Woods: Życie z Fedem: cud, miód i orzeszki?

25 października 2011 Bankowość komentarze: 6

Autor: Thomas E. Woods
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Adam Kubaty
Wersja PDF

SFedłyszeliśmy ten zarzut już tysiące razy: dlaczego, zanim utworzono System Rezerwy Federalnej, przez amerykańską gospodarkę regularnie przetaczała się fala panik finansowych? Wydaje się, że likwidacja Fedu to niedorzeczny, absurdalny pomysł, ponieważ bez światłego nadzoru naszych największych bankowców zostalibyśmy wrzuceni w straszliwy finansowy odmęt, za bronienie nas przed którym jesteśmy im winni dozgonną wdzięczność.

Argument ten jest tylko pozornie wiarygodny. Tak naprawdę jest błędny w każdym aspekcie. Przewijał się on w prasie pod koniec zeszłego roku, kiedy okazało się, że kongresman Ron Paul, znany krytyk Rezerwy Federalnej, ma objąć stanowisko przewodniczącego Podkomisji Usług Finansowych Izby Reprezentantów ds. Krajowej Polityki Pieniężnej (House Financial Services Subcommittee on Domestic Monetary Policy). Sympatycy Fedu nie posiadali się z oburzenia: Człowiek, który zaprzecza stereotypowej wersji historii Fedu ma objąć tak wpływową posadę? Trzeba uczynić z niego obiekt kpin i żartów.

Mój ulubiony przykład pochodzi od publicysty Josepha N. DiStefano, którego artykuł na ten temat całkowicie mija się z prawdą historyczną i jest tak żałośnie sprzeczny z banalnymi do zweryfikowania faktami, że uznałem, iż w celach dydaktycznych powinniśmy go przeanalizować.

DiStefano pisze w swoim artykule głównie o obecnym kryzysie, lecz jako że poświęciłem już temu wątkowi dość dużo miejsca, chciałbym skupić się przede wszystkim na stereotypowej wersji bankowej i monetarnej historii Stanów Zjednoczonych. Posługują się nią zwolennicy Fedu, oburzeni faktem, że ktokolwiek może ją krytykować — nie inaczej jest w tym przypadku. Ich teksty przypominają referaty pisane na podstawie książek dla czwartoklasistów. Może za wyjątkiem DiStefano, który chyba nie przeczytał żadnej książki.

Pytanie jest znane: dlaczego bez banku centralnego, bądź jego mniejszego kuzyna — banku narodowego — towarzyszyły nam wyłącznie bańki i kryzysy, a od chwili ustanowienia Fedu nasze życie to pasmo samych sukcesów? To pytanie naprawdę jest takie proste. Ludzie, którzy wierzą w wolnorynkową bankowość, w przeciwieństwie do zwolenników zmów kartelowych, są widocznie tak ewidentnie niedoinformowani lub zaślepieni ideologią, że nie słyszeli lub nie przyjmują do wiadomości tego zgrabnego, jednozdaniowego podsumowania dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej historii polityki pieniężnej.

Dziewiętnastowieczne cykle koniunkturalne, o których DiStefano pobieżnie wspomina, były nieuchronnie związane ze sztuczną ekspansją kredytową. Rząd albo przyzwalał na tego typu praktyki, bądź aktywnie w nich partycypował za pomocą licznych przywilejów udzielanych branży bankowej.

Spójrzmy najpierw jak DiStefano pisze o XIX wieku. Każe się nam sądzić, że banki narodowe były niezbędnymi źródłami stabilności, a ich brak pociągał za sobą katastrofalne w skutkach cykle koniunkturalne. Jak zatem DiStefano odnosi się do paniki z 1819 r., której powodem wg ówczesnych obserwatorów była stosowana przez wielkiego stabilizatora, a więc Drugi Bank Stanów Zjednoczonych, na zmianę inflacjogenna oraz restrykcyjna polityka monetarna? To proste — po prostu ją pomija (podobnie omija kazus Wielkiego Kryzysu ze swojego omówienia XX wieku, epizodu przemawiającego według niektórych na niekorzyść Fedu, a który zainicjowała właśnie inflacyjna polityka pieniężna banku centralnego; Benjamin Strong, który przewodniczył nowojorskiemu Fedowi w tamtym czasie, poinformował swoich kolegów po fachu w 1927 r., że zamierza „polać rynkom kolejkę whiskey”). Dokładną analizę tamtych wydarzeń znaleźć można w The Panic of 1819: Reactions and Policies Murraya Rothbarda (Columbia University Press, 1962 r.).

DiStefano wspomina jednak o panice z 1837 r., każąc nam obwiniać za nią prezydenta Andrew Jacksona, który podjął decyzję o rozwiązaniu Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych. DiStefano nie raczy nas jednak poinformować, co konkretnie mogło tę panikę wywołać. Sądząc po dalszej części artykułu, silna sugestia jest taka, że potrzebujemy monopolistycznych instytucji ze specjalnymi przywilejami do nadzoru nad naszymi pieniędzmi, a jeśli kiedykolwiek zostaną one zmuszone zamknąć swoje podwoje, ponieważ tępi prostacy nie będą w stanie zrozumieć, jak bardzo są one niezastąpione, gospodarka ulegnie załamaniu. Nie jest to żadne wytłumaczenie, ale to wszystko, czym DiStefano decyduje się z nami podzielić.

To zabawne, że gdy ponad dwie dekady wcześniej likwidowano Pierwszy Bank Stanów Zjednoczonych, nie wystąpiła żadna gospodarcza katastrofa. Kiedy w 1811 r. wygasły uprawnienia Pierwszego Banku, a następnie rozpoczął on likwidację działalności i egzekwowanie swoich kredytów, analitycy pokroju DiStefano z całego świata prorokowali bankructwa i katastrofę gospodarczą. Nic podobnego się nie wydarzyło. Jeden z im współczesnych zanotował w 1816 r.:

 

Wiele osób postrzegało niedawne rozwiązanie Banku Stanów Zjednoczonych jako narodową tragedię; zakładano, że pociągnie ona za sobą falę bankructw. Wypadki potoczyły się jednak inaczej: wszystkie branże przemysłu kontynuowały bez przeszkód swoją działalność — nie zanotowano żadnych bankructw w społeczności handlowej, które można by przypisać temu wydarzeniu.

 

DiStefano nie przytacza żadnego związku pomiędzy rozwiązaniem Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych a paniką z 1837 r. Postaram się więc pokazać mu jeden. Najpopularniejsza argumentacja brzmi następująco: gdyby istniał bank narodowy, który dyscyplinowałby banki stanowe, te z nich, które otrzymały depozyty federalne po likwidacji Drugiego Banku, nigdy nie rozpoczęłyby inflacyjnej balangi i w konsekwencji nie nastąpiłaby panika w 1837 r., a następnie kolejna dekoniunktura w 1839 r. Ta popularna diagnoza jest częściowo „austriacka” — w tym sensie, że za tworzenie cykli koniunkturalnych obwinia się w niej sztuczną ekspansję kredytową. W rozwiązaniach tego problemu podawanych przez dzisiejszych komentatorów czai się ukryta sugestia, jakoby potrzebny był silny bank centralny z nieograniczonymi uprawnieniami regulacyjnymi nad mniejszymi instytucjami.

Senator William Wells ze stanu Delaware, federalista i zwolennik twardej waluty, od samego początku pozostawał sceptyczny wobec zdania, że najlepszym sposobem zachęcenia do tego, aby wadliwe banki zaczęły korzystać z prawidłowych narzędzi, było ustanowienie wielkiego wadliwego banku. W 1816 r. przekonywał on, że:

 

Ten projekt wyszedł z rąk administracji pod pozorem ograniczenia nadmiernej emisji papierowego pieniądza. Okazał się jednak takim samym złem jak zwykła maszynka do drukowania pieniędzy — nie był zresztą niczym innym; wprowadzając swoje środki zapobiegawcze, postępował równie sprytnie jak jeden z bohaterów Rebalais’go, który żeby uchronić się przed deszczem, schował się w wodzie. Lekarstwem na bankową gorączkę poszczególnych stanów miałaby zatem być bankowa gorączka całych Stanów Zjednoczonych.

 

Kolejny zwolennik twardej waluty, nowojorski senator Samuel Tilden, miał podobne obawy:

 

W jaki sposób wielki bank, działający dokładnie na takich samych zasadach jak jego mniejsze odpowiedniki, ma je skutecznie regulować? Od kiedy to zwielokrotniona władza jest mniej skora do nadużyć niż władza ograniczona? I od kiedy skoncentrowana władza jest na nie mniej podatna niż władza rozproszona?

 

O wiele lepszym rozwiązaniem, zalecanym przez ówczesnych zwolenników twardej waluty było to, co przeszło do historii pod nazwą „Independent Treasury”. Ten system zakładał, że depozyty federalne, zamiast być przetransferowywane do uprzywilejowanych banków stanowych, a następnie wykorzystywane jako baza finansowa do kolejnej kreacji pieniędzy, byłyby przechowywane przez Skarb Państwa i tym samym trzymane z dala od systemu bankowego. Apologeci twardej waluty wierzyli, że rząd federalny wspiera (oraz udziela sztucznego uprawomocnienia) nierzetelny system banków stanowych oparty na rezerwie cząstkowej poprzez (1) przekazywanie im depozytów federalnych, (2) akceptowanie ich papierowego pieniądza jako zapłatę podatków, oraz (3) wypłacanie go ponownie. Jak stwierdził William Gouge:

 

Gdyby tylko operacje rządu zostały odseparowane od działalności bankowej, system byłby wolny od połowy swoich wad. Gdyby rząd nie deponował publicznych środków w bankach, ani nie pożyczał od nich pieniędzy, i gdyby pod żadnym pozorem nie mógł akceptować not bankowych oraz wypłacać ich ponownie, banki stałyby się zwykłymi przedsiębiorstwami komercyjnymi i bardziej równorzędnymi partnerami dla prywatnych kupców.

 

DiStefano jest przekonany, że całemu ruchowi przeciwko Bankowi przewodzili antyrynkowi i antywłasnościowi populiści. „Ostatnim razem, kiedy mieliśmy bank centralny” — pisze — „jego zwolennikami byli konserwatywni biznesmeni i zwolennicy twardej waluty, a przeciwnikami pożyczkobiorcy z niską zdolnością kredytową oraz pożyczkodawcy, którzy przekonali prezydenta Jacksona, że bank utrzymywał kraj w marazmie”. Za chwilę pokażemy, że to zdanie jest tak fałszywe, jak tylko może być. DiStefano przechodzi od tej pomyłki do błędnego wniosku, że — tak, jak bywało to dawniej — ci, którzy bronią instytucji banku centralnego, wspierają jednocześnie gospodarkę rynkową.

Przeciwnicy Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych z pewnością nie stanowili monolitu. Nawet współcześnie bank centralny jest krytykowany zarówno przez tych, którzy potępiają jego kreację pieniądza, jak i tych, którzy podejrzewają go o skąpstwo. Gdy przyjrzymy się temu bliżej, okaże się, że walkę z Drugim Bankiem toczyli zwolennicy wolnego rynku i twardej waluty, którzy sprzeciwiali się uprzywilejowanemu przez rząd producentowi papierowego pieniądza. „Atak na Bank” — jak w swoim przeglądzie literatury podsumował to profesor Jeff Hummel — „był całkowicie racjonalnym i bardzo rozsądnym krokiem w stronę leseferystycznego, opartego na kruszcu systemu walutowego”.

Przytaczaliśmy już wypowiedzi senatorów krytykujących Drugi Bank. DiStefano twierdzi natomiast, że ruch skierowany przeciw tej instytucji składał się z niemających pojęcia o bankowości i nieposiadających majątku głupków. Musiał też nie słyszeć nigdy o najsłynniejszym w swoich czasach teoretyku pieniądza, Williamie Gouge’u (wspomnianemu już wyżej). Gouge był orędownikiem twardej waluty, który sprzeciwiał się Bankowi — uważał oba stanowiska za logicznie zgodne, wręcz nierozerwalne.

„Dlaczego pomysłowość ma sprowadzać się do wynajdywania kolejnych modyfikacji papierowej bankowości?” — pytał Gouge. „Gospodarka, która preferuje fikcyjny pieniądz nad solidny, jest w najlepszym razie podobna do tej, która wybiera dziurawy statek zamiast pewnego”. Zapewnił też Amerykanów, że „gdyby Bank Stanów Zjednoczonych w ogóle nie istniał, słońce i tak by świeciło, rzeki dalej płynęłyby swoimi korytami, a ziemia niezmiennie wydawałaby plony”. W dniu śmierci Gouge’a konserwatywny „Bankers’ Magazine” napisał, że jego A Short History of Paper Money and Banking — książka, w której opowiadał się za twardą walutą — była „niezwykle umiejętnym i zrozumiałym przedstawieniem zarówno fundamentalnych zasad bankowości, jak i błędów popełnionych przez nasze amerykańskie instytucje bankowe”.

DiStefano może też zajrzeć do prac Williama Leggetta, wpływowego jacksońskiego publicysty z Nowego Yorku, który zasłynął postulatem „rozdziału bankowości od państwa”. Ekonomista Larry White, który zebrał niemal wszystkie najważniejsze dzieła Leggetta, nazywa go „intelektualnym przywódcą leseferystycznego skrzydła jacksońskiej demokracji”. Krytykował on [Leggett — przyp. tłum] Bank za działania polegające na naprzemiennej ekspansji i redukcji akcji kredytowej i za zawirowania gospodarcze, które były ich skutkiem.

Leggett stwierdził, że takie działanie Banku doprowadziło prawdopodobnie do paniki w 1819 r. Błędy te zostały powtórzone jeszcze raz w połowie lat dwudziestych: „Przez dwa, trzy lata poprzedzające gwałtowne i fatalne w skutkach wydarzenia z 1819 r., Bank Stanów Zjednoczonych, zamiast zajmować się regulacją waluty, zalał rynek swoimi notami oprocentowanymi po tak żałośnie niskiej stopie, że handel i spekulacja wystrzeliły w nadnaturalnym stopniu”. Leggett pisze dalej:

 

zamiast jednak zagłębiać się w szczegóły wydarzeń, o których większość ludzi dawno już nie pamięta, rzućmy lepiej okiem na sposób, w jaki Bank Stanów Zjednoczonych zajmował się regulacją pieniądza w 1830 r., kiedy to, w ciągu zaledwie dwunastu miesięcy, zwiększył swoją akcję kredytową z czterdziestu do siedemdziesięciu milionów dolarów. Ta ogromna akcja kredytowa, niepodparta żadnym konkretnym wydarzeniem mogącym mieć wpływ na sytuację gospodarczą kraju, poskutkowała nieuniknioną inflacją waluty. Drożały dobra i akcje, spekulacja szalała, podejmowano się wielu dużych przedsięwzięć, kopano nowe kanały, projektowano tory — dosłownie cała gospodarka kraju wkroczyła na drogę nienaturalnego i złudnego wzrostu.

 

Ale być może przykład XIX w. pokazuje, że potrzebujemy instytucji zdolnej do monetarnej „stymulacji” w celu przywrócenia gospodarki do życia po jej załamaniu. Jeśli tak, to dowody na poparcie tej tezy nie są takie oczywiste. Tuż po załamaniu się rynku akcji i bankowego „runu” prezydent James Buchanan bezskutecznie zaangażował się w próbę reanimacji gospodarki. Wszystkie te działania złożyły się na stosunkowo łagodną, sześciomiesięczną panikę z 1857 r., którą DiStefano — nie mający za bardzo pojęcia o dziewiętnastowiecznej historii gospodarczej — nazywa „przerażającą depresją” (nawiasem mówiąc, tego rodzaju łagodna recesja nie występuje w systemie opartym na „standardzie złota”; jest natomiast nieodłącznie związana ze sposobem, w jaki funkcjonuje inflacyjny system papierowego pieniądza. Buchanan przekonywał o tym w trakcie swojego pierwszego noworocznego orędzia, mówiąc, że: „wszystko wskazuje na to, że nasze obecne niepowodzenia wywodzą się z naszego ekstrawaganckiego i szkodliwego systemu papierowego pieniądza i kredytu bankowego”).

W czasach Buchanana nie istniało modne współcześnie doradztwo ekonomiczne i pociągało to za sobą widoczne skutki. Pomimo spadającej podaży pieniądza, wzrostu stóp procentowych, pozostających na tym samym poziomie wydatków publicznych i braku decyzji o dokapitalizowaniu przedsiębiorstw i banków, gospodarka w przeciągu pół roku odzyskała swoje siły. Prezydent ostrzegł jednak Amerykanów, że: „okresowe problemy, które miały miejsce w przeszłości, będą powracały z przerwami tak długo, jak długo nasz obecny, dziki system kredytu bankowego będzie wiódł prym”.

Buchanan chciał zmienić istniejące prawo, które do tej pory zapewniało bankom możliwość wstrzymania się od wypłacania depozytariuszom wkładów na ich żądanie. Przewidywał federalne regulacje bankructw dla banków, które — jeśli nie byłyby w stanie wypełniać swoich zobowiązań — de facto zmuszałyby je do zamknięcia swojej działalności. „Gdyby banki miały świadomość, że wstrzymanie wypłat depozytów nieuchronnie spowoduje ich śmierć cywilną, instynkt samozachowawczy radykalnie ograniczyłby ich ryzykowne zachowania”.

DiStefano w osobliwy sposób wspomina lata siedemdziesiąte XIX w., co po raz kolejny dowodzi powierzchowności jego wiedzy. Współczesny konsensus utrzymuje bowiem (o czym DiStefano nie ma widocznie pojęcia), że nie było w latach siedemdziesiątych żadnej „Długiej depresji”. Nawet „New York Times” musiał przyznać że:

 

Ostatnie szczegółowe rekonstrukcje dziewiętnastowiecznych danych, przeprowadzone przez historyków gospodarczych wskazują, że depresja lat siedemdziesiątych XIX w. nie miała w ogóle miejsca: w rzeczywistości, poza krótką recesją w 1873 r., w tej dekadzie odnotowano prawdopodobnie najszybszy zrównoważony wzrost w amerykańskiej historii. Poziom zatrudnienia wzrósł wyraźnie i był wyższy niż stopa imigracji; konsumpcja żywności i innych dóbr wzrastała w całym kraju. W przeliczeniu na osobę, niemal wszystkie statystyki gospodarcze spektakularnie rosły. Pod koniec dekady ludzie mieszkali w lepszych warunkach, byli lepiej ubrani i posiadali więcej ziemi. Nawet w średniej wielkości miasteczkach powstawały liczne domy towarowe. Ameryka przeistaczała się w pierwsze na świecie społeczeństwo masowej konsumpcji.

 

Być może DiStefano przyzna w przypływie szczerości, że bezrefleksyjnie przyjął stereotyp dziewiętnastowiecznej historii gospodarczej. Wciąż jednak będzie żywił silne przekonanie, że Fed poradził sobie z panikami bankowymi. Nie całkiem. Andrew Jail z Uniwersytetu Kalifornii w Berkeley wskazuje w swoim badaniu z 2009 r., że: „wbrew powszechnemu przekonaniu nie istnieją żadne dowody na to, aby w ciągu pierwszych piętnastu lat od momentu powstania Rezerwy Federalnej wystąpił spadek częstotliwości panik”. Elmus Wicker w Banking Panics of the Gilded Age (2000 r.) zauważa, że:

 

Pomiędzy 1873 a 1907 rokiem wybuchły maksymalnie trzy duże paniki bankowe; zanotowano jeszcze dwie niegroźne paniki w 1884 i 1890 r. Dwanaście lat upłynęło pomiędzy paniką z 1861 r. a tą z 1873 r., dwadzieścia pomiędzy panikami z 1873 r. a 1893 r., oraz czternaście między tą z 1893 r. a z tą roku 1907: trzy paniki bankowe w ciągu półwiecza! A jedynie w trakcie jednej z nich, w 1893 r., liczba wstrzymanych przez banki wypłat depozytów dorównywała tym z okresu Wielkiego Kryzysu.

 

Dla porównania: tylko w ciągu pierwszych trzech lat trwania Wielkiego Kryzysu miało miejsce pięć niezależnych panik bankowych (zob. Selgin, Lastrapes i White, „Has the Fed Been a Failure?”)

Także podczas panik, które występowały w okresie od wojny secesyjnej do 1907 r., a więc w czasach przed powstaniem Rezerwy Federalnej, liczba bankructw wśród banków była niewielka. Podobnie było ze stratami depozytariuszy. Podczas paniki z 1893 r. nie przekraczały one zaledwie 0,1% PKB a była to — jeśli chodzi o liczbę upadłych banków i sumę strat depozytariuszy — najgorsza z panik. Dla porównania, jedynie w przeciągu ostatnich 30 lat dominacji banków centralnych, świat dotknęło 20 kryzysów bankowych, które doprowadziły do strat w depozytach na poziomie średnio 10% PKB. W połowie z nich straty przekraczały 20% PKB.

Co więcej, paniki, które występowały w Stanach Zjednoczonych w okresie po wojnie secesyjnej, były w dużej mierze rezultatem regulacji poszczególnych stanów, które zabraniały bankom otwierania oddziałów. Ograniczone do jednej placówki, a więc pozbawione należytej dywersyfikacji, były siłą rzeczy podatne na zawirowania. Kanada nie doświadczyła żadnej z podobnych panik i to pomimo nieustanowienia banku centralnego — zaufanego panaceum DiStefano — aż do roku 1934.

Mówiąc o przeszłych i obecnych fluktuacjach koniunktury, DiStefano przedstawia klasyczną argumentację przemawiającą za Fedem: cykle koniunkturalne pojawiają się znikąd, a Rezerwa Federalna jest po to, żeby im przeciwdziałać. DiStefano nie chce być widocznie traktowany jako poważny przeciwnik, bo nie próbuje nawet zmierzyć się z austriacką tezą, że to właśnie manipulacja podażą pieniądza i stopą procentową dokonywana przez Rezerwę Federalną jest przyczyną powstania cyklu koniunkturalnego. Natomiast to, co stosuje Fed dla złagodzenia problemu, sprowadza się do aplikowania jeszcze większej ilości tego, co w ogóle wywołało ten problem. Tak brzmi jedna z tez, którą zawarłem w mojej książce Meltdown, bestsellerze na liście „New York Timesa”, który z kolei udawał, że książka ta — opisująca kryzys gospodarczy z wolnorynkowego punktu widzenia jako antidotum na szerzący się distefanizm — nie istnieje.

(Moja odpowiedź jest już dłuższa niż planowałem, a zatem — w celu zapoznania bliżej czytelników z austriacką teorią cyklu koniunkturalnego — odsyłam do mojej strony z materiałami nt. szkoły austriackiej; z kolei, jeśli chodzi o argument „TARP to znakomity pomysł”, odsyłam do ekonomisty Roberta P. Murphy’ego (który uzyskał stopień doktora na New York University) oraz Davida Stockmana).

Co moglibyśmy zrobić w podobnej sytuacji bez pomocy Fedu? Po pierwsze, w warunkach bardziej solidnego systemu monetarnego mielibyśmy do czynienia z mniejszą ilością gwałtownych zawirowań, a źle zarządzane przedsiębiorstwa po prostu by upadły. Zgodził się z tym były prezes zarządu AIG, który stwierdził, że byłoby to, mimo wszystko, najlepsze rozwiązanie. Nie byłoby żadnego końca świata. Jeżeli ceny aktywów na rynku mają swobodę dostosowywania się do każdej sytuacji (co było zjawiskiem, do którego nie chciano za wszelką cenę dopuścić w czasie obecnego kryzysu), ilość istniejących rzeczy na świecie nie zmieni się. Aktywa te mogą być redystrybuowane w postępowaniach upadłościowych, jednak na świecie dostępnych nadal będzie tyle samo rzeczy, co przedtem. Tytuły własności zmieniają właścicieli, a zrestrukturyzowane przedsiębiorstwa z bardziej kompetentnym kierownictwem popychają gospodarkę do przodu. To ważna lekcja na przyszłość. Niektórym jednak może wystarczyć rozwiązanie forsowane przez DiStefano, który chciałby pozostawić Wall Street w niezmienionym stanie, bez tego całego zbędnego oczyszczenia kierownictwa i kapitału z niedoskonałości i bez zmiany sposobu, w jaki ta giełda funkcjonuje. Przeprowadzenie tych zmian mogłoby doprowadzić w przyszłości do korekty modelu biznesowego z obecnego, opartego na długu, na taki oparty na kapitale. Spowodowałoby to większą stabilizację w przyszłości.

Jednak kluczowy problem z analizą DiStefano jest taki, że to wcale nie jest analiza. Traktuje ona kryzys jako coś oczywistego, a następnie używa standardowej formułki o dobroczynności niewinności Fedu. Szkoła austriacka wskazuje, że manipulacja stopami procentowymi zaburza całą strukturę produkcji, i że ta zmieniona struktura jest niestabilna i prędzej czy później musi runąć. DiStefano nie daje nam żadnego powodu, żeby sądzić inaczej. Nie daje nawet poczucia, że rozumie on, lub w ogóle wie cokolwiek na temat argumentu, za który F.A. Hayek otrzymał Nagrodę Nobla w 1974 r.

Wszystkie te kwestie zostały szerzej omówione w rozdziale na temat Fedu w mojej nowej książce Rollback, która stawia czoła popularnym opiniom nie tylko na temat Rezerwy Federalnej, lecz także wszystkich najważniejszych dziedzin życia, co do których których wmawia nam się, że nie mogłyby się obejść bez obecności zinstytucjonalizowanego przymusu.

Krytycy status quo Fedu są potępiani jako pomyleńcy, a alternatywy wobec niego odrzucane jako nie do pomyślenia. Są one jednak nie do pomyślenia tylko i wyłącznie dlatego, że pozwoliliśmy modnym opiniom odciągnąć nas od ich rozważania. Zostaliśmy wciśnięci do pudła, w którym nasze wybory ograniczone są wyłącznie do rozmaitych form etatyzmu. Ruch na rzecz likwidacji Rezerwy Federalnej jest nadzwyczajnym i od dawna oczekiwanym pierwszym krokiem w stronę wydostania nas na zewnątrz.


Podobał Ci się artykuł? Chcesz czytać ich więcej? Wesprzyj mises.pl!


Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Thomas E. Woods

Pozostałe wpisy autora:

6 Komentarze “Woods: Życie z Fedem: cud, miód i orzeszki?

  1. Kapitalny tekst.
    Dużo na temat zawirowań na odcinku pieniądza pisze także Charles Beard w książce „Rozwój cywilizacji amerykańskiej”.

    Stany od samego zarania były wstrząsane cyklicznymi konfliktami na tle walutowym i bankowym. W dużym uproszczeniu można to ująć tak: były dwa obozy – „północny”, postulujący scentralizowaną bankowość w skali ogólnokrajowej, oraz „południowy”, postulujący decentralizację, ALE na zasadzie takiej, że banki mogą zakładać wyłącznie koncesjonowane przez władze stanowe podmioty prywatne. Czyli de facto nie była to wolna bankowość, a jedynie kartel.

    Zwolennikami hamiltonowskiego systemu konsolidacji waluty i bankowości byli zawsze ci sami ludzie – sfery gospodarcze Północy, bo dawał im elastyczne możliwości kredytowe i zapewniał handlowi elastyczną walutę na całym obszarze USA. Przed wybuchem wojny secesyjnej można na palcach jednej ręki policzyć firmy, które działały w obrębie więcej niż jednego stanu. Ludźmi, którzy gorąco nawoływali do utworzenia banku centralnego byli panowie Clay i Webster.

    System proponowany przez „Południe” także był „mafijny”. Grupa uprzywilejowanych prawnie prywatnych spółek emitowała banknoty, z których przynajmniej połowa to były śmieci. Rozwój kolei sprzyjał rozprzestrzenianiu się banknotów lokalnych po całym obszarze kraju. W przededniu wybuchu wojny domowej było już około 1600 koncesjonowanych instytucji lokalnych z obiegiem 202 milionów $ w banknotach przy pokryciu kruszcowym w wysokości 88 mln $ (dane za Charles Beard). Rozwój handlu między stanami pogarszał sytuację do tego stopnia, że przerażeni kupcy, nastawieni na prowadzenie swoich rachunków w walucie papierowej, dostawali białej gorączki. Krótko mówiąc, tuż przed wybuchem wojny amerykański system walutowy został doprowadzony przez międzystanowy kartel do sytuacji chaosu.

    Wnioski, jakie wyciągnięto z tego zamieszania, były takie, że należy utworzyć narodowy bank centralny, co też uczynił Lincoln, a o czym mozna poczytać np. tutaj:

    http://pokazywarka.pl/xhmkym-2/

  2. Off topic

    Czy może mnie ktoś skierować do jakichś źródeł bądź wytłumaczyć dlaczego podnoszenie podatków dla bogatych jest złym wyjściem?

  3. Po angielsku:

    http://www.american.com/archive/2011/august/obamasfollytaxingtherich

    „Because they are already blessed, taxing the rich is a more equitable and socially less painful way to collect revenue. The flaw in the populist welfare state is however that the rich are also few, and already taxed high, so raising their taxes taxing doesn’t bring in enormous amounts of revenue. Furthermore, in well functioning economies high income individuals also tend to be productive, so taxing them hurts output”.

  4. @Pytalski

    Wiele osób podaje motyw moralny, choć nie ma to nic wspólnego z moralnością. Przymus w takich kwestiach jest niemoralny o czym powinien wiedzieć każdy chrześcijanin (między powinieś a musisz jest duża różnica). A jak nie jesteś chrześcijaninem, to przejdzy do ekonomii i efektywności. Mistrz J.B. Say mówił, że nie ma dobrych podatków, tylko są mniej lub bardziej złe. Dodam, że dla wszystkich i dla biednych i dla bogatych. Są one nieefektywne i służą głównie jednemu obecnie celowi – redystrybucji (zabrać jednym, aby dać drugim). No i pamiętajmy – ludzie nie działają w próżni.

    Duuuuuże uproszczenie. Istnieje cos takiego jak państwo, którym zarzadza rząd i cała administracja publiczna. Państwo ma swoje zadania podstawowe, tj. jak przestrzeganie reguł (państwo prawne, jeśli wszyscy są równi wobec prawa – ideał państwa prawnego), obrona przed agresorami zewnątrz i wewnątrz (a obecnie nie tylko podstawowych, np. socjal nie jest) potrzebuje pieniędzy. Podatki natomiast są przymusową daniną na rzecz państwa. Państwa zaczęły podatkować coraz bardziej wraz z rozowjem demokracji i państwa socjalnego (wyszły poza to minimum zadań). Państwo tworzy prawo (instytucje formalne), regulacje itd… A ludzie nie są pionkami na szachownicy, którymi można od tak poruszać. To, że urzędnik chce kogoś skasowac na 20% aby domknąć budżet, nie oznacza że mu sie to uda.

    Spojrzenie z Zachodu.

    Podatki od bogatych:
    Bogaty nie będzie chciał stracić swoich pieniędzy, więc będzie uciekał się do pomocy prawników przed obskubaniem. Tu możliwości jest wiele (najskrajniejsze: raje podatkowe i korumpowanie urzędników). Efektywność wyższego opodatkowania spowoduje, że będzie tracił pieniądze na to, aby ich nie stracić. Jest to nieefektywne. Wielu bogatych proponuje wysokie stawki podatku dochodowego, ale często są to Ci, którzy nie płacą takich podatków. Chronią więc swoje zadki przed wejściem innych do klubu bogatych – czytaj: zwalczają konkurencję. Wysokie podatki zwalczają prespektywę bogacenia sie dla wszystkich tych co chcą być bogaci.

    Podatki od przedsiębiorców:
    No to właściwie to samo co wyżej. Podatki zniechęcają do większej pracy, wymuszają zachowania nieefektywne (tzw. wrzucanie w koszty) zamiast pozwolić na normalną działalność itd. Podatki oznaczają, też że wiele firm nigdy nie powstanie ze względu na koszty wejscia na rynek.

    Podatki od ubogich
    Jezeli ci mają szczęście i pracują, to mają kłopot z oszczędzaniem. Więcej im sie nie opłaca pracować, bo są karani wyższymi podatkami. A ci co żyją na socjalu, zazwyczaj tylko wegetują. A to jest demoralizujące. Zresztą to podatki (pomino innej nazwy wciąż sa to podatki – koszty pracy) i regulacje powodują bezrobocie.

    Nie ma dobrych podatków. Czy to dla bogatych czy dla biednych. Polska jest krajem biednym, więc w tym wypadku tylko silne państwo minimum coś mogłoby zdziałać. Dokończyć prywatyzację (ale zmieni c trzeba jej reguły na rynkowe), zderegulować gospodarkę, wprowadzić niskie i proste podaki (większość podatków zlikwidować, np. dochodowy), zadbać o rządy prawa i ochronę praw własności. Jednym słowem rozszerzyć wolności gospodarcze. To jednym szansa, aby biedni mogli się bogacić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy