Depesza zza oceanu #2: O biurokracji i kosztach pracy

27 listopada 2005 Działalność gospodarcza komentarze: 0

O biurokracji i kosztach pracy

 

Na początku swojego pobytu w USA rozważałem możliwość zawojowania lokalnego rynku jako niezależny przedsiębiorca. Miałem prawie wszystko, co potrzeba – dużo czasu, kontakty z solidnymi i tanimi jak na miejscowe warunki podwykonawcami z Polski, dużo zapału i, przede wszystkim, plan zajęcia dobrze rokującej niszy rynkowej. Czym prędzej zakasałem rękawy i zabrałem się do badania branży, zbierania informacji o potencjalnych lokalnych klientach, szacowania wielkości potencjalnych wpływów i kosztów, etc.

 

Kiedy już utwierdziłem się w przekonaniu, że oto nadszedł czas, by zrobić interes życia, napompowany dumą usiadłem przy biurku i… zadałem sobie pytanie, które natychmiast wprawiło mnie w konsternację: Jak zrobić to legalnie, unikając deportacji? Każdy trzeźwo spoglądający na świat człowiek zdaje sobie przecież sprawę z faktu, że w dwudziestym pierwszym wieku z miejsc, gdzie państwo nie zdołało jeszcze włożyć swoich brudnych łap we wszystkie obszary życia pozostała prawdopodobnie tylko głęboka puszcza amazońska. Jednak według większości wiarygodnych źródeł interesy nie idą tam zbyt dobrze, więc zdecydowałem dowiedzieć się czegoś więcej o prawnych warunkach prowadzenia biznesu w USA.

 

Zrazu dały o sobie znać lata życia w socjalizmie: postanowiłem niezwłocznie zebrać listę niezbędnych zezwoleń, koncesji i wymagań rządowych. Po uporaniu się z nimi tak szybko jak to możliwe, mógłbym w końcu skupić swoje wysiłki na właściwym działaniu. Nie wiedzieć czemu, tym razem nie zacząłem szukać informacji tam gdzie zazwyczaj – na Google.com, lecz zamiast tego rozpocząłem rajd po urzędach. Ratusz, urząd hrabstwa, budynek federalny, IRS (amerykański odpowiednik Urzędu Skarbowego)… Po kilku godzinach biegania od jednych drzwi do drugich zrozumiałem, że urzędnicy grają ze mną w swoją ulubioną grę – pinball biurowy. Nie uzyskawszy żadnych przydatnych informacji postanowiłem dać szansę sektorowi pozarządowemu.

 

Z pomocą towarzystwa detektywistycznego Yellow Pages odnalazłem siedzibę najbliższej fundacji wspierającej małą przedsiębiorczość. Po przekupieniu sekretarki kilkoma wypełnionymi formularzami, znalazłem się w środku. Mój osobisty doradca przeprowadził ze mną krótki wywiad, po czym zaczął mnie obdarowywać materiałami na wszystkie możliwe tematy. Dostałem m.in. książkę „Jak napisać biznesplan”, listę instytucji wspierających nowe przedsięwzięcia, listę kredytodawców i grantów. Wszystko, co mogłoby się przydać młodemu przedsiębiorcy, oprócz informacji, która interesowała mnie najbardziej: jak się zarejestrować?

 

Poczułem się jak ofiara spisku. Wszyscy moi dotychczasowi rozmówcy rozkładali ręce, kiedy zadawałem im to pytanie. Bezradni wobec mojego uporu próbowali ratować się kolejnymi broszurami wyciąganymi z szuflady. Nie mogli mi pomóc. Kilka dni później, podczas rozmowy z nowopoznanym miejscowym przedsiębiorcą zrozumiałem, dlaczego. Problem leżał po mojej stronie. Nie mogli mi pomóc, gdyż zadawałem pytanie, które mogło przyjść do głowy jedynie człowiekowi o umyśle skażonym socjalizmem: „Jak się zarejestrować?”

 

Otóż nie trzeba się rejestrować. Przedsiębiorcą może zostać każdy, z dnia na dzień – tak po prostu. Wystarczy, że na końcu każdego miesiąca odprowadzi do IRS podatki w odpowiedniej kwocie. Żadnych zezwoleń, opłat rejestracyjnych, ani trzymiesięcznych wycieczek po urzędach. Dzięki temu przedsiębiorcy skupiają się na tym, co naprawdę ważne: na zaspokajaniu potrzeb swoich klientów.

 

Co z odpowiednikami naszych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością? Wystarczy kapitał zakładowy w wysokości choćby $50, komputer z dostępem do Internetu i pięć minut wolnego czasu. Tak – sp. z o.o. można zarejestrować online. Po wypełnieniu formularza na rządowej stronie www zostaje nam natychmiast nadany numer identyfikacyjny (odpowiednik polskiego REGONu), który możemy sobie wydrukować wprost z przeglądarki i zaraz potem zabierać się do prawdziwej, produktywnej pracy.

 

Co ciekawe, zarejestrowanie korporacji jest o wiele prostsze niż jej zlikwidowanie, wymagające kosztownej pomocy prawnika. Dosyć często można spotkać firmy, które istnieją tylko na papierze. Ich właściciele już dawno zwinęli interes, ale wyrejestrowanie się jest na tyle niewygodne, że zwyczajnie tego nie robią. Brak stałych kosztów w postaci np. obowiązkowych składek ubezpieczeniowych daje im taką możliwość. Tymczasem my możemy jedynie mgliście szacować, ile polska gospodarka traci przez zbiurokratyzowany i niejasny system prawa gospodarczego. Pozostaje nam jedynie się domyślać, ilu przedsiębiorczych ludzi zniechęconych perspektywą kilkumiesięcznych zmagań z urzędnikami zrezygnowało z założenia własnego interesu.

 

Prawdą jest, że Ameryka od wielu lat odchodzi od rozwiązań wolnorynkowych. Ale pomimo tego, to wciąż właśnie w Ameryce możemy szukać dowodów na to, że problemy jawiące się nam przez lata jako nierozwiązywalne da się jednak pokonać. Tak po prostu: To działa. Rynek działa.

 

Łukasz Szostak

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Łukasz Szostak

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy