Bitner: Komisja Nadzoru Finansowego o kredytach walutowych

21 października 2010 Ekonomiczna analiza prawa komentarze: 30

Autor: Maciej Bitner
Wersja PDF

Wygląda na to, że Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) zamierza zaostrzyć kurs w odniesieniu do kredytów walutowych. Jak powiedział profesor Andrzej Sławiński, doradca szefa KNF:

Wyjściem jest albo całkowity zakaz kredytów walutowych, albo kompromis, czyli rozwiązanie zaproponowane przez nadzór.

Ów „kompromis” to nowelizacja rekomendacji S, zmierzająca między innymi do ograniczenia udziału kredytów walutowych w pożyczkach udzielonych przez bank do 50%. To jednak dopiero pierwsze posunięcie w ramach strategii salami, docelowo prowadzącej do marginalizacji tych instrumentów finansowych. W końcu, jak można przeczytać w prezentacjach na stronie nadzoru:

Kredyty walutowe są odpowiednim produktem dla osób otrzymujących stałe płatności w walutach będących przedmiotem kredytu.

Takich zaś w Polsce wielu nie ma.

W komunikatach KNF uderza przede wszystkim paternalistyczny ton. Odwołując się do rzekomego braku świadomości klientów w kwestii ryzyka walutowego, nadzór w pewnym sensie wykroczył poza cele, którym ma służyć. Wśród zadań komisji nie ma bowiem troski o to, by każdy obywatel podejmował wyłącznie trafne i bezpieczne decyzje finansowe. Istnienie KNF w charakterze centralnego urzędu zarządzania ryzykiem bankowym jest uzasadniane dbałością o stabilność systemu bankowego, w którym istnieje tendencja do zbyt ryzykownych zachowań wytworzona przez gwarancję depozytów udzieloną przez rząd. Komisja ma więc pilnować działań banków, a nie obywateli czy przedsiębiorstw.

Jeżeli nadzór rzeczywiście chce zapobiec sytuacji, w której kredytobiorcy sami wpędzają się w bezsensowne zadłużenie, powinien się przyjrzeć złotowym kredytom konsumpcyjnym. To one bowiem najdotkliwiej wykorzystują słabość natury ludzkiej, ponieważ to w ich ramach proponuje się za cenę wysokiego oprocentowania nabycie kilka miesięcy wcześniej dóbr luksusowych, takich jak zagraniczne wycieczki czy telewizory plazmowe. Co więcej, wskaźnik udziału pożyczek niepracujących sięga w tym segmencie 20%, podczas gdy dla kredytów mieszkaniowych jest to jedynie 1,6%. Jeszcze większą troskę nadzoru powinien wzbudzić rząd, którego nieodpowiedzialna polityka budżetowa przyczynia się do wzrostu złotowych stóp procentowych oraz naraża obywateli na ryzyko znacznych podwyżek podatków.

W przeciwieństwie do pożyczek na wakacje i pożyczek dla rządu walutowe kredyty mieszkaniowe mają szanse zaoferować swoim odbiorcom długookresowe korzyści. Finansowanie inwestycji mieszkaniowych odbywa się bowiem przy wykorzystaniu oszczędności zagranicznych, których jest znacznie więcej niż krajowych (w przeliczeniu na mieszkańca), dlatego muszą być one realnie tańsze. Ponadto dzięki kredytom walutowym klienci mają szansę spełnić swoje pragnienia bez zagospodarowywania krajowych oszczędności; te z kolei mogą być wówczas przeznaczone na inne cele (na przykład na kredyty dla przedsiębiorstw, których znacznie rzadziej udziela się w obcej walucie).

Z perspektywy bezpieczeństwa portfeli banków kredyty walutowe nie mogą być traktowane jedynie jako zagrożenie, nie jest też pewne, czy pomysły KNF przyniosą jakiekolwiek ograniczenie ryzyka. Na razie kredyty walutowe wyróżniają się pozytywnie wśród kredytów hipotecznych — na koniec czerwca udział zagrożonych był ponad dwa razy mniejszy niż w przypadku kredytów złotowych. Wpływ na taki stan rzeczy miał niewątpliwie staranniejszy dobór klientów zainteresowanych tymi produktami, ale swoje zrobiła także ujemna korelacja między ryzykiem walutowym a ryzykiem stopy procentowej.

Kryzys światowy, powodujący osłabienie naszej waluty, zainicjował jednocześnie ogromne obniżki stóp, dokonanych przez banki centralne zarządzające walutami, w których zaciągano kredyty. To znakomicie pokazuje możliwe korzyści z dywersyfikacji, które jednak wcale się na tym nie kończą. Kredyty walutowe są odporne na ryzyko związane z krajową stopą procentową (która cechuje się znacznie większą zmiennością niż kurs walutowy), ponadto są udzielane klientom o innym profilu i w innych lokalizacjach niż kredyty w złotówkach. Pozbawienie możliwości wykorzystania kredytów walutowych przez banki ograniczy więc znacząco dywersyfikację ich portfela i wystawi je tym samym na większe ryzyko.

Propozycje KNF sprzyjają także rozrostowi szarej strefy i zmniejszeniu przejrzystości na rynku produktów bankowych. Nikt chyba nie wierzy, że zakaz udzielania kredytów w obcej walucie ma szansę być całkowicie szczelny. Pracownicy instytucji finansowych z pewnością są nie mniej pomysłowi niż sprzedawcy „wyrobów kolekcjonerskich” i w ciągu kilku tygodni dostarczą swoim klientom rozwiązań omijających krępujące przepisy. Znowelizowana rekomendacja S nie zabroni przecież zawierania transakcji na rynku instrumentów pochodnych ani udania się po kredyt do banku za zachodnią lub południową granicę. Nie wpłynie też na działalność oddziałów banków zagranicznych, które nadal będą mogły udzielać kredytów w swojej macierzystej walucie, nie obejmuje ich bowiem polski nadzór.

Trudno więc zrozumieć powody, dla których KNF wypowiedziała walkę kredytom walutowym. Wiarygodności Komisji nie poprawia odwoływanie się do sprzecznych argumentów. Z jednej strony profesor Sławiński przestrzega, że w wyniku stosowania tych instrumentów „[…] rosnąca część zasobów trafia do budownictwa, a więc do sektora charakteryzującego się niską wydajnością”, a z drugiej strony Andrzej Kotowicz z Departamentu Nadzoru Sektora Bankowego przekonuje, że kredyty walutowe wpływają na: „Zachwianie równowagi na rynku nieruchomości i zmniejszenie dostępności mieszkań”. Bez względu na to, jak niska jest wydajność sektora budowlanego, nikt chyba nie podejrzewa, iż jest z nim tak źle, że im więcej otrzyma zasobów, tym mniej mieszkań zostanie wybudowanych.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Maciej Bitner

Ekonomista, znawca rynków finansowych. Autor licznych artykułów publicystycznych na stronie mises.pl i wykładowca na konferencjach organizowanych przez Instytut Misesa w latach 2005-2013. Obecnie główny ekonomista Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych.

Pozostałe wpisy autora:

30 Komentarze “Bitner: Komisja Nadzoru Finansowego o kredytach walutowych

  1. Ja bym delikatnie zasugerował że wpisuje się to w ogólnoświatowy narastający trend protekcjonizmu i izolacjonizmu rynków kredytowych… natomiast efekt dla Polski i szerokich mas niezbyt obytych z finansami polaków nie koniecznie będzie zły. Problemem natomiast może być dopuszczenie do buszowania na rodzimym rynku podmiotów (np REITs) finansujących się super tanio za granicą przy jednoczesnym odcięciu od takiego kredytu polskich gospodarstw domowych. Coś czuję że z tych regulacji wyrosną następne, coraz bardziej ograniczające swobodę spekulacji na nieruchomościach. No ale tak jak pisałem – cały świat robi to samo.

    Fakt jednak że ograniczenie do 50% hipotek walutowych w bilansach banków bez żadnego odwołania do tego, jak wyglądają pasywa banków jest zupełnie bez sensu. Przecież nie ma żadnego problemu i zagrożenia dla stabilności w tym, żeby polski bank finansował się np. listami zastawnymi za granicą i na odpowiadającą kwocie pozyskanej z tego źródła udzielał u nas kredytu walutowego, chociażby nawet nie udzielił ani złotówki kredytu w PLN to przecież nic nie zmienia…

  2. Nie jestem ekonomistą. Jestem informatykiem, który interesuje się ekonomią wolnorynkową.
    Ale mam nieodparte wrażenie, że cała mainstreamowa ekonomia próbuje dokonać czegoś niemożliwego: sterować rynkiem wbrew regułom wolnego rynku.

    Najpierw zniszczono wolny rynek pieniądza i kredytu, a teraz próbuje się znaleźć sposób, jak ten cały bałagan uporządkować, nie zmieniając chorych zasad, na których jest oparty.

    Wiem, że dla specjalistów i praktyków, ważne jest takie doraźne ratowanie sytuacji, żeby system jakoś funkcjonował. Ale wydaje mi się, że długookresowo ten system zmierza do samozagłady i osiągnie swoją doskonałość w momencie upadku.

  3. To wszystko, moim zdaniem wynika z socjalistycznego przekonania, że rządzący wiedzą lepiej jak ludziom pomóc i życie ułatwić. Tym sposobem ludzie nie uczą się odpowiedzialności za swoje własne uczynki więc nie dziwne, że żądają rządowych gwarancji dla opcji walutowych i tym podobnych bzdur.
    Myślałem, że wystarczy poczekać, aż pokolenie niewolników wymrze (jak to w Biblii), ale teraz ta zaraza się szerzy wszędzie.

  4. Paweł: „wolny rynek pieniądza i kredytu” – huh? A kiedy to było? W epoce brązu chyba po raz ostatni, chociaż już w kodeksach sumeryjskich były regulacje co może być pieniądzem i jakie mogą być stopy procentowe…

  5. @panika2008:
    Na temat historii (!) pieniądza i kredytu muszę jeszcze trochę poczytać, ale z tego, co wiem, to pieniądz może powstać tylko na wolnym rynku. I tylko z towaru, który istnieje w wymianie barterowej. Żadna władza nie może stworzyć pieniądza. Co najwyżej może go popsuć.
    Tak samo, rynkowe stopy procentowe musiały być wcześniej, niż ich regulacje narzucone przez władzę. Rynkowa stopa procentowa miała swoje źródło przede wszystkim w preferencji czasowej. Powstała spontanicznie.

    To, że pieniądzem we względnie niedalekich nam czasach było srebro i złoto, wynikało z wcześniejszych decyzji konsumentów. Władza mogła tylko przyjąć do wiadomości i „uporządkować” istniejący stan rzeczy. I, jak pokazuje historia, takie „uporządkowanie” doprowadziło do nieszczęsnych skutków.

    To, że w przeszłości popełniono wiele błędów, nie rozumiejąc zjawisk pieniądza i kredytu, nie znaczy, że musimy te błędy ciągnąć aż do momentu upadku systemu i ponosić tego konsekwencje. Bo chyba zgadzamy się co do tego, że istniejący system jest zły?

  6. @panika2008:
    W takim razie mam do Pana pytanie:
    jeśli wczoraj nie było pieniądza (był barter) i dzisiaj weszła ustawa o „prawnym środku płatniczym”, to skąd wiadomo, jaka jest siła nabywcza pieniądza?
    Skąd się pojawią ceny? Przecież wiadomo tylko ile wymienić krów za konie. A skąd wiadomo, ile jednostek pieniądza dać za krowę czy konia? 🙂

    Niech Pan się postawi w roli „władzy” i powie ludziom, ile mają za co płacić. No ja nie wiem 🙂

  7. Paweł, ano na przykład stąd, że rynek ma popyt na pieniądz w jakimś stopniu niezależny od władzy i punkt przecięcia tego popytu ze „świeżo wprowadzonym” papierem wyznacza jego wartość, po zdyskontowaniu na poziom zaufania rynku do stabilności suwerena 🙂

    Poza tym władza może i wielokrotnie MÓWI ludziom, ile za co mają płacić. A ceny regulowane i podatki w wysokości absolutnej (różne opłaty) to co?

  8. @panika2008:
    Chyba w ogóle się nie zrozumieliśmy.
    Napisz proszę, w jakich jednostkach jest wyrażona wartość pieniądza określona przez „punkt przecięcia”? 🙂

    Pisałem o momencie „0”, czyli wprowadzeniu przez władzę odgórnym zarządzeniem pieniądza na rynek, na którym do tej pory był tylko barter. W systemie barterowym nie ma przecież pieniądza, więc nie może być popytu na niego!

    Rozumiem, że zakładasz, że pieniądz był od zawsze. Jeśli był od zawsze, to był wcześniej niż regulacje rządowe!

    A ceny regulowane muszą być jakoś odniesione do cen rynkowych. Nawet w ZSRR w celach kalkulacji ekonomicznej wzorowano się na strukturze cen w krajach Zachodu.

    Mam wrażenie, że nie bierzesz pod uwagę procesu powstawania pieniądza. Traktujesz jego istnienie, jak coś oczywistego. Tak naprawdę nie dotknąłeś problemu powstawania cen pieniężnych na rynku.

    Dla mnie pieniądz jest fundamentem ekonomii. Nie znam się na technicznych niuansach systemu bankowego, ale dostrzegam, że pieniądz jest wyjątkowym towarem na rynku i powstanie pieniądza i struktury cen, to bardzo długi proces. Żaden inny towar na rynku nie ma siły nabywczej wyrażonej we wszystkich pozostałych dobrach. Właśnie dlatego nie można wprowadzić pieniądza z dnia na dzień!

  9. Panie Pawle, popyt na pieniądz zawsze jest. Jeśli mierzi pana słowo „pieniądz” w kontekście np. czasów, gdy nie istniała jego żadna konkretna manifestacja (to było baaaaaaardzo dawno), to może Pan przyjąć zamiast tego „towar/aktywo abstrakcyjne najbardziej preferowany/e w celach wymiany”.

    Punkt przecięcia popytu z podażą zawsze się jakiś ustali i wartość pieniądza zawsze jakaś będzie, tak długo, jak będzie istniała jego podaż i popyt, generowany sztucznie (np. każdy rurytanin płaci 100 zł rocznie pogłównego), czy naturalnie (np. każdy rurytanin oczekuje, z doświadczenia dziadków, że jutro, pojutrze, za miesiąc i za rok, za uncję złota kupi wysokiej jakości tunikę/garnitur i sandały/eleganckie buty).

  10. @panika2008
    Mnie wcale nie mierzi słowo „pieniądz”. Nie wiem, skąd taki wniosek? Chciałem tylko powiedzieć, że pieniądz powstał w długotrwałym procesie konkurencji pomiędzy różnymi towarami będącymi, jak Pan to ujął, „najbardziej preferowanymi w celach wymiany”. Żaden rząd nie ma możliwości odtworzenia tego procesu.

    Zresztą, z tego, co Pan pisze, wynika, że pieniądz był wcześniej, niż jego regulacje rządowe.
    Tak więc to rynek jest źródłem pieniądza, kredytu i procentu, a nie rząd!

    A poza tym, nie odpowiedział mi Pan na pytanie, o to, w jakich jednostkach jest wyrażona wartość pieniądza określona przez “punkt przecięcia” krzywej podaży i popytu… 🙂

    Wiem, że się uwziąłem, ale wydaje mi się, że ważne jest, żeby nie traktować pieniądza jako naturalnej jednostki pomiaru wartości, którą można dowolnie manipulować zgodnie z wolą rządu. Moim zdaniem pieniądz jest sam w sobie bardzo interesującym zjawiskiem i nośnikiem wszelkiej informacji o stanie rynku (w postaci wachlarza cen).

  11. Panie Pawle, zaklina Pan rzeczywistość. Każdy rząd na świecie współcześnie wprowadził swoją walutę i wymusił jej stosowanie na rynku, także owszem, rząd może to zrobić i to robi, takie są (wg niektórych smutne) fakty.

    W jakich jednostkach wyrażona jest wartość pieniądza? A może Pan sobie przyjąć jakiekolwiek, co to ma za znaczenie? Może być w jabłkach, Astonach Martinach albo gramach kokainy.

    Pieniądz nie jest i nigdy nie był neutralny. Gdyby tak było, to manipulacje stopami procentowymi i podażą pieniądza nie wywoływałyby baniek spekulacyjnych (bo zadziałałby perfekcyjny arbitraż).

  12. @panika2008:
    Mnie się wydaje, że wartość pieniądza jest wyrażona w całym wachlarzu cen, czyli i w Astonach Martinach i w jabłkach i w gramach kokainy jednocześnie!
    I dlatego żaden rząd nie może wprowadzić waluty z dnia na dzień nie odwołując się do istniejącego już wcześniej systemu pieniądza towarowego lub zewnętrznego systemu w innym kraju.

    Ja rozumiem, że rząd może narzucić swoją walutę. Nie neguję rzeczywistości. Tylko dla mnie jest to ingerencja w wolny rynek i rodzaj pasożytowania na istniejącym wcześniej systemie cen.

    A co Pan sądzi o Twierdzeniu o regresji pieniężnej Misesa?

  13. Och, ale się Pan obudził z tą ingerencją. Proszę się cofnąć do XVIII w. p.n.e. i pomstować na Hammurabiego, to gdzieś tam w tych okolicach historycznie się zaczęło ustawianie cen towarów i pieniądza przez władzuchnę.

    W sensie historycznym uważam Misesa twierdzenie o regresji za co najmniej podejrzane, jeśli nie całkowicie błędne. Nie bierze ono pod uwagę bardzo, ale to bardzo starej genezy pieniądza oficjalnego i interakcji instytucji pieniądza z systemem prawnym oraz pozaekonomicznych wątków w genezie pieniądza (religijnych, wojennych, reprezentacyjnych). Z pewnością jest dużym uproszczeniem sprawy.

  14. @panika2008:

    Może właśnie dlatego ciężko nam się zgodzić w sprawie pieniądza, ponieważ uważam, że historia nie może obalić, ani potwierdzić twierdzeń ekonomicznych, gdyż już sam wybór i rozumienie faktów historycznych zakłada wykorzystanie m.in. wiedzy ekonomicznej. Te same fakty historyczne można przecież interpretować zupełnie odmiennie w świetle różnych teorii ekonomicznych!

    Zadziwia mnie, że tak łatwo omija Pan problem przejścia od barteru do wymiany pośredniej z użyciem pieniądza. Tak jakby powstanie struktury cen nie było długotrwałym procesem. Nie mam pewności, ale bardzo możliwe, że ten proces zachodził w historii wielokrotnie i niezależnie w różnych kulturach. Przecież np. po upadku Cesarstwa Rzymskiego musiało zaistnieć niemałe zamieszanie w kwestii pieniądza, bo nie było już władzy, która mogła egzekwować regulacje prawne. Wątpię, żeby barbarzyńcy chcieli posługiwać się denarami bez względu na ich rynkową wartość (zawartość srebra). Kto by ich do tego zmusił?

    Myślę też, że problem powstania pieniądza nie jest tylko ciekawostką historyczną. Jeśli założyć, że twierdzenie o regresji jest prawdziwe, to ma to wielkie skutki dla polityki monetarnej. Wynika z tego, że rząd nie może dowolnie kształtować tej polityki, bo rynek zawsze będzie działał według reguł ekonomii, a nie według regulacji rządowych. Właśnie recesja jest próbą przywrócenia równowagi przez rynek.

    Przecież nawet w PRL załatwiało się wiele rzeczy np. za wódkę, a nie za pieniądze. I ta wódka czasem krążyła między ludźmi tak, jak pieniądz. Jak ktoś nie wypił, to mógł dać komuś innemu, żeby coś załatwić. Wynika stąd, że rynek sam stworzył namiastkę pieniądza, kiedy oficjalny środek płatniczy stracił swój ekonomiczny sens.

    A czasy bimetalizmu? Przecież to rynek określał, który rodzaj pieniądza jest w obiegu, a nie rząd!

    Nie twierdzę, że rząd nie ma władzy. Uważam tylko, że to rynek ma ostatnie słowo. Każdy system monetarny zbudowany przeciwko wolnemu rynkowi, prędzej czy później musi się zawalić.

  15. Omijam problem przejścia z barteru do pieniądza, bo nie ma takiego problemu. Nigdy nie było ostrego przejścia, światowa gospodarka zawsze, przynajmniej do niedawna, była heterogeniczna – część ludzi handlowała barterowo, część za srebro, część za złoto, część za fiat papier wymuszony przez rząd, część (np. na średniowiecznych targach) za fiat papier stworzony przez rynek.

    Poza tym jeśli państwo jest właścicielem znacznej części środków produkcji i prowadzi handel z podmiotami zagranicznymi, to państwo ustala absolutnie i suwerennie, czym jest pieniądz, a nie „rynek”. Rubel transferowy pamiętasz?

  16. Nie ośmielam się dyskutować z ekonomistami ale na mój chłopski rozum to właśnie kredyty walutowe intensywnie pompowały bańki na rynku nieruchomości. wydaje mi się, że w tych regulacjach nie chodzi o ryzyko jakie ponosi obywatel biorący kredyt w walutach, tylko o powstrzymanie napływu taniego pieniądza z zagranicy. Byłbym wdzięczny za wyjaśnienie tej kwestii.
    Pozdrowienia Mergiel

  17. @panika2008
    Zdaję sobie sprawę, że jako „nieekonomista” nie posiadam (przynajmniej na razie 🙂 ) szczegółowej wiedzy odnośnie zasad księgowości, regulacji i przepisów rynkowych itd.

    Zresztą – odpowiedzi, które mi Pan udziela, inspirują mnie do poszerzenia swojej wiedzy.
    Nie zdążyłem jeszcze przeczytać „Tajemnicy bankowości” Rothbarda i czuję tutaj braki 🙂

    Ale myślę, że tak naprawdę nie zgadzamy się co do fundamentalnych zasad funkcjonowania rynku. Odnoszę wrażenie, że uważa Pan, że to rząd jest najwyższą instancją, nie rynek. Czy to prawda? Tylko niech nie odbiera Pan tego jako ataku! Jestem po prostu ciekawy…

    Poza tym mam wrażenie, że Pan czasem kładzie większy nacisk na historyczne podejście do ekonomii niż na przyczynowo-skutkowe. Czy to prawda? Bo dla mnie, nawet jeśli historycznie nie było wyraźnego przejścia od barteru do wymiany pośredniej, ważne jest to, że logicznie najpierw musi być wymiana bezpośrednia, żeby później była pośrednia. Bardziej na to patrzę w ten sposób.

    Trochę przez analogię: nawet jeśli nikt nigdy nie widział jak supermasywna gwiazda przemienia się w czarną dziurę, to nie można odrzucić teoretycznego opisu tego procesu…

  18. Nie uważam że rząd ma jakoś uprzywilejowaną pozycję względem wolnego rynku. Wszystko zależy od okoliczności historycznych. Możnaby o to zapytać Pawła Wawrzeckiego – jego odpowiedź będzie inna, bardziej ponura i zapewne pesymistyczna co do natury człowieka, niż np. Zuckerberga. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

    Dla mnie historia ekonomii jest szalenie ważna i jeśli teoria choćby w drobnym stopniu się z historią nie zgadza, lub dopuszcza niezgodność, tym gorzej dla teorii a nie historii.

  19. Ale czy można wyizolować z historii bezstronnie zdarzenia i na ich podstawie weryfikować teorię? Przecież życie to nie laboratorium fizyczne, gdzie można kontrolować eksperyment!

    Jeśli interpretacja faktów historycznych jest taka obiektywna, to dlaczego każde państwo ma własną wersję historii? Dlaczego nie ma takich problemów w przypadku np. fizyki?

    Mnie się wydaje, że sam wybór faktów historycznych i ich interpretacja opiera się na pewnej teorii. Stąd dwóch historyków może różnie interpretować to samo wydarzenie i często nie ma obiektywnego sposobu określenia, który ma rację.

    Czy historyczne podejście do ekonomii nie pozwala przypadkiem udowodnić wszystkiego? Zawsze można powiedzieć np. że socjalizm to efektywny ustrój gospodarczy, tylko okoliczności były niesprzyjające.

    W skrajnym przypadku: jeśli jakieś małe państwo wprowadzi ustrój wolnorynkowy, natomiast zostanie po kilku latach napadnięte przez dużo większego socjalistycznego sąsiada i pokonane, to czy dowodzi to wyższości socjalizmu nad wolnym rynkiem? A jeśli np. zamiast agresji militarnej mamy mniej bezpośrednie wrogie działania gospodarcze, to jak wyizolować ich wpływ na rynek i obiektywnie ocenić sytuację? I czy da się to zrobić, nie przyjmując uprzednio jako prawdziwej żadnej teorii ekonomicznej?

    Czy przypadkiem jedynym sposobem udowodnienia czegokolwiek w ekonomii, nie jest przyjęcie podejścia przyczynowo-skutkowego?

    Przecież np. sposobu kształtowania się cen na wolnym rynku poprzez grę popytu i podaży nie trzeba weryfikować historycznie. Czy istnieje w ogóle inna możliwość niż ta, że przy pozostałych warunkach niezmienionych, każdy chce towar najtaniej kupić i najdrożej sprzedać?

    Czy w ogóle można ściśle udowodnić, że jakaś teoria ekonomiczna „nie zgadza się z historią”?

    Czy nie dochodzimy do nieskończonej pętli: teorię ekonomiczną próbujemy uzasadnić za pomocą interpretacji historii, która jest możliwa tylko w świetle teorii ekonomicznej? Przecież zawsze można powiedzieć, że załamanie gospodarki spowodował gniew bogów. I jak Pan komuś historycznie udowodni, że to nieprawda?

  20. Nie chodzi o dowodzenie za pomocą faktów historycznych czegokolwiek, bo to jest niemożliwe, jak Pan słusznie zauważa. Natomiast czasami taki fakt – owszem, podatny na interpretacje, ale bywa, że całkiem dobrze udokumentowany i zasadniczo bezsprzeczny, potrafi skutecznie podważyć teorię. Kontrargument, a nie argument.

    Na przykład: ktoś tworzy teorię, że ustrój socjalistyczny jest niezniszczalny (bo najlepszy, bo koniec historii itp). Kontrargument historyczny z upadkiem ZSRR jest wystarczający, by tą teorię podważyć i nie ma sensu się wgłębiać w dalsze dywagacje, bo takie kontrargumenty, jeśli są proste i niewyszukane, świadczą o naiwności lub głupocie proponentów danej teorii.

  21. Muszę przyznać, że zachwyciłem się podejściem dedukcyjnym w ekonomii. Po raz pierwszy dostałem do ręki narzędzie, które umożliwiło mi analizę otaczającej mnie rzeczywistości.

    Nie wydaje się Panu, że podejście to może być naprawdę użyteczne? Dlaczego ma Pan taki dystans do niego? Czy budowanie ekonomii od fundamentów na ludzkim działaniu nie wydaje się Panu logiczne? Jeśli dostrzega Pan błąd w takim podejściu, to gdzie?

    Pozwolę sobie na pewną dygresję: czytałem ostatnio o tym, że pszczoły rozwiązują bardzo efektywnie tzw. problem komiwojażera. W ich przypadku oznacza to wybór najkrótszej drogi podczas zbierania nektaru (muszą wylecieć z ula, oblecieć łąkę i wrócić). Dla komputera jest to zadanie dość czasochłonne. I teraz trwają badania nad tym, jak to możliwe, że takie małe pszczółki są bardziej efektywne od znanych algorytmów.

    Zastanawiam się, czemu w mainstreamowej ekonomii stosuje się odmienne podejście. Zamiast badać, jak jednostki działające w ramach wolnego rynku optymalizują wykorzystanie rzadkich zasobów zgodnie z oczekiwaniami konsumentów, próbuje się tworzyć matematyczną makroekonomię. Jest to na pewno podejście wygodne dla tych, którzy mają władzę. Ale czy na pewno jest to najlepsze dla konsumentów?

  22. Mam do tego dystans, bo ze względu na wykształcenie zdecydowanie w naukach ścisłych (matematyka) wiem, że mniej zawodne (podatne na błędy) są twierdzenia zbudowane za pomocą kontrargumentów, a nie argumentów. Jest to standardowe podejście wszystkich nauk przyrodniczych, jest bardzo efektywne i nie wydaje mi się, żeby było mniej owocne niż konstruktywizm oparty na prakseologii, która jest, hmmm, dość mistyczna, nawet jeśli daje dużo poprawnych intuicji i dobrych wniosków.

    Makroekonomia nie służy konsumentom, nie powinna też służyć władzy (jeśli służy, to jest to już na tyle zdegenerowana jej forma, że nie można jej nazwać tak naprawdę ekonomią). Tak samo matematyka nie służy i nie powinna służyć ani matematykom, ani konsumentom, ani władzy.

  23. @panika2008:
    To ciekawe podejście. To po co w ogóle robić coś, co nikomu nie służy? Mnie się zawsze wydawało, że celem produkcji (i w ogóle istnienia gospodarki) jest konsumpcja. Skoro konsumpcja jest celem, to cały system gospodarczy powinien służyć konsumentom.

    Niestety, matematyka właśnie często służy matematykom. Wielu badaczy ma tendencję do stosowania w pracy metod, które z różnych względów lubi. Dopasowują oni sformułowanie problemu do metody, a nie odwrotnie.

    Dla mnie prakseologia wcale nie jest mistyczna. Jako informatyk jestem przyzwyczajony np. do podejścia typu symulacja wieloagentowa. I właśnie prakseologia doskonale opisuje zachowanie pojedynczego agenta i interakcje między wieloma agentami. Matematyka może próbować opisać analitycznie taki system na poziomie globalnym. Ale wcale nie jest to konieczne. A często jest to po prostu niemożliwe. Systemy można badać także poprzez symulację. I często jest to jedyna możliwość zbadania złożonego systemu bez wprowadzania do jego opisu szkodliwych uproszczeń.
    Myślę, że przyszłość ekonomii to symulacja wieloagentowa, a nie modele matematyczne.

  24. @ panika2008
    „prakseologii, która jest, hmmm, dość mistyczna”
    Co jest mistycznego w stwierdzeniu „człowiek działa” – mógłby Pan wyjaśnić?

    PS Czekam na krytykę teorematu regresji pieniądza! To byłoby bardzo wielkie dokonanie, a IM na pewno opublikowałby taką pracę! 🙂

    Pozdrawiam.
    Arkadiusz Sieroń

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy