Hopls: W stronę austriackiej rekonstrukcji teorii związków

1 kwietnia 2012 Teksty komentarze: 11

Autor: Wiktor Hopls
Wersja PDF

Abstrakt: Głównonurtowa i znajdująca się obecnie w poważnym kryzysie teoria dotycząca związków budowanych przez mężczyzn i kobiety opierała się na zobiektywizowanym psychologizowaniu. Celem niniejszego tekstu jest pokazanie błędów tej teorii i udowodnienie, że prawdziwe uczucie, prowadzące do szczęśliwego związku nie może zostać odgórnie zaplanowane i musi opierać się na prakseologii ładu spontanicznego.

 

Mainstream teorii związkowej w pigułce

Jeszcze ledwo ponad dwadzieścia lat temu, na konferencji, w której uczestniczyły największe naukowe autorytety, B.F. Skinner, pionier współczesnej psychologii, obwieścił światu, że model związkowy został w dużej mierze domknięty i opracowany, a wszelkie jego defekty i klęski były kwestią czysto techniczną, sprowadzająca się do problemu pomiaru właściwych parametrów i ich wag. Jakiekolwiek anomalie, które się pojawiały, rozpady małżeństw, rodzin, wzrost liczby depresji, tłumaczone były czynnikami zewnętrznymi względem modelu i niezależnymi od skuteczności niepodważalnego schematu głównonurtowego[1].

W istocie główny nurt teorii związkowej został zamknięty w czymś, co możemy roboczo nazwać, pudełkiem Skinnera. Pudełko to stało się ślepym zaułkiem dla zrozumienia poprawnej natury relacji damsko-męskich i jednocześnie stanowi trumnę, w której możemy dzisiaj pochować teorie-bankruty. W możliwie największym skrócie pudełko to opiera się na sześciu istotnych założeniach:

 

1. Prawo malejących przychodów w związku

To założenie nie jest do końca niepoprawne, ale jego błędna interpretacja otwiera furtkę do całego szeregu problemów, z którymi nie sposób sobie poradzić. Przypomnijmy, samo prawo malejących przychodów ma głęboki sens i metafizyczne ugruntowanie w rzeczywistości, jaka nas otacza. Mówi mianowicie o tym, że inwestowanie środków w dany związek musi w pewnym momencie prowadzić do coraz to mniejszego przyrostu szczęścia w związku. I faktycznie, instynktownie wydaje się nam to poprawne. Pierwsze wyjście na randkę wydaje się przynosić przyrost przyjemności i radości w dużo większym stopniu niż następne i następne. Co więcej, w pewnym momencie dalsze wychodzenie na randkę nie tylko zmniejszy przyrosty przyjemności, ale spowoduje nawet zjawiska negatywne i następnie może powodować ujemne przyrosty, czyli tak zwane spadki[2].

Każdy z indywidualnych elementów budowania związku, rozmowa, wspólne wyjścia, jedzenie, czy pocałunki etc. mają swój własny wykres malejących przychodów i każdy kolejny oznacza coraz mniejsze przyrosty przyjemności. Jakie niesie to za sobą konkluzje dla budowania związków? Każdy z tych czynników zdaje się mieć pewien optymalny poziom wykorzystania, po którego osiągnięciu w zasadzie wchodzi się w stany niepożądane. W efekcie normatywna teoria związkowa zbudowana na powyższych enuncjacjach zaleca ciągłe przesuwanie krzywej możliwości produkcyjnych za pomocą wprowadzania coraz to nowych form spędzania czasu i angażowania się w wymyślne przyjemności tak, aby „w związku nie zapanowała nuda” (Boys 1981, s. 2).

 

2. Najbardziej optymalna sytuacja związkowa występuję w momencie zaistnienia równowagi

Sztywno zdefiniowane prawo malejących przychodów prowadzi do kolejnej istotnej konkluzji w głównym nurcie. Mianowicie stany optymalne w związkach opisywane są za pomocą prostych układów równowagowych. Nie jest ani wyjaśnione, jak związek w danym stanie się znalazł, ani w jaki sposób do tego stanu dochodzi. Stan ten opisany jest po prostu przez parametryczny układ zmiennych wyprowadzony z warunków brzegowych (Rescuer 1974, s. 33). A zatem związek optymalny, to związek, w którym wiadomo wszystko, co się dzieje, gdzie się dzieje, jak się dzieje i w sumie… nic się nie dzieje.

 

3. Preferencje są dane z góry i określają wybory człowieka

Kolejną aksjomatyczną klamrą jest produkowanie preferencji zgodnie ze Skinnerowską koncepcją człowieka behawioralnego. Odrzucając chrześcijańską wizję, przyjmuje się tutaj model człowieka tabloidalnego (tabula rasa), w którego można wdrukować dowolne idee, pomysły, cechy, czy przyzwyczajenia[3]. Zauważmy, jak bardzo techniczne podejście bywa złudne w tym wypadku, sprawiając pozory naukowości. Człowiek i jego działanie traktowane są jako produkty, przedmioty, nieromantyczne elementy pasywnie reagujące na istniejące czynniki w opisanej funkcji produkcji. W istocie w tej kwestii imperializm scjentystyczny osiągnął swoje najwyższe stadium i dokonał morfologicznej fuzji z ergonomicznym konstruktywizmem. Metoda na stworzenie udanego związku jest tutaj rozpisana z góry pewnym schematem, planem działania, krok po kroku, z bezwzględnym i niehumanitarnym rozłożeniem map zmiennych i ich macierzy. Nie ma tu w zasadzie miejsca na budowanie związku i kształtowanie szczęścia poprzez decyzje człowieka. O wszystkim decydują deterministyczne zmienne.

 

4. Informacja jest obiektywizowana i praktycznie automatycznie interpersonalna

Cały konstruktywistyczny projekt teorii związkowej musiałby runąć niczym dwie wieże, gdyby nie opierał się również na zobiektywizowaniu zestawu Sarumanowskich informacji. Nie sposób bowiem budować map związkowych, linii czynników, gdzie dochodzi do najoptymalniejszych wyborów, gdyby w ramach analizowanych zmiennych nie dało się skategoryzować informacji i przypisać im odpowiednich wag numerycznych. A zatem informacja w tych modelach jest czymś kalkulowanym, łatwo poznawalnym przez ludzi, których ona nie dotyczy. Stąd wystarczy, że projektant danego modelu związkowego spojrzy na jakąś parę osób i będzie już w stanie stwierdzić, co dana osoba ma na myśli postępując tak, czy inaczej.

 

5. Wydarzenia i zdarzenia mogą być uznawane za homogeniczne

Konstruktywistyczne modelowanie związku nie byłoby możliwe, gdyby zdarzenia, które się pojawiają, nie mogły być repetowane i porównywane ciągle na nowo w tych samych warunkach. A taki stan rzeczy może występować tylko, jeśli da się zestawiać ze sobą poszczególne zdarzenia i ujmować w obiektywny rachunek prawdopodobieństwa. Musimy mieć możliwość mówienia o zdarzeniach tej samej klasy, elementów swoistej homogenicznej i bezkształtnej galarety, na przykład mierzalnej za pomocą danego wskaźnika. Lub też chociażby samego zgrupowania zdarzeń. Stąd mówimy: pierwsza randka, druga randka, trzecia randka itd. Nie zaś randka w tym a tym miejscu, w tym a tym czasie[4].

 

6. Szczęście wewnątrz związku (mikro) może być odseparowane od szczęścia na zewnątrz związku (makro)

Ostatnie i jednocześnie zabójcze dla związku założenie teorii głównego nurtu, będące także konsekwencją założenia o wyborach człowieka jako produktach dziwnych głęboko ukrytych funkcji, mówi o tym, że związek przede wszystkim funkcjonuje w sferze mikro, tzn., że ludzie będąc ze sobą mogą odczuwać swego rodzaju błogi stan, mylnie przez nich interpretowany jako „szczęście”. „Skoro przebywamy razem, jest nam we dwójkę dobrze, oznacza to sukces”. Inną sprawą jest natomiast przebywanie we dwójkę w większym towarzystwie, gdzie ze sfery mikro przechodzimy w sferę makro. Tutaj możemy już odczuwać dyskomfort, możemy się wstydzić naszego partnera, możemy się obawiać go pokazać innym, możemy chcieć go unikać za wszelką cenę i uciekać w stronę innych ludzi. I nie ma w tym nic złego, ponieważ to jest już kwestią makro-teorii związków, podczas gdy teoria mikro ma swoje własne tezy od niej oderwane.

 

Główne problemy teorii mainstreamowej

Nietrudno zauważyć oczywiste niedociągnięcia powyższych założeń. Co więcej, ich problemy były dostrzegalne także w samym głównym nurcie (zobacz na przykład Samuelson 1988). Ponieważ jesteśmy ograniczeni ilościowo, a nasz tekst nie jest traktem, postaramy się w skrócie przedstawić te problemy.

W kwestii prawa malejących przychodów należy zauważyć, że całość tego parametrycznego ujęcia opiera się na jednym istotnym założeniu. Mianowicie na założeniu ceteris paribus. Każda kolejna randka będzie przynosiła mniejszą satysfakcję niż poprzednia tylko i wyłącznie pod warunkiem takim, że wszystkie inne czynniki pozostają niezmienione. W momencie, w którym kolejna randka pojawia się w zupełnie nowych warunkach, konstruowanie krzywej możliwości produkcyjnych związku nie tylko mija się z celem, lecz jest zupełnie niemożliwe.

Jeśli wytyczenie takiej krzywej jest niemożliwe, to również wszelkie normatywne zalecenia na niej zbudowane należy traktować z rezerwą. Bez tej krzywej nie można bowiem zalecać jej przesunięcia tak jak suknia ślubna nie może być jednocześnie czerwona i zielona w tym samym momencie (Carnapp 1934, s. 345).

A jeśli takowa krzywa nie istnieje, to wniosek, który się nam nasuwa, to również ostrożność w zaleceniach dla budowanych związków. Być może kluczem wcale nie jest ciągłe eksperymentowanie i angażowanie się w coraz nowsze i jeszcze dotąd niepoznanie zachowania. Być może kompletnie ślepe działanie tylko w imię poszukiwania nowych form spędzania czasu powinno być zastąpione czymś zupełnie innym. A zatem wbrew zapewnieniom głównego nurtu każda kolejna randka w związku wcale nie musi prowadzić do mniejszego przyrostu satysfakcji niż poprzednia pod warunkiem, że inne czynniki się także zmieniają. Stąd tak długo, jak związek jest, nazwijmy to, żywym organizmem, w którym nie zmienia się tylko jednej rzeczy w nadchodzącym okresie t (następującym po t-1), lecz zmienia wiele rzeczy na raz, każda kolejna randka, czy wspólne spędzenie czasu mogą dawać nawet rosnące przychody i coraz większe przyrosty satysfakcji! Wbrew jawnym oszustwom przedstawicieli głównego nurtu uczucie między ludźmi nie musi słabnąć, a Malthuzjańskie strachy na lachy mogą wyparować.

Drugie założenie o stanach równowagi jest nierealistyczne, ponieważ w związku nigdy nie ma równowagi. Co więcej, nikt tak naprawdę nie potrafiłby tej równowagi w należyty sposób zdefiniować, ponieważ jest ona tworem rodem z „matematycznego oparzeliska” (Czerniawski 1998, s. 22). Zamiast tego dużo bardziej poprawne wydaje się postawienie na proces dochodzenia do nigdy nieosiągalnego punktu równowagowego związku. Teoria głównego nurtu wpada bowiem tutaj w poważnie samozaprzeczenie – skoro bowiem związek ma się znajdować w stanie równowagowym, to jaka w ogóle może być motywacja mająca na celu wytracanie z tego stanu, zwłaszcza, że nawet wytrącenie nie jest w stanie go zmienić, a co najwyżej zamienić?[5]

Naszym zdaniem natomiast lepszym ujęciem jest wyjście od związkowości w ciągłym ruchu, gdzie żaden z góry założony punkt nie zostaje nigdy osiągnięty, a jedynie stanowi subiektywny punkt odniesienia, budujący niedościgniony kompas szczęśliwości (Gilznel 1973, s. 243[6]).

Założenie trzecie jest chyba najważniejszym atakiem na ideę człowieka w ogóle. Próba odseparowania wyboru ludzi od tego, kim tak naprawdę są, lub mogą być, ma zgubne konsekwencje nie tylko dla właściwego modelu partnerskiego, ale człowieczeństwa w ogóle. Z jednej strony macierze zachowań ludzkich mają wyjątkową tendencję do przeszacowywania wpływu poszczególnych zmiennych[7]. Z drugiej strony będą promować zachowania takie jak niewierność, nieuczciwość czy wredota (w imię maksymalizacyjnych rozwiązań, bowiem przecież zmienne są tu sednem, a nie wartości!)[8].

Co więcej, samo zerwanie połączenia wyboru ludzkiego z człowieczeństwem i próba stawiania działań człowieka jako automatycznych niemal efektów pewnych nakładów w analizie input/output, to po prostu zbrodnia intelektualna. Jak słusznie zauważa jeden z krytyków „Nasze działania odzwierciedlają to, kim jesteśmy. I siebie kształtujemy swoimi działaniami. Nie ma czegoś takiego ‘coś głęboko w nas’ poza nami samymi i naszymi działaniami, bowiem to czyny właśnie konstytuują nas, naszą osobowość i nasze człowieczeństwo” (Wayne 2005, s. 354).

Założenie czwarte o możliwości zobiektywizowania informacji może zostać bardzo łatwo przez nas podważone chociażby za pomocą danych empirycznych.[9] W niedawnych badaniach na próbce kilkudziesięciu tysięcy związków, naukowcy sprawdzali tysiące przypadków, gdzie dochodziło do jakiejś scysji między partnerami (Lucky 2003). W tym wypadku mężczyzna w związku zadawał pytanie „Co się stało?”, a otrzymywał różne odpowiedzi od kobiety. Kilkaset z tych odpowiedzi, dokładnie 877 z nich, brzmiało „Nic”. Zgodnie z modelem głównonurtowym taka informacja powinna zostać skategoryzowana, a następnie skalkulowana w ramach modelu na związek optymalny. Tymczasem jak pokazały dalsze studia, te 877 kobiet, które udzieliły odpowiedzi „Nic”, wcale nie miały we wszystkich przypadkach „nic” na myśli. Co więcej, co stanowiło niemałe zaskoczenie dla przedstawicieli głównego nurtu, okazało się, że te 877 kobiet nie miało na myśli nawet 877 różnych rzeczy, ale słowo „nic” miało w tych 877 wypadkach aż ponad 14 tysięcy znaczeń. Przypadek ten, jakże prosty i trafny, pokazuje dobitnie zgubę próby obiektywizowania informacji. Nie jest ona łatwo poznawalna, ani dla zewnętrznego obserwatora (ani nawet uczestnika całego procesu, który nie jest w stanie go całego objąć swoim umysłem), więc nie może być również łatwo wymodelowana w idylli na rzecz udanego związku.

Założenie piąte jest także konieczne do głownonurtowego spłycania i otworzenia wrót matematycznego bagna. Jeśli zdamy sobie sprawę z heterogeniczności wydarzeń, z tego, że randka randce nierówna, że dane wspólne wyjście nie jest tym samym co wyjście o innej porze, w innym miejscu, wtedy otwiera się przed nami zupełnie nowa perspektywa. Perspektywa nieznajomości poszczególnych jednostkowych przypadków, w których uczestniczymy w ramach związku. Co więcej, związek się staje właśnie procesem i odkrywaniem, a przestaje być ciągłym wyliczaniem i prymityzowaniem w stylu „jesteśmy już ze sobą 3 lata”, albo „to nasza 10 randka razem”. Zamiast tego ważniejsze staje się koncentrowanie na odkrywaniu szczęścia w każdej nowej i niepowtarzalnej sytuacji.

Elementy związku są ze swojej natury heterogeniczne, niemierzalne i nie mogą być sprowadzane w prosty sposób do wspólnego czynnikowego mianownika (Kobietmann 1949, s. 144). Każdy z nich musi być traktowany w sposób wyjątkowy i indywidualny. Każda randka jest czymś nowym, wcześniej niepoznanym i ujmowanie jej w kategorię kolejnej „randki” będzie zgubne dla niej samej, a w długim okresie dla całego związku.

Finalne błędne założenie mówiące o związkach, czyli założenie wprowadzające rozróżnienie sfery związków na mikro i makro jest eschatologicznym ziarnem destrukcji szczęścia w życiu człowieka.[10] Tymczasem prawdziwe uczucie w związku nie może zostać zagłuszone przez środowisko. Szczęście na poziomie mikro, w dwuosobowym związku, musi emanować na sferę makro, na sferę ze wszystkimi innymi ludźmi, z którymi się przebywa i rozmawia. Druga osoba pozostaje dla pierwszej dopełnieniem bez względu na to, czy spędzają czas we dwójkę, czy stoją w tłumie na koncercie, czy siedzą w towarzystwie staruszek plotkujących o najnowszych modelach samochodów wyścigowych, czy udoskonaleniach opieki dentystycznej (Cruise 1997, s. 201).

 

Propozycje alternatywne: związek spontaniczny a związkowy pozytywizm i postmodernizm

Wydaje się wobec tego, że należałoby odrzucić stanowczo dotychczasowe podejście głównonurtowe do budowania związków. Sprowadza się ono do konstruktywistycznego postawienia problemu ich budowania, pielęgnacji i odpowiedniego doboru wzajemnych partnerów. Moglibyśmy nawet mówić tutaj o niechwalebnym scjentyzmie oraz próbie apriorycznego ustalania optymalnego wyboru dokonywanego przez strony zainteresowane. Naszym zdaniem ujęcie złożonościowe jednoznacznie pokazuje, że tego rodzaju perspektywa jest skazana na niepowodzenie. Badania empiryczne to doskonale ilustrują[11]. Od czasu panowania mitologii głównonurtowej związki na całym świecie spotkała katastrofa, jakiej jeszcze nie tak dawno nikt nie przewidywał. W świetle tych niespodziewanych przez niektórych (a przez niektórych świetnie przewidzianych) faktów pojawiła się konieczność zbudowania alternatywnych teorii.

Nie ma wątpliwości zatem, że stoimy u progu Kuhnowskiego przewrotu paradygmatów. Pierwsza, najbardziej naiwna i skazana wobec tego na nieuniknioną klęskę opcja to propozycja ratowania istniejącego podejścia poprzez typowe Popperowskie zabiegi ochronne. Mianowicie wszelkie anomalie i łamigłówki wynikające z niezgodności oficjalnej teorii związków z jej przewidywaniami mają zostać uratowane sprytnym wpuszczeniem rachunku prawdopodobieństwa ze stadem czarnych łabędzi (Taliban 1999, s. 43). Owszem, powiadają zwolennicy głównego nurtu, nasze teorie nawalają, lecz to oznacza tylko, że nawalają w pewnym zakresie. Naszym zadaniem natomiast powinna być tak sprytna stochastyczna konstrukcja modelu. Oto w istocie co kryje się za całą koncepcją Love at Risk (Miłość zagrożona). Jeśli model nie przewidział tego, że związek nie będzie działał należycie i dojdzie do jego rozpadu, to nie oznacza, iż model zawiódł, lecz to, że na nieszczęście wypadł poza pewien obszar tolerancji[12].

Bez względu na to, jak bardzo naukowe może nam się wydać to podejście, niewątpliwie przypomina ono generowanie swoistego rodzaju zsypu na błędy modelowe i kalibrowania go w dowolny sposób, byleby tylko spełnić z góry założony cel: tchnąć w trupa życie za wszelką cenę. Tymczasem ów związkowy pozytywizm sam już się skazał na klęskę, gdyż jeszcze w latach pięćdziesiątych za główną metodologię wyznaczył sobie zdolności predykcyjne. Przypomnijmy główną tezę słynnego manifestu Grilledboya z 1953, manipulując tylko odrobinę cytatem z tego tekstu „Jeśli za kilkadziesiąt lat okaże się, że więcej związków się rozpada, a my będzie musieli stosować stochastyczne sztuczki dla ratowania teorii, wtedy wszyscy będziemy musieli się podać do dymisji i zarzucić raz na zawsze ten biznes związkowego modelowania” (Grilledboy 1953, s. 33).

Jak nietrudno się domyślić, nie dość, że biznes planowania nie został zarzucony, to na dodatek rozrósł się do rozmiarów wcześniej niewyobrażalnych i zaczął zatrudniać kolejne miliony ludzi na państwowe posady.

Mamy jednak kolejną opcję teorii związkowej, opcję dużo bardziej niebezpieczną, ponieważ z jednej strony do tej pory nieprzetestowaną w pełni (więc mniej skompromitowaną), a z drugiej strony naprawdę niebezpieczną dla budowania udanych związków. Chodzi mianowicie o związkowy postmodernizm. W pigułce możemy te teorię streścić w sposób następujący: ponieważ nie istnieją modele udanego pożycia w partnerstwie i małżeństwie, nie istnieje możliwość poznania obiektywnych prawideł i informacji dotyczących drugiej osoby, musimy zarzucić w ogóle wiarę w to, że istnieją obiektywne zasady dotyczące konieczności postępowania w związkach. Zamiast tego powinny „rozkwitać wszystkie kwiaty”, powinniśmy pozwolić na swobodne wchodzenie w relacje, dowolnie z nich wychodzenie, a jedynymi bodźcami regulującymi nasze działania winny być zmysły i krótkoterminowe uczucia[13]. Innymi słowy, jeśli w danym momencie chcemy być z kimś w związku, bo tak nam mówią hormony, wszystko jest w porządku. Kiedy jednak nagle nam przyjdzie ochota, nawet na parę godzin, żeby być z kimś innym, nie powinniśmy się tutaj hamować żadnymi ograniczeniami, narzucanym z zewnątrz przez jakieś zasady (Frayeramen 1975, s. 87)[14].

O ile w sferze krytycznej podejście to ma pewne znamiona racji, ponieważ nie można po prostu zaprojektować dowolnie udanego związku, o tyle przeskoczenie na stronę przeciwną i stwierdzenie w ogóle nie da się budować udanego związku jest poważnym nadużyciem, ponieważ jakieś prawidłowości istnieją.[15] To, że nie da się dowolnie zmanipulować relacji i tworzyć sztucznych tworów, nie oznacza przecież jeszcze tego, że udanego związku nie da się w ogóle budować. Przeciwnie, budowa udanego związku powinna się właśnie zaczynać od skromności i zdania sobie sprawy z powagi wyzwania. Uważamy wobec tego, że pójście w ślady Frayeramena poprowadzi do zupełnej dewastacji i związkowego dekadentyzmu[16].

Nie dajemy tutaj zupełnych odpowiedzi, ani nie zamierzamy twierdzić, iż są one możliwe, ponieważ wtedy popełnilibyśmy błąd ten sam co główny nurt. Uważamy po prostu, że poza reformistycznym pozytywizmem i zabójczym postmodernizmem związkowym, pozostaje trzecia opcja. Opcja budowania związku przez racjonalną spontaniczność. Związek jest procedurą odkrywania, procedurą spontaniczną, procedurą nieprzewidywalną, ale taką, nad którą można pracować. Razem. Związek jest procesem, procesem naturalnej selekcji i docierania dokonywanym w sferze subiektywnych relacji między partnerami. I ponieważ każda ze stron posiada zindywidualizowaną wiedzę określonego miejsca i czasu proces ten nie może być oderwany od realnego, prakseologicznego łączenia się w pary w świecie i czasie rzeczywistym (Hayek 1999, s. 45)[17].

 

Podsumowanie

Niniejsza prakseologiczna rekonstrukcja teorii związków dobiegła końca. Nasza notatka nie jest oczywiście w pełni wyczerpującą temat analizą, która zamyka usta wszystkim krytykom, choć nie ma co ukrywać, że jest temu bliska. W naszym papierze staraliśmy się pokazać zgubny wpływ konstruktywistycznego podejścia do budowania związków, aby jednocześnie oczyścić drogę do naszym zdaniem poprawnej spontanicznej teorii związkowej. Wbrew temu, co się twierdzi, brak narzuconych regulacji odgórnych wcale nie będzie roztaczał dla związku dużo gorszych perspektyw niż w podejściu planistycznym. Są raczej powody ku temu, by sądzić dokładnie odwrotnie, a zatem by, bez względu na to, jak dziwnie to może brzmieć, przedstawić i obronić tezy dokładnie przeciwne[18]. Co więcej za nęcącą namową Panny „S”, skłaniamy się ku tezie, że głównonurtowe modelowanie daje gwarancję planowanego, ale planowanego chaosu w związku ze wszystkimi negatywnymi tego konsekwencjami, a nie prawdziwego szczęścia w związku budowanym na spontanicznej miłości.

 

Literatura:

Abaelardus, Petrus. 1138. Around the World in 3480 days. Konstantynopol: Anti-Ludolfing.

Boys, Pet Shop. 1990. Being Boring. Munich: Behaviour.

Carnapp, Rudolf. 1934. „How my fiancée screw up the wedding” Journal of Positive Nihilism and Nihilist Positivism, Vol. 65, No. 4.

Cruise, Tom. 1997. How I Seduced Renee Zellweger. LA: Qua.

Czerniawski, Iwo. 1998. Słońce. Jego promienie, palące. Birobidżan: Trans-Mandżurian Publishing House.

Frayeramen, Paul. 1975. Against Love and other Mythical Concepts. Hell: Satan’s Shelf Press.

Gilznel, Tel Awiw. 1973. Meaning of man-woman relationship. Routledge.

Gilznel, Tel Awiw. 1997. “Remembering Miss ’S’ and her Reflections on Relationships” Review of Process Psychology. Vol. 4, No. 5.

Grilledboy, Onn. 1953. “Methodology of Good Vibrations” in idem. Here, there, this, that and two smoking barrels, Chicago: University of Chicago Press.

Hayek, Salma. 1999. „Relationship as a Discovery Procedure” in idem, Individualism and Sexual Order. Los Angeles: Sunset Blv.

Hermits, Herman’s. 1966. No milk today, my lover’s gone away. Rogal Plaza: Nielsen’s Stocks.

Kobietmann, Ludwik. 1949. Man-Woman Relationship and its structure. New York: Austrian Community for Poligamy.

Lucky, Almost. 2003. You really think you know what I mean? Well, let me tell you – you have no clue, Various Places: Ordinary Life.

Marks, Karol; i Herbert Spencer. 1901. People want clothes and food – we can certainly all agree on that. London: The Most Successful Franchises.

Menger, Carl; Leelu. 1899. “Strategies for Liberty at the Dawn of Big Badda Boom World Wars” Papers of Futuristic Society, Vol. 2, No. 1.

Młynarz, Jan Stefan. 1948. Zasady związkowości politycznej. Warszawa: PWN.

Picker, Rexford. 2009. „Historical studies on the nature of fascism, communism, nasizm and other socialist scum and my paper is the newest in the literature” Journal of Jerry Lewis’s Psychological School, Vol. 34, No. 1.

Rescuer, Cross. 1974. „On Coast Conditions” Quarterly Journal of Seashore Observations, Vol. 33, No. 1.

Rizmann, Jerzy. 2000. „Jak plus oznacza plus, a minus oznacza minus” Podstawy Nowoczesnej Teorii Matematycznej, Vol. 23., No. 3, s. 1-7545.

Saletra, Józef. 2001. „Rebirth of Monogamistic School of Love in the light of Monogamistic School of Love” Business Briefcase Papers, Vol. 34, No. 3.

Samuelson, Paweł. 1988. Are you absolutely sure we have not completely lost our minds?. Moskwa: GRU Press.

Taliban, Ahmed Nasri. 1999. Miłość na całe życie – ślepy traf czy czarny łabędź?. Londyn: London Lounge.

Tatarkiewicz, Władysław. 1976. Bełkot, bezsens i nonsens, trzy tomy. Tom drugi „Bezsens”.

Wayne, Bruce. 2005. „Credo of a Lucky Comic Book Hero” Journal for Fictional Characters, Vol. 3, No. 3.

 

**********

Powyższy tekst został zgłoszony do American Economic Review. Anonimowymi recenzentami byli Paul Krugman i Joseph Stiglitz. Z przyczyn formalnych tekst został odrzucony. Poniżej przytaczamy recenzje.

PK: „Tekst mnie ani trochę nie przekonuje. Rozumiem, że związki dzisiaj kuleją, ale twierdzenie, że dzisiaj potrzebujemy nowej rekonstrukcji teoretycznej jest mrzonką. Ten kraj potrzebuje nowego modelu Tinbergena. Albo inwazji kosmitów. Nie będę się nad tym rozwijał, niech autor lepiej przeczyta przełomowe prace Colberta, Pettiego, Muna, Bodina czy Steuarta. Mam wrażenie, że obcuje tutaj z kimś, kto chce cofnąć ekonomię do czasów średniowiecza. Jestem na nie”.

JS: „Tekst nie jest wcale nieinteresujący i nie zgadzam się z nim w niepełnej rozciągłości. Pytanie kluczowe zostało jednak ominięte. Musimy bowiem sobie odpowiedzieć na następujące pytania. Po pierwsze, dlaczego mamy wierzyć w niewidzialną rękę, skoro jej nie widać. Po drugie, zakładając, że ją widać, musimy odpowiedzieć, dlaczego nie można nią pokierować. Po trzecie, musimy zauważyć, że jej nie będzie. Wtedy dopiero możemy pójść naprzód, a krytyka jest odnośnie wymagalna. Słowem musimy zrobić tak tę krytykę, żeby za dużo tej krytyki nie było. Tekst mocny, ale niepewny. Mam wrażenie, że autor coś wie, o czym nie wiemy my. Z powodu asymetrii informacji pozostaję nieprzekonany”.

 


[1] Miał zostać nawet tutaj zbudowany cały nowy model człowieka, lub może bądźmy precyzyjniejsi – z człowieka miała zostać łatwo manipulowana plastelina.

[2] Więcej o tym, jak spadek oznacza ujemny przyrost, zobacz przełomowy tekst Rizmann (2000, s. 1544, przy okazji strony od 1998 do 5325).

[3] Warto zaznaczyć na marginesie, że, co pokazują niedawne badania Pickera, jest wyraźna korespondencja między filozofią tabula rasa a doktryną czystej rasy formowanej na przełomie XIX i XX wieku przez Wilta Wagnera, Richarda Chamberlaina i innych wybitnych faszystów oraz rasistów (Picker 2009, s. 55).

[4] Stąd już oczywiście tylko krok do lekkodusznego wyliczania żon i kochanek.

[5] Spór o równowagowe stany związkowe można prześledzić jeszcze do starego średniowiecznego sporu o powszechniki. Znany bard i kobieciarz Petrus Abaelardus za wszelką cenę starał się pokazać, że platońskie wyidealizowane stany (swoją drogą błędne) to tylko nasza umysłowa zabawka, która nie ma związku ze światem rzeczywistym (Abealardus 1138). A wszystko tylko po to, aby dalej kontynuować swoje miłosne eskapady i zachęcać kobiety do nierządu. O ile faktycznie miłość platońska to największe nieszczęście w historii myśli i najgorszy aspekt myśli prekursora lingofignostycyzmu, jakim niewątpliwie był Platon, o tyle nie oznacza to jeszcze konieczności odrzucenia idei miłości w ogóle. Związkowi nominaliści popełniają tutaj klasyczny błąd nominalus est ignoramus (Tatarkiewicz 1976, s. 67). W dodatku ich desperacka dragonia reprezentuje głęboko zakorzenione freudowskie obawy, które wywołują u kobiet ciężką chorobę elmero-ranto-apopli-forismu-fobii, czyli lęku przed przystojnymi mężczyznami.

[6] Zresztą w innym swoim tekście Gilznel wspomina, jak jego nauczycielka, która występowała pod pseudonimem Panna „S”, powiedziała coś, co zszokowało wszystkich zebranych na seminarium; że „związek jest ciągłym procesem”. Gilznel wspomina z refleksją „Pochodząc raczej z przeciętnego szkolenia licencjackiego, głównie w tradycji Skinnerowskiej, twierdzenia Panny „S”, mnie zupełnie skonfundowały. Myślałem, że związek to miejsce, scena, abstrakcyjna idea odnosząca się do dwóch ludzi, wchodzących ze sobą w relacje. Nie mogłem pojąć co oznacza, że związek jest procesem. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, doszedłem do wniosku, że całe moje szkolenie i doktorat u Panny „S” polegało na uczeniu się i ciągłym odkrywaniu, co Panna „S” miała na myśli” (Gilznel 1997, s. 143).

[7] Dodajmy, że wcale nie musi tutaj chodzić o teorię algebry liniowej. Równie dobrze sprawdzić się może teoria mnogowościowa. Sęk w tym jednak, że ta nieuchronnie prowadzi do promiskuitywnych macierzy, gdzie mnogość zostaje dosłownie przełożona na liczbę partnerów posiadanych jednocześnie. Jakiś czas temu na jednej z konferencji, specjalista od mnogości, profesor Kot znalazł się w akcie niewinnych wygłupów na partnerce profesora Cegły, przy czym tłumaczył swoje zachowania macierzami i modelami mnogości, profesor Cegła odpowiedział zdroworozsądkowo „Kot, zabieraj swoje ciało z mojej kobiety!” (więcej o tym incydencie zobacz Saletra 2001). Oto w istocie, jak epistemologicznie, ontologicznie, metafizycznie i gerontologicznie dokonano bezbłędnego rozbioru mnogowościowej teorii.

[8] Nie możemy zatem zgodzić się tutaj z propozycją Mengera, który twierdzi „jeśli ktoś robi coś odrobinę idiotycznego, to go zachęcajmy dalej i dajmy wolną rękę, to wtedy wszyscy się przekonają, jak bardzo jest to idiotyczne” (Menger and Leelu 1899, s. 33). Zresztą w następnym zdaniu Menger dodaje, zdradzając swoje prawdziwie nihilistyczne oblicze, „W najgorszym wypadku będziemy mieli niezły ubaw”. Możemy mówić, co chcemy, o mnogowościowej teorii związkowej, ale to przynajmniej jakiś etos; w przeciwieństwie do Stańczykowskiego podejścia do oceny relacji damsko-męskich, dla którego w życiu najważniejsza jest tylko przyjemność, a nie życie.

[9] Nie oznacza to rzecz jasna, że przestajemy się brzydzić metody empirycznej.

[10] Niektórzy autorzy próbują dokonywać czegoś, co nazywają „neoplatońską syntezą” tak, aby połączyć sferę mikro z makro. Nie rozumieją jednak, że nie może być mowy o żadnym „łączeniu”. Uczucie i związek to rzecz, która ma funkcjonować zawsze i wszędzie między dwoma ludźmi bez względu na środowisko, w którym się znajdą. Rozdzielanie na sferę mikro i makro w ogóle nie powinno mieć miejsca. Powinniśmy mówić po prostu o związku, szczęściu w nim i wzajemnym traktowaniu się.

[11] Ale ilustrują dodajmy, nie udowadniają. Nasz dowód ma charakter ściśle aprioryczno-dedukcyjno-apodyktyczny i każdy kto mu zaprzecza tylko potwierdza słuszność naszej tezy (Hermitt 1966, s. 666). Samo nawet otwarcie ust, lub milczenie, są również tym, czym są. Za pomocą danych to zostało zilustrowane, ale nie udowodnione. Zilustrowane, nie udowodnione.

[12] Taliban zabawnie podsumowuje „zawodowi analitycy związków zalecający ostrożne stosowanie metody LaR, który ich zdaniem generalnie działa lub działa w większości przypadków, nie podzielają mojej definicji na szczęśliwy związek i pożycie małżeńskie (…) W Tadżykistanie krąży anegdota o tym, jak jeden z partnerów przez osiem lat przetrwał związek małżeński z jedną kobietą, by później w ciągu ośmiu miesięcy się z nią rozwieźć i zdążyć zawrzeć osiem kolejnych związków małżeńskich, które się kolejno rozpadały. Wedle reguł LaR byłby generalnie lub „w większości przypadków” dobrym partnerem”.

[13] To, że w efekcie prowadzi to do luki uczuciowej (feeling mismatch), gdzie długoterminowe zobowiązania są podpierane krótkoterminowymi odczuciami, które są ulotne i mogą doprowadzić łatwo do runu na związek (w efekcie do jego rozpadu), zdaje się w ogóle nie przejmować zwolenników tego podejścia.

[14] Żyjemy we współczesnych czasach, gdy zapomina się o klasykach i historii myśli. Jeszcze w XIX wieku jednym z fundamentów porządnej teorii związku był tak zwany czwarty postulat młynarza, który brzmiał „popyt na kobietę nie jest popytem na związek” (Młynarz 1848, s. 63). W ujęciu postmoderny oczywiście takie rozróżnienie nie może zostać dokonane, bowiem dla niej popyt na kobietę jest popytem na związek.

[15] Przykładem może być teoremat miłosnego zakochania regresywnego Panny „S”, który raz na zawsze zamknął usta tym krytykom, którzy twierdzą, że nie można się zakochać. Skoro kogoś kochamy w dniu n, to oznacza, że musieliśmy kogoś kochać w dniu n-1 (czyli wczoraj). Ale na tym się nasze rozumowanie nie kończy – skoro kochaliśmy kogoś w dniu n-1, to musieliśmy go kochać w dniu n-2 etc. Czy proces tej regresji nie ma końca? Oczywiście ma do momentu, aż danej osoby nie kochaliśmy (bo kiedyś taki dzień musiał być). A zatem dzień, w którym zaczęliśmy kogoś kochać był i musi być jednocześnie dniem zakochania. Stąd Panna „S” apriorycznie pokazała, że zakochanie jest elementem naszego świata, którego nie da się podważyć.

[16] A niektórzy poszli w jego ślady i widać tego opłakane konsekwencje do dziś. Przykładem powinny być tysiące przypadków, gdy ludzie przeprowadzali operacje zmiany płci, by następnie próbować stworzyć związek z samymi sobą (zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że zmieniając płeć przestają istnieć w poprzedniej postaci, z którą ponoć miały związek stworzyć).

[17] Mogłoby to również prowadzić do rekonstrukcji teorii prakseologii konfliktu doktrynalnego i kooperacji społecznej. Przykładowo Karol Marks i Herbert Spencer byli zdecydowanymi przeciwnikami światopoglądowymi, a mimo to udało im się stworzyć prosperujący aż po dzień dzisiejszy system sklepów o światowych zasięgu (zob. Marks and Spencer 1901). Po raz kolejny zatem okazuje się, że konflikt w sferze werbalnej nie musi oznaczać za wszelką cenę wojny każdego z każdym.

[18] O tym, jak sądzenie odwrotnie prowadzi do tez przeciwnych skonsultuj ponownie wspomniane już kopernikańskie dzieło (Rizmann 2000, s. 4124 i passim).


 

<ahref=”http://mises.pl/wsparcie/1-procent/”>podatku dla Instytutu Misesa, to więcej wolności w Polsce!


Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Wiktor Hopls

Wiktor Hopls jest ekonomistą i „trudnym dzieckiem” ruchu austriackiego. Jego kariera rozwijała się świetnie – publikował regularnie na mises.org i tworzył pierwsze naukowe teksty wzbudzające zainteresowanie tuzów ASE. Został zaproszony na Mises Fellowship w Auburn do Mises Institute, jednak tam podczas jednego z przyjęć miał flirtować z żoną Josepha Salerno. Wzburzony Salerno odesłał go do domu i usunął wstecz wszystkie artykuły Hoplsa z QJAE. Hopls próbował później nawiązać kontakt ze środowiskiem austriackim powiązanym z GMU. Tam jednak popadł w konflikt z Danem d’Amico – Hopls nie ukrywał swojej pogardy dla ludzi, którzy często palą marihuanę. Takie społeczne poglądy ufundowały mu kolejny wilczy bilet. Teraz Hopls pisze jedynie dla mises.pl i to pod pseudonimem, żeby Instytut nie narażał się zbytnio tym dwóm ważnym amerykańskim środowiskom.

Pozostałe wpisy autora:

11 Komentarze “Hopls: W stronę austriackiej rekonstrukcji teorii związków

  1. Ciekawa analiza, ale brakuje tu dowodu, ze zwiazek oparty na rezerwach czastkowych musi zbankrutowac. Słowem tylko 100% rezerwy!!

  2. Czyli trzeba zarezerwować 100% uczuć dla jednego związku? To nawet ma sens. Inwestowanie w inne związki powoduje rozpad pierwszego z powodu braku odpowiedniej ilości uczuć.

  3. Czy panowie ekonomiści znają tą klasyczną już pracę na temat związków?

    Uszczęśliwienie kobiety jest bardzo proste, podaję zasady…

    A. Należy tylko być:
    1. przyjacielem
    2. partnerem
    3. kochankiem
    4. bratem
    5. ojcem
    6. nauczycielem
    7. wychowawcą
    8. spowiednikiem
    9. powiernikiem
    10. kucharzem
    11. mechanikiem
    12. monterem
    13. elektrykiem
    14. szoferem
    15. tragarzem
    16. sprzątaczką
    17. stewardem
    18. hydraulikiem
    19. stolarzem
    20. modelem
    21. architektem wnętrz
    22. seksuologiem
    23. psychologiem
    24. psychiatrą
    25. psychoterapeutą.

    B. Ważne też są inne cechy. Należy być:
    1. sympatycznym
    2. wysportowanym ale
    3. inteligentnym ale
    4. silnym
    5. kulturalnym ale
    6. twardym ale
    7. łagodnym
    8. czułym ale
    9. zdecydowanym ale
    10. romantycznym ale
    11. męskim
    12. dowcipnym i
    13. wesołym ale
    14. poważnym i
    15. dystyngowanym
    16. odważnym ale
    17. misiem ale
    18. energicznym
    19. zapobiegawczym
    20. kreatywnym
    21. pomysłowym
    22. zdolnym ale
    23. skromnym i
    24. wyrozumiałym
    25. eleganckim ale
    26. stanowczym
    27. ciepłym ale
    28. zimnym ale
    29. namiętnym
    30. tolerancyjnym ale
    31. zasadniczym i
    32. honorowym i
    33. szlachetnym ale
    34. praktycznym i
    35. pragmatycznym
    36. praworządnym ale
    37. gotowym zrobić dla niej wszystko [np. skok na bank] czyli
    38. zdesperowanym [z miłości] ale
    39. opanowanym
    40. szarmanckim ale
    41. stałym i
    42. wiernym
    43. uważnym ale
    44. rozmarzonym ale
    45. ambitnym
    46. godnym zaufania i
    47. szacunku
    48. gotowym do poświęceń i, przede wszystkim,
    49. wypłacalnym.

    C. Jednocześnie musi mężczyzna uważać na to, aby:
    a) nie był zazdrosny, a jednak zainteresowany
    b) dobrze rozumiał się ze swoją rodziną, nie poświęcał jej jednak więcej czasu niż danej kobiecie
    c) pozostawił kobiecie swobodę, ale okazywał troskę i zainteresowanie gdzie była i co robiła
    d) ubierał się w garnitur, ale był gotów przenosić ją na rękach przez błoto po kolana i wchodzić do domu przez balkon, gdy ona zapomni kluczy, lub gonić, dogonić i pobić złodzieja, który wyrwał jej torebkę, w której przecież miała tak niezbędne do życia lusterko i szminkę.

    D. Ważne jest aby nie zapominać jej:
    1. urodzin
    2. imienin
    3. daty ślubu
    4. daty pierwszego pocałunku
    5. okresu
    6. wizyty u stomatologa
    7. rocznic
    8. urodzin jej najlepszej przyjaciółki i ulubionej cioci.

    Niestety, nawet najbardziej doskonałe wykonanie powyższych zaleceń nie gwarantuje pełnego sukcesu. Kobieta mogłaby się bowiem czuć zmęczona obecnością w jej życiu idealnego mężczyzny oraz poczuć się zdominowaną przez niego i uciec z pierwszym lepszym menelem z gitarą, którego napotka.

    A teraz druga strona medalu. Uszczęśliwić mężczyznę jest zadaniem daleko trudniejszym, ponieważ mężczyzna potrzebuje:
    1. seksu i
    2. jedzenia

    Większość kobiet jest oczywiście tak wygórowanymi męskimi potrzebami mocno przeciążona. Zaspokojenie tych potrzeb przerasta siły naszych pań.
    Wniosek :
    Harmonijne współżycie można łatwo osiągnąć, pod warunkiem, że mężczyźni wreszcie zrozumieją, iż muszą nieco ograniczyć swoje zapędy i pohamować swoją roszczeniową postawę!

    PS Świetny dowcip na Prima aprilis.
    PS 2 Dałbym nagrodę Nobla temu kto wymyślił ten tekst: „Tekst nie jest wcale nieinteresujący i nie zgadzam się z nim w niepełnej rozciągłości”.

  4. Krugman i Stiglitz na czele z AER oczywiście przeciwko? To tylko dowodzi, jak dzisiejsza nauka jest głęboko skorumpowana i toporna na świeże idee.

  5. @grudge

    „Tekst nie jest wcale nieinteresujący i nie zgadzam się z nim w niepełnej rozciągłości”

    hahaha, cudo! 🙂

  6. @5. Arkazy

    Hopls nie zakładał znajomości Bishopa. Tekst został nam przesłany 3 lata temu, jeszcze przed publikacją „A Romantic Boom and Bust”, ale tak nam się spodobał, że zarekomendowaliśmy przesłanie go do jakiegoś recenzowanego czasopisma.

    Dopiero wieloletni proces redakcyjny, negatywne recenzje PK i JS i rozgoryczenie autora zaoowocowały jego publikacją na łamach IM.

  7. „Jeśli model nie przewidział tego, że związek nie będzie działał należycie i dojdzie do jego rozpadu, to nie oznacza, iż model zawiódł, lecz to, że na nieszczęście wypadł poza pewien obszar tolerancji[12].”

    No przecież. Sam sobie tak to tłumaczę po ostatnim rozstaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *