Jasay: „Chleb i igrzyska” we współczesnym państwie opiekuńczym

23 lutego 2021 Ekonomia pracy i demografia komentarze: 0

Autor: Anthony de Jasay
Źródło: libertyfund.org
Tłumaczenie: Tomasz Kłosiński
Wersja PDF

Artykuł pierwotnie opublikowany 2 sierpnia 2004 r. na łamach Library of Economics and Liberty, tłumaczenie za zgodą Liberty Fund.

Od mniej więcej III wieku n.e. pomiędzy piątą a czwartą częścią ludności Rzymu, około 200 000 osób, regularnie otrzymywało od cesarza darmową dystrybucję chleba i oliwy. Cesarz z kolei otrzymywał chleb i oliwę w ten czy inny sposób od producentów tych towarów. Państwo opiekuńcze zaczęło się należycie rozkręcać. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło, w powolnej i bezładnej agonii, trzy wieki później. Jeden zarzut, który można by postawić przeciwko monumentalnej Historii zmierzchu i upadku Cesarstwa Rzymskiego Edwarda Gibbona, jest taki, że nie odpowiada on tak naprawdę na oczywiste pytanie, dlaczego agonia trwała tak długo, jak trwała.

Równie ważne jak chleb i oliwa do utrzymania ludzi w zadowoleniu były liczne i częste cyrki rozsiane po całym mieście, gdzie gladiatorzy walczyli z dzikimi zwierzętami i ze sobą nawzajem. Tę darmową rozrywkę zapewniał również cesarz. We współczesnym państwie opiekuńczym odpowiednikiem gladiatorów są zawodowi piłkarze i sportowcy, a odpowiednikiem cyrków są głównie sieci telewizyjne z pozyskiwanych przez nie wpływów z reklam. Podobnie jak w starożytnym Rzymie, tak i w naszej nowoczesnej cywilizacji, ostatecznie to właśnie końcowi producenci wszystkich dóbr dostarczają zarówno chleba, jak i cyrków. Robią to zarówno dla siebie, jak i dla tych, którzy nic nie produkują.

Podobnie jak wtedy, także i dziś, istnieje wiele powodów, dla których nic nie produkujemy, a przynajmniej mniej, niż można by wyprodukować przy rozsądnym wysiłku. Lenistwo i oszustwo nie są prawdopodobnie głównymi winowajcami. Dominujące przyczyny są bardziej złożone. Niektóre są złe i są nie do obrony, ale za innymi można uczciwie argumentować zarówno za, jak i przeciw.

Bezrobocie: czyja wina?

Bezrobocie przewyższające stopę odpowiadającą normalnej mobilności przy zmianie pracy, około 3% do 5% siły roboczej, jest nie do obrony. Stopy znacznie powyżej tego poziomu mogą być usprawiedliwione na różnych etapach cyklu koniunkturalnego, ale wysokie stopy, które stały się endemiczne zarówno w dobrych, jak i w złych czasach, są niewybaczalne. Obecnie najniższym bezrobociem może pochwalić się Korea Południowa — 3,4%, Holandia — 4,5%, Wielka Brytania — 5,3%, Japonia — 5,3%, a USA nieco poniżej 6%. Na drugim końcu skali, w Polsce (ze szczególnych i prawdopodobnie przejściowych powodów) jest prawie 20%, w Hiszpanii 11,3%, we Francji nieco poniżej 10%, w Niemczech 8,7%, a we Włoszech 8,4%[1].

Część tego bezrobocia powszechnie podejrzewa się o dobrowolność, ponieważ niektórzy ludzie wolą żyć na zasiłku dla bezrobotnych niż podejmować pracę, która wygląda na zbyt skromną lub zbyt nisko płatną. Tak więc we francuskim przemyśle budowlanym brakuje 300 000 pracowników, podczas gdy w Niemczech właśnie rozluźniono przepisy imigracyjne, aby wpuścić ludzi, którzy wypełniliby wolne miejsca pracy, których żaden Niemiec nie chce się podjąć. Środek zaradczy przeciwko dobrowolnemu bezrobociu jest dobrze znany. Polega ono głównie na skróceniu okresu, w którym dostępny jest zasiłek dla bezrobotnych, oraz na stopniowym zmniejszaniu związku między ostatnią pensją a zasiłkiem dla bezrobotnych. Udało się to Holandii, Wielkiej Brytanii i Danii, Niemcy ostrożnie przygotowują się do tego. W innych krajach nadal są one odrzucane jako antyspołeczne. W tym miejscu można słusznie powiedzieć, że to system polityczny utrzymuje dobrowolne bezrobocie.

To samo odnosi się w dużej mierze do niedobrowolnego bezrobocia. Wystarczy pomyśleć o szeregu praw i przepisów prawa pracy, które „chronią prawa pracowników” i na tyle utrudniają zwalnianie pracowników, że tworzenie miejsc pracy i zatrudnianie pracowników, którym być może trzeba będzie płacić do emerytury (bez względu na to, czy ma się pracę dla nich, czy nie), stało się lekkomyślnym działaniem, którego niewielu odważa się podjąć. W rzeczywistości praktycznie wszystkie środki „socjalne” muszą być ostatecznie opłacane redukcją zatrudnienia, co do niedawna spotykało się ze wściekłą negacją europejskiej opinii publicznej.

Praca, odpoczynek, nuda

Inną główną przyczyną nieproduktywności jest sposób, w jaki ludzie wolą dzielić swój czas pomiędzy pracę i czas wolny od pracy. Wybór tego, co się preferuje, nie jest sprzeczny z racjonalnym postępowaniem, więc trudno jest kłócić się z długością czasu, jaki ludzie organizują na pracę i poza nią, jeśli czas na pracę, czas wolny i wynagrodzenie są swobodnie negocjowane. W języku, który teraz brzmi trochę niemodnie, ekonomia naucza, że jednostki starają się zrównoważyć marginalną „użyteczność” dochodu z pensji z marginalną „dysużytecznością” pracy. Pierwsza z nich spada, gdy więcej zarabiamy, druga wzrasta, gdy więcej pracujemy, a preferowanym sposobem wykorzystania twojego czasu jest sytuacja, w której te dwie rzeczy dokładnie pokrywają się ze sobą. Podobnie jak inne poprawne twierdzenia ekonomii, jest to truizm, ale nie jest to truizm bezużyteczny, ponieważ pomaga uporządkować dyskusję.

Przeciętnie Amerykanin pracujący zarobkowo pracuje około 1950 godzin w ciągu roku. Odpowiada to 49 standardowym 40-godzinnym tygodniom, z których trzy pozostawia się na zwolnienie lekarskie i płatny urlop. Przeciętna roczna liczba godzin przepracowanych w Wielkiej Brytanii jest taka sama. Natomiast przeciętny niemiecki i francuski rok pracy wynosi około 43 standardowych 35-godzinnych tygodni. Trudno uwierzyć, że równowaga między większymi dochodami a mniejszą ilością pracy jest tak bardzo różna dla Anglików i Amerykanów z jednej strony, a Niemców i Francuzów z drugiej. Ponadto statystyki te nie mówią nam nic o intensywności wysiłku, jaki przeciętny pracownik w tych krajach poświęca swojej pracy. Dochód na głowę mieszkańca w Niemczech i Francji jest w rzeczywistości nieco wyższy, niż można by przewidywać z niskiej liczby przepracowanych godzin.

Co więcej, tygodniowe godziny pracy często nie są swobodnie negocjowane. Przez ostatnie cztery lata we Francji obowiązywało monstrualne prawo ustalające „legalny” tydzień pracy na maksymalnie 35 godzin — paternalistyczna impertynencja, która uchodzi za wielki „postęp społeczny”. Część obecnej centroprawicowej większości w parlamencie chciałaby osłabić lub uchylić to prawo, ale prezydent Chirac zawetował te próby. W Niemczech nie ma „legalnego” tygodnia pracy, ale hierarchia związków zawodowych zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby zmusić swoich członków do żądania krótszych godzin pracy, aż do momentu, gdy politycznie poprawne stało się preferowanie tego „postępu społecznego” zamiast wyższych płac (choć jeszcze lepiej było domagać się obydwu).

Wreszcie, wraz ze stopniowym zanikiem ciężkiej pracy fizycznej, jak również śmiertelnie monotonnej pracy na linii montażowej, nie jest już oczywiste, że praca wiąże się z „dysużytecznością”. Niektórzy ludzie naprawdę lubią robić to, za co im się płaci. Wielu innych może nie czerpać radości z samej pracy, ale lubią udogodnienia i atmosferę miejsca pracy oraz towarzystwo, które tam znajdują — często w przeciwieństwie do samotności i nudy swoich wieczorów i weekendów. Mogliby zarobić więcej na chleb, i bez wątpienia nadal by go zdobyli — w nowoczesnym państwie opiekuńczym — nawet gdyby nie pracowali zarobkowo w ogóle; ale na podobieństwo dawnych cyrków, większość z nich ogranicza się do oglądania telewizji. Gdyby prawo pracy, ustalenia instytucjonalne i motywy działania związkowców były inne, wielu pracowników mogłoby się zadowolić dłuższymi godzinami pracy i wyższymi dochodami. Mogliby też zadowolić się dłuższymi godzinami pracy, zamiast patrzeć, jak ich miejsca pracy znikają, jeśli taki wybór staje przed nimi i gdyby ich rząd i ich związek zawodowy pozwoliły im na swobodne korzystanie z tej możliwości.

Przebrała się miarka

Dokładnie taki był wybór, przed którym stanęło ostatnio dwa tysiące pracowników dwóch zakładów Siemensa w północno-zachodnich Niemczech. Firma nie była w stanie dłużej zarabiać na produkcji telefonów komórkowych przy 35-godzinnym tygodniu pracy. Zaproponowała swoim pracownikom pracę przez 40 godzin za tę samą płacę, albo cała działalność zostanie przeniesiona na Węgry, gdzie za ułamek kosztów dostępna jest chętna i dobrej jakości siła robocza. Dwa tysiące niemieckich pracowników masowo przyjęło 40-godzinny tydzień pracy.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale kilka następnych wydaje się już trzepotać. Daimler Benz i Bosch poszli już za Siemensem. Mówi się, że ponad sto podobnych przedsięwzięć dotyczących godzin lub płatnych urlopów jest w trakcie przygotowań. Pogoda polityczna w Niemczech może się zmieniać. Kilka miesięcy temu kanclerz Schroeder szkalował niemieckich przedsiębiorców, którzy mówili o przeniesieniu swoich firm do byłych sowieckich krajów satelickich na wschód. Z kolei na początku lipca przewodniczący rządzącej Partii Socjaldemokratycznej ostrzegł związki zawodowe przed „samolubstwem”.

Nie chodzi o to, że niektóre grupy pracowników ośmielają się ignorować swoje związki zawodowe, ani o to, że politycy podejmują ryzyko wyborcze, wykazując się pewną znajomością ekonomii. Chodzi raczej o to, że liderzy biznesu, przez długie lata pogrążeni w lękliwym bólu „współdecydowania” i ekscesach zarówno poborcy podatkowego, jak i hierarchii pracowniczej, w końcu odzyskali trochę odwagi i zaczęli śmiało „mówić, jak jest”. Wygląda na to, że miarka się przebrała.

 

[1] W lipcu 2020 stopy bezrobocia dla tych krajów wyglądały następująco (przyp. tłum.):

Źródło ilustracji: Adobestock

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Anthony de Jasay

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wolność nie obroni się sama
KRS: 0000174572
 
KRS: 0000174572