Powrót
Ekonomia pracy i demografia

Baird: Reforma prawa pracy – wnioski z historii

0
Charles Baird
Przeczytanie zajmie 70 min
Baird_Reforma prawa pracy – wnioski z historii
Pobierz w wersji
PDF

Źródło: cato.org

Tłumaczenie: Anna Wojtaś

Cato Journal, Spring/​Summer 1990, Vol. 10 No. 1

Wstęp

W roku 1988 odsetek osób należących do związków zawodowych spadł w Stanach Zjednoczonych do poziomu 16,8%. W sektorze prywatnym liczba ta wynosiła 13%, natomiast w rządowym – 37% (BNA, 130 LRR 143). Dla porównania w 1970 r. liczby te wyglądały następująco: 29,6%, 29,1% oraz 32%; w 1980 r.: 23,2%, 20,6% i 35,1% (Troy and Sheflin 1985, s. 3-15, 3-20). Porażka odniesiona 27 lipca 1989 r. przez związkowców amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego (United Auto Workers) podczas wyborów w siedzibie firmy Nissan Motor Manufacturing Corporation, w miejscowości Smyrna w stanie Tennessee, to szeroko opisywany przykład utraty przez ruch związkowy udziałów w rynku na rzecz pracowników niezrzeszonych.

W opinii związkowców odnotowany spadek jest wynikiem wrogiego działania kierownictwa, które nauczyło się, jak można wykorzystywać luki w krajowej ustawie o stosunkach pracy (National Labor Relations Act – NLRA). Ustawa z roku 1977-78 wprowadzająca reformę prawa pracy była przejawem nieudanej próby wypełnienia tych rzekomych luk przez polityków wspierających ruch związkowy. Jednak porażka tego przedsięwzięcia nie ostudziła zamiarów związkowców odnośnie przeprowadzenia wspomnianej reformy. Lane Kirkland, prezes Amerykańskiej Federacji Pracy – Kongresu Przemysłowych Związków Zawodowych (American Federation of Labor and Congress of Industrial Organizations – AFL-CIO) w swoim przemówieniu z okazji Święta Pracy stwierdził, że wolałby brak jakiegokolwiek prawa pracy, niż przepisy NLRA w ich obecnej formie (BNA, 132 LRR 13). W listopadzie 1989 r., na swojej 18 konwencji zorganizowanej w Waszyngtonie, AFL-CIO podjęła uchwałę o przeprowadzeniu gruntownej reformy prawa pracy, która, tak samo jak nieudana ustawa z roku 1977-78, spowodowałaby znaczne utrudnienia dla pracowników chcących konkurować ze związkami zawodowymi podczas wyborów, a także doprowadziłaby do zaostrzenia kar nakładanych na pracodawców za naruszenie prawa.

Według mnie nadszedł już czas, aby kongres uchwalił, a prezydent podpisał istotne reformy prawa pracy. Jednak reforma, o jakiej mówię, zdecydowanie różni się od tej, którą przewidywał Lane Kirkland. Ja mam na myśli zmiany, które będą, zgodnie ze słowami zawartymi w artykule 1 NLRA, gwarantowały pracownikom „możliwość korzystania z pełnej wolności stowarzyszania się, organizowania się oraz dokonywania wyboru swoich reprezentantów”. NLRA nigdy nie dawała pracownikom tego rodzaju praw, zresztą nie taki był jej cel. AFL-CIO pragnie, aby zmiany w prawie pracy przyniosły korzyści związkom zawodowym; ja natomiast pragnę, aby przynosiły korzyści pracownikom.

Pogląd głoszący, że to, co jest dobre dla związków zawodowych, musi być dobre także dla pracowników, oparty jest na bardzo powszechnych, jednak moim zdaniem błędnych przekonaniach dotyczących historii amerykańskiego ruchu związkowego. Z tradycyjnego punktu widzenia pracodawcy oraz sądy, za przyzwoleniem ustawodawców, konsekwentnie naruszały prawa pracowników oraz powstrzymywały rozwój związków zawodowych tworzonych w celu obrony tych praw. Natomiast dopiero w drugiej trzeciej XX wieku, po przyjęciu ustawy Norris-LaGuardia (1932 r.) oraz ustawy o krajowych stosunkach pracy (Wagner Act; pierwsza forma NLRA z 1935 r.) rząd federalny zabezpieczył prawa pracowników poprzez promowanie, a nie zwalczanie ruchu związkowego.

W niniejszej pracy przedstawię rewizjonistyczny obraz głównych wydarzeń historii amerykańskiego ruchu związkowego. Jest on całkowicie zgodny z poglądem W. H. Hutta (1973 r., s. 23) głoszącym, że ustawy Norris-LaGuardia i Wagner Act były „ekonomiczną pomyłką najwyższego rzędu. Zostały one wypracowane i przyjęte w wyniku niebywałej wręcz nikczemności i cynizmu połączonego z najgłębszym, źle pojętym idealizmem”. Praca ta stanowi także wskazówkę dla ustawodawców, w jakim kierunku powinny podążyć ich prace nad zastąpieniem tych dwóch niesławnych dokumentów.

Zacznę od wyjaśnienia filozoficznych i teoretycznych podstaw, na których opieram swoją interpretację historii ruchu związkowego, a następnie przejdę do porównania ich z bardziej tradycyjnymi poglądami. Po drugie, zgodnie z przyjętą przeze mnie perspektywą, przeprowadzę analizę trzech przełomowych momentów z historii związków zawodowych, które miały w miejsce w XIX wieku – demonstracji robotniczej („Haymarket affair”) w maju 1886 r., zablokowania Homestead oraz strajku w lipcu 1892 r., jak również strajku i protestów w zakładzie Pullmana na przełomie czerwca i lipca 1894 r. Po trzecie, dokonam ponownej oceny dwóch znanych, związanych z ruchem związkowym, spraw przeprowadzonych w Sądzie Najwyższym w 1921 r. – Duplex Printing i Tri-City – oraz udowodnię, że podjęte w toku ich trwania decyzje odpowiadają moim rewizjonistycznym przekonaniom i powinny zostać uwzględnione w reformie prawa pracy w latach 90. XIX w. Po czwarte, przedstawię, czym charakteryzują się ustawy Norris-LaGuardia i Wagner Act, zwracając szczególną uwagę na to, jak ich zapisy odbiegają od „zasady państwa prawa”, której przykład można odnaleźć w obydwu decyzjach podjętych w roku 1921. Wyjaśnię także, dlaczego uważam, że niektóre zapisy prawne wymienionych ustaw powinny zostać uchylone. Na koniec przejdę do omówienia nadzwyczaj skandalicznych projektów zmiany prawa pracy opracowanych przez Paula Weilera z wydziału prawa Uniwersytetu Harvarda oraz opiszę pokrótce moje własne zalecenia odnośnie rozpatrywanej reformy.

Perspektywa rewizjonistyczna a perspektywa tradycyjna

W przypadku historii i nauk społecznych nie mamy do czynienia z czymś takim, jak proste fakty. Każdy z nich, poza jego fizycznym opisem, podszyty jest pewną teorią. Historyk przekazuje informacje na temat podejmowanych przez ludzi działań i przeróżnych wydarzeń, co w rzeczywistości stanowi ich interpretację, a ona z kolei, w znacznej mierze, uzależniona jest od filozoficznej i teoretycznej perspektywy przyjętej przez jej autora. Tego rodzaju zjawisko z pewnością dostrzeżemy przy omawianiu historii amerykańskiego ruchu związkowego. Podczas gdy grupa historyków może w zupełności zgodzić się co do fizycznego obrazu sytuacji, w której pewnego dnia, w pewnym konkretnym miejscu, pewna konkretna osoba rzuciła kamieniem w pewne konkretne okno, każdy z historyków  poda inną interpretację tego wydarzenia.

Swoją perspektywę filozoficzną, na podstawie której dokonam oceny rynku pracy i ruchu związkowego, oparłem na koncepcji praw człowieka głoszonej przez Ojców Założycieli, Jamesa Madisona oraz Thomasa Jeffersona. Nawiązuje ona do teorii praw naturalnych autorstwa Johna Locke’a (Locke [1689] 1924). Aby X mogło zostać zdefiniowane jako prawo człowieka, w znaczeniu, jakiego używał John Locke, zawsze musi mieć ono zastosowanie do każdego człowieka. Jeśli osoba A otrzymuje prawo X, to musi ono odnosić się także do wszystkich pozostałych osób w dokładnie taki sam sposób, jak do osoby A. W przypadku, gdy powszechne zastosowanie prawa X do wszystkich osób prowadzi do powstania sprzeczności logicznej, to X nie jest uzasadnionym prawem A, ani też żadnej innej osoby.

Jakie są w takim razie prawa przynależne każdemu człowiekowi na rynku pracy, związane bezpośrednio z zatrudnieniem? Dla przykładu, czy każdy pracownik ma uzasadnione prawo do pracy, rozumiane jako prawo do bycia zatrudnionym w ogóle, czy też do pewnego konkretnego rodzaju zatrudnienia, niezależnie od jego własnych działań oraz bez zgody osób tworzących miejsca pracy? Jeśli mielibyśmy tak to rozmieć, to skoro osoba A posiada prawo do pracy, musi istnieć też jakaś inna osoba B, której obowiązkiem jest zapewnienie zatrudnienia osobie A. Jednak w takim przypadku osoba A i B mają różne prawa. Uprawnienie do otrzymywania czegoś to co innego niż obowiązek zapewnienia pewnych dóbr. Jako że prawo do pracy rozumiane w ten sposób nie może mieć zastosowania do wszystkich, zatem nie stanowi ono uzasadnionego prawa człowieka. Jedynym usankcjonowanym prawem, przynależnym zarówno osobie A i B, jak i każdej innej, jest prawo do składania ofert odnośnie możliwości zapewnienia zatrudnienia na dowolnych warunkach. Niezależnie od praw, jakie zapewnia ustawa NLRA, nikt nie ma uzasadnionego prawa do nakłaniania drugiej osoby do przyjęcia konkretnej oferty, jak również ograniczania innym możliwości ich składania (Baird 1988).

Rozważmy teraz tzw. prawo do strajku. W przypadku, gdy strajk jest wyłącznie przejawem zbiorowego wstrzymania świadczenia pracy w obliczu niemożliwych do zaakceptowania warunków wymiany handlowej proponowanych przez pracodawcę oraz przy braku wcześniejszego porozumienia odnośnie zaniechania tego rodzaju działań, istnieje uzasadnione prawo do zorganizowania strajku. Każda osoba jest właścicielem świadczonych przez siebie usług, zatem ma prawo do odrzucenia ofert zawierających propozycję ich zatrudnienia. Jeśli takie prawo posiadają poszczególne jednostki, to jest ono przynależne także grupie osób o podobnych zapatrywaniach. Jednak strajki to tak naprawdę coś więcej. To zbiorowe zatrzymanie świadczenia usług pracowniczych połączone z próbą uniemożliwienia pracodawcy pozyskiwania pracowników na zastępstwo, innych dostawców i ewentualnych klientów. Jest to działanie ludzi, którzy zawiesiwszy swoje własne usługi pracownicze, chcą przy użyciu przymusu naruszyć cudze prawo do dobrowolnej wymiany.

Przyjęta przeze mnie perspektywa teoretyczna, w ramach której dokonam oceny rynku pracy oraz ruchu związkowego, opiera się na zasadzie komplementarności kapitału i pracy, rozumianych jako czynniki produkcji, a także na teorii procesów rynkowych. Większość ekonomistów jest gotowa zgodzić się co do tego, że praca i kapitał to wzajemnie się uzupełniające oraz zastępujące czynniki produkcji. Jednak z uwagi na proces tzw. przedsiębiorczego odkrywania, jak również obecność konkurencji, komplementarność kapitału i pracy ma znacznie większe znaczenie niż ich substytucyjny charakter. W sytuacji gdy dochodzi do zastąpienia pracy przez kapitał, uwolniona praca staje się dla przedsiębiorcy, który dostrzeże alternatywne możliwości jej wykorzystania, okazją do zysku (Kirzner 1973). W poszukiwaniu takich możliwości przedsiębiorcy tworzą nowe, uzupełniające się zestawienia kapitału, pracy i innych czynników produkcji. Z tej podstawowej przyczyny bezrobocie technologiczne jest tylko przejściowym, burzącym istniejącą równowagę zjawiskiem, a nie, jak sądził Marks, wewnętrzną sprzecznością kapitalizmu o charakterze długofalowym.

O znaczeniu, jakie dla interpretacji historii ruchu związkowego posiada fakt, że praca i kapitał stanowią komplementarne czynniki, wspominał w roku 1973 W.H. Hutt. Ze względu na zasadę komplementarności, jedynym sposobem, aby właściciele kapitału mogli wyzyskiwać osoby sprzedające swoje usługi pracownicze, jest „przetrzymanie” tych drugich przez tych pierwszych. Właściciele kapitałowych czynników produkcji potrzebują pracowników, aby te czynniki uzupełnili, a jedyną możliwością ich pozyskania jest zawarcie umowy z osobami poszukującymi zatrudnienia. Jednak osoby te nie będą chciały zgodzić się na podpisanie umowy z kapitalistą A, jeśli kapitalista B przedstawi im lepszą ofertę. Tak więc kapitalista A przetrzymuje pracowników, blokując im dostęp do innych możliwości znalezienia zatrudnienia, tj. tworząc i podtrzymując monopol nabywcy.

Podobnie pracownicy mogą wyzyskiwać dostarczycieli kapitału poprzez zamykanie kapitałowi dostępu do rynku pracy. Robią to poprzez utrudnienie właścicielowi wycofania swojego kapitału z bieżącego stosunku pracy i przeniesienia go do innego, lub sprawienie, że stanie się to dla pracodawcy niebezpieczne lub niezgodne z prawem. Zjawisko to dobrze ilustruje sukces odniesiony przez związki zawodowe w 1987 r., którym udało się doprowadzić do przyjęcia ustawy o zatrudnieniu i przekwalifikowaniu pracowników (Worker Adjustment and Retraining Notification Act – obowiązek zawiadomienia pracowników o zamknięciu zakładu z 60-dniowym wyprzedzeniem).

Pracownik nienależący do związku zawodowego jest substytutem, nie uzupełnieniem, dla pracownika pełniącego tę samą funkcję, ale zrzeszonego w związku. Właściciel czynnika produkcji może wyzyskiwać właściciela substytutu tylko poprzez zablokowanie go. Pracodawca nie zechce z własnej woli zatrudnić pracownika należącego do związku zawodowego, jeśli może pozyskać po niższej cenie pracownika niezrzeszonego o takich samych umiejętnościach . Pracownicy zrzeszeni mogą wyzyskiwać niezrzeszonych, doprowadzając do wyeliminowania ofert pracy za niższą cenę.

Jeśli pracodawca pozbawiony jest dostępu do tych alternatywnych ofert pracy, jego kapitał zostaje tym samym zablokowany i zdany wyłącznie na usługi pracowników należących do związków zawodowych. Jednak jeśli są to niespecyficzne kapitałowe czynniki produkcji, oraz nie istnieją żadne przeszkody prawne uniemożliwiające jego przeniesienie, blokada ta jest tymczasowa. Pracownicy niezrzeszeni, którzy są chwilowo odcięci od zatrudnienia w uzwiązkowionej branży, mają możliwość znalezienia innego, nowego miejsca pracy, utworzonego za pomocą kapitału przeniesionego z uzwiązkowionego sektora. Niemniej zablokowanie dostępu do pracy w wyniku działań związków zawodowych przynosi długoterminowe, negatywne konsekwencje ekonomiczne.

Naciski wywołane groźbą strajku mają wpływ na strukturę kapitału. Jego właściciele starają się unikać inwestowania w branże wymagające specyficznych kapitałowych czynników produkcji, nad którymi ciąży widmo strajku. Rezygnują oni ze skorzystania z pewnych dochodowych okazji inwestycyjnych na rzecz tych mniej opłacalnych, ale za to mniej ryzykownych. Taka błędna alokacja kapitału niesie ze sobą spadek zagregowanych wynagrodzeń (a także innego rodzaju przychodów).

Jak twierdzi Hutt (1973, rozdz. 8-11) nie znajdziemy w historii żadnych, poza niewielkimi epizodami, przykładów kapitalistów przetrzymujących pracowników, i jeszcze mniej informacji odnośnie blokowania pracowników zrzeszonych przez tych niezrzeszonych. Istnieją natomiast liczne wzmianki na temat prób podejmowanych przez pracowników należących do związków zawodowych, którym udało się, wprawdzie tylko na krótki czas, zablokować kapitał. Powszechnie występuje odizolowywanie od zatrudnienia pracowników niezrzeszonych przez związkowców za pomocą takich środków jak ustalanie standardowych stawek płac, groźby strajków, czy przemoc.

Nie należy jednak sądzić, że wymienione przykłady tego wymuszonego i bezkompromisowego blokowania pracowników to tylko wyjątek od ogólnie przyjętej zasady pokojowego współżycia; Szkoła Wharthon na Uniwersytecie w Pensylwanii opublikowała niedawno dokładny przegląd przypadków zastosowania przemocy przez związki zawodowe na przestrzeni całego XX wieku, aż do jego wczesnych lat 80-tych (Thieblot, Haggard 1983). W ostatnim czasie spółka węglowa Pittston Coal Co. musiała wydać około 20 milionów dolarów na ochronę siebie i swoich nieuzwiązkowionych pracowników przed przemocą pikietujących podczas dziewięciomiesięcznego strajku zorganizowanego w 1989 r. przez Związek Górników Amerykańskich (United Mine Workers; Wall Street Journal, 2 stycznia 1990 r., s. 3). Uciekanie się do przemocy lub gróźb jej użycia to zjawisko powszechne nie tylko w historii ruchu związkowego, ale także dzisiaj.

Skoro, jak mam nadzieję pokazać to poniżej na kilku przykładach, historia związków zawodowych to raczej głównie historia wyzyskiwania jednych pracowników przed drugich, niż odpowiedź związków na wyzysk ze strony kapitalistów, to ruch związkowy raczej nie zasługuje na sympatię potencjalnych reformatorów. Reforma prawa pracy z lat 90. powinna mieć na celu ochronę wszystkich pracowników przed przemocą z jakiekolwiek strony, także ze strony związków zawodowych.

Perspektywa, na której bazują poglądy tradycyjne głosi, że pracodawcy mają naturalnie większą siłę przetargową nad pracownikami niezorganizowanymi. Zgodnie z tą perspektywą związki, dążąc do poprawienia tego niekorzystnego położenia pracowników, mogą zapewnić im pewne korzyści kosztem kapitalistów. Jednak pozycja pracownika, w stosunku do pozycji pracodawcy, zależy od dostępnych możliwości zatrudnienia. Przekonanie, zgodnie z którym pracownicy niezorganizowani nie mają absolutnie żadnej siły przetargowej, prowadzi do prostego stwierdzenia, że są oni skazani na typową konfrontację z monopolistycznymi lub spiskującymi przeciwko nim pracodawcami.

Istnieją znaczące dowody na to, że kwestia monopolu na rynku pracy nie była zbyt powszechnym problemem w XIX wieku. Przykładowo, rzeczywiste wynagrodzenia wykazywały silną tendencję wzrostową przez cały wiek XIX, na długo przed tym, jak związki zawodowe mogły zacząć starać się o przywrócenie równowagi pomiędzy pracownikami a pracodawcami. Ponadto pracownicy bardzo często z własnej inicjatywy zmieniali miejsca pracy przez cały XIX wiek. Duże zakłady pracy zazwyczaj wypłacały wyższe rzeczywiste wynagrodzenia niż mniejsze firmy. Stowarzyszenia pracownicze, których zadanie polegało na zapewnieniu jednolitej polityki zatrudnienia w firmie, zwykle organizowane były szczególnie w celu obrony przeciwko już istniejącym związkom zawodowym (Huff 1973, rozdz. 5; Reynolds 1984, rozdz. 3). Jednak jeśli na rynku pracy w XIX wieku występował problem monopsonu, to właśnie Henry Ford, a nie Samuel Gompers czy Eugene V. Debs zasługuje na uznanie z powodu polepszenia sytuacji. Produkowany masowo niedrogi samochód stworzył dla większości pracowników więcej możliwości znalezienia zatrudnienia, uniemożliwiając tym samym jakiemukolwiek pracodawcy utrzymanie przewagi monopsonistycznej.

W tradycyjnym podejściu mało uwagi poświęca się oczywistemu konfliktowi, jaki zachodzi pomiędzy pracownikami zrzeszonymi a niezrzeszonymi w związkach zawodowych. Pracownicy traktowani są jako homogeniczna klasa, której interesy muszą kłócić się z interesami kapitalistów. Pracownicy nienależący do związku zawodowego są pachołkami pracodawców, a także, według niektórych autorów, zdrajcami swojej klasy. Ich prawa nie mogą być respektowane na równi z prawami osób zrzeszonych w związkach. Są to po prostu „łamistrajki”, „szuje” lub, jak mówią w Wielkiej Brytanii i Południowej Afryce, „szulerzy”. Jak mawiał Jack London: „Po tym jak Bóg stworzył węża, ropuchę i wampira, zostało mu jeszcze trochę pewnego obrzydliwego materiału, z którego ulepił łamistrajka” (Reynolds 1984, s. 31). Pozbawiając pracowników nienależących do związków zawodowych jakichkolwiek zalet moralnych, zwolennicy ruchu związkowego sprowadzili jego historię do często powtarzanych fikcyjnych opowieści o długiej i zaciekłej walce pomiędzy pracownikami – godnymi uwagi nieszczęśnikami – a kapitalistami – chciwymi ciemiężycielami (Hutt 1973, rozdz. 3).

Trzy momenty przełomowe XIX wieku

W roku 1989 przedstawiciel stanu Nowy Jork w Izbie Reprezentantów, Michael McNulty, na 101. posiedzeniu Kongresu Stanów Zjednoczonych przedstawił projekt rezolucji nr 2949, „Study of Nationally Significant Places in American Labor History, Authorization” (jak dotąd losy ustawy nie zostały jeszcze przesądzone). Nie ulega wątpliwości, że plac Haymarket w Chicago w stanie Illinois, huta Carnegie Steel Works w Homestead w Pensylwanii oraz zakłady kolejowe w Chicago (znajdujące się w centrum wydarzeń w trakcie strajku Pullmana w 1894 r.) należą do miejsc, które trwale zapisały się w historii amerykańskiego ruchu związkowego. Zostały one umieszczone na liście McNulty’ego. Każdy klasyczny tekst zajmujący się historią rynku pracy przedstawia wymienione miejsca jako obszary, na których toczyły się bohaterskie walki pracowników z kapitalistami, a pomimo tego, że pracownicy przegrywali jedną bitwę za drugą, udało im się wnieść swój znaczący wkład w walce o sprawiedliwość dla pracowników. W mojej opinii te słynne konflikty nie są czymś, z czego związki zawodowe mogłyby być dumne. Jeśli mielibyśmy stawiać tu jakieś pomniki, to należą się one raczej wszystkim tym odważnym nieuzwiązkowionym pracownikom, którzy brali udział w zaciekłych walkach w obronie swoich osobistych praw przeciwko przymusowej kartelizacji.

Haymarket

Powszechnie przyjętym opisem tamtych wydarzeń, mających miejsce podczas demonstracji robotniczej, jest praca Paula Avricha pt. „Tragedia Haymarket” z 1984 r. W przedmowie autor pisze (s. xi):

Całe zajście, będące jednym z najważniejszych wydarzeń w historii, zarówno ruchu anarchistycznego, jak i pracowniczego, rozpoczęło się 3 maja 1886 r., gdy policja Chicago otworzyła ogień do tłumu strajkujących w zakładzie McCormick, zabijając i raniąc wiele osób. Następnego wieczoru, 4 maja, anarchiści zorganizowali demonstrację przy placu Haymarket. (...) Samuel Fielden, jako ostatni z przemawiających, kończył właśnie swoją przemowę, gdy nadeszli policjanci, żądając, aby demonstracja dobiegła końca. Fielden sprzeciwił się, twierdząc, że było to pokojowe zgromadzenie. (...) Kapitan policji nalegał. Nagle w kierunku policyjnego oddziału została rzucona bomba, której wybuch spowodował poważne obrażenia. Policjanci odpowiedzieli strzałami skierowanymi do tłumu strajkujących, zabijając i raniąc wielu cywilów, jak również własnych ludzi. Sześćdziesięciu siedmiu policjantów zostało rannych, a ośmiu z nich wkrótce zmarło.

Powyższy opis jest do pewnego stopnia trafny, jednak z drugiej strony, niezwykle mylący. Wynika z niego, że w strajku brali udział pracownicy zakładu McCormick, podczas gdy większość z nich nimi nie była. Autor sugeruje, że interwencja policji w dniu 3 maja była nieuzasadniona; to nieprawda. Pokazuje również, że strajk był dla osób protestujących w dniu 4 maja kwestią najwyższej wagi, podczas gdy sprawy miały się inaczej. Ponadto autor wskazuje, że policjanci nie mieli żadnych podstaw, aby tego dnia nakazać protestującym się rozejść – ale mieli do tego podstawy.

Dopiero w 13 rozdziale Avrich przedstawia czytelnikowi własną interpretacje wydarzeń z dnia 3 i 4 maja. Jego słowa nie pozostawiają wątpliwości co do tego, iż uważa on, że zawarte w przedmowie zwięzłe streszczenie tego całego zajścia dokładnie wskazuje, jak powinno być ono zapamiętane.

Autor najbardziej koncentruje się na ruchu anarchistycznym oraz siedmiu samozwańczych anarchistach, którzy zostali aresztowani, postawieni przed sądem, uznani za winnych i skazani na powieszenie za pomoc w zabójstwie. Powodem tego był wybuch bomby oraz zamieszki, w wyniku których zginęli ludzie. Ostatecznie cztery osoby zostały stracone, jedna popełniła samobójstwo, a formę kary pozostałych dwóch zmieniono na inną. W późniejszych czasie zostały one zresztą ułaskawione. Nigdy nie ustalono tożsamości osoby, która rzeczywiście podłożyła bombę. Zdaniem Avricha, tak samo jak większości osób przekazujących tę historię, anarchiści zostali potraktowani niesprawiedliwie.

Moją uwagę przykuwają nie sami anarchiści, ani też pytanie, czy postąpiono z nimi właściwie. To, co mnie zastanawia, to jak demonstracja na placu Haymarket mogła zostać uznana za wydarzenie przełomowe w historii amerykańskiego ruchu związkowego. Główni zainteresowani, wspomniani anarchiści, nie mieli z nim nic wspólnego. Z pewnością wyznawali oni doktrynę Marksa mówiącą o wyzysku pracowników przez kapitalistów, jednak nie należeli do związków. Nie jest prawdą, że to przewodzący pracownikom zorganizowali w dniu 4 maja wiec protestacyjny. Anarchiści byli gotowi wykorzystać do własnych celów konflikt, w jaki wdało się kierownictwo związków, zostali jednak potępieni przez najważniejsze przywódców związkowych, takich jak Samuel Gompers z Amerykańskiej Federacji Pracy oraz Rycerzy Pracy (American Federation of Labor and Terence Powderly of the Knights of Labor). Pomimo tego pomnik znajdujący się na cmentarzu Waldheim Cemetery w Chicago, postawiony na cześć siedmiu anarchistów, uważany jest przez wiele osób za swego rodzaju kapliczkę poświęconą ruchowi związkowemu.

Moja interpretacja omawianych wydarzeń bierze swój początek w dniu 16 lutego 1886 r., kiedy zakład McCormick Reaper Company został zamknięty w wyniku blokady zorganizowanej w związku z przewidywanym strajkiem, który miał się odbyć następnego dnia. Jak opisano to w dzienniku New York Times (dalej: NYT, 17 lutego 1886 r., s. 1., „Od tygodnia istniało jakieś nieporozumienie pomiędzy pracownikami a pracodawcami dotyczące w głównej mierze wynagrodzeń. Spółka ustąpiła we wszystkich kwestiach oprócz jednej, związanej ze zwolnieniem pięciu nienależących do związku zawodowego pracowników odlewni”.

Spółka McCormick zgodziła się zakończyć blokadę i wypłacić pracownikom związkowym wynagrodzenia, co do których udało się wcześniej osiągnąć porozumienie. To, czego oczekiwano od związku, to odstąpienie od żądania zwolnienia wspomnianych pięciu pracowników oraz zaniechanie strajku. Kto tu kogo wykorzystywał? Spółka nie zamierzała odmówić zaakceptowania stanowiska związku i zatrudnienia jego pracowników zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Podtrzymywała jednak, że ma prawo do zatrudniania niezrzeszonych pracowników.

W dniu 25 lutego odnotowano pierwsze akty przemocy. Jeden z majstrów w drodze do pracy został zatrzymany przez pracownika związkowego, który zagroził mu użyciem broni. Tego samego dnia pewien inżynier wraz z grupą instalatorów gazowników został napadnięty, co miało uniemożliwić tym osobom dotarcie do zakładu. Inżynierowi się to jednak udało, natomiast instalatorzy wrócili do swoich domów (NYT 26 lutego 1886 r., s. 1). 28 lutego spółka doszła do porozumienia z przedstawicielami związku zawodowego, ustalając, że praca zostanie wznowiona 1 marca. Grupa innych pracowników związkowych, która chciała kontynuować strajk, „oznajmiła stanowczo, że narobi ona kłopotów tym, którzy będą próbowali powrócić do pracy” (NYT 1 marca 1886 r., s. 1).

1 marca z początku zaledwie 150 pracowników na powrót podjęło pracę spośród 1000, którzy wcześniej deklarowali taką gotowość. „Ogromne tłumy strajkujących zapełniły Blue Island Avenue z wyraźnym zamiarem zatrzymania każdego, kto będzie próbował wrócić do pracy” (NYT 2 marca 1886 r., s. 4). Policja nakazała tłumowi się rozejść, a kiedy to się stało, 200 osobom udało się wejść do zakładu. Spółka przyjęła z powrotem wszystkich pracowników związkowych, którzy zgodzili sie, a także wykazali się wystarczającą odwagą, by wrócić do pracy (około jedna trzecia strajkujących). Do dnia 1 maja wszyscy pozostali pracownicy ze związku zostali zastąpieni osobami niezrzeszonymi w związku. Jak dotychczas, przejawy przemocy były nieliczne.

Sobota 1 maja 1886 r. została wyznaczona przez przywódców ruchu na rzecz ośmiogodzinnego dnia pracy jako początek masowych, ogólnonarodowych strajków mających doprowadzić do wprowadzenia prawa gwarantującego osiem godzin pracy i wynagrodzenie płatne za 10 godzin. Ruch ten obejmował wiele różnych grup społecznych, w tym socjalistów, anarchistów i związkowców. 1 maja w Chicago uczestnikami strajku byli przede wszystkim pracownicy kolei oraz przemysłu drzewnego. Strajk ten, podobnie jak ten w zakładzie McCormick, jest przykładem wyzyskiwania osób nienależących do ruchu związkowego przez pracowników związkowych. Charakter działań podjętych w dniu 1 maja, dobrze oddaje poniższa relacja (NYT 2 maja 1886 r., s. 2) z wydarzeń, które rozegrały się po tym, jak pracownicy kolei zebrali się razem:

Po tym, jak zdołali się zebrać, protestujący obeszli wszystkie składnice na kolei. Gdziekolwiek znajdowali się pracownicy, byli oni nakłaniani, za pomocą argumentów lub gróźb, do zaprzestania pracy. Na stacji Lake Shore wszystkie okna i drzwi były zamknięte, jednak jeden ze strajkujących dostrzegł, że w środku znajdowali się robotnicy. Drzwi zostały wyważone, a tłum 1000 strajkujących wdarł się do środka budynku. Kilku policjantów próbowało przepędzić intruzów, ale oczywiście nie dali rady. Kapitan Buckley, wraz ze swoim oddziałem, miał nieco więcej szczęścia i tłum wylał się z powrotem na ulicę.

Następny dzień, czyli niedziela, przebiegł spokojnie. Potem przyszedł poniedziałek 3 maja, który rozpoczął się od parad, manifestacji, organizowania przemów i pikiet. August Spies, jeden z anarchistów skazanych w późniejszym czasie z powodu wybuchu bomby i zamieszek 4 maja, został poproszony przez Centralny Związek Zawodowy (Central Labor Union), o zabranie głosu podczas manifestacji sponsorowanej przez Związek Pracowników Przemysłu Drzewnego. Większość strajkujących nie była nawet pracownikami zakładu McCormick. Jak mówi Avrich, strajkowali oni, ale nie w imię tego zakładu. W rozdziale 13 przekonuje on, że zorganizowana manifestacja nie miała nic wspólnego z poprzednią demonstracją w spółce McCormick oraz że kilka tysięcy protestujących, które wzięło w niej udział, nie było związanych z tą firmą. Niestety autor zgubił główny wątek, poświęcając swoją uwagę innym kwestiom.

Manifestacja pracowników przemysłu drzewnego miała miejsce w odległości trzech lub czterech przecznic od zakładu McCormick. Zanim przemówił Spies, przedstawiciel Centralnego Związku Zawodowego, Fritz Schmidt, zwrócił się do zebranych robotników z dachu jednego z samochodów:

Ruszajmy! Przepędźmy tych przeklętych łąmistrajkówz miasta. To oni zabierają wam chleb, wasze żony i dzieci. Na nich, wysadźmy ten zakład, walczcie o swoją wolność, a jeśli ci uzbrojeni stróże prawa będą chcieli wam przeszkodzić, odstrzelcie ich tak jak tych łąmistrajków[NYT 4 maja 1886 r., s. 1].

Jak opisywał to historyk Henry David w roku 1936, przemówienie Spiesa „pozbawione było rewolucyjnej propagandy i podgrzewających nastroje wypowiedzi” (David 1936, s. 190). Spies tylko namawiał protestujących, aby zachowali solidarność klasy robotniczej przeciwko pracodawcom, tak aby sprawa, o którą walczą nie przepadła. Zanim skończył, strajkujących dobiegł odgłos dzwonu z zakładu McCormick, zwiastujący koniec zmiany. Spies próbował odwrócić od niego uwagę robotników, ale duża grupa oderwała się od tłumu, uzbroiła w kamienie i skierowała w kierunku zakładu. Jak relacjonuje David:

Od razu rzucili się na łamistrajków i grożąc im kijami i kamieniami, zagonili ich do zakładu, gdzie „szuje” próbowały się ukryć. Kliku znajdujących się tam policjantów otworzyło ogień, na próżno próbując rozgonić tłum, który rozbijał już okna fabryki. Niektórzy strajkujący również odpowiedzieli strzałami. Telefonicznie sprowadzono na pomoc jedenastu nowych policjantów, a w późniejszym czasie przybyło prawie dwustu. (...) Wzmocnione oddziały policji, robiąc dobry użytek ze swoich pałek i broni, rozgoniły pracowników, których opór skruszył się w jednej chwili [David 1936, s. 190].

Filozoficzne i teoretyczne inklinacje Davida skłoniły go, tak samo jak Avricha, do zmiany tej historii w sposób, który sprawia, że rozróżnienie pomiędzy „strajkującymi” a pracownikami zakładu McCormick oraz pomiędzy protestującymi a „robotnikami” ulega zatarciu. Trzymając się wieloletniej praktyki ruchu związkowego, autor odwraca uwagę od kwestii praw robotników niebiorących udziału w strajku poprzez stosowanie epitetów w rodzaju „szuje” i „łamistrajki”. Wydaje mi się, że powinniśmy skupić się raczej na wtargnięciu awanturujących się robotników na teren zakładu McCormick, gdzie znajdowali się jego pracownicy. To tutaj tkwi sedno skandalicznej wręcz krzywdy, jaka została wyrządzona.

Dalej nadszedł dzień 4 maja. Oburzony tym, co jemu wydawało się niesprawiedliwym aktem krwawej kapitalistycznej opresji skierowanej przeciwko niewinnym pracownikom, August Spies opracował „ulotkę zemsty”, która została wydrukowana w liczbie 2500 egzemplarzy przez anarchistyczną gazetę Arbeiter-Zeitung. Była ona rozdawana podczas demonstracji pracowniczych zorganizowanych rano i po południu dnia 4 maja. Oto jej fragmenty:

ZEMSTA! ROBOTNICY! DO BRONI!

Wasze władze nasłały na was swoje cholerne psy – policję – które zabiły tego popołudnia sześciu waszych braci w zakładzie McCormick. Zabili tych biednych nieszczęśników, ponieważ, tak samo jak wy, mieli odwagę sprzeciwić się woli waszych szefów. (...) Jeśli jesteście prawdziwymi mężczyznami, jeśli jesteście prawdziwymi synami waszych dziadów, którzy przelali swoją krew za waszą wolność, wtedy powstaniecie niczym Heraklesi zniszczycie tego ohydnego potwora, który pragnie zniszczyć was.

Do broni! Wzywam was, do broni!

WASI BRACIA [David 1936, s. 191-192].

Adolph Fischer, kolega Spiesa, który miał później podzielić jego los, zaprojektował i wydrukował ulotkę, na której znajdowała się zapowiedź demonstracji na placu Haymarket zaplanowanej na wieczór 4 maja. Brzmiała ona mniej więcej tak:

UWAGA!

Ogromne zebranie odbędzie się dzisiaj o 7 na placu Haymarket (...) Świetni mówcy zabiorą głos, aby donieść nam o ostatniej potwornej zbrodni policji, o zabiciu naszych kolegów wczorajszego popołudnia.

WYPOSAŻCIE SIĘ W BROŃ I STAWCIE SIĘ W PEŁNEJ GOTOWOŚCI

Komitet Wykonawczy [David 1936, s. 194].

Mając w pamięci wydarzenia poprzedniego dnia oraz charakter obydwu wspomnianych ulotek, policja mogła mieć uzasadnione obawy co do przebiegu zapowiadanej manifestacji. Można śmiało przypuszczać, że policjanci byli wyczuleni choćby na najdrobniejsze oznaki mogące sygnalizować powstanie zamieszek i przelewu krwi oraz że gotowi byli zareagować, zanim sprawy zdołają wymknąć się spod kontroli.

Jako ostatni w dniu 4 maja głos zabrał Samuel Fielden, kolejny anarchista, jeden z dwóch, którzy ostatecznie zostali ułaskawieni przez gubernatora stanu Illinois, Johna Altgelda. Pośród jego wielu innych, mniej podburzających wypowiedzi, znalazły się także i te słowa:

Nie musicie robić więcej, jak tylko dorwać to prawo w swoje ręce i dusić tak długo, aż wykona swój ostatni ruch. (...) Obserwujcie je uważnie, zaduście, zabijcie, zadźgajcie, zróbcie wszystko, co w waszej mocy, aby zadać mu rany – aby zahamować jego rozwój. (...) Socjaliści nie wypowiedzą wojny, ale mówię wam, wojna została nam wypowiedziana; proszę was, zróbcie wszystko, co trzeba, aby powstrzymać szturm wroga i uzurpatora. Nasze drogi się skrzyżowały. Ludzie zostali zabici. Mężczyźni, kobiety i dzieci nie zostały oszczędzone przez kapitalistów i sługi prywatnego kapitału. On nie ma litości – wy też nie powinniście jej mieć [David 1936, s. 202-3].

Zaledwie parę zdań później policyjny oddział, dowodzony przez kapitana Bonfielda, zbliżył się do Fieldena i zażądał, aby demonstracja została zakończona. Policjantów dosięgnął w tym momencie wybuch okrytej złą sławą bomby.

To prawda, że nie ma dowodów na to, by anarchiści dokonali czegoś więcej poza wygłoszeniem podburzających przemówień, o czym starają się nas przekonać w swoich książkach Henry David i Paul Avrich. Jednak podążając za słowami Olivera Wendella Holmesa w związku ze sprawą Schencka (249 U.S. 47 [1919]), „Nawet najdalej posunięta ochrona wolności słowa nie ocali człowieka, który niepotrzebnie krzyczy w teatrze «pali się», powodując tym samym zbiorową panikę”. Niezależnie od tego, czy anarchiści powinni zostać ukarani, czy też nie, związkowcy nie mają absolutnie żadnych powodów do dumy.

Homestead

Homestead w stanie Pensylwania położone jest nieco ponad 11 kilometrów na wschód od miasta Pittsburgh, nad rzeką Monongahela. Właśnie w tym miejscu 6 lipca 1892 r. miała miejsce ogromna bitwa – w której wykorzystano dynamit, działa, ogień i broń małokalibrową. Po jednej stronie rzeki znajdowali się odcięci i strajkujący pracownicy huty Carnegie Steel Works, po drugiej – prywatni ochroniarze wynajęci przez zakład dla zapewnienia ochrony jego własności oraz bezpieczeństwa członków załogi, która wciąż pracowała w środku. Dzisiaj bitwę upamiętnia wysoki na około trzy metry pomnik w kształcie szarej płyty. Znajdujący się na niej napis głosi: „Wzniesiony przez członków lokalnych Związków Zawodowych Pracowników Przemysłu Hutniczego (Steel Workers Organization Committee Local Unions) dla upamiętnienia pracowników przemysłu hutniczego i metalowego, którzy zginęli w zamieszkach w Homestead w stanie Pennsylvania w dniu 6 lipca 1892 r. w trakcie strajku zorganizowanego przeciwko spółce Carnegie Steel Company w obronie praw przysługujących każdemu obywatelowi USA (Wolff 1965, s. 264).

Praca Leona Wolffa pt. „Lockout: The Story of the Homestead Strike of 1892” jest powszechnie uznawana za autorytatywne źródło informacji na temat tamtych wydarzeń. Pomimo tego że autor stara się pozostać bezstronny, wydaje się przychylny dla związkowców. Wolff zgadza się z tym, co zostało wyryte na płycie pomnika odnośnie obrony amerykańskich praw. Jednak ja powiedziałbym raczej, że strajkujący wyraźnie odmawiali tych praw innym. Rzecz jasna wszystko zależy od tego, co uznamy za istotne amerykańskie prawa. Zobaczmy, co się właściwie wydarzyło.

Cała historia miała swój początek trzy lata wcześniej, w lipcu 1889 r. Również wtedy odbył się tam strajk, podczas którego doszło do ataku zarówno na ludzi, jak i własność zakładu. Urzędujący szeryf hrabstwa Allegheny nie był w stanie opanować demonstrujących, ponieważ nie mógł znaleźć odpowiednich ludzi, którzy chcieliby się tam udać. Wszyscy bali się o swoje życie (NYT 13 lipca 1889 r., s. 1). W pewnym momencie strajkującym udało się przepędzić oddział około stu policjantów z terenu zakładu (Bemis 1894, s. 371). Demonstracja zakończyła się zwycięstwem protestujących. Spółka zgodziła się podpisać trzyletni kontakt, w którym określona została progresywna skala płac uzależniona od ceny stali. Wysokość wynagrodzeń miała wzrastać lub spadać wraz z poziomem ceny stali, jednak jej dolna granica ukształtowała się razem z wprowadzeniem ceny minimalnej stali w wysokości 25 dolarów za tonę.

Umowa ta miała wygasnąć 1 lipca 1892 r. Z biegiem czasu ekonomia coraz bardziej pogrążała się w recesji, która później miała przerodzić się w kryzys, a cena stali spadała. Przyjęcie ustawy Shermana w sprawie zakupu srebra (Sherman Silver Purchase Act) w 1890 r. wzbudziło powszechny lęk o to, że Stany Zjednoczone odejdą od standardu złota. Zarówno ta ustawa, jak i wprowadzona w tym samym roku ustawa taryfowa McKinleya (McKinley Tariff Act) spowodowała ogromne odpływy kapitału oraz obniżyła bazę monetarną, pogrążając ekonomię w, jak się okazało, największym kryzysie XIX wieku (Friedman, Schwartz 1963, s. 106).

Dziesiątego lipca cena stali wynosiła już 22 i pół dolara za tonę (Bemis 1894, s. 376). W maju spółka zaproponowała podpisanie nowego kontraktu, w którym minimalna cena stali była na poziomie 22 dolarów za tonę. Jego wygaśnięcie miało nastąpić 31 grudnia 1893 r., a nie 30 czerwca. Połączony Związek Pracowników Przemysłu Hutniczego i Metalowego (Amalgamated Iron and Steel Association), liczący 800 wykwalifikowanych pracowników, będących częścią ogólnej liczby 3800 pracowników, odrzucił propozycję spółki. Tylko 330 robotników zostało objętych proponowanymi obniżkami (Taussig 1893, s. 311). Jak stwierdza Taussig, „Biorąc pod uwagę poziom rynkowy wynagrodzeń wypłacanych w innym miejscu za równie ciężką pracę, niektórzy z pracowników dostawali zbyt dużo. Zarobki niektórych z najlepszych pracowników były faktycznie niezwykle wysokie – 6, 8, a nawet 10 dolarów za dzień pracy” (s. 309).

Początkowo związek zawodowy nalegał, aby cena minimalna stali pozostała na poziomie 25 dolarów. W trakcie negocjacji, które odbyły się w czerwcu, spółka zaproponowała więcej niż wcześniej, tj. 23 dolary za tonę, a związek obniżył swoje żądania do 24 dolarów. W latach 1892-95 wszyscy pracownicy pracujący w innych gałęziach przemysłu – inżynierowie, kowale, czy też stolarze – doszli do porozumienia ze swoimi zakładami odnośnie wysokości wynagrodzeń. Jednak pracownicy związku, o którym mowa, byli nieugięci. Odmawiali zaakceptowania jakiejkolwiek innej propozycji niż tej odnoszącej się do ceny 24 dolarów oraz nalegali, aby umowa wygasła w czerwcu, a nie w grudniu. Środek roku to pracowity czas dla zakładu, natomiast w miesiącach zimowych było znacznie mniej pracy. Kierownik zakładu Henry Clay Frick również nie chciał ustąpić ze swojego stanowiska.

Wyznaczył on dzień 24 czerwca jako nieprzekraczalny termin dla związku na przyjęcie jego ostatecznej propozycji. W przeciwnym razie, w dniu 1 czerwca, pracownicy związkowi mieli zostać zablokowani. Pamiętając o tym, o wydarzyło się podczas strajku w 1889 r., Frick w międzyczasie postawił wzdłuż terenu zakładu solidne, niespełna trzymetrowe ogrodzenie z desek, pokryte u góry drutem kolczastym. W razie potrzeby także 300 prywatnych ochroniarzy z agencji Pinkertona miało pojawić się w celu zapewnienia ochrony mienia i pracowników zakładu. W końcu w roku 1889 miejscowy szeryf nie był w stanie odpowiednio wykonać swoich obowiązków służbowych.

Kiedy nadszedł 1 lipca 1892 r. przeprowadzona została zapowiadana blokada. Pracownicy związkowi nakłonili większość pozostałych, by ci zerwali swoje dotychczasowe umowy z zakładem i przyłączyli się do strajku razem z ich odciętymi kolegami. Kierownictwo zakładu uznało, że udzielone wsparcie zostało wymuszone na robotnikach, natomiast pracownicy związkowi żywili przekonanie, że był to spontaniczny akt solidarności klasy robotniczej. W każdym razie prawie wszyscy spośród 3800 pracowników przerwali swoją pracę. Strajkujący utworzyli Komitet Doradczy, kierowany przez Hugh O’Donnella, który w późniejszym czasie zaczął uzurpować sobie prawo do przejęcia władzy w Homestead (NYT 2 lipca 1892 r., s. 1). Szeryf McCleary, urzędujący przedstawiciel organu policji w hrabstwie Allegheny, nie mógł poradzić sobie z protestującymi. Otoczyli oni teren zakładu, nie pozwalając pod żadnym pozorem dostać się do środka nikomu poza jego pracownikami. Od samego początku było jasne, że zależy im przede wszystkim na zablokowaniu dostępu do zakładu pracownikom niezrzeszonym w związku. Każda nieznana im osoba była zatrzymywana i przesłuchiwana. Jeśli ktokolwiek wydał się im choćby w najmniejszym stopniu podejrzany, otrzymywał nakaz opuszczenia miasta pod groźbą przemocy fizycznej, lub czegoś gorszego. Policjantów wysłanych przez szeryfa dla przywrócenia spokoju przepędzono z miasta (NYT 6 lipca 1892 r., s. 1). Wolff opisuje to tak (1965, s. 93):

Każda z dróg prowadzących do miasta została zablokowana. Nikt nie mógł się do niego dostać bez odpowiedniego powodu. Dziennikarzom rozdano identyfikatory umożliwiające wjazd do miasta oraz wyjazd z niego, a tym, których relacje miały charakter obraźliwy, odebrano identyfikatory i nakazano opuścić miasto. Cała komunikacja telegraficzna została skupiona w siedzibie związku. Stacje kolejowe otoczyli uzbrojeni strażnicy. Z biegiem czasu liczba pikietujących na nabrzeżu została zwiększona do tysiąca osób patrolujących oba brzegi rzeki, około ośmiu kilometrów w górę i w dół rzeki. (...) Na pobliskich wzgórzach rozlokowano obserwatorów, z których niektórzy poruszali się konno.

Wczesnym rankiem 6 lipca 300 wynajętych ludzi Pinkertona wyruszyło na dwóch barkach wzdłuż rzeki Monongahela w kierunku huty Carnegie w Homestead. Teren zakładu graniczył z brzegiem rzeki, a ogrodzenie kierownika Fricka w dwóch miejscach znajdowało się w samej rzece tworząc na terenie huty miejsce odpowiednie do dokowania. Barki były już w drodze, kiedy zostały zauważone przez związkowego strażnika. W Homestead zaczynało już świtać, w momencie gdy rozległ się dźwięk sygnałów alarmowych. Zanim barki dotarły do celu, tłum kilku tysięcy osób, spośród których wiele posiadało broń, zdążył zebrać się już w doku.

Relacja Wolffa przedstawia się następująco (1965, s. 106):

Strajkujący rozpoczęli od ostrzału z karabinów, rewolwerów i strzelb, który jednak nie wyrządził żadnych szkód; tylko jedna kula zbiła szybę w oknie sterowni. Podczas gdy trzy statki były już w drodze, całe mnóstwo ludzi zaczęło biec za nimi wzdłuż brzegu, oddając strzały z bliskiej odległości.

Gdy barki dopłynęły do doku, ludzie przedarli się przez ogrodzenie, wkroczyli na teren huty i zwrócili się do osób na barkach, zabraniając im wysiadania na ląd. Niektórzy z agentów Pinkertona, wraz ze swoim przywódcą, kapitanem Heinde, próbowali zejść z barek. Wolff (1965, s. 110) barwnie opisuje, co zdarzyło się potem:

Trzech strajkujących wybiegło na przód; dwóch złapało za koniec kładki, podczas gdy trzeci specjalnie położył się na niej, jak gdyby wyzywając wroga, by nastąpił na jego ciało. (...) Kiedy Heinde próbował odsunąć leżącego mężczyznę, drugi wyciągnął swój rewolwer i postrzelił go w udo. Ciężka kula przewróciła go na plecy. Mężczyźni na kładce znaleźli się pod potokiem ognia. Heinde znów został trafiony (...) inny strażnik, o imieniu Klein, poniósł śmierć na miejscu (...) czterech pozostałych odniosło obrażenia.

Wcześniej ludzie Pinkertona nie oddali ani jednego strzału, jednak teraz zaczęli odpowiadać ogniem. Dwóch strajkujących zostało zabitych, a wielu innych poniosło obrażenia. Tłum wycofał się za ochronne barykady i otworzył ogień do agentów na barkach. Holownik, wraz z wieloma rannymi, wydostał się z doku i skierował do miasta Pittsburgh. Pozostali agenci znajdujący się na dwóch barkach zostali w tyle, gdzie ich oblężono.

Barki były ostrzeliwane przez cały dzień. Użyto dwóch dział w celu ich zatopienia wraz ze wszystkimi pasażerami. Kiedy jednak to zawiodło, pojawił się pomysł podpalenia barek. W pewnym momencie próbowano nawet zniszczyć je dynamitem. Późnym popołudniem ludzie Pinkertona wywiesili białą flagę na znak kapitulacji. Tłum gotowy był zabić ich natychmiast, jednak O’Donnell wraz z pozostałymi członkami komitetu nakłonili strajkujących, aby odstąpili o tego zamiaru. Agentów zapewniono, że nie zostanie im wyrządzona żadna krzywda, w wyniku czego zeszli oni na ląd. Kiedy to się stało, zmuszono ich do podjęcia wyzwania, po czym „w nieludzki sposób” pobito. Jak relacjonuje Taussig (1893, s. 315), „Trzymano ich całych pobitych, posiniaczonych, na wpół umarłych z głodu, przerażenia i z powodu poniesionych obrażeń, na placu, czy raczej arenie, aż do północy, kiedy to przeprowadzono ich pod eskortą związkowców na stację kolejową, skąd wysłani zostali specjalnym pociągiem z powrotem do Pittsburgha”.

Komitet Doradczy sprawował teraz pełną kontrolę nad miastem. Rządził twardą ręką, przypominając Komitet Ocalenia Publicznego Robespierre’a sprzed niemal stu lat. W całym mieście rozlokowani byli obserwatorzy i wartownicy. Nadzorowano każdy rodzaj działania. Ludzie, a zwłaszcza ci obcy oraz dziennikarze, byli szpiegowani i przesłuchiwani. Prasę objęto cenzurą. Niektóre osoby zostały zaaresztowane i wtrącone do więzienia wyłącznie z powodu tego, co miały do powiedzenia (Burgoyne [1893] 1971, rozdz. 8). Brakowało tylko gilotyny.

Pomimo tego, że strajkujący byli w posiadaniu kontroli nad zakładem, nie wyrządzili oni żadnych szkód. Tak naprawdę postanowili nawet naprawić ogrodzenie, które wcześniej połamali na kawałki. Protestujący oraz ich przywódcy nie byli ani socjalistami, ani anarchistami. Doskonale zdawali sobie sprawę z komplementarności pracy i kapitału. Interesowało ich zapewnienie korzyści wyłącznie sobie. Dążyli do zablokowania kapitału i odcięcia pracowników nienależących do związku. W związku z tym robotnicy utrzymywali, że:

Jesteśmy oczywiście zainteresowani losem zakładu, ponieważ to właśnie tu zarabiamy na nasz chleb i masło, a poza tym nie w naszym interesie leży niszczenie własności tej firmy (...)

Jedno jest pewne: nawet jeśli władze przejmą kontrolę, my i tak nie pozwolimy, aby nowi ludzie trafiali do zakładu. Właśnie na to pragniemy zwrócić największą uwagę, niezależnie od tego, czy to my, czy kierownictwo sprawuję kontrolę nad tym zakładem [NYT 10 lipca 1892 r., s. 5].

Prasa krajowa odnotowała liczne akty poparcia dla strajkujących. Inne związki zawodowe oraz politycy formalnie wprowadzili uchwały wyrażające najwyższą pogardę dla ludzi Pinkertona potraktowanych jako napastników. Strajkujący tylko chronili swoje domy. Agent Pinkertona był przedstawiany jako „najbardziej znienawidzony wróg zorganizowanej klasy robotniczej”. Niektóre stanowe organy prawodawcze uchwalały nawet skierowane przeciwko agencji Pinkertona przepisy (NYT 11 lipca 1892 r., s. 1). Nietrudno jest zrozumieć, jaką odrazę żywiły związki wobec ludzi Pinkertona. Stanowili oni główne narzędzie dla pracodawców do poskromienia działań związków zawodowych.

10 lipca gubernator Pattison wysłał do Homestead Gwardię Narodową, aby odebrać związkowcom kontrolę nad miastem oraz samym zakładem. Do 15 lipca zebrano wystarczającą liczbę osób nienależących do związków w celu rozpoczęcia przygotowań do ponownego otworzenia huty. 16 lipca wszyscy protestujący (poza ich przywódcami oraz tymi, którzy odznaczali się wcześniej szczególną przemocą) zostali poproszeni o powrót do pracy na warunkach, jakie zawarte były w ostatniej ofercie Fricka sprzed rozpoczęcia strajku. Prawie żaden z protestujących się na to nie zdecydował. Huta zaczęła stopniowo zatrudniać pracowników nienależących do związków. 27 lipca została ona ponownie otwarta i obsadzona przez 700 nowozatrudnionych robotników. Wszyscy chętni do pracy mieli być wolni od nękania przez strajkujących. Na przestrzeni sierpnia i września przyjmowano coraz więcej niezrzeszonych w ruchu związkowym pracowników. Do 19 września wszyscy gwardziści, oprócz jednego oddziału, opuścili miasto; przywrócono także władzę cywilną.

Niestety w październiku nowa fala przemocy została skierowana przeciwko robotnikom nienależącym do związków. Do związkowców coraz bardziej docierało to, że ponieśli porażkę. Niektórzy z ich własnych szeregów powracali do pracy. W ostatnim, desperackim akcie odsunięcia od siebie nieuniknionego podłożono bombę pod budynek, w którym mieszkało wielu pracowników niezrzeszonych. Spaleniu uległ przy tym także dom jednego z nich. Na ulicach złapano pojedynczych pozazwiązkowych robotników, którzy następnie zostali pobici (NYT 7 października do 4 listopada 1892 r.).

Wszystko to poszło na marne. 18 listopada duża grupa protestujących otwarcie powróciła do pracy, a dwa dni później związek oficjalnie zakończył strajk. Od tej pory huta działała już bez udziału związków zawodowych. Większość strajkujących została zatrudniona ponownie, jednak Połączony Związek Pracowników Przemysłu Hutniczego i Metalowego nie miał już żadnej przyszłości w Homestead. Każdy z pracowników podpisał własną umowę z hutą. Zakład nie wydał zakazu angażowania się w ruch związkowy, jednak miał już nie podejmować z nim żadnym rozmów.

Dwunastego grudnia 1892 r. do mediów przedostała się zdumiewająca informacja o otruciu pracowników niezrzeszonych. Patrick Gallagher, jeden z kucharzy odpowiedzialnych za żywienie tych pracowników w zakładzie, którzy rozpoczęli swoją pracę w sierpniu, wyznał, że on oraz jego inny kolega-kucharz, Robert Beatty, został wynajęty przez Hugha F. Dempseya, członka organizacji o nazwie Rycerze Pracy, do otrucia robotników. Wprawdzie we wrześniu i październiku pojawiło się wiele tajemniczych przypadków zachorowania i śmierci wśród nowych pracowników, jednak nikt nie podejrzewał, że mogło być to wynikiem celowego, nieczystego działania. Chociaż Rycerze Pracy nie byli bezpośrednio zaangażowani w strajk, niektórzy ich członkowie, w tym przywódca Terence Powderly, wyrażali poparcie dla związkowców. Dempsey, Beatty, i Gallagher zostali postawieni przed sądem i skazani. Wszyscy otrzymali wyroki więzienia. Nigdy nie przedstawiono dowodów na to, że Połączony Związek Przemysłu Hutniczego i Metalowego miał udział w spisku (Burgoyne [1893] 1971, rozdz. 19). Tak czy inaczej, był on przykładem zwariowanej solidarności klasy robotniczej.

10 października 1892 r. sędzia Edward H. Paxson z Sądu Najwyższego w stanie Pennsylvania oskarżył wielką ławę przysięgłych o zdradę stanu, która miała mieć miejsce podczas procesu przywódców strajkowych. Ostatecznie żaden z oskarżonych nie został skazany za tak poważne przestępstwo. Jednak, jak zobaczymy w przytoczonej wypowiedzi, sędzia Paxson doskonale zrozumiał, na czym polega prawdziwy charakter stosunku pracy oraz jakie są prawa i obowiązki z niego wynikające:

Relacja pomiędzy pracodawcą a pracownikiem wynika z umowy. Żadna ze stron nie ma prawa zmuszać drugiej do podpisania umowy, która nie jest przez nią do zaakceptowania. Pracodawca nie może żądać, aby jego pracownik pracował dłużej, niż on uznaje to za stosowne lub jest to określone w umowie, ani też by zgodził się na wynagrodzenie, które go nie zadowala. Także pracownik nie ma prawa zmuszać swojego pracodawcy, aby ten go zatrudnił lub zawarł z nim umowę; ma on o wiele mniejsze prawo do stawiania konkretnych warunków. Kiedy negocjacje pomiędzy stronami dobiegną końca, stosunek pracy ustanie. Ludzie nie mają już więcej roszczeń w stosunku do firmy i nie mogą rościć sobie prawa do jej własności (...) Nie ma również znaczenia fakt, że w tym samym czasie zwolniona została duża grupa osób, prawa całej tej grupy nie są ważniejsze niż prawa pojedynczych osób. Prawa obydwu stron odnośnie wynagrodzenia są równie określone i zrozumiałe jak każde inne prawo zagwarantowane w konstytucji i przepisach stanowych. Prawem przynależnym każdemu obywatelowi, pracownikowi czy też kapitaliście, oraz obowiązkiem władz jest ochrona tych praw dla zagwarantowania możliwości pełnego z nich korzystania [Burgoyne (1893) 1971, s. 203-4].

Burgoyne uważa powyższe słowa sędziego Paxsona za dowód tego, że nie pojął on w sposób należyty istoty całej sprawy. W mojej opinii znaczą one dokładnie coś przeciwnego.

Pullman

Jedenastego maja 1894 r. pracownicy zakładu Pullmana w stanie Illinois rozpoczęli swój strajk. Protestowali przeciwko obniżce wynagrodzeń, które Pullman wprowadził na własną rękę, oraz z powodu porażki w próbach obniżenia czynszu w domach mieszkalnych należących do firmy. Kryzys lat 90. XIX wieku rozkwitł w pełni w poprzednim roku. Pomimo tego że oddziały operacyjne zakładu oraz te zajmujące się leasingiem wciąż przynosiły dochody, to miejsca, w których odbywała się produkcja już nie spisywały się tak dobrze. Firma celowo kontynuowała wytwarzanie wagonów pomimo odnoszenia strat, tak aby nie musieć zwolnić swoich pracowników. Jednak jeszcze zanim nadeszła wiosna 1894 r. taka polityka zatrudnienia okazała się niemożliwa do utrzymania przy obecnym poziomie wynagrodzeń. Nawet po dokonaniu zmian firma nadal przynosiłaby straty (Lindsey 1942, s. 95-100). Wielu robotników mieszkało w budynku należącym do zakładu. Zażądali oni, aby Pullman obniżył również wysokość czynszu, skoro obniżył płace. Ten jednak odmówił.

Amerykański Związek Kolejarzy (American Railway Union – ARU) został założony w roku 1893 m.in. przez Eugene V. Debsa. Miał on charakter raczej przemysłowy, a nie przypisany do konkretnej branży. Oznacza to, że miał zrzeszać wszystkich pracowników kolei. Kilka, istniejących od lat, związków zawodowych nazywanych „Bractwami” rywalizowało z ARU o członków. Chociaż wielu strajkujących w zakładzie Pullmana należało do ARU, związek ten nie zorganizował samego strajku. Tak naprawdę Debs początkowo był mu przeciwny, ponieważ uważał, że nie może on osiągnąć sukcesu w obecnych okolicznościach ekonomicznych (U.S. Strike Commission Report [1895] 1972, s. XXVII).

Strajk w zakładzie Pullmana miał charakter pokojowy w tym sensie, że nie doszło tam do jawnych aktów przemocy. Miał jednak przymusowy charakter. Protestujący otoczyli budynki firmy, nie pozwalając nikomu dostać się do środka. Pullman zmuszony był zwolnić 600 pracowników, którzy nie brali udziału w demonstracji. Pewna osoba przedstawiła tę historię następująco (Lindsey 1942, s. 123):

Chcąc zapobiec przemocy trzystu strajkujących obstawiło cały zakład Pullmana pod pretekstem jego ochrony przed chuliganami. Trwało to dzień i noc aż do 6 lipca, kiedy związek został zwolniony z tego obowiązku przez wojsko.

Komisja Strajkowa ([1895] 1972, s. xxxviii) przyjęła bardziej rzeczowy ogląd sytuacji:

Ochrona własności podczas strajku to zazwyczaj tylko pozory. Przeważnie strajkujący tak naprawdę starają się nie dopuścić do tego, by nowe osoby zajęły ich miejsca pracy. Z początku używają do tego perswazji, jeśli jednak to zawiedzie, zaczynają zastraszać innych i używać wobec nich przemocy.

Nie zauważono żadnych przypadków użycia przemowy czy zastraszania, a Komisja wyraziła uznanie dla pikietujących za ich „postawę i opanowanie”.

Aż do 15 czerwca działo się niezbyt wiele. Pullman nie spieszył się specjalnie do załagodzenia strajku, ponieważ wiązałoby się to z zakończeniem niedochodowego przedsięwzięcia. Odmówił on wzięcia udziału w arbitrażu. 15 czerwca na odbywającym się w Chicago spotkaniu ARU zrezygnowani strajkujący zwrócili się do delegatów o pomoc. Dwudziestego drugiego czerwca delegaci przegłosowali konieczność zorganizowania na wszystkich liniach kolejowych bojkotu wagonów produkowanych w zakładzie Pullmana, chyba że strajk zostałby zakończony do dnia 26 czerwca w wyniku wypracowania możliwych do zaakceptowania warunków. George Pullman, założyciel i generalny dyrektor zakładu, nie zgodził się na ustąpienie ze swojego stanowiska, tak więc zapowiadany bojkot doszedł do skutku.

Przedstawiciele ARU poinstruowali swoich członków, aby odmawiali przyjęcia jakiegokolwiek pociągu składającego się z wagonów z zakładu Pullmana. Pociągi te miały być zatrzymywane i dopiero po odczepieniu od nich pullmanowskich wagonów mogły ruszać w dalszą drogę. Jeśli kolejarze odmówiliby odrzucania wagonów Pullmana, groziła im przemoc. 26 czerwca Debs wysłał telegraf do czterech Bractw kolejarzy, zakonu Benevolent Order of Switchmen, Amerykańskiej Federacji Pracy (American Federation of Labor – AFL) oraz Związku Górników Amerykańskich z prośbą o pomoc. Jedynie ostatni z nich odpowiedział pozytywnie (Lindsey 1942, s. 135). ARU zdany był tylko na siebie.

Związek General Managers’ Association (GMA), zrzeszający 24 spółki kolejarzy działające w Chicago, odmówił wzięcia udziału w bojkocie. Utrzymywał on, że skoro ARU nie był zaangażowany w żaden konflikt dotyczący kolejarzy, a linie kolejowe miały podpisane kontrakty z zakładem Pullmana na wykorzystanie jego wagonów, to dołączenie przez kolejarzy do organizowanego bojkotu oznaczałoby naruszenie obowiązujących kontraktów.

GMA został założony w 1886 r. przez linie kolejowe w Chicago na wypadek pojawienia się problemów dotykających obydwie strony. Jednym słowem, był to rodzaj kartelu. Jednak przed rokiem 1893 miał mało wspólnego ze sprawami pracowników. Jego działalność związana była z organizacją transportu, przeglądem wagonów, ich załadunkiem i rozładunkiem, długością i rozstawieniem torów kolejowych itd. (Manning 1960, s. 31). Utworzenie ARU w 1893 r. przyciągnęło uwagę związku GMA, który zaczął wtedy zajmować się polityką rynku pracy. Pierwszym skoordynowanym projektem miało być opracowanie w 1893 r. „stawki chicagowskiej” dla pracowników obsługujących zwrotnice kolejowe. Kiedy rozpoczął się bojkot, GMA odpowiedzialny był za reakcję kolejarzy. Zgodnie z polityką przyjętą przez ten związek, każdy pracownik, który odmawiał wykonywania swojej pracy, miał być natychmiast zwolniony i zastąpiony przez osobę nienależącą do związku zawodowego. GMA otworzył swoje punkty w całym kraju w celu znalezienia chętnych do pracy pracowników. Z powodu kryzysu takich osób było wiele. Pomiędzy 27 czerwca a końcem bojkotu (w połowie lipca) związek zapewnił chicagowskim kolejom 2500 nowych pracowników na zastępstwo (U.S. Strike Commission Report [1895] 1972, s. 251).

Nikt nie zaprzeczy, że zarówno bojkot, jak i strajk wiązały się z przemocą, masowymi zniszczeniami własności kolei oraz licznymi obrażeniami poniesionymi przez uczestników. W Chicago zostało zabitych dwanaście osób (Winston 1901, s. 541). Zamieszki odbywały się głównie w tym mieście, ale rozciągały się także od Mississippi do wybrzeży Oceanu Spokojnego. Związkowcy utrzymywali, że aktów przemocy dopuściły się tłumy ludzi nienależących do związków, a nie miałyby one miejsca w ogóle, gdyby 4 czerwca prezydent Cleveland nie wysłał do Chicago pomocy militarnej.

Od samego początku można było zauważyć przemoc, niszczenie mienia, przerwanie działania amerykańskiej poczty, blokowanie kolejowego transportu międzystanowego. Drugiego lipca Sąd Okręgowy w Dystrykcie Północnym stanu Illinois wydał nakaz skierowany do Eugene’a V. Debsa oraz ARU. Nakazano im zaprzestanie stosowania przemocy, a także powstrzymanie się od zakłócania w jakikolwiek sposób pracy kolei (Manning 1960, s. 54—55). Kiedy treść tego nakazu została odczytana strajkującym oraz ich towarzyszom w mieście Blue Island w stanie Illinois, rozległy się głośne okrzyki niezadowolenia: „Do diabła z rządem! Do diabła z prezydentem! Do diabła z sądem i nakazami!” (U.S. Strike Commission Report [1895] 1972, s. 362). 3 lipca marshal J.W. Arnold wysłał z Chicago do prokuratora generalnego Richarda Olneya telegram o takiej treści:

Kiedy wczoraj wydano nakaz, tłum około dwóch-trzech tysięcy osób przejął punkt w mieście (...) w którym wcześniej został porzucony pociąg pocztowy. Tłum zablokował przejazd wszystkich pociągów. Odczytałem tym ludziom treść nakazu i zażądałem, aby się rozeszli. W odpowiedzi usłyszałem tylko kpiny i gwizdy. Niedługo potem tłum umieścił na torach wózki bagażowe i od tej pory żaden z pociągów nie mógł się już ruszyć [sic]. Nie jestem w stanie rozgonić tłumu, oczyścić torów, ani zaaresztować ludzi odpowiedzialnych za to wszystko. Wydaje mi się, że tylko regularne oddziały wojska mogą zapewnić przejazd pociągom lub wykonanie nakazów sądu (...) Nastała konieczność, aby wojsko pojawiło się w mieście [Cleveland (1904) 1913, s. 25-26].

Kiedy 4 lipca przybyły pierwsze oddziały wojska, w mieście panował względny spokój. Natomiast 5, 6 i 7 lipca przemoc i niszczenie mienia były już powszechne (NYT 6-8 lipca 1894 r., s. 1). Kiedy dla wszystkich stało się jasne, że wojsko podejmie wszelkie możliwe działania w celu przywrócenia i podtrzymania porządku, łącznie z oddawaniem strzałów do uczestników zamieszek, te zaczęły tracić na swojej intensywności. Wydawało się, że 8 lipca porządek został przywrócony, a wiele pociągów bez przeszkód powróciło na tory. Chcąc uniknąć klęski, Debs zażądał, aby członkowie AFL oraz innych związków podjęli walkę w formie strajku generalnego. Dwunastego lipca Samuel Gompers, przewodniczący AFL, oficjalnie odmówił spełnienia tego żądania. Sprawa strajku była przegrana. Pracownicy zaczęli tłumnie wracać do pracy. 18 lipca wycofano z miasta oddziały wojska. Bojkot i strajk dobiegły końca. Demonstracje w zakładzie Pullmana zostały zakończone 2 sierpnia. „Do 24 sierpnia w zakładzie Pullmana pracowało już 2300 robotników, przy czym 550 stanowili nowo zatrudnieni” (Lindsey 1942, s. 270).

Tradycyjne ujęcie „strajku Pullmana”, jak zaczęto nazywać całe to zajście, koncentruje się wokół trzech kwestii: (1) konfliktu pomiędzy prezydentem Cleveland a gubernatorem Altgeldem zmierzającego do ustalenia, czy prezydent Cleveland nie dokonał przekroczenia swoich uprawnień, kiedy wysłał do miasta wojsko bez uzyskania uprzednio zgody gubernatora, (2) zasadności nakazu wydanego przeciwko ARU, oraz (3) pytania, czy związek ARU ponosi odpowiedzialność za akty przemocy. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych (jak się wkrótce przekonamy) rozstrzygnął dwie pierwsze kwestie na jednym posiedzeniu, podtrzymując słuszność działań podjętych przez prezydenta Clevelanda oraz utrzymując w mocy kary nałożone na Debsa za niedotrzymanie nakazu z 2 lipca. W dzisiejszych czasach historycy przychylni ruchowi związkowemu krytycznie wypowiadają się na temat decyzji wydanych przez Sąd Najwyższy. Sądy działające już po wprowadzeniu Nowego Ładu najprawdopodobniej orzekłyby inaczej.

Historycy zgadzają się co do tego, że niewiele przypadków niszczenia mienia kolei można przypisać strajkującym i związkowcom z ARU. Komisja Strajkowa ([1895] 1972) winę za większość aktów zniszczenia mienia i zorganizowania zamieszek przypisuje niezdyscyplinowanemu tłumowi złożonemu głównie z „chuliganów, kobiet, cudzoziemców z niższych klas społecznych oraz ludzi należących do środowisk przestępczych. Niewielu strajkujących znalazło się wśród wymienionych osób; nikt im nie przewodził, raczej ugięli się pod falą chuligaństwa i rozboju” (s. XLV-XLVI).

Komisja obarcza jednak strajkujących winą za niektóre działania związane z niszczeniem mienia. Protestujących uznaje się za winnych „unieruchamiania i przestawiania zwrotnic, usuwania torów, uszkodzenia sprzęgów, wyprzęganie wagonów, przemieszczania oraz pozostawiania wagonów i maszyn, umieszczania sworzni w silnikach maszyn, blokowania torów za pomocą wagonów, a także prób uprowadzenia wagonów należących do poczty” (s. XLV). Nie można im jednak zarzucać podpaleń i zniszczeń, które miały miejsce na dużą skalę.

Pozostaje jednak ważne pytanie: jak strajkujący poradzili sobie z wymianą pracowników oraz rozłamem wśród związkowców? W interesie protestujących leży powstrzymywanie się od zbyt dużej destrukcji kapitału, jednak zależy im również na odcięciu nowych pracowników. Strajk ten, podobnie jak demonstracje w Homestead, czy na placu Haymarket, stanowił pole do rywalizacji pomiędzy jednymi pracownikami a innymi. Związek nie miał na celu obrony praw pracowniczych. Próbował zapewnić pewne przywileje określonej grupy pracowników, a następnie je chronić, wyłączając pozostałych. Sama Komisja Strajkowa ([1895] 1972) mogła niewiele powiedzieć na temat starć pracowników różnych grup. Przyznaje jedynie, że „miały miejsce poważne groźby i ich prowokowanie wobec pracowników zajmujących miejsce strajkujących” (s. XLV). Załącznik A do raportu Komisji (w postaci nagranych oświadczeń osób zeznających w imieniu kolei) zawiera dokładne szczegóły dotyczące toczących się walk. Można tam znaleźć przykłady bicia, pokrywania ludzi środkiem do wybielania oraz zastraszania. A.P. Winston (1901, s. 546) opisał nastawienie strajkujących do pracowników nienależących do związków zawodowych w ten oto sposób: „Ruch związkowy pokazuje swoje rewolucyjne oblicze w sytuacji, gdy ma się zmierzyć z „łamistrajkami”. Tego rodzaju wrogowie uderzają w samą rację bytu związku zawodowego, tak więc jego członkowie traktują ich jak ludzi wyjętych spod prawa”.

Postawa Debsa wobec pracowników niezrzeszonych nie pozostawiała żadnych wątpliwości. W jednym z telegramów ostrzegał on pewnego członka związku zawodowego w Indianie, że „władze z Baltimore i Ohio (...) poszukują łamistrajków w miastach na wschodzie. Trzeba ich odizolować wszelkimi środkami”. Z kolei w innym telegramie, podpisanym nazwiskiem Debsa, który jednak zaprzeczał później, że go wysłał, czytamy: „wszyscy pracujący w oddziałach kolei (...) na zawsze pozostaną już łamistrajkami, i tak będą traktowani” (von Holst 1894, s. 507).

Ataki wymierzone przeciwko pracownikom nienależącym do ARU były na tyle liczne i poważne, że zostały dokładnie wymienione w treści nakazu z dnia 2 lipca. Punkt 7 i 8 podaje:

(7) Nakłanianie lub zmuszanie, lub próby nakłonienia lub zmuszenia za

pomocą gróźb, zastraszania, perswazji, siły lub przemocy, jakiegokolwiek pracownika rzeczonej kolei do odmówienia wykonania lub niewykonania jakichkolwiek obowiązków służbowych (...)

(8) Nakłanianie lub zmuszanie, lub próby nakłonienia lub zmuszenia za

pomocą gróźb, zastraszania, siły lub przemocy, jakiegokolwiek pracownika rzeczonej kolei, który jest w niej zatrudniony... do porzucenia pracy na rzecz tej kolei [Manning 1960, s. 54-55].

Wspomniana w punkcie 7 „perswazja” budzi szczególne zainteresowanie. Podczas gdy wiele osób zgodziłoby się, że wymienienie w nakazie gróźb, zastraszania, użycia siły i przemocy przeciwko pracownikowi niezwiązanemu z ARU jest uzasadnione, to równie dużo osób uznałoby, że nie ma nic złego w nakłanianiu jednego pracownika przez drugiego do wzięcia udziału w strajku. Ponieważ stosowanie gróźb i przemowy zostało osobno wyszczególnione, zastrzeżenie sędziego nie mogło opierać się na tym, że „perswazja” często przybiera formę gróźb i zastraszania. Sędzia mógł równie dobrze obawiać się o to, że nawet przyjacielska perswazja równa się nakłanianiu do naruszenia zapisów obowiązującej umowy. Jeśli pracownicy niebiorący udziału w strajku związani byli ustną lub pisemną umową zobowiązującą ich do kontynuowania pracy, to strajkujący namawiający ich do tego, aby do nich dołączyli, są winni podburzaniu. Kwestia ta została podniesiona także przez kolejarzy, kiedy odmówili udziału w organizowanym bojkocie wagonów Pullmana: obowiązujące umowy pomiędzy zakładem Pullmana a kolejarzami zapobiegły bojkotowi. Tylko osoba, która wierzy w to, że prawa związkowców były ważniejsze niż prawa wszystkich pozostałych zaangażowanych osób, mogłaby usprawiedliwić tego rodzaju podburzanie. Jak zobaczymy dalej, kwestia użycia przez związkowców „pokojowej perswazji” została poruszona przez Sąd Najwyższy w 1921 r.

Zwolennicy ruchu związkowego powinni pamiętać, że inne związki zawodowe, w szczególności Bractwa, nie udzieliły poparcia dla ARU. Przykładowo, Winston (1901, s. 557) zwraca uwagę, że 3 lipca H. E. Wilkinson, przewodniczący Bractwa Kolejarzy, wygłosił publiczne przemówienie na temat strajku zorganizowanego przez ARU, w którym stwierdził, że został on zwołany przez delegatów

którzy nie reprezentowali nawet jednej trzydziestej wszystkich pracowników kolei w Stanach Zjednoczonych, jednak od każdego mężczyzny, każdej kobiety i każdego dziecka w jakikolwiek sposób zatrudnionego na kolei oczekiwano podporządkowania się temu naglącemu wezwaniu, bez względu na własne prawa, obowiązki wobec innych organizacji, czy też umowy zawarte z innymi zakładami.

Debs potępił działanie Bractwa, nazywając jego członków „sprzymierzeńcami kolejarzy w wielkim strajku” (Winston 1901, s. 557; dziś jest on traktowany jak rzecznik „klasy robotniczej” w czasie strajku. Pomimo marzeń o solidarności klasowej, nie istniała żadna wspólna perspektywa łącząca wszystkich pracowników. Poglądy wielu różnych środowisk pracowniczych raczej ścierały się ze sobą.

W swojej decyzji In Re Debs (158 U.S. 564 [1895]) Sąd Najwyższy utrzymał w mocy kary nałożone na Debsa przez sąd niższej instancji, powołując się na zawarte w Konstytucji Stanów Zjednoczonych przepisy klauzuli dotyczącej handlu międzystanowego. Jak mówi historia ruchu związkowego, tak rozpoczął się długi okres „władzy z nakazu” – okres wywierania nacisku na związki zawodowe poprzez wydawanie anty-strajkowych nakazów. Okres ten zakończył się przyjęciem w 1932 r. ustawy Norris-LaGuardia.

Dwie najważniejsze decyzje Sądu Najwyższego

Na przestrzeni lat 1895–1921 sądy federalne, jak również stanowe, wydały wiele anty-związkowych decyzji. Jednak wszystkie one dotyczyły konkretnych działań związków zawodowych, które zgodnie z literą prawa uznane zostały za niedopuszczalne. Żadna z decyzji nie uderzała bezpośrednio w związki zawodowe jako takie, ani też w podejmowaną przez nie aktywność, która nie naruszałaby prawa innych osób do swobodnej wymiany. Wolność zrzeszania się miała być zapewniona każdemu. Zapewnia ona jednostce także prawo odmówienia stowarzyszania się z grupą osób prywatnych, z którą jednostka się nie zgadza lub nie posiada wspólnych wartości.. Prawo tworzenia związków zawodowych oraz wstępowania do nich i brania udziału w ich działalności, jak również prawo do powstrzymania od tego rodzaju aktywności zostało zagwarantowane przepisami prawa. W szczególności decyzje wydane przez Sąd Najwyższy w dwóch sprawach – Duplex Printing Press Co. v. Deering (254 U.S. 443 [1921]) oraz American Steel Foundries v. Tn-City Central Trades Council (66 Led. 189 [1921]) – dobrze oddają taki właśnie tok postępowania sądu w omawianym okresie.

W 1908 r. Sąd Najwyższy zastosował ustawę Shermana (Sherman Antitrust Act) przeciwko związkom zawodowym, których działania uznał on za zmierzające do ograniczenia handlu. Federacja AFL była tak oburzona tą decyzją sądu, że zainicjowała specjalną kampanię wymierzoną szczególnie w polityków partii demokratycznej. Celem AFL było wyłączenie Federacji spod ustawy Shermana (Gould 1987, s. 15-16). W roku 1912 Partia Demokratyczna oficjalnie zapowiedziała wprowadzenie w życie powyższych przepisów, jeśli tylko popierany przez nią kandydat na urząd prezydenta, Woodrow Wilson, wygra wybory. Tak właśnie się stało i w roku 1914 zaczęła obowiązywać ustawa Claytona (Clayton Antitrust Act). Artykuł 20 tej ustawy stwierdza, co następuje:

żaden nakaz nie może zostać wydany przez żaden z sądów w Stanach Zjednoczonych (...) w żadnej sprawie pomiędzy pracodawcą a pracownikami, lub pomiędzy pracodawcami a pracownikami, lub pomiędzy pracownikami, lub pomiędzy osobami zatrudnionymi a tymi szukającymi zatrudnienia, dotyczącej lub wynikającej z konfliktu związanego z warunkami zatrudnienia, chyba że konieczne jest zapobieżenie powstaniu nieodwracalnych szkód mienia, naruszenia prawa własności, strony składającej wniosek (...)

Żaden nakaz lub zakaz tego rodzaju nie może uniemożliwić żadnej osobie, działającej samodzielnie lub we współpracy z innymi, zakończenia stosunku pracy, lub wstrzymania świadczenia pracy, lub zalecania lub doradzania innym, lub przekonywania ich do tego za pomocą pokojowych środków.

Przewodniczący AFL, Samuel Gompers, określił ustawę Claytona mianem: „Magna Carta klasy robotniczej”, jednak zabawa nie trwała długo.

W sprawie Duplex Sąd Najwyższy podtrzymał nakaz skierowany przeciwko związkom zawodowym, argumentując, że ustawa Claytona zapewnia ochronę związkom tylko w sytuacji, gdy te „realizują swoje zamierzone cele zgodnie z obowiązującym prawem” (Gould 1987, s. 18). Związek rozpoczął demonstracje, ponieważ zakład zaczął działać na zasadach całkowicie otwartych. Oznacza to, że postanowił on nie dopuścić do dyskryminacji jakichkolwiek pracowników, obojętnie czy należeli oni do związków, czy też nie. Natomiast związek zawodowy żądał od swojego pracodawcy, aby ten przystał na dyskryminowanie pracowników niezrzeszonych. Spółka Duplex nadal prowadziła swoją działalność pomimo odbywającego się strajku, tak więc związek postanowił podjąć innego rodzaju działania, aby osiągnąć swoje cele. Związkowcy zagrozili klientom komercyjnym spółki podobnymi strajkami, jeśli ci nie zgodzą się na wzięcie udziału w bojkocie firmy. W ten sam sposób postąpili z wszystkimi warsztatami naprawczymi współpracującymi ze spółką, nakazując im, aby zaniechały swoich kontaktów z firmą Duplex. Pracownikom tych warsztatów należącym do związków zawodowych zagrożono utratą członkostwa, w przypadku gdy zajmą się naprawą jakichkolwiek maszyn drukarskich firmy. Powyższe działania związkowców zostały zaskarżone w Sądzie Najwyższym zgodnie z obowiązującą ustawą antytrustową, jako że ustawa Claytona chroniła tylko tych związkowców, których działania wymierzone były w konkretnego pracodawcę, zaangażowanego w strajk. „Uzasadnionym celem” związku nie mogło być naruszenie prawa osób trzecich do swobodnej wymiany. Nie było tu mowy o próbie pokojowego wynegocjowania przez grupę pracowników firmy korzystniejszych warunków pracy. Sąd wykonywał swoje obowiązki związane z zapobieganiem agresji ze strony obcych osób pragnących poszerzyć swoje wpływy.

W sprawie Tri-City Sąd Najwyższy szczegółowo określił zasady, którymi należy się posługiwać w trakcie konfliktów pracowniczych. Uważam, że powinny one zostać uwzględnione w jakiekolwiek reformie prawa pracy, jaka miała miejsce w latach 90. XX wieku. W listopadzie 1913 r. firma zamknęła swój zakład z powodu złej sytuacji ekonomicznej oraz zwolniła około 1600 osób. Niektórzy z nich należeli do związków powiązanych z Radą Tri-City, jednak polityka firmy zawsze wykluczała jakąkolwiek formę dyskryminacji pracowników. W kwietniu 1914 r. zakład został ponownie otwarty i wznowiono produkcję na mniejszą skalę. 350 byłych pracowników przyjęto z powrotem do pracy, a niektórzy z nich należeli wcześniej do związków zawodowych. Dla wszystkich pracowników wysokość wynagrodzenia zmniejszono o dwa centy, w porównaniu do stawki obowiązującej sprzed zamknięcia zakładu. Teraz wynosiła ona dziesięć centów za godzinę. Rada Tri-City, złożona prawie w całości z osób, które nigdy nie były zatrudnione w tej firmie, ogłosiła protest przeciwko obniżce wynagrodzeń. Zaledwie dwóch z ponownie przyjętych pracowników dołączyło do strajkujących. Pozostałe 348 osób było gotowe kontynuować swoją pracę, jednak Rada zorganizowała pikiety przy każdym wejściu do zakładu. W okresie od 22 kwietnia do 18 maja pikietujący raz za razem napadali i bili tych robotników, którzy próbowali wciąż przychodzić do pracy. Wiele osób zdecydowało się nocować na terenie zakładu ze strachu przed tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby wpadli w ręce pikietujących. Osiemnastego maja sąd federalny wydał nakaz, w wyniku czego akty przemocy ustały. Związek przekonywał, że artykuł 20 ustawy Claytona zapobiegał takiemu nakazowi. Sąd Najwyższy orzekł jednak inaczej.

Sąd podtrzymał swoja decyzję mówiącą o tym, że ustawa Claytona zapewnia ochronę wyłącznie związkowcom przestrzegającym przepisów prawa, które, jak dodał, mają zastosowanie tylko w przypadku „pokojowej perswazji wykorzystywanej przez pracowników już zwolnionych lub oczekujących na decyzję pracodawcy” (załącznik 197). Osoby trzecie nie miały żadnego prawa do uczestnictwa w strajku, nawet jeśli były one do tego namawiane przez robotników chętnych do pracy. Jakiekolwiek próby stosowania przez pracowników przemocy lub gróźb były zabronione. Nakazowi nie podlegały jedynie pokojowe rozmowy pomiędzy robotnikami zaangażowanymi w strajk a tymi, którzy odmówili wzięcia w nim udziału. Z uwagi na to, że nawet pokojowa pikieta może zagrażać pozostałym pracownikom, sąd uznał, że tylko jedna pikieta może znajdować przy pojedynczym wejściu do zakładu. Ponadto sąd orzekł, że prawo do prowadzenia działalności gospodarczej jest prawem danego zakładu. Pracodawcy należy się zatem ochrona zarówno przed osobami, które naruszają to prawo, jak i przed przejawami naruszenia jakiegokolwiek innego prawa własności. Warto w tym miejscu przytoczyć fragment decyzji sądu:

Nieodwracalna szkoda mienia lub naruszenie prawa własności, zgodnie z pierwszym paragrafem artykułu 20, obejmuje wyrządzenie szkody działalności pracodawcy oraz (...) paragraf drugi znajduje zastosowanie wyłącznie w przypadkach mających związek z konfliktem pomiędzy pracodawcą a pracownikiem (-ami), dotyczącym warunków zatrudnienia (...) a nie w przypadku konfliktu pomiędzy pracodawcą a osobami, które nie są zatrudnione, ani nie szukają zatrudnienia w zakładzie pracodawcy [załącznik 196].

Celem Kongresu i artykułu 20 oraz sądów zanim doszło do jego uchwalenia, było określenie z jednej strony praw pracodawcy w ramach jego działalności oraz względem dostępu jego pracowników do zakładu, a także możliwości wydalenia ich z tego miejsca bez zastraszania lub wywołania zamieszek, a z drugiej praw pracowników, obecnych lub przyszłych, do użycia pokojowych i zgodnych z prawem środków do nakłonienia obecnych i przyszłych pracowników do włączenia się w ich działalność (...) [załącznik 1971].

Jak daleko można się posunąć w użyciu perswazji i komunikacji bez naruszenia prawa tych, na których wpływamy? W drodze do i z pracy jednostka ma prawo do swobodnego przejścia bez żadnych przeszkód tak, jak pozwala na to droga, w zgodzie z prawem innych osób cieszących się tym samym przywilejem. Jesteśmy jednostkami społecznymi i zaczepienie jednej osoby przez drugą w nieszkodliwy sposób, oraz propozycja nawiązania komunikacji i omówienia pewnych kwestii celem wywarcia wpływu na działania drugiej osoby, nie jest uznawane za przejaw agresji lub naruszenie jej praw. Jednak w przypadku gdy propozycja ta zostanie odrzucona, do czego osoba ma prawo, upór, natarczywość, śledzenie i nagabywanie staje się nieuzasadnioną przykrością i przeszkodą, która niebawem może zacząć przypominać zastraszanie. Z uwagi na to osoba, na którą się wpływa, ma prawo do wolności, a jej pracodawca ma prawo zabiegać o jego wolność [załącznik 197].

Członkowie Rady Tri-City, wraz z innymi pozwanymi, niebędącymi ani pracownikami, ani strajkującymi, stali się intruzami oraz bez żadnego powodu byli zaangażowani w nielegalny spisek mający na celu wyrządzenie szkody pracownikom odlewni poprzez ich zwiedzenie, co powinno zostać zakazane [załącznik 199].

Sąd stwierdził, że jego decyzja nie doprowadziła do powstania żadnych nowych przepisów, czy też nowej interpretacji już istniejących uregulowań prawnych. Miała ona na celu „deklarację praw, które praktykowano od zawsze” (załącznik 197). Zgodnie z nimi każdej osobie (należącej, czy też niezależącej do ruchu związkowego, pracodawcy, klientowi lub dostawcy) przysługują równe prawa. Każdy ma prawo składania ofert innym osobom, jednak nikomu nie wolno zmuszać innych do przyjmowania jego ofert. Swobodna wymiana wymaga obopólnej zgody. Każdy musi mieć zapewnioną możliwość odrzucenia oferty, która wydaje mu się nie do zaakceptowania oraz zakończenia negocjacji bez jakichkolwiek nacisków. W przypadku braku wyraźnej zgody na zaakceptowanie oferty, pracownik musi otrzymać prawo do wypracowania ze swoim pracodawcą, bez użycia przemocy, lepszych warunków zatrudnienia. Pracownik ma także prawo, samodzielnie lub w porozumieniu z innymi, zaprzestać świadczenia pracy, kiedy uzna, że warunki zaproponowane przez pracodawcę są niemożliwe do przyjęcia. Jeśli tak miałby wyglądać strajk, to każdy miałby do niego prawo. Jednak nikt nie może utrudniać innym pracownikom wykonywania ich obowiązków służbowych, klientom nabywania produktów i usług, a nabywcom realizowania dostaw w trakcie strajku. Oprócz tego osób spoza zakładu nie wiąże absolutnie żadna relacja z pracodawcą, tak więc może on odmówić kontaktu z nimi oraz szukać możliwości ochrony swojej własności przed ich działaniem. W 1921 r. sąd uznał, że wszystko to stanowiło wyraz zachowania zdrowego rozsądku. Sądzę, że nadal jest to aktualne.

Przewaga interesów nad indywidualnymi prawami

Zmiany, jakie nastąpiły w stanowisku Sądu Najwyższego, od poparcia dla prawa do swobodnej wymiany aż do zaakceptowania możliwości uchylenia tego prawa przez rząd lub związki zawodowe, zostały dokładnie opisane i zanalizowane (np. Siegan 1987 i Dickman 1987). Nie mamy jednak tutaj miejsca na przedstawienie całej tej smutnej historii. Należy tylko zauważyć, ze ustawa Norris-LaGuardia oraz NLRA są przykładem znacznego odejścia od zwykłych przepisów prawa stosowanych przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zanim nadeszły lata 30. XX wieku. Nawet w obecnych czasach ustawy te uważane są za zgodne z konstytucją, pomimo faktu, że wprowadzają one przepisy zapewniające specjalne przywileje małej grupie osób kosztem wszystkich pozostałych. Przepisy prawa pracy wyprowadzone ze zwykłej zasady uczciwego działania zostały trafnie określone mianem „apartheidem prawa pracy” (Vieira 1986, s. 35).

Ustawa Norris-LaGuardia

Ustawa ta miała następujące konsekwencje: nadała związkom zawodowym pewne uprawnienia podczas konfliktu z pracodawcą, nawet jeśli ich członkowie nie są zatrudnieni w zakładach zaangażowanych w konflikt (artykuł 13), wprowadziła zakaz wydawania jakichkolwiek nakazów przez sądy federalne w przypadku konfliktów w miejscach pracy (artykuł 1, 7-12), wyjęła działaczy związkowych spod działania ustaw antytrustowych (artykuł 4-5), sprawiła, że umowy zawierane pomiędzy pracownikami a pracodawcami, zakazujące działalności związkowej, stały się automatycznie nieważne w sądach federalnych.

Jak pokazały kolejne sprawy toczące się przed Sądem Najwyższym – np. U.S. v. Hutcheson (321 U.S. 219 [1941]) oraz Apex Hosiery v. Leader (310 U.S. 409 [1940] – ustawa Norris-LaGuardia skutecznie uwolniła związki zawodowe od jakiejkolwiek odpowiedzialności, w tym karnej, za działania podejmowane w trakcie konfliktów pracowniczych. Związki zawodowe stały się nietypowymi organizacjami ze specjalnymi przywilejami, o których inne organizacje mogłyby tylko pomarzyć. Według mojej oceny nie było absolutnie żadnego uzasadnienia dla nadania im takich specjalnych przywilejów

Przykładowo, troska o nieprawidłowe stosowanie nakazów sądowych podczas konfliktów w miejscach pracy była całkowicie bezzasadna. Jak podaje Sylvester Petro (1978), w latach 1880–1932 sądy federalne wydawały nakazy w mniej niż 1 proc. przypadków zatrzymania świadczenia pracy. W przypadku sądów stanowych natomiast liczba ta wynosiła mniej niż 2 proc. W dodatku żaden pokojowo przeprowadzony strajk nie został w tym okresie zabroniony. Wszystkie interwencje podjęte przez sądy miały na celu na powstrzymanie aktów przemocy, w tym tych związanych z fizycznymi obrażeniami i zniszczeniem mienia. Ta niewielka liczba nakazów sądowych została wydana dla zapewnienia identycznych zasad postępowania dla każdej ze stron.

Sprawa dotycząca pracowników nienależących do związków (nazywanych „szujami”) rodzi poważne pytania. W tego typu umowach zarówno pracodawcy, jak i pracownicy zgadzali się nie angażować w działalność związkową. Jak twierdzi Reynolds (1984, rozdz. 5) chęć zawierania takich umów zgłaszali sami pracownicy, którzy szukali ochrony przed osobami trzecimi próbującymi naruszać ich prawo do świadczenia swoich usług pracowniczych na ustalonych warunkach. Oczywiście istniały też przypadki proponowania tego rodzaju umów przez pracodawców, którzy pragnęli uniknąć kontaktu z wrogo nastawionymi organizacjami.

Nieważne, kto wychodzi z inicjatywą, zgodnie z ogólnie przyjętą swobodą zawierania umów i kiedy nie dochodzi do oszustwa, w umowach tego rodzaju nie ma nic złego. Jeśli chodzi o zawieranie umów, pracodawca ma prawo zaoferować swoim potencjalnym pracownikom dowolne warunki zatrudnienia. Potencjalny pracownik może przyjąć lub odrzucić przedstawione warunki. Także pracownik może zaproponować pewne warunki swojemu pracodawcy. Dla przykładu, może on zasugerować, aby pracodawca zatrudniał wyłącznie osoby należące do związków lub powstrzymał się od przyjmowania ich do pracy. Pracodawca może z kolei zaakceptować lub odrzucić tego typu propozycję. Nikt nie ma „prawa do” zostania zatrudnionym przez jakiegoś konkretnego pracodawcę, a żaden pracodawca nie ma „prawa do" zatrudniania ściśle określonej grupy pracowników. Jedyne prawo, jakie każdy z nas posiada, stanowi o możliwości składania ofert oraz otrzymywania na nie odpowiedzi.

Jednak taki pogląd odwołuje się do założenia, że każdemu powinny przysługiwać takie same prawa, niezależnie od zajmowanej pozycji i statusu społecznego. Artykuł 2 ustawy Norris-LaGuardia Act mówi:

pracownik nienależący do organizacji pracowniczej zazwyczaj nie ma możliwości zapewnienia swobody zawierania umów oraz ochrony swojej swobody do poszukiwania zatrudnienia, a zatem do uzyskania możliwych do zaakceptowania warunków zatrudnienia.

A zatem powinny tu obowiązywać jakieś specjalne zasady. Liczy się skutek, nie proces. W artykule 2 zakłada się, że jednostka nie posiada swobody zawierania umów, chyba że ma ona „swobodę” w uzyskiwaniu warunków, jakich pragnie. Jednak co w takim razie z tymi, którzy chcą uniknąć zaangażowania w ruch związkowy? Czy ograniczenie umów zakazujących wstępowania do związków nie ograniczyłoby również ich swobody, jako że nie mieliby możliwości wynegocjowania spodziewanych warunków? Takie konflikty są nie do uniknięcia, kiedy wolność definiuje się w sposób, w jaki jest ona zapisana w ustawie Norris-LaGuardia Act.

Przekonanie o tym, że pracownicy nienależący do związków zawodowych mają mniejszą siłę przetargową w porównaniu z pracodawcami, jest przyczyną, dla której większość osób popiera ruch związkowy. Kwestia ta podnoszona jest ponownie w ustawie Wagnera. Jednak wszystko to jest tylko wielkim mitem. Siła przetargowa pracownika zależy od tego, jak wiele posiada on możliwości. Jeśli pracownik może albo świadczyć swoje usługi dla pracodawcy A, albo nie będzie miał pracy w ogóle (na przykład w sytuacji, gdy pracodawca A jest monopolistą), to jego pozycja negocjacyjna jest kiepska. Natomiast w przypadku, gdy pracownik ma wiele możliwości wyboru swojego miejsca zatrudnienia, to jego siła przetargowa jest duża. Nawet jeśli w XIX wieku istniały jakieś przykłady, gdy pracodawca był monopsonistą lub oligopsonistą, to, jak już się dowiedzieliśmy, raczej nie trwało to zbyt długo. Monopson przestał być ważnym czynnikiem na amerykańskim rynku pracy, kiedy wynaleziono samochód, którego użycie następnie niezwykle się rozpowszechniło.

Krajowa ustawa o stosunkach pracy

Artykuł 1 krajowej ustawy o stosunkach pracy (NLRA) rozpoczyna się od często powtarzanego kłamstwa, które oparte jest na przekonaniu o tym, że pracodawcy to nasi wrogowie:

Odmówienie przez pracodawców pracownikom prawa do samoorganizowania się oraz zaakceptowania procedury zbiorowych negocjacji prowadzi do powstawania strajków oraz innych form nacisku w miejscu pracy (...)

Tak naprawdę przez rokiem 1935 pracodawcy rzadko odmawiali swoim pracownikom prawa do samoorganizowania się. Najczęściej po prostu nie chcieli uznać osób trzecich za stronę, z którą należy sie liczyć w sposób szczególny (Baird 1984, rozdz. 2). Wielu pracodawców przyznawało pozazakładowym związkom zawodowym pewną proporcjonalną reprezentację, jeszcze zanim zostało to zapisane w artykule 7(a) ustawy NLRA. W przypadku gdy dochodziło do zawierania umów zabraniających działalności związkowej, pracodawcy unikali rozmów z zewnętrznymi związkami zawodowymi, co niejednokrotnie odbywało się na życzenie pracowników, którzy nie chcieli mieć nic wspólnego ze związkowcami. Konflikty pojawiały dopiero podczas strajków, kiedy związkowcy spoza zakładu pracy dążyli do poszerzenia swoich wpływów.

Artykuł 1 kończy się przykładem Orwellowskiej nowomowy mającej usprawiedliwić utworzenie wrogich stosunków między większością pracowników a ich mniejszością. W ustawie zapewnia się, że ma ona na celu „zapewnienie pracownikom pełnej swobody zrzeszania i samoorganizowania się oraz możliwości dokonywania wyboru własnych reprezentantów”, tak aby możliwe było zawarcie zbiorowego porozumienia. Jednak artykuł 9(a) narusza wolność zrzeszania się, umożliwiając zewnętrznym związkom zawodowym zmuszanie pracowników do akceptacji ich usług. Natomiast artykuł 8(a)3 zmusza pracujących w danym zakładzie do wstępowania do związku działającego poza nim oraz wspierania go finansowo. W takim razie ustawa ta znosi wolność samoorganizowania się i wyboru swoich przedstawicieli, nakłaniając pojedynczych pracowników do poddania się woli większości. Wszystko to dzieje się z pogwałceniem odwiecznej zasady prawa zwyczajowego, mówiącej o tym, że sprzedaż własnych usług pracowniczych należy do prywatnej, niepodlegającej wpływom władzy, sfery działalności człowieka.

Kiedy pracownik pragnie dokonać wyboru swojego pełnomocnika mającego reprezentować go w sądzie, nie odbywa się to przy pomocy głosowania, ale jego osobistego wyboru. Jednak w przypadku „apartheidu prawa pracy” w artykule 9(a) omawianej ustawy, kiedy pracownik decyduje, czy ma go reprezentować związek zawodowy, jego możliwość dokonywania własnych wyborów zostaje zastąpiona głosem większości. Z racji tego, że związki zawodowe to organizacje o charakterze prywatnym, nie rządowym, obowiązkowe poddanie się przez pracownika woli większości nie znajduje usprawiedliwienia. Górę biorą tu interesy związków, nie indywidualne prawa.

Kiedy projekt ustawy NLRA był wciąż jeszcze omawiany przez Kongres, senator Miller Tydings zgłosił poprawkę, która uczyniłaby pracownika niezależnym od jakiegokolwiek źródła nacisku, czy to w postaci pracodawcy, czy też związków zawodowych. Senator Tydings przekonywał:

Moim zdaniem istnieją osoby, które nie chcą angażować się w działalność związkową i które poprzez wprowadzenie ustawy zostaną zmuszone do wstąpienia do związku zawodowego, podczas gdy są one szczęśliwe i zadowolone ze swojego obecnego położenia i nie chcą być zmuszone do wstąpienia do związku [Dickman 1987, s. 268].

Jednak senatorowi Wagnerowi udało się przekonać Senat, że wybór swojego przedstawiciela uniemożliwia naciski ze strony związków, nawet w przypadku zamkniętej działalności danej firmy (kiedy pracownik musi należeć do związku zawodowego, aby mógł zostać przyjęty do pracy). W wyniku tego poprawka senatora Tydingsa została odrzucona.

Ustawa NLRA wcale nie miała zagwarantować pracownikom możliwości wolnego wyboru. Jej celem było umożliwienie związkom pozyskiwanie nowych członków oraz zmuszenie pracodawców do liczenia się z wrogo nastawionymi związkowcami z zewnętrz (Petro 1957, rozdz. 8). Ustawa promuje wrogie relacje nie tylko pomiędzy związkami a kierownictwem, ale również pomiędzy pracownikami należącymi do związków a tymi spoza nich. Oczywiście przed rokiem 1930 miał miejsce konflikt właśnie pomiędzy tymi dwiema grupami pracowników. Jednak prawo działało na korzyść wolnego wyboru, nie przyznając żadnej ze stron szczególnych przywilejów. Kiedy w artykule 1 zawarto słowa mówiące o tym, że „doświadczenie pokazało, iż zagwarantowana przepisami ochrona prawa pracowników do samoorganizowania się i udziału w negocjacjach (...) oddala niebezpieczeństwo wystąpienia konfliktu w miejscu pracy”, stanowiące jednocześnie obietnicę tego, że ustawa NLRA właśnie temu służy, to zapewnia ona, że pokojowe relacje mogą zostać osiągnięte jedynie w wyniku zrzeczenia się swoich praw.

Kwestia wyboru swoich przedstawicieli staje się przyczyną kolejnej niesprawiedliwości w historii amerykańskiego ruchu związkowego. Chodzi tu o bezustannie podejmowane przez związki zawodowe prób zmuszenia wszystkich pracowników, których one reprezentują, do udzielenia im poparcia oraz do dokonywania opłat na ich rzecz, jako warunku, że pozostaną zatrudnieni. Artykuł 7 ustawy NLBA mówi, że każdy pracownik ma prawo do członkostwa w „wybranym przez siebie” związku zawodowym oraz „do powstrzymania od tego rodzaju działalności, chyba że zapisy umowy podają wstąpienie do takiej organizacji pracowniczej jako warunek kontynuacji zatrudnienia, o czym stanowi artykuł 8(a)3” (podkreślenie dodane).

Artykuł 8(a)3 zawiera szczegóły odnośnie nakładania tego rodzaju obowiązku na pracownika. Zwolennicy takiego rozwiązania argumentują, że skoro artykuł 9(a) zmusza pewnego upoważnionego przedstawiciela związku do reprezentowani wszystkich pracowników, to powinni oni wszyscy mieć swój udział w kosztach związanych z działalnością związku. W przeciwnym wypadku niektórzy pracownicy odnieśliby korzyści, nie ponosząc za to żadnej opłaty; byłby to przykład „efektu gapowicza”. Przeciwnicy oczywiście odpowiadają, że zapisy artykułu 9(a) powinny zostać unieważnione. Gdyby nie istniała wyłączność reprezentacji, nie byłoby żadnych gapowiczów. Związki zawodowe mogłyby negocjować warunki zatrudnienia tylko dla własnych członków.

Ustawa Norris-LaGuardia sprawiła, że umowy zakazujące działalności w związkach zawodowych nie mogły być rozpatrywane w sądach federalnych. Ustawa NLRA idzie jeszcze dalej, zabraniając zawierania tego rodzaju umów. Pozwala ona natomiast na przymusowe członkostwo w związkach, co działa na niekorzyść pracowników o innych przekonaniach. Jak na ironię, ma ona rzekomo zapewniać możliwość wolnego wyboru. Chcąc zachować pewną konsekwencję, należałoby albo zakazać zawierania obu tych zapisów w umowie, lub też je zaakceptować. Moim zdaniem w przypadku braku wyłącznej reprezentacji, kiedy pracownik miałby całkowicie zagwarantowaną możliwość wolnego wyboru, oba te zapisy mogłyby zostać uznane za dopuszczalne. Jeśli pracownicy i pracodawcy mogliby samodzielnie tworzyć środowisko współpracy, relacje pomiędzy nimi byłyby znacznie prostsze, jak również mogłyby zostać wypracowane nowe, lepsze sposoby kooperacji (Baird 1987).

Wnioski

Paul Weiler, z wydziału prawa Uniwersytetu Harvarda, wybitny zwolennik reformy prawa pracy, uważa, że wybory powinny zostać wprowadzone „natychmiast” (Weiler 1983, s. 1811-16). Pracodawca nie powinien mieć żadnej możliwości wpływania na oddawane głosy. Takie rozumowanie jest zdumiewające. Twierdzi on, że udział pracodawcy w kampanii przed wyborami mającymi wyłonić przedstawicieli jest równie niewłaściwy jak udział obcego rządu w amerykańskich wyborach. „Wyłącznie głos pracowników powinien mieć znaczenie dla podejmowanych decyzji”, przekonuje Weiler. A zatem „pracodawca nie może rościć sobie prawa do wpływania na sposób głosowania pracownika” (s. 1814).

Weiler najprawdopodobniej sądzi, że prawo do pracy jest własnością pracownika, który ją wykonuje. Pracodawcy dający wyraz własnym poglądom naruszają to prawo własności. Częściej spotykanym i łatwiejszym w mojej opinii do obrony poglądem, jest ten mówiący, że praca to umowa zawierana pomiędzy pracownikiem a pracodawcą. Obie strony odgrywają tutaj ważną rolę, decydując, jak ta umowa będzie wyglądać. Mają one pełne prawo uczestniczyć w tym procesie, od którego zależy przecież jego wynik.

Weiler zwraca uwagę na to, że ustawa NLRA daje pracownikom „prawa grupowe”, które zastępują ich prawa indywidualne (s. 1788). Paradoksalnie, dokładnie w ten sam sposób P.W. Botha, były prezydent Republiki Południowej Afryki, bronił apartheidu. Każda z grup rasowych ma zagwarantowane przez konstytucję prawa grupowe. Prawa indywidualne, taki jak prawo do wolności słowa czy swobodnego zawierania umów, zostały zniesione przez prawa grupowe.

Reforma prawa pracy powinna mieć na celu zapewnienie przepisami prawa równego traktowania pracowników niezależnych, należących do związków zawodowych oraz pracodawców. Nie może ona uprzywilejowywać pracowników związkowych kosztem pozostałych. Powinny zostać wprowadzone zmiany całkowicie znoszące możliwość przeprowadzania wyborów uwierzytelniających. Pozwólmy każdemu pracownikowi dokonać własnego wyboru, niepodyktowanego głosem większości, co do tego, czy chce być reprezentowany przez związek zawodowy. Niech związki zawodowe reprezentują wyłącznie osoby do nich należące i nikogo więcej.

Na koniec, artykuł 9 ustawy NLRA powinien zostać zmieniony w taki sposób, aby wprowadzał on konieczność organizowania co pewien czas wyborów potwierdzających zaufanie do wybranych reprezentantów. W obecnej chwili po wyborze kierownictwa związku przyjmuje się, że będzie miało ono poparcie większości jego członków już zawsze, chyba że wybory nowych reprezentantów udowodnią inaczej. Są one organizowane tylko w przypadku, gdy minimum 30 proc. członków związku zawodowego pisemnie zażąda ich przeprowadzenia. To tak jakby po zaprzysiężeniu prezydent Bush miał pozostawać na swoim stanowisku do momentu, aż zbierze się wystarczająca liczba obywateli, którzy podpiszą petycję o zorganizowanie referendum o jego zdjęcie z urzędu.

Pomimo specjalnych przywilejów, jakie daje związkom zawodowym obecne prawo, i tak coraz mniej osób decyduje się na członkostwo w nich. Gdyby zmiany w prawie pracy miały przynieść zniesienie wszystkich tych przywilejów – a co najważniejsze, gdyby wszyscy pracownicy mogli decydować o tym, czy chcą być reprezentowani przez związki zawodowe oraz gdyby strajkującym pozwolono na wstrzymanie świadczenia swoich usług pracowniczych, a jednocześnie uniemożliwiono im wpływanie w jakikolwiek sposób na prawo do swobodnej wymiany przynależne pracownikom niezaangażowanym w strajk, dostawcom i klientom firm – ze związków zrezygnowałoby jeszcze więcej osób. Jednak ewentualne straty pozycji związkowej nie usprawiedliwiają postulatów zagwarantowania związkom jeszcze większych przywilejów w celu odwrócenia tej niekorzystnej tendencji. Dlaczego związki zawodowe miałyby być uznawane za tak cenne, że zasługują na szczególne względy? Ich historia nie usprawiedliwia takich przekonań.

Źródło ilustracji: Adobe Stock

Bibliografia i przypisy
Kategorie
Ekonomia pracy i demografia Historia gospodarcza Historia polityki Prawo Teksty Tłumaczenia

Czytaj również

Great_Railway_Strike_1886_-_E_St_Louis.jpg

Związki zawodowe

Knapp: Związki zawodowe jako instytucje rynkowe

Laissez-faire to filozofia głosząca, że rząd nie powinien interweniować w gospodarkę. Nie ma w tym twierdzeniu żadnej podstawy do niechęci wobec związków zawodowych jako takich, gdyż z założenia są one prywatnym, a nie rządowym podmiotem. Pojmowanie związków zawodowych jako „odrażających” jest tak samo logicznie sprzeczne jak brzydzenie się korporacjami. To nie związki zawodowe i korporacje są niezgodne z leseferyzmem, ale fakt, że rząd poprzez swoją interwencję wypaczył i na nowo zdefiniował znaczenie tych pojęć, sprawiając, że obecnie kojarzą się negatywnie.

Audio

Sroczyński: O czyje interesy dbają związki zawodowe?

Związki zawodowe nie działają w interesie młodych ludzi i ich celem nie jest wcale zmniejszenie wśród młodych poziomu bezrobocia. Byłoby to zresztą kuriozalne, ponieważ związki zawodowe powstały w zupełnie innym celu – aby (oficjalnie) chronić interesy obecnych, przede wszystkim etatowych, pracowników i wywierać na pracodawców grupową presję.

Tłumaczenia

Block: O tym, jak rynek tworzy miejsca pracy, a rząd je niszczy

Wyobraźmy sobie, że szwajcarska rodzina Robinsonów znalazła się na bezludnej wyspie Oceanu Spokojnego. Czy jej członkowie potrzebują pracy? Nie, oni potrzebują jedzenia, ubrania, miejsca do mieszkania i ochrony przed dzikimi zwierzętami...


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu plików cookie w Twojej przeglądarce.