Rudowski: Jak zreformować demokrację, by nie szkodziła gospodarce

12 kwietnia 2013 Filozofia polityki komentarze: 17

Autor: Rafał Rudowski
Wersja PDF

Teksty publikowane jako working papers wyrażają poglądy ich Autorów – nie są oficjalnym stanowiskiem Instytutu Misesa.

Choć ustrój demokratyczny posiada wiele zalet, ma on też niestety tendencję do generowania licznych problemów natury gospodarczej. Niski wzrost PKB, wysokie bezrobocie, wysokie podatki i ogromny dług publiczny to typowe przypadłości współczesnych państw demokratycznych. Na szczęście można zmienić ten stan rzeczy bez rezygnacji z demokracji jako formy rządów.

By zrozumieć, jak można tego dokonać, musimy wpierw zdać sobie sprawę z przyczyn powyższych niepożądanych zjawisk.

Pozornie sam proces demokratyczny powinien wystarczyć do stworzenia warunków, by gospodarka kwitła, a ludzie żyli coraz dostatniej. Politycy, którzy wprowadzają rozwiązania prowadzące do wzrostu standardu życia, powinni ponownie zyskiwać przychylność wyborców, a ci, którzy temu zadaniu nie potrafią sprostać, powinni trafiać na polityczną emeryturę. Istnieje jednak kilka czynników przeszkadzających w należytym funkcjonowaniu tego mechanizmu. Po pierwsze, pomiędzy działaniami podejmowanymi przez ciała ustawodawcze i wykonawcze, a pojawieniem się skutków tych działań, występuje z reguły duże opóźnienie czasowe. Nagroda lub kara za te skutki może przypaść w udziale zupełnie innej ekipie politycznej niż ta, która jest za nie odpowiedzialna. Po drugie, ludzie w większości mają socjalistyczne i interwencjonistyczne przekonania, w wyniku czego postrzegają państwo jako źródło rozwiązań problemów społecznych i ekonomicznych. Łatwo pozyskiwać głosy, obiecując zajęcie się przez państwo jakąś leżącą ludziom na sercu kwestią. Jednakże każde takie zaangażowanie ze strony państwa – niezależnie od tego, że samo niejednokrotnie staje się źródłem problemów – wymaga pieniędzy. Stąd wysokie podatki i ogromne długi publiczne. Jednocześnie zmniejszanie przez państwo wydatków jest z reguły przez społeczeństwo źle odbierane – nie tylko przez tych, którzy cierpią na tym bezpośrednio, ale również tych, którzy uważają, że interwencja państwa w danej sprawie jest słuszna. Po trzecie, istnieją grupy interesu, które na drodze lobbingu i wywierania różnych form presji usiłują wpłynąć na kształt prawa pod kątem własnych korzyści. Nie brakuje też chętnych do osiągania swych celów za pomocą łapówek. Z powyższych przyczyn politycy często są zmotywowani do podejmowania decyzji, które szkodzą gospodarce i hamują wzrost dobrobytu.

Jak zatem spowodować, by ustrój demokratyczny funkcjonował właściwie? Całkowita eliminacja powyższych problemów zapewne jest niemożliwa, ale można zachęcić ludzi sprawujących władzę do wykazywania większej troski o długofalowe konsekwencje ich działań. Kluczem jest stworzenie bezpośredniego i trwałego, czyli wykraczającego poza okres sprawowania funkcji publicznej, związku między ich wynagrodzeniem za pracę na rzecz społeczeństwa a wzrostem poziomu ogólnego dobrobytu. Można to osiągnąć przez przyznanie członkom najważniejszych instytucji ustawodawczych i wykonawczych, a więc posłom, senatorom, ministrom, itd., dożywotniej renty, której wysokość uzależniona będzie od stopy wzrostu gospodarczego. Prawo do takiej renty przysługiwałoby po, powiedzmy, roku nieprzerwanego sprawowania urzędu i nie wygasałoby aż do śmierci beneficjenta, niezależnie czy instytucja, której był członkiem, nadal będzie istnieć. W jaki sposób obliczano by wielkość pobieranych przez beneficjentów kwot? Ta kwestia będzie jeszcze wymagała dokładnych rozważań, i to, co zostanie zaprezentowane dalej, jest jedynie propozycją. Zasadniczo beneficjenci powinni otrzymywać więcej, gdy gospodarka szybko rośnie, a mniej, lub nic, gdy doświadcza stagnacji lub recesji. Jakie wskaźniki należy wziąć pod uwagę? Najbardziej oczywistym jest produkt krajowy brutto per capita, czyli na osobę. Niezaprzeczalnie ta miara dobrobytu gospodarczego ma swoje wady, ale jest powszechnie uznawana i wykorzystuje się ją od dawna. Oblicza się ją wszędzie na świecie; przykładowo, w przypadku Polski PKB per capita w 2011 r. wyniósł 37.096 zł (wg GUS), a w USA 48.328 dolarów (wg MFW). Załóżmy, że beneficjenci będą otrzymywać raz w roku wypłatę, której wysokość będzie iloczynem stopy realnego wzrostu PKB per capita i jakiejś kwoty pieniężnej. Nie może to być jednakże stała kwota, gdyż wkrótce mogłaby się stać nieadekwatna z powodu inflacji. Dlatego musiałaby być podwyższana w zależności od inflacji, albo można też ustalić, że będzie nią jakaś miara gospodarcza. Przyjmijmy, że kwotą tą (nazwijmy ją Kwotą Podstawową) będzie PKB per capita w poprzednim roku, ale mogłoby ją też stanowić, przykładowo, średnie wynagrodzenie w poprzednim roku, albo jakiś ułamek lub wielokrotność tych lub innych miar, np. półtorakrotność średniego wynagrodzenia w sektorze prywatnym. Oprócz tego można wprowadzić zasadę, że jeśli wzrost PKB per capita nie osiągnie 1 procenta, kwota wypłaty wyniesie zero, a każda stopa wzrostu powyżej 3 procent będzie liczona podwójnie. A zatem jeśli realny wzrost PKB per capita wyniósłby 4,1 procent, to beneficjenci otrzymaliby:

 

(3 + 2 x 1,1)  X KP (Kwota Podstawowa) = 5,2 KP

 

Może się to wydawać dużo, jeśli za Kwotę Podstawową przyjmiemy PKB per capita w poprzednim roku, lub jakąś wyższą wartość, ale w ramach metody obliczania kwoty wypłaty należy uwzględnić jeszcze kilka czynników. Przede wszystkim, wzrostu PKB nie powinno się liczyć w odniesieniu do poprzedniego roku, ale do roku, w którym zanotowano najwyższą dotychczasową wartość tej miary. Wyobraźmy sobie, że w jakimś kraju PKB per capita wynosi dokładnie 10.000 miejscowych dolarów. Następnie przychodzą trzy lata recesji i PKB per capita spada, licząc w wartościach realnych, do 9.000 dolarów. W pierwszym roku po ustąpieniu recesji następuje pięcioprocentowy wzrost PKB per capita, dzięki czemu wartość tej miary osiąga 9.450 dolarów. W każdym z kolejnych dwóch lat wartość ta wzrasta o cztery procent, osiągając ostatecznie 10.221 dolarów. Dopiero teraz beneficjentom przysługiwałaby wypłata, wynosząca w tym przypadku 2,21 Kwoty Podstawowej. Po drugie, wypłata powinna ulec pomniejszeniu w zależności od stopy inflacji i wielkości deficytu budżetowego państwa w poprzednim roku. Celem „pomniejszenia inflacyjnego” byłoby zapobieżenie próbom napędzania gospodarki poprzez pompowanie w nią pieniędzy. Co prawda sama metoda obliczania realnej zmiany PKB uwzględnia stopę inflacji, jednakże wzrost cen pojawia się z opóźnieniem wobec działań inflacyjnych, a zatem polityka inflacyjna może przez pewien czas pozornie przynosić pozytywne skutki. Dlatego tego rodzaju wpływ na gospodarkę powinien podlegać dodatkowej karze, kiedy już ujawnią się jego negatywne skutki. Jeśli chodzi o wysokość tej kary, to mogłoby to być pomniejszenie wypłaty o 10 procent za każdy procent wzrostu ogólnego poziomu cen. A zatem pięcioprocentowa stopa inflacji redukowałaby wypłatę o 50 procent. Pewien poziom inflacji cenowej, na przykład poniżej dwóch procent, można by dopuścić, bez zmniejszania wypłaty. W przypadku „pomniejszenia deficytowego” wypłata mogłaby być zmniejszana o np. 15 procent za każdy procent PKB w wielkości deficytu budżetowego.

Alternatywnym rozwiązaniem, jeśli chodzi o podstawową miarę statystyczną, może być oparcie się na pomiarze realnych zmian średniego wynagrodzenia zamiast zmian PKB per capita. Można też dodatkowo wprowadzić zasadę brania pod uwagę tylko niższych 99 procent, lub nawet 95 procent, wynagrodzeń. Nie ma ekonomicznego uzasadnienia dla takiego ograniczenia, ale mogłoby to się przyczynić do większej popularności reformy.

Jedną z kwestii wymagających rozważenia, to czy renta powinna być pobierana również przez polityków dzierżących władzę, czy też jedynie tych, którzy już swej funkcji nie pełnią. Ponieważ jest to kwestia relatywnie mało istotna, nie będziemy jej tutaj rozpatrywać, ale przyjmijmy, że zostanie zastosowane rozwiązanie pośrednie – politycy nadal pełniący funkcję będą pobierali rentę tylko wtedy, gdy jej wysokość przekroczy ich zwykłe wynagrodzenie i jedynie w kwocie stanowiącej różnicę między wysokością obu wynagrodzeń.

Jakie są cele powyższej reformy? Po pierwsze, chodzi o to, by politycy wykazywali się większą odwagą w podejmowaniu niepopularnych decyzji. Ich skłonność do ryzykowania utratą stanowiska powinna się zwiększyć, jeśli pojawi się perspektywa otrzymania za to nagrody w przyszłości. Drugim celem jest zachęcenie członków najważniejszych instytucji ustawodawczych do wprowadzenia praw ograniczających lobbying i korupcję, nie tylko na drodze zwiększenia kar, ale przede wszystkim zmniejszenia zakresu zadań wykonywanych przez państwo. Obecnie politycy nie mają motywacji, by tego dokonać, gdyż osłabiłoby to ich władzę. Mogą być jednak skłonni do pozostawienia po swoich rządach spuścizny w postaci mniejszego państwa, jeśli będą wierzyć, że przyniesie im to osobiste korzyści.

Przejdźmy teraz do potencjalnych problemów. Wykorzystywanie statystyki do określania wielkości wypłaty stwarza niebezpieczeństwo fałszowania i manipulacji danych. W celu zmniejszenia tego niebezpieczeństwa można oprzeć się na wynikach badań przeprowadzanych przez kilka niezależnych instytucji. Powinien też istnieć publiczny nadzór i otwarta debata w odniesieniu do stosowanej metodologii statystycznej. Oprócz tego wszelkie udowodnione próby manipulowania danymi powinny być karane utratą prawa do renty.

Nawet jeśli, parafrazując Churchilla, demokracja jest najlepszym ze znanych ludzkości ustrojów, i nawet jeśli dotyczy to też tworzenia warunków dla rozwoju gospodarczego, trudno zaprzeczyć istnieniu jej ciemnej strony, której skutki widzimy wokół. Powyższy tekst jest próbą wskazania kierunku, w jakim powinny przebiegać reformy. Stworzenie odpowiedniego systemu bodźców dla ludzi sprawujących władzę mogłoby nie tylko złagodzić liczne problemy, z jakimi borykają się kraje demokratyczne, ale, miejmy nadzieję, wprowadzić ludzkość w okres bezprecedensowego rozkwitu.

 

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Rafał Rudowski

Pozostałe wpisy autora:

17 Komentarze “Rudowski: Jak zreformować demokrację, by nie szkodziła gospodarce

  1. Moim zdaniem, jest to bardzo słuszne rozwiązanie, ale dzięki dorobku szkoły teorii publicznego wyboru wiemy, że to praktycznie nierealne. Jak napisał Jasay w „The State” władza, która nakłada sobie konstytucyjne ograniczenia przypomina dziewicę, która sama zakłada sobie pas cnoty i zostawia sobie kluczyk pod ręką „na wszelki wypadek”. Innymi słowy, konstytucyjne ograniczenia władzy nie ograniczą jej, jeśli ona sama nie będzie tego chciała.

    Władza musi być zdeterminowana do nałożenia sobie takich ograniczeń. To wymaga odpowiednich preferencji społecznych i ogromnej kultury politycznej elit władzy, która na tym etapie wydaję się nieprawdopodobna, a gdyby była kiedyś możliwa to podejrzewam, że w takim wypadku taka uczciwa i racjonalna władza poszłaby by za ciosem i ograniczyłaby swój wpływ na społeczeństwo do granic możliwości.

    Na marginesie, polecam książkę de Jasaya:
    http://www.econlib.org/library/LFBooks/Jasay/jsyStt.html

  2. Super – wie pan czym to się skończy? Masowymi fałszerstwami wskaźników PKB, płacy realnej i płacy średniej. Proste zależność – kto ma Urząd Statystyczny, ten ma kasę. A dobrobyt i tak pójdzie się… (nie powiem co).

    Demokracja to najlepszy z najgorszych systemów
    Republika to najgorszy z najlepszych.
    Tyrania – najgorszy z najgorszych.
    Monarchia – najlepszy z najlepszych.

    To jest ten prawdziwy podział, dokonany przez św. Tomasza z Akwinu. Niestety, dziś funkcjonuje w tej pogiętej, kalekiej „brytyjskiej” wersji.

  3. @3
    Jeśli porówna się życie w państwach demokratycznych z życiem w dyktaturach na przestrzeni ostatnich stu lat, to ludzie jednak mieli na ogół więcej swobody i mogli żyć normalniej. W demokracji ludzie są mniej skazani na widzimisię władzy niż w dyktaturze czy monarchii absolutnej. Co nie znaczy, że oświecona, liberalna dyktatura nie jest lepsza, ale z tym różnie bywa.

  4. @2
    To co proponuję odrobinę zbliża ustrój demokratyczny do monarchii w tym sensie, że rządzący mieliby motywację, by patrzeć w dłuższej perspektywie, a nie tylko do najbliższych wyborów. Możliwość fałszowania wskaźników jest faktycznie największym problemem i dlatego proponuję opieranie się na kilku niezależnych instytucjach, ale oczywiście nie wiadomo, czy to by wystarczyło. Niewielkie zafałszowanie wskaźników nie byłoby wielkim problemem, ważne by nie uzyskiwać wyników, które kompletnie mijają się z rzeczywistością.

  5. Witam. Przepraszam, że nie na temat, ale mam pytanie, na które prawdopodobnie nigdzie nie znajdę lepszej odpowiedzi niż tutaj.

    Przeczytałem „Ekonomia w jednej lekcji” i, no właśnie, co dalej? Jaka literatura będzie odpowiednia na pierwszym etapie zdobywania wiedzy ekonomicznej? Nie chcę od razu rzucać się na głęboką wodę (Mises, Hayek), bo prawdopodobnie utonę.

    Jeżeli wiadomość jest nieodpowiednia, to proszę o jej skasowanie; jeżeli jednak ktoś udzieli odpowiedzi, to będę bardzo wdzięczny.

    PS. Prosiłbym o książki przetłumaczone na języki polski.

  6. Może trochę na marginesie, ale mam wątpliwość odnośnie owej „demokracji” w której żyjemy. Demokracja możliwa była w dawnych Atenach, gdzie wszyscy mający prawa obywatelskie mogli przyjść i oddać swój głos na zgromadzeniu. Obecnie szczątki demokracji pozostały w Szwajcarii w postaci bardzo powszechnych referendów. W reszcie krajów, o których myślimy „demokratyczne”, mamy raczej ustrój republikański, w gdzie po wybraniu członków parlamentu tracimy wpływ na ich poczynania w kształtowaniu państwa.
    Natomiast pomysł, aby wynagradzać i rozliczać rząd na zasadach zarządu spółki akcyjnej wydaje mi się wart poddania pod szeroką dyskusję. Tylko jak znam życie, to nie opuści on niniejszych łamów, a jeśli nawet – zostanie szybko zduszony.

  7. Moim zdaniem mechanizm ten będzie bardzo kosztowny i nieskuteczny. Jeżeli głównym motywem urzędnika do psucia państwa jest zysk to po pierwsze gratyfikacja za jego bieżące decyzje może być bardziej zyskowna niż przewidywany spadek zysku w przyszłości z powodu tej decyzji. Po drugie preferencja czasowa mówi, że lepszy wróbel w garści …. tym bardziej, że przyszłe wzrosty będą zależały w większym stopniu od następców niż o decyzji z jednej kadencji.
    Ale sądzę, że nie tu jest problem. Głównym motywem psucia państwa nie jest zysk a chęć pozostania u władzy. A tego żadne obietnice „emerytury” nie zmienią.
    No i strona moralna: dożywotnia emerytura dla każdego urzędnika za to, że robi to co do niego należy ? Od razu nasuwa mi się skojarzenie z Grecją gdzie były premie za punktualne przychodzenie do pracy.

  8. @Laik: Begg, „makroekonomia”, żebyś wiedział gdzie Hazlitt walnął sofizmaty. Poza tym Huerta de Soto wydał dobrą książkę „szkoła austriacka”, dość ciekawa.

  9. @8
    Jeśli proponowane przeze mnie rozwiązanie będzie nieskuteczne, to nie powinno też być zbyt kosztowne. Przy niskim wzroście, wysokim deficycie i wysokiej inflacji wypłacane pieniądze będą małe lub żadne.
    Zgoda, że jeżeli bieżąca korzyść ze złej decyzji będzie duża, a ten, kto ją podejmuje, będzie myślał tylko o własnych korzyściach, to nie powstrzyma go perspektywa mniejszej i niepewnej nagrody w przyszłości. Ja jednak zakładam, że u ludzi sprawujących władzę jest na ogół trochę dobrej woli, ale są często mocno zdemotywowani do podejmowania rozsądnych działań. Dla przykładu, gdyby jakaś frakcja parlamentarna wystąpiła z propozycją radykalnej obniżki wydatków socjalnych, to jej członkowie straciliby stanowiska w następnych wyborach i do tego zostaliby powszechnie uznani za złych ludzi. A co dostaliby w zamian? Nie mieliby nic na osłodę. Trudno się dziwić, że wolą biernie czekać na budżetową katastrofę, co najwyżej zwiększając jeszcze ucisk podatkowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy