Murphy: Inflacjoniści w stroju wilka

16 stycznia 2012 Inflacja komentarze: 0

Autor: Robert P. Murphy
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Paweł Piskorz
Wersja PDF

Przez jakiś czas ostrzegałem swoich austriackich czytelników o zagrożeniu inflacyjnym pochodzącym nie od strony obozu keynesistów, ale od wolnorynkowych ekonomistów szkoły chicagowskiej. Niektórymi przedstawicielami tej „quasi-monetarnej” czy „rynkowo-monetarnej” szkoły są Scott Sumner, Bill Woolsey, David Beckworth i Lars Christensen. Według nich za aktualny kryzys gospodarczy odpowiedzialna jest restrykcyjna polityka monetarna prowadzana przez Bena Bernankego w ciągu ostatnich trzech lat.

Chociaż ich wniosek wydaje mi się absurdalny, są oni poważnymi myślicielami i poddanie ich stanowiska całościowej krytyce byłoby karkołomnym zadaniem (przedstawiłem pewne arugmenty tutaj i tutaj, kiedy bronili drugiej tury luzowania ilościowego). Pomimo ich wyrafinowanych próśb skierowanych do Fedu, aby obrał sobie za cel dążenie do określonego wzrost nominalnego PKB itd., w praktyce wiadomość ta zostaje przefiltrowana przez komentatorów w żądania niezmąconego dopływu papierowego pieniądza. Jak zobaczymy, nie muszę się angażować się w tę farsę, gdyż mędrcy tacy jak Matt Yglesias i Martin Wolf otwarcie twierdzą, iż rozwiązaniem naszej gospodarczej niedoli jest zrzucanie pieniędzy z helikoptera.

Jest to bardzo niepokojący rozwój sytuacji. Tak jak interwencjonistyczne zapędy (które spowolniły uzdrowienie gospodarki) administracji Hoovera na początku lat 30. doprowadziły do rozrostu rządu w ramach Nowego Ładu i porzucenia standardu złota, tak też pakiety stymulacyjne i inne nieudane programy administracji Busha i Obamy przyczyniły się do sytuacji, w której drukowanie pieniędzy jest poważnie rozważane jako wariant polityki gospodarczej.

 

Yglesias i Wolf na temat prasy drukarskiej

Pierwsza wstawka pochodzi od naszego ulubionego Matta Yglesiasa, który na blogu wyraził swoja opinię na temat ruchu „oburzonych”:

 

Mój pogląd jest taki, iż najlepszym żądaniem (byłby) „darmowy pieniądz dla nas wszystkich”. Istnieje wiele możliwości wprowadzenia tego rozwiązania, jednak w bieżącej sytuacji rząd głęboko wierzy w znaczenie kanału kredytowego dla ożywienia gospodarki i tym samym jest skłonny dostarczyć darmowy pieniądz jedynie do graczy w sektorze bankowym. Zwolnienia z długu są jedną z form darmowego pieniądza dla dłużników. Jednak dlaczego jedynie banki powinny otrzymać darmowe fundusze? I dlaczego powinny je otrzymać jedynie zadłużone podmioty? Dlaczego nie przekazać darmowych pieniędzy wszystkim obywatelom? Pojęcie „wszystkim” oczywiście obejmuje zadłużonych, jednak także zwykłych ludzi, którzy nie skorzystali z kredytowego szaleństwa. Pomysł ten jest tak dobry, iż wydaje się niemal głupi. Wszyscy „wiedzą”, że nie jesteś w stanie tak po prostu dać pieniędzy obywatelom, choć faktycznie możesz. Zwykle takie działania nie są wskazane. W długim okresie pieniądz jest neutralny, wydrukowanie większej ilość środków nie może cię wzbogacić, ale w krótkim okresie wpłynie on na ceny. W większości przypadków jego alokacja byłaby błędna, jednak w dzisiejszych warunkach jego dopływ byłby użyteczny. Nie wiem, jaki jest najlepszy sposób, aby obrócić to na chwytliwy slogan, jednak jeżeli różne instytucje, które składają się na rząd, zaczną ze sobą współpracować, mogą przekazać w nasze ręce więcej dolarów. Kredytodawcy nie będą zachwyceni taką sytuacją, ponieważ ich istniejące wierzytelności ulegną dewaluacji, ale co z tego?    

 

Dla niewprawnego oka może się wydawać, iż Yglesias jest całkowicie pozbawiony wiedzy ekonomicznej, jednak w rzeczywistości przekazuje on tylko popularną wersję poglądów quasi-monetarystów na świat. Zalecenie Yglesiasa dla protestujących, aby domagali się „darmowych pieniędzy dla wszystkich” jest w rzeczywistości logicznie spójne z bardziej wyrafinowanymi poglądami reklamowanymi przez ekonomistów, których artykuły przytoczyłem powyżej.

Kiedy zobaczyłem wpis Yglesiasa byłem zniechęcony, jednak pocieszeniem był dla mnie fakt, iż w zasadzie jest on jedynie młodym gościem rzucającym żywiołowe komentarze. Poważni reprezentanci inteligencji — ludzie po pięćdziesiątce, którzy latają prywatnymi odrzutowcami i nigdy nie grali w Grand Theft Auto — na pewno nie popadną w tak czystą postać inflacjonizmu, prawda? Z wyjątkiem zasłużonego felietonisty „Financial Timesa” Martina Wolfa, który niedawno napisał:

 

Jest to rozwiązanie, którego nazwy nie można wymawiać: prasa drukarska. Nadszedł czas, aby zastosować ją na wielką skalę. Co trzeba zrobić? Pierwszym zadaniem jest porzucenie defetyzmu politycznego nazwanego tak przez Adama Poseona, członka komisji polityki monetarnej.

Następnie konieczne jest, aby podtrzymać popyt. Przy wyjątkowo surowej polityce fiskalnej oraz prawie wyczerpanych możliwościach prowadzenia tradycyjnej polityki monetarnej alternatywą pozostało luzowanie ilościowe.

Osobiście popieram tzw. zrzucanie pieniędzy z helikoptera zaproponowane przez radykalnego ekonomistę Miltona Friedmana. Byłoby to quasi-fiskalne rozwiązanie. Pieniądz banku centralnego mógłby poprzez rząd dostać się do ogółu społeczeństwa. Alternatywą jest pozyskanie przez rząd funduszy bezpośrednio z banku centralnego. Rząd mógłby również zwiększyć deficyt poprzez obniżkę podatków i pozyskanie niezbędnego finansowania z banku centralnego. W każdym z zaproponowanych rozwiązań bank centralny występowałby w roli zwykłego banku komercyjnego, tworząc pieniądz poprzez udzielanie kredytu.

W obecnej sytuacji polityka bezpośredniego finansowanie rządu przez bank centralny powinna przemawiać zarówno do keynesistów, jak i monetarystów. Ci drudzy powinni się martwić spadkiem agregatu M4 w lipcu 2011 r. w Wielkiej Brytanii o 1,1% rok do roku. Keynesiści powinni zaś być zadowoleni, ponieważ rządy mogą nadal zwiększać swoje deficyty bez wzrostu poziomu zadłużenia u obywateli.

 

Tak wygląda obecny stan dyskusji na temat polityki monetarnej: otwarcie mówimy o możliwość dodruku pieniędzy przez bank centralny, aby pokryć rządowe zobowiązania i ma to być świetne rozwiązanie, ponieważ nie tworzy kosztów dla  podatnika.

Sytuacja ta jest ironiczna, ponieważ przez ostatnie trzy lata analitycy twierdzili, iż inwestorzy są zadowoleni z niskiego oprocentowania długoterminowych obligacji, bowiem ufają, że Fed osiągnie założony cel inflacyjny. Jednak jeżeli dostrzegą, iż Fed rozpoczął proces monetyzacji rządowego zadłużenia — jak miało to miejsce w Zimbabwe — zobaczymy gwałtowny wzrost oczekiwań inflacyjnych oraz oprocentowania obligacji.

Dla niektórych z nas może wydawać się to niedorzeczne, ponieważ QE1 oraz QE2 są z założenia operacjami, w których Fed tworzy z niczego setki miliardów dolarów, aby nabyć za nie rządowy dług.

Wcześniej, można byłoby wybaczyć analitykom, że nie dostrzegli oczywistego. Mimo wszystko pracownicy Fed wykonali świetną robotę, żeby zaciemnić obraz swoich działań. Doprowadzili do tego, że cała sytuacja wyglądała następująco: departament skarbu prowadzi swoją zwykłą działalność operacyjną, a SRF wychodzi z propozycją: „Hej, potrzebujemy nabyć setki miliardów obligacji od pewnej organizacji w celu osiągnięcia naszych założeń dotyczących stóp procentowych, jakieś pomysły?”.

Teraz Martin Wolf (oraz rosnący chórek innych inflacjonistów) otwarcie wzywa bank centralny do monetyzacji deficytu. Zastanawiam się, czy rzeczywiście zaklasyfikujemy taką operację jako monetyzacja deficytu. To byłby  przynajmniej jakiś postęp.

 

Szkoła austriacka i teoria wyboru publicznego kontra szkoła chicagowska

Abstrahując od innych wniosków, ostatnie wydarzenia demonstrują znaczenie istnienia różnych szkół myśli, które można generalnie zaliczyć do wolnorynkowych. Wolf jest całkowicie usprawiedliwiony, kiedy cytuje Miltona Friedmana. W końcu to on (wraz z Anną Schwartz) stwierdził w swojej słynnej pracy, iż wielki kryzys był skutkiem restrykcyjnej polityki monetarnej. Nie możemy sprawdzić, co powiedziałby sam Friedman, gdyby nadal żył, jednak ludzie tacy jak Sumner przekonująco dowodzą, iż poparłby on zwiększenie inflacji.

Na stronach Mises Institute wielokrotnie wykazywaliśmy, iż sztucznie zaniżone stopy procentowe oraz inflacja monetarna, prowadzą do błędnej alokacji zasobów i w rzeczywistości doprowadzają gospodarkę do zapaści. Nie chce tutaj przypominać tych argumentów. Pozwólcie mi jedynie powtórzyć, iż dziwną rzeczą jest obwinianie restrykcyjnej polityki monetarnej o doprowadzenie do aktualnej niedoli, kiedy baza monetarna oraz agregat M1 wyglądają następująco:

Miewałem już podobne spory z quasi-monetarystami, zawsze dochodziliśmy do punktu, w którym oni skupiali się na lepkości cen, popycie pieniężnym oraz oczekiwanym wzroście całkowitego dochodu, natomiast ja koncentrowałem się na roli cen rynkowych oraz strukturze kapitałowej.

W świetle ostatnich nawoływań o darmowe pieniądze (dla wszystkich bądź samego rządu) przez Yglesiasa i Wolfa, warto posłuchać ekonomistów szkoły wyboru publicznego, którzy odnośnie do tej kwestii prawdopodobnie powiedzieliby, że gdy otworzymy inflacyjną puszkę Pandory — nawet jeżeli byłoby to właściwym posunięciem w tych niezwykłych czasach — to nie dałoby się jej ponownie zamknąć.

Przykładowo, jeżeli Fed naprawdę zagwarantuje podstawowy dochód każdemu obywatelowi — jak rozpatrywał to Yglesias w swoich komentarzach — czy taka zmiana nie byłaby tak trudna do zakończenia jak likwidacja  systemu przymusowych ubezpieczeń społecznych (ang. Social Security)? Jeżeli Fed rozpocząłby udzielanie pożyczek bezpośrednio małym i średnim przedsiębiorcom (jak sugerował Wolf), czy alokacja kapitału nie zostałaby nieodwracalnie upolityczniona?

 

Wnioski

Świat przez ostatnie trzy lata był bardzo dziwnym miejscem, w którym znaczny rozrost bilansu banku centralnego nie doprowadził cen benzyny do poziomu 10 USD za galon czy bochenka chleba po 5 USD. Bez względu na to, która szkoła ekonomii może w najlepszy sposób scharakteryzować te wydarzenia, wszyscy będziemy żałować, że najważniejszą lekcją płynącą z tych zdarzeń jest to, iż drukowanie pieniędzy może przynieść dobrobyt. Teraz, gdy pomysł ten mocno się już przyswoił, konieczny będzie znaczny spadek siły nabywczej pieniądza, aby przypomnieć wszystkim, dlaczego „inflacja” była kiedyś terminem przywołującym tak przykre skojarzenia.


Podobał Ci się artykuł? Chcesz czytać ich więcej? Wesprzyj mises.pl!


 

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Robert Murphy

Amerykański ekonomista i konsultant związany z austriacką szkołą ekonomii. Tytuł doktora uzyskał na New York University, obecnie jest adiunktem na Texas Tech University. Współpracuje z licznymi amerykańskimi think-tankami. W ramach działalności w Independent Institute i Ludwig von Mises Institute angażuje się w liczne inicjatywy edukacyjne – prowadzi wykłady, kursy e-learningowe, pisze książki. To właśnie w ramach współpracy z tymi instytucjami powstały jego przewodniki ułatwiające lekturę najważniejszych dzieł ekonomistów szkoły austriackiej: "Ludzkiego działania" i "Teorii pieniądza i kredytu" Ludwiga von Misesa oraz "Ekonomii wolnego rynku" Murraya N. Rothbarda. Murphy jest także autorem podręcznika z ekonomii dla licealistów "Lessons for the Young Economist" i książki "Choice: Cooperation, Enterprise, and Human Action".

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy