 200 zł zostanie umieszczone w funduszu inwestycyjnym (klientka może nawet stracić na depozycie), albo w skarbcu i Agnieszka będzie płaciła za przechowanie tych pieniędzy, czyli de facto za utrzymywanie skarbca. jeżeli zdecyduje się przelać pieniądze do innego banku, to oczywiście pociągnie to za sobą relokacje fizyczną, ergo – klientka będzie musiała pokryć koszty transportu.

    w efekcie każdy, kto będzie szukał bezpieczeństwa depozytów, skieruje się do banku XYZ, będąc jednocześnie świadomym kosztów, z kolei każdy, kto będzie chciał zysków, przeniesie się do banku ABC, gdzie przy najmniejszy tąpnięciu, spadku zaufania, cokolwiek – możliwa będzie upadłość i odzyskanie tylko części wkładów własnych.

    oczywiście w takim systemie nie ma mowy o żadnej interwencji państwa w celu ratowania depozytów banków ABC lub XYZ. nie będzie także obowiązkowego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, chyba że dobrowolny. jeżeli dwa banki zechcą, to niech sobie założą Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych. wolny rynek doprowadzi do różnorodności odzwierciedlającej wolną wolę społeczeństwa. większość klientów w banku XYZ – dużo asekurantów, większość klientów w banku ABC – dużo ryzykantów.

  4. Panie Rudnicki, to jest takie proste i logiczne, a jednak ile już biednych drzew w Amazonii wycięto by zrobić papier, na którym „libertarianie” zawzięcie udowadniali, że „100% złota w skarbcu – o muerte”, jak ograbiono Ziemię z węgla, by zrobić prąd zasilający komputery rothbardiańskich maniaków… i co tu się dziwić, że libertarianie i zwolennicy szkoły austriackiej są przez cały normalny świat uważani za zaślepionych demagogią gold-bugów?

  5. ten węgiel zasila też twój komputer, a papier, z których socjalistyczni maniacy zrobili formularze PIT oraz inne niezwykle ważne kwity, tysiąckrotnie przewyższa ilość papieru zużytą przez austriackich zaślepionych demagogią gold-bugów.

    pozdrowienia dla normalnego świata

  6. Ad 5 Czy to nie jest tak, że Rothbardianie i gold-bugi właśnie tego się domagają, tzn. pożyczania z rezerwą 100% lub mniejszą, ale pod warunkiem prawidłowego zdefiniowania pojęć: „pożyczka” i „depozyt”? Postulat 100% rezerwy jest konieczny, jeśli bank gwarantuje pełną wypłacalność „choćby nie wiem co”. A taką wypłacalność gwarantują teraz w zasadzie wszystkie banki (oczywiście do pewnej wysokości, ale jednak w praktyce pełną w stosunku do przeciętnych depozytów/sald). Za tymi gwarancjami stoi oczywiście rząd ściągający podatki i dysponujący aparatem przymusu. I właśnie o to chodzi, żeby od tej zależności się uwolnić. Krótko mówiąc, kiedy gold-bugi mówią o 100%, to zakładają, że z definicjami jest i zawsze będzie kłopot, więc lepiej przyjąć, że wszystko, co się będzie nazywało bankiem, ma być magazynem pieniędzy, a instytucje służące innym formom oszczędzania/inwestowania powinny się nazywać inaczej (fundusze inwestycyjne, ubezpieczenia etc.).

  7. @ panika2008

    Effectively, Margit von Mises, in her biography of her husband, tells us that
    in Stresa, during the 1965 Mont Pèlerin meeting, Joaquín Reig once spoke to Ludwig von Mises about monopoly and Rothbard’s Man, Economy, and State, which had been published in 1962. Reig directed Ludwig’s attention to the fact that Rothbard, one of Ludwig’s most able and admiring pupils, did
    not completely agree with Ludwig’s analysis of monopoly. Ludwig replied: ‘Iwould subscribe to every word Rothbard has written in his study’. About this Reig told me: ‘That was such a generous statement of Ludwig von Mises to
    say that one of his own students had exposed one of his own ideas better than he himself had been able to do it, that my admiration for this man
    jumped sky-high.
    Margit von Mises, My Years with Ludwig von Mises, za Jesus Huerta de Soto, The Theory of Dynamic Efficiency – dostępne w pdf na stronie autora

  8. @Bartosz Rudnicki: „(…) oczywiście informacja na ten temat jest jawna.”

    Jawna dla kogo? Klienta banku czy dla wszystkich?

  9. @wf – to jest jakaś niesamowita wolta intelektualna, próba przejęcia znaczenia pojęcia „bank”. Jak świat światem, banki zawsze obciążały depozyty klientów ryzykiem, od Medyceuszy po Madoffa – a więc i zawsze były bankructwa. Czemu cały świat ma nagle przedefiniowywać znaczenie pojęć bank i depozyt? Bo Rothbard i paru innych hardcore’ów tak chciało?

    @ŁŚ – no rzeczywiście ze strony Lucka to było nadzwyczajnie generous.

    @MG – to jest kwestia prawna; jeśli klient ani szeroka publika nie wiedzieli, że bank działa na dźwigni 100 milionów, to do klienta/publiki należy udowodnienie przed sądem, że bank działał z ewidentnym naruszeniem elementarnych zasad bezpieczeństwa, tak samo przed sądem należy (pod hipotetyczną nieobecność odpowiednich regulacji) dochodzić np. takiej sprawy, że na skutek działań właściciela biznesu dziecko które wysłaliśmy do lunaparku spadło z rollercoastera – musimy wtedy udowodnić, że właściciel naraził dziecko na nadzwyczajne ryzyko; ostatecznie pojęcia takie jak „nadzwyczajne ryzyko” zawsze są bardzo rozmyte, zależne od kontekstu, subiektywne, zależne od czasu i miejsca itd.

  10. a mi się zdaje, że pytanie MG nie dotyczyło tego, co robić w przypadku oszustwa tylko ogólnie: informacja będzie jawna w sensie: dostępna wszystkim czy jawna w sensie: dostępna tylko klientom przy podpisywaniu umowy.

    na tak postawione pytanie, zgodnie z tym, co napisałem o wolnej bankowości, można odpowiedzieć tylko w duchu, że się tak wyrażę, wolnorynkowym: decyduje właściciel banku. jeden udostępni info wszystkim, inny – klientom.

  11. @ 2 panika:-oczadziałych rothbardiańskim szamanizmem-
    Czegoś tu nie rozumiem.Nie znalazłem ISTOTNYCH różnic między Rothbardem a Misesem.Rothbard jest uważany za najwierniejszego ucznia Misesa. I ktoś nazywa go szamanistą, tak jakby Rothbard wnioski wyciągał z wróżb np z fusów.
    Stąd już tylko krok do tego by nazwać Misesa znachorem ekonomii.
    Kim ty naprawdę jesteś, panika ?

  12. ad 12
    Tu jest pytanie, gdzie i kiedy nastąpiła w istocie wolta. Czy np. dokonali jej założyciele Banku Amsterdamskiego w 1609 r.? A może przeciwnie: wolty dokonano odstępując od zasad, którymi kierował się Bank Amsterdamski? Ale to sprawa drugorzędna. Istotne jest, jak to funkcjonuje w świadomości przeciętnego klienta banku. Wydaje mi się, że taki klient wyobraża sobie, iż pieniądze, które złożył w banku, czekają tam na niego. A czy tak jest rzeczywiście?

  13. Przede wszystkim libertarianie to nie ekonomiści (i już niekoniecznie e. austriaccy). Libertarianizm to ruch polityczno-społeczny domagający się tego, co jest podstawowym prawem każdej osoby ludzkiej, czyli wolności, a kwestie stricte ekonomiczne, tj. istota bankowości, nie są im do niczego potrzebne.

  14. Nie przekonuje mnie taki argument. Opinia i bajkowe oczekiwania „great unwashed” nie są dla mnie jakimkolwiek wyznacznikiem. Ponad połowa amerykanów nie wierzy w teorię ewolucji (http://uk.reuters.com/article/idUKN2922875820071129), 20% uważa, że słońce krąży dookoła Ziemi (http://www.nutritionresearchcenter.org/healthnews/twenty-percent-of-americans-think-sun-revolves-around-earth/) itd itd. Porządek prawny i pojęciowy IMHO nie powinien temu ulegać, a zakotwiczenie ich w tradycji jest sensowniejsze.

  15. Panie Rudnicki
    A co kiedy Zenek nie będzie spłacał, jak Pan zakłada, zaciągniętego kredytu? A co kiedy przemnoży Pan teraz banki ABC przez 1000 i panów Zenków przez kolejne 1000, a każdy z nich zaciągnął kredyt w wysokości 5000, którego za cholerę nie mogą spłacić lub sprytnie uchylają się od płacenia (mniejsza o to jak, bo metody są znane powszechnie… no chyba że chce Pan Zenonów zakuć w dyby i chłostać aż oddadzą pożyczone pieniądze… poprzez zaciągnięcie kolejnego kredytu)? Mniejsza o panią Iwonę i Chińczyka. Ma Pan rację – jeśli ktoś ma ochotę na ryzyko, proszę bardzo. Jednak myli się Pan co do założenia, że wszystkie pożyczone pieniądze zostaną zwrócone bankowi (czy depozytariuszom). Co więcej wydrukowane pieniądze z powietrza przez wszystkie banki typu ABC zasilą rynek bez żadnej gwarancji trafności decyzji inwestycyjnych Zenonów, które miałyby [inwestycje] przynieść komukolwiek wartość. Na pewno mogą przynieść marnotrawstwo zasobów [łatwy pieniądz, od którego spłaty można się uchylić].
    Tak więc ta sytuacja, którą raczył Pan opisać, u swojej podstawy rodzi zagrożenie podobne temu, jakie istnieje obecnie. W gruncie rzeczy nie ma znaczenia czy rząd gwarantuje czy nie wypłatę depozytów na przypadek bankructwa banku z tej prostej przyczyny, którą opisałem powyżej: pieniądz bez jakiejkolwiek wartości (poza wartością papieru i farby drukarskiej a w obecnych czasach kliknięcia klawiaturą) zaleje innych uczestników rynku, którzy jako użytkownicy tego samego środka wymiany stracą, a nie straciliby tylko pod warunkiem, że pożyczone pieniądze zostałyby zainwestowane ze 100% skutecznością. A to założenie trąci marksizmem.
    Powodzenia w studiowaniu Misesa

  16. Mam wrażenie, że debata 100% kontra FRB zeszła trochę na złe tory.

    Zawsze miałem wrażenie, że jej istotą jest pytanie do jakiej sytuacji doporwadzi konkurencja pomiędzy bankami przy swobodzie zawierania kontraktów, i czy będzie to sytuacja stabilna.

    Czy pojawi się dyskonto pomiędzy FRB i 100%, które wyeliminuje tych pierwszych z rynku avista?

    Czy też wykształci się stabilny poziom rezerw, a „siły rynkowe” – jak sugerował Mises w HA – będą utrzymywać je w ryzach i dyskonto nie będzie potrzebne?

    Bo abstrahując od tego co znaczy inflacja, bank, depozyt, banknot itd., zawsze będzie istniała możliwość emisji jakiegoś papieru dłużnego, który będzie przypominał depozyt avista FRB. Pytanie tylko jak rynek go wyceni. Tudzież – jak rynek wyceni instytucje FRB, które nie będą na swoich notach pisały wprost „trzymamy 80% rezerw”, tylko będą mówiły „trzymamy trochę rezerw, ale za to nie beierzemy opłat!”.

    Innymi słowy – wszystko sprowadza się do konkurencji w pieniądzu. Denationalise the money!

  17. @18. Panika2008

    ale jest dosyć istotne co ludzie rozumieją pod pojęciami pierwotnymi stosowanymi w umowach. Kontrowersja nie jest faktograficzna – jak sugerujesz swoimi przykładami o kreacjonizmie i słońcu/ziemi – tylko definicyjna.

    Umowa, aby była ważna, musi być wyrazem woli stron uczestniczących. A żeby strony wiedziały jak ta wola brzmi, muszą zgadzać się co do znaczenia terminów używanych w umowie.

    PS. Dr Anthony Evans niedawno zwrócił mi uwagę na swój skrótowy opis ustaleń Cobden Center na temat postrzegania statusu prawnego depozytów poprzez klientów banków:

    http://www.cobdencentre.org/?dl_id=67

    Masa ludzi nie wie o co chodzi. Czy można podpisać ważną umowę stosując terminy, które są aż tak niezrozumiałe i niejednoznaczne? Jaką moc wiążącą ma taka umowa?

    I nawet jeżeli zgodzić się z Twoją sugestią, że „zakotwiczenie w tradycji” jest najlepsze, to warto byłoby stosować tę tradycję tak, aby była zrozumiała dla ludzi. (Przy czym jest to rozważanie second-best solution, śmiem twierdzić, że gdyby nie interwencje w system monetarny, to banki – in the long run – stosowałyby terminologię zrozumiałą dla ludzi czy to nam się podoba, czy nie.)

  18. Stanisław, przywoływanie faktów, że publika nie wie (bo oczywiście nie wie), jak działa system bankowy, też nie jest argumentem wystarczającym. Publika również nie wie generalnie, jak działają samoloty, co jednak nie przeszkadza w gładkim, efektywnym i bezpiecznym funkcjonowaniu linii lotniczych.

    Co do umów – ja kiedyś przejrzałem umowy z jakimiś tam bankami, które miałem na konta osobiste, i stoi tam jak wół, że wypłaty gotówki mogą być w niektórych sytuacjach wstrzymane (gdy bank utraci płynność); sugerowanie, że bank zasłania się mętnym językiem nie jest do końca uzasadnione, przynajmniej ja je za takie nie uważam, bo te zapisy były dla mnie zupełnie jasne i nie wyglądały też tak, żeby trzeba było mieć doktorat z ekonomii, by je zrozumieć.

    Ostatecznie zaś, jak ktoś naprawdę nie rozumie zapisów w tych umowach, to może operować poza systemem bankowym. Pieniądz do skarpetki – i już. Biorąc pod uwagę żenująco niskie oprocentowanie na rachunkach bieżących, nie jest to (trzymanie pieniądza w formie fizycznej) nawet jakoś wyjątkowo niekorzystne ekonomicznie.

  19. @Paweł Sawicz

    „Jednak myli się Pan co do założenia, że wszystkie pożyczone pieniądze zostaną zwrócone bankowi (czy depozytariuszom).”

    ale ja tego nigdzie nie napisałem. cytuję: „(…) kto będzie chciał zysków, przeniesie się do banku ABC, gdzie przy najmniejszy tąpnięciu, spadku zaufania, cokolwiek – możliwa będzie upadłość i odzyskanie tylko części wkładów własnych.”

    @ „no chyba że chce Pan Zenonów zakuć w dyby i chłostać aż oddadzą pożyczone pieniądze… poprzez zaciągnięcie kolejnego kredytu)?”

    na początek można takim, co pożyczyli i nie oddali zlicytować majątek. jak pacjent wyląduje w rynsztoku, to być może (a raczej na pewno) inni nauczą się na jego przykładzie, że jak pożyczać, to z głową. taki pacjent mógłby też oddać się w niewolę za długi – tam, gdzie człowiek nie może pójść dobrowolnie w niewolę, wszyscy są niewolnikami.

    to jest generalnie pytanie o to, co robić na wolnym rynku z ludźmi, którzy (z rożnych powodów) nie mogą oddać zaciągniętych długów?

    jakaś metoda musi być. oczywiście rządowe gwarancje z miejsca odrzucam i nawet nie chcę o nich słyszeć – no chyba że politycy z własnej sakwy będą je fundować.

    „Tak więc ta sytuacja, którą raczył Pan opisać, u swojej podstawy rodzi zagrożenie podobne temu, jakie istnieje obecnie.”

    a zatem co Pan sugeruje? zaklęcie „niech się stanie 100% kruszcu”? ja naprawdę jestem żywo zainteresowany, jakie ma Pan zdanie w tym temacie i bardzo chętnie wysłucham alternatywy.

  20. @ Panika 2008

    Ostroznie z tym szafowaniem epitetami w strone Rothbarda. O ktore publikacje chodzi? Gdzie Rothbard definiuje inflacje w powyzszy sposob i JAKI JEST ROK WYDANIA ksiazki, na ktora sie Panika powoluje? Jakiego systemu monetarnego dotyczy analiza Rothbarda?

    Czy systemu po 1973, w ktorym istnieja plynne niczym niepokryte kursy walutowe? I think not.

    Definicja Rothbarda odnosi sie przede wszystkim do lat 20 i pasuje calkiem dobrze do austriackiej teorii cyklu koniunkturalnego. Nawet jesli sie z ta analiza do konca nie zgadzamy, i nawet jesli jest to definicja nieprzydatna do analizy dzisiejszego systemu, to nie jest to zaden „szamanizm”. Troche wiecej rozwagi, prosze.

  21. Mateusz, przed oczami mam „What has government done to our money” („OUR money”, hahaha, to też jest żałosna demagogia) i jest napisane w niej Copyright © 1963, 1985, 1990 by Murray N. Rothbard – także skoro MNR nie zdecydował się skorygować tego w 1985 ani 1990 to przyjmuję, że tak uważał prawie do końca życia. To, że piszesz, do czego przede wszystkim odnosiła się jego definicja, to, obawiam się, wkładanie mu w usta słów, których nigdy nie wypowiedział/nie napisał.

  22. Poza tym ta książka jest pełna przeinaczeń i dowodów na ignorancję ekonomiczną MNRa, która sprawia, że dziwię się, jak mógł być on protegowanym do bólu precyzyjnego i logicznie piszącego Misesa. Np.: „Inflation, being a fraudulent invasion of property, could not take place on the free market”. Ta, jasne, bo popyt na gotówkę na wolnym rynku jest na amen i w nieskończoność niezmienny. Szaman i tyle.

  23. @ Panika

    Mozesz sie emocjonowac, ale nie zmieni to faktu, ze perspektywa Rothbarda jest rzeczowa i spojna, nawet jesli sie z nim nie zgadzamy. Rothbardowska definicja inflacji odnosi sie do czasow czesciowego standardu pieniadza towarowego. Poniewaz z perspektywy analizy prawnej de Soto-Rothbarda na rynku istnieje tylko pieniadz towarowy, emitowanie kolejnych tytulow do niego oznacza inflacje. Tak ja definiuje. To jest jego sprawa, jaka stosuje definicje, podobnie jak kazdego innego mysliciela. To jest ich wylaczne prawo. A zgodnie z tymi definicjami na rynku nie byloby inflacji.
    Rothbard prowadzil swoje ekonomiczne analizy odnosnie systemu pieniadza czesciowo-towarowego. Potem, kiedy juz bylo pelne fiat money, tych analiz nie kontynuowal.

    A co do popytu na gotowke w systemie pieniadza towarowego, to ten w systemie Rothbarda (100% commodity money) raczej by sie systematycznie zwiekszal (ze wzgledu na akumulacje kapitalu i przyrost ludnosci).
    Bo niby dlaczego w systemie pieniadza towarowego nagle mialby radykalnie spasc popyt na gotowke poza przypadkami goldrush albo taniej alchemii? Przykladow, ktore sa tak obvious dla wszystkich stron, ze nie trzeba ich wymieniac.
    Ale nawet to skutkowaloby „inflacja” w rozumieniu mainstreamowym – czyli wzroscie indeksu cenowego. I nie bylaby to „inflacja” w rozumieniu austriackim, czyli „zaklocenia procesu kalkulacji ekonomicznej”, ale wzrost cen, bedacy naturalnym dostosowaniem do zmieniajacych sie warunkow rynku.

    Komentarze o „ignorancji Rothbarda” etc. naprawde niczego tu nie wnosza i nikt nie jest zainteresowany takimi epitetami, szczegolnie, ze nie sa podparte jakakolwiek argumentacja.

  24. @ Panika

    Zapomnialbym o jeszcze jednej rzeczy. Panika – a propos „ignoranta, demagoga Rothbarda” i „do bolu logicznego Misesa”.

    Recenzentem „What has government done to our money” byl nie kto inny jak Ludwig von Mises. Sugerowalbym zerkniecie do listu, ktory Mises napisal do wydawnictwa jako recenzent i tego jak ocenil autora (dla niewiedzacych podpowiem, ze Misesowi bardzo sie ksiazka spodobala; skrytykowal tylko fragment dotyczacy reformy, ktory sie przez to nie ukazal).

    Rozumiem, ze jest to zrodlo, ktore nie jest dostepne publicznie. Ale mozna rowniez przeczytac co logiczny Mises stwierdzil o pracy „ignoranta” Rothbarda Man, Economy, and State. Ta recenzja jest dostepna online.

    pozdrowienia

  25. „Bo niby dlaczego w systemie pieniadza towarowego nagle mialby radykalnie spasc popyt na gotowke poza przypadkami goldrush albo taniej alchemii?”

    Uch. Rozwój rynków finansowych? Karty kredytowe? Wprowadzanie do obiegu substytutów pieniądza?

  26. Mateusz, skoro uważasz że moja krytyka Rothbarda i określenie go mianem ignoranta nie jest zasadna, to proszę odnieś się mojego komentarza gdzie przytaczam jego słowa „Inflation, being a fraudulent invasion of property, could not take place on the free market”. Jedyne uzasadnienie, karkołomne, byłoby takie, że Rothbard nie dopuszcza możliwości, ze wolny rynek („free market” w cytacie) wybrałby cokolwiek innego, niż złoto na pieniądz oraz w naturalny sposób na wolnym rynku (ale jak???) podaż złota spadłaby do zera.

    Jeśli nie przekona mnie Pan do sensowności poglądów Rothbarda w tym zakresie, to niestety ale pozostanę przy określeniu go jako ignoranta i demagoga.

  27. @panika 2008
    sprawiasz wrażenie ,że przeczytałeś jedno zdanie i chcesz błysnąć.Otóż „what has…” nie jest pracą naukową lecz książką popularyzatorską, dla laików. I jako taka jest znakomitą.Wyrwanie jednego zdania z całości wprowadza w błąd. Znęcanie się nad nim jest czystą manipulacją

  28. @ Panika

    Nie ma problemu, ja sie raczej nie obrazam.

    Co do kart kredytowych, to oczywiscie prawda. To sa pewne jednorazowe zmiany (a nawet z mainstreamowego punktu widzenia nieistotne, poniewaz przy inflacji chodzi o ciagla dynamike tych zmian – one sa w tym wypadku jednorazowe). Ale czy zasadne jest wyzywanie Rothbarda od ignorantow, skoro dokladnie te przyklady omawia np. w Mystery of Banking, gdzie analizuje wplyw systemow clearingowych na sile nabywcza?
    Mozna oczywiscie wskazywac na pewne luki, ale wyciaganie na ich podstawie tak radykalnych ocen na temat wiedzy mysliciela, to jednak chyba przesada. Zwlaszcza, ze inne pozycje tego autora te watpliwosci rozwiewaja.

    Co do pogladow Rothbarda na inflacje. Postaram sie je strescic syntetycznie z roznych dziel.

    Na rynku pieniadzem jest towar, ktorego podaz jest ograniczona (np. zloto). O jego sile nabywczej decyduje zasob w obiegu i popyt na niego. Zasob rosnie niewiele w przeciagu roku (wydobycie). Popyt jest niezwykle stabilny i systematycznie rosnie (czasem moze troche spasc w wyniku innowacji, o ktorych wspomniano wyzej). Zasadniczo jednak przewaza tendencja wzrostowa popytu na pieniadz ze wzgledu na przyrosty produktywnosci i liczby ludnosci.

    Co do wzrostu ilosci pieniadza w obiegu (wydobycie towaru), to stanowi ona „podazowa” zmiane na rynku i wplywa na „naturalne” zmiany cen, wynikajace ze zmian warunkow. Wywoluje to pewien efekt na wzrost cen (empirycznie byl niwelowany z nawiazka przez wzrost gospodarczy poza przypadkami typu Goldrush).

    Natomiast falszowanie „claims” do pieniadza towarowego w ramach systemu rezerw czastkowych, lub z bankiem centralnym, jest w ujeciu Rothbarda-de Soto zaburzeniem procesu kalkulacji. Czym innym jest pojawienie sie nowej ilosci towaru na rynku, a czym innym jest pojawienie sie kolejnych tytulow wlasnosci do juz istniejacych towarow. W tym sensie inflacja jest „podwazeniem praw wlasnosci”. Kazda ekspansja srodkow fiducjarnych to jednoczesnie ekspansja pieniadza (inflacja) i zwiekszenie tytulow wlasnosci do istniejacej wlasnosci. Jesli wolny rynek to poszanowanie praw wlasnosci, to z definicji Rothbarda na wolnym rynku nie moze byc inflacji, falszowania tytulow wlasnosci i zaburzenia procesu kalkulacji, prowadzacego do cyklu koniunkturalnego.

    TERAZ – bo nie chce debatowac na temat fractional vs. 100%, nie to jest celem – mozemy oczywiscie sie nie zgadzac z ta PRAWNA analiza.

    Mozemy. Ale przyjmujac ten kontekst prawny, analiza ekonomiczna jest tutaj jak najbardziej sensowna i spojna. Mozna powiedziec, ze Rothbard myli sie w analizie prawnej. Ale to nie znaczy, ze jest ignorantem ekonomicznym.

    Dlatego nota bene tak bardzo spodobala sie ta praca Misesowi, ktory pod wplywem Rothbarda troche inaczej podszedl do wymogu 100% rezerw (co widac w ostatniej edycji Theory of Money and Credit).

  29. W książce jest wyjaśnione czym jest inflacja, i dlaczego Rothbard uważa ją za oszustwo. A oszustwo JEST naruszeniem własności. Jest też wyjaśnione KTO robi inflację. Na pewno ma racje że na wolnym rynku ona nie występuje. Rothbard napisał też co uważa za wolny rynek. Myślę że jeśli ktoś przeczytał książkę i ją zrozumiał, nie będzie miał tego typu wątpliwości.

  30. Rothbard nie pisze :co byłoby ,gdyby, lecz porównuje to co było , z tym co jest.Porównuje jaka była inflacja gdy pienądz miał pokrycie w złocie(lub samo złoto było pieniądzem) a jak zaczęła rosnąć gdy wprowadzono tzwpusty pieniądz. I wyciąga wnioski. Logiczne.
    Uważam że jedyną słabą stroną jest brak odpowiedzi na pytanie(może to zostawił innym)jak utrzymać system wolnorynkowy. To jest najtrudniejsze…

  31. edgar, to jest argumentacja cyrkularna, a przez to bezwartościowa. To, co piszesz, znaczy z grubsza tyle: Rothbard uważał (z takiego czy innego (błędnego swoją drogą) powodu) że inflacja to oszustwo oraz definiował wolny rynek jako układ wolny od oszustw, ergo na wolnym rynku inflacja nie występuje. Okej, wywód całkiem logiczny, tylko co z tego?

    Mateusz, w ogóle o analizie, powiedzmy, etyczno-prawnej Rothbarda (i jak słusznie zauważasz, kalce, którą wykonał de Soto) nawet nie ma sensu dyskutować bo myślę że zgodzilibyśmy się, że zawiera ona poważne dziury, mniejsza o to.

    Jeśli chodzi o sedno tego, co kto pisał – dla mnie takie buńczuczne zdania (które swoją drogą NIE SĄ wyrwane z kontekstu, panie edgarze – to chyba Pan powinien z większą uwagą i na chłodno przeczytać, o co chodzi w tym fragmencie) nie są wytłumaczalne po prostu tak, że jest to książka „dla mas” i zawiera pewne uproszczenia. Co innego uproszczenia, a co innego brak logiki, który swoją drogą być może i rzeczywiście nie jest u niego immanentny, ale zależny od publikacji – tylko że w tym razie świadczy to o nim jeszcze gorzej, a konkretnie albo o jego warsztacie, albo uczciwości, powiedzmy, naukowej.

    Swoją drogą, Mateusz, czy Ty – jak rozumiem za Rothbardem – używasz terminu „złoto jako pieniądz” w sensie dosłownym? Tzn. w sensie dosłownym że niby możliwy jest (nie twierdzę że wg Ciebie, ale może Rothbarda?) powrót do czasów, gdy pieniądzem literalnie były złote monety?

  32. Poza tym argument (nie wiem – pochodzący od Ciebie czy Rothbarda?) że tworzenie rynkowych substytutów pieniądza (pieniądza w sensie ścisłym) jest każdorazowo wydarzeniem wyjątkowym, jest wg mnie nieprawdziwy. Rozwój rynków finansowych i wypieranie jednych form pieniądza przez inne i ich substytuty jest procesem ciągłym, bo nie jest istotne wymyślenie danej innowacji czy też jej wdrożenie (to są rzeczywiście ściśle, ostro określone momenty) ale proces jej penetracji rynku, a ten proces jest siłą rzeczy na dużych, płynnych rynkach ciągłych. Nie dotyczy to zresztą tylko pieniądza per se, to samo jest na rynku obligacji – vide CDO i inne syntetyki. Te innowacje są ciągłe i np. też z tego powodu nie sposób wyznaczyć w jakiś nawet zgrubny sposób, jaka część przyrostu stosunku M3/M1 czy też samego M3 nominalnie jest efektem „sztucznej” akcji kredytowej stymulowanej przez szeroko rozumiane czynniki administracyjne i bezpośrednio przyssane do cycków administracji (np. primary dealers, no po prostu oligarchia w postaci czystej). a jaka efektem innowacji na rynkach kapitałowych i jeszcze innych czynników. A stąd z kolei kłopot z przypisaniem całości czy głównej części odpowiedzialności za np. aktualny kryzys polityce monetarnej Fedu i UST.

    Swoją drogą wiecie, że „super luźna” polityka monetarna w USA w latach 1980-2010 to trochę mit? Sprawdziłem ostatnio – stopy realne (roczny T-note minus inflacja) przez ogromną większość lat 1980-2000 były wyższe, niż 2%, często nawet 4% i więcej. Nawet po roku 2000 było sporo okresów, gdy realne stopy były rzędu 1%… Tylko nie mówcie mi że to było źle i przez cały czas powinno być realnie minimum 5% 😉

  33. Rothbard nie dlatego uważał że inlfacja jest oszustwem bo mu się tak wydawało.On to udowodnił.Mówimy innymi językami. Z tego co piszesz wynika że nawet przez pojęcie „wolny rynek” rozumiemy co innego.
    Nie napisałem że wolny rynek to układ wolny od oszustw.Jeżeli tak samo interpretujesz Rothbarda- nic dziwnego że mamy inne oceny.zawsze ktoś może próbować oszustwa, ale tylko rząd może oszustwo zalegalizować .I to jest przedmiotem naszych rozważań

  34. Panie edgarze, brnie Pan w lekki absurd. Skoro wolny rynek nie jest wolny od oszustw, to jednak chyba nie może być tak, że „Na pewno ma racje że na wolnym rynku ona [inflacja] nie występuje” – no bo skoro jest szczególnym przypadkiem oszustwa… Proszę się zdecydować, co Pan chce przekazać.

  35. @ Panika

    Dziury w argumentacji, brak zgody co do pewnych faktow, spory o definicje podazy pieniadza, czy wplywu fiat money na to co dzieje sie z szerokimi agregatami, to wszystko tematy nie na forum i tematy wazne do dyskusji.

    Tylko, ze ja nie o tym.
    O tym mozemy sobie otworzyc osobna dyskusje najlepiej na papierze, z systematycznymi wywodami, przypisami etc.

    Ja mowilem o nieuzasadnionej tezie o ignorancji/demagogii Rothbarda, bo zdefiniowal inflacje jako „podwazenie prawa wlasnosci” w zgodzie ze swoja analiza prawna.

    „Wolny rynek” jest konstruktem teoretycznym, opierajacym sie na zasadzie poszanowania i swobody kontraktow. W praktyce rynek nigdy nie jest czysty, bo dochodzi do lamania umow. Ale co z tego?

    Przekraczamy tutaj granice, prosze mi wybaczyc sformulowanie, „doczepiania sie” na sile. To tak jakby Rothbard powiedzial, ze na wolnym rynku nie bedzie podatkow i redystrybucji, a na to ktos by odpowiedzial „przeciez ludzie i tak moga czasem komus cos ukrasc”.
    Tak, w systemie bez zinstytucjonalizowanej redystrybucji tez moze byc niewesolo i ludzie moga sie rabowac, a realna sytuacja moze miec niewiele wspolnego z „wolnym rynkiem” jako konstruktem teoretycznym.

    Przeciez wszyscy wiedza o co Rothbardowi chodzi dokladnie. Chyba?

  36. No właśnie wychodzi na to że chyba ja nie za bardzo wiem. Mniejsza o to. Widocznie polot Rothbarda mnie przerasta. Jakoś muszę z tym żyć. Dyskusja rzeczywiście nam popłynęła i się niepotrzebnie rozwlokła – za mój udział w tym rozwlekaniu niniejszym przepraszam i się już zamykam 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy