Autor: Mateusz Machaj

Niniejszy tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Opcja na Prawo” nr 31-32 w nieco odmiennej wersji.


„Wygłaszanie kazania przybierającego postać analizy i analizowanie w sposób, który trafiał w potrzebę serca… tak, to było właśnie to, co zdobyło marksizmowi namiętnych wyznawców, obdarzając ich dobrodziejstwem przekonania, że to, czym są i o co walczą, nigdy nie zostanie pokonane i że ostateczne zwycięstwo jest po ich stronie.”

Joseph Schumpeter

Czym jest komunizm?

Chrześcijańska wizja relacji Bóg-człowiek jest wizją w gruncie rzeczy optymistyczną. Bóg stworzył świat i człowieka obdarzonego wolną wolą z powodu miłości. Właśnie przez to pozytywne uczucie wykreował świat i ofiarował go człowiekowi. Jednakże, skoro człowiek został obdarzony wolną wolą, może podejmować wybory słuszne lub niesłuszne. Takim wyborem było zerwanie jabłka przez Adama. Przez to pojawiło się wyodrębnienie człowieka od Boga. Nie jest to jednak alienacja metafizyczna, tylko moralna. Odseparowanie od Boga wynika z tego, że człowiek dopuścił się takiego, a nie innego wyboru. Tymczasem człowiek nie musi popełniać błędów i grzeszyć, aby być wolnym. Można być wolnym i jednocześnie nie popełniać błędów (w praktyce jest to niezwykle trudne). Jednakże sama wolność nie implikuje konieczności popełniania grzechu jako świadectwa wolności.

W tej chrześcijańskiej wizji człowiek jest indywidualnym bytem, pracującym nad sobą i kontrolującym swoje żądze. Wszystko zależy od niego, od woli, którą został obdarzony. Nie ma wątpliwości co do tego, że podstawą religii chrześcijańskiej jest ta wolność, co widać w wielu encyklikach papieskich. Co więcej, jest to wolność indywidualna, którą jest obdarzony każdy człowiek z osobna – a nie wyimaginowana, dotycząca tworów kolektywnych.

Największym zaprzeczeniem wolności człowieka jest doktryna determinizmu, opierająca się na tezie, że człowiek nie podejmuje wyborów, ponieważ jego działanie jest rezultatem czynników środowiskowych (w zależności od nurtu decydują różne czynniki). Gary North błyskotliwie zauważył, że doktryna determinizmu powstała bardzo szybko, zaraz po tym, jak człowiek został obdarzony wolną wolą. Kiedy Adam podjął świadomą decyzję o zerwaniu jabłka i zgrzeszeniu przeciw Bogu, nie postanowił przyjąć za to odpowiedzialności, jak zrobiłby to prawdziwie wolny człowiek. Zamiast tego sięgnął po uzasadnienie typowo deterministyczne: to nie ja, tylko niewiasta, którą dla mnie stworzyłeś. To nie Adam zgrzeszył, tylko ona! Uzasadnienie Ewy nie różniło się jakościowo od marnych tłumaczeń Adama: to nie ja, tylko ten wąż. Biedny wąż już nie miał na kogo zrzucić winy (chociaż teoretycznie, zgodnie z zasadami determinizmu, mógłby wskazać na Boga, ponieważ Ten jest początkiem wszystkiego). Determinizm nie jest zatem dużo młodszym wynalazkiem niż wolna wola. Wprost przeciwnie: już w momencie, gdy człowiek został obdarzony wolną wolą, szukał absurdalnych uzasadnień dla popełnionych błędów w jakichś czynnikach niezależnych od niego samego. Jak się przekonamy dalej, determinizm będzie fundamentem teorii marksistowskiej.

Zupełnie inną wizję stworzenia świata mieli komunistyczni heretycy. Komunizm jest bowiem wynalazkiem znacznie starszym się niż się to niektórym wydaje, a wykształcił się z perwersyjnych poglądów religijnych. Wychodziły one z założenia, że stworzenie świata przez Boga nie jest aktem miłości. Wprost przeciwnie, jest to akt dokonany jakby z nudów. Co więcej, jest on rozłączeniem człowieka i Boga, wcześniej będących jednością. Pojawia się problem oddzielenia metafizycznego. Odseparowanie od Boga jest wyrazem wygnania i przekleństwa, które zaczyna ciążyć na człowieku.

Widzimy zatem, że tutaj stworzenie świata jest postrzegane pesymistycznie. Co gorsza, nie dość, że stworzenie odseparowało człowieka od Boga, to na dodatek każdy z nas ma nieszczęsne indywidualne cechy. Stąd kolejny wyraz okropnego zjawiska: podział pracy i specjalizacja. W wizji chrześcijańskiej każdy człowiek ma swoje własne uzdolnienia i umiejętności, co wyraża jego potencjał samorealizacji. W wizji tej także człowiek powinien miłować swojego bliźniego. Zgodnie z komunistycznym podejściem millenarystów jest zupełnie inaczej. Jak zauważył Chesterton, nie każą nam oni kochać sąsiada; oni chcą, żebyśmy byli sąsiadem. Stąd ostatecznym celem komunistów było stworzenie utopii, w której znika wszelka indywidualność, a zastępuje ją całkowita kolektywizacja życia.

Reformacja, która była próbą odpowiedzi na pewne błędy, które popełniał Kościół w średniowieczu, doprowadziła do powstania radykalnych komunistycznych ruchów heretyckich. Dobrym przykładem są taboryci, którzy zakładali komuny i to z całkiem dużym „sukcesem”.

Celem miało być wytępienie wszelkich oznak indywidualności. Własność prywatna w takich komunach była całkowicie zakazana. Małżeństwo, jako instytucja dwojga ludzi musiało zostać szybko unicestwione – stąd pomysł na „wspólnotę” żon. Osoby, które sprzeciwiały się woli specjalistów od kolektywizacji, były karane śmiercią. W miarę jak cała indywidualność człowieka zanikała, ponowna unia z Bogiem miała być coraz bliżej. Kiedy wszyscy staniemy się homogeniczną papką, nikt nie będzie odróżnialny od nikogo innego, nastąpi koniec historii, ponowne złączenie człowieka z Bogiem. Nieszczęsna rozłąka dobiegnie końca. Tak w skrócie wygląda eschatologia komunistów.

Pojawia się jednak problem. Człowiek jest istotą, która żyje w świecie fizycznym. Oznacza to, że jego życie ucieka, czas jest ograniczony, a środki rzadkie. Ponieważ środki są rzadkie, należy nimi gospodarować, aby zaspokajać potrzeby. W momencie, w którym podważone zostaje prawo własności, rozpoczyna się permanentna walka o rzadkie zasoby. Jednostka A korzystając z jedzenia, jednocześnie uniemożliwia dostęp wszystkim innym do tego jedzenia, ponieważ nie występuje ono w nieograniczonej ilości. Dotyczy to absolutnie wszystkich dóbr.

Cywilizacja opiera się na prywatnej własności. Rozpoznaniu, że własność powstaje, gdy człowiek zagospodaruje przez nikogo wcześniej niezagospodarowany rzadki zasób. Potem przychodzi rozwój cywilizacji, bazujący na dobrowolnej wymianie takich tytułów własności. Jeśli nie obowiązuje zasada wyłącznego posiadania własności, ludzkość stacza się do sytuacji, w jakiej nikt nie akceptuje żadnego tytułu własności, co kończy się dominacją najsilniejszych i najpotężniejszych pod względem zastosowania środków przymusu i niewolnictwa. Zamiast intelektualnego podziału pracy (i podziału pracy w ogóle) mamy prawdziwą dżunglę, uniemożliwiającą rozwój cywilizacji. Naturalnie tak samo kończyły budowane przez heretyków kilkaset lat temu reżymy komunistyczne. Rzadkość jest stanem faktycznym świata, w którym żyjemy, i nie da się jej wyeliminować żadnym działaniem. Najpierw jest rzadkość, a dopiero potem działanie. Człowiek działa i gospodaruje, ponieważ istnieje rzadkość. Niezrozumienie właśnie tego fundamentu legło u źródeł ruchów komunistycznych, dla których rzadkość jest produktem działania, a nie na odwrót.

W komunach coraz więcej ludzi terroryzowano, a wielu ginęło, gdy tylko ujawnili swą indywidualność. Im bliżej kolektywizmu, rzekomego scalenia w jedną papkę, tym bardziej nieludzkie stawało się życie w komunie. Przypomina to sytuację z filmu „Ewolucja” Ivana Reitmana, gdzie ostateczne zwycięstwo ma osiągnąć rozrastający się prymitywny, homogeniczny organizm, bezlitośnie pochłaniający wszystko co inne i odmienne. To, zdaniem komunistów, niezbędny etap pewnego rodzaju oczyszczenia, po którym nastąpi obiecywane nadejście raju. Jak ma jednak do tego dojść, skoro rzadkość i różnorodność to fakty, z którymi rozsądny człowiek nie dyskutuje? Heretycy znaleźli „rozwiązanie”: po osiągnięciu ideału wytępienia wszelkiej indywidualności nasze cielesne powłoki po prostu znikną i niematerialna postać ponownie połączy się z Bogiem w harmonii.

Zasadnicza różnica między heretykami a chrześcijanami polegała na tym, że ci drudzy traktują wolność i indywidualność jako istotę człowieczeństwa. Każdy człowiek decyduje o swoim losie, każdy człowiek może odwracać się od Boga, każdy człowiek może kochać lub nienawidzić bliźniego. To zawsze indywidualny człowiek odpowiada za grzechy, umiera, idzie do królestwa niebieskiego. Podejście komunistów było radykalnie odmienne[1]. Dla nich niezbędne jest nakręcenie millenarystycznej nawałnicy, która wytępi wszelką indywidualność (tym bardziej zaskakujące jest, jak wielu twórców wybitnych, wyjątkowych – więc wyróżniających się – opowiada się za komunizmem; łatwo to wyjaśnić dostrzegając, iż ludzie ci częściej posługują się zdolnościami twórczymi niż logicznym myśleniem).

Podsumujmy zatem istotę ruchów komunistycznych. Ich celem jest zaprowadzenie na ziemi drogą terroru kolektywnego zbiorowiska, w którym tępione są wszelkie oznaki indywidualności: rodzina, własność prywatna, małżeństwo, talenty. Świat, w którym żyjemy, jest światem okrutnej i wstrętnej specjalizacji, jaką należy szybko wytępić. Po okresie terroru i zabicia wszystkiego, co wyjątkowe, nadchodzi obiecany raj, koniec historii i wybawienie ze zgniłego świata. Alienacja dobiega końca.

Rothbard: Marx to komunista

Marx miał oczywiście wielu krytyków. Murray Newton Rothbard był jednym z najlepszych, głównie dzięki temu, że nazywał rzeczy po imieniu. Karl Marx był po prostu komunistą i bynajmniej nie chodzi o to, że słowo „komunista” jest obelgą. Stwierdzenie takie z początku może wydawać się niezbyt odkrywcze, ale Rothbard przekonuje nas, że jest to ścieżka, z której nie wolno nigdy zbaczać[2]. Komunistyczne poglądy Marxa są bowiem punktem wyjścia do analizy jego poglądów filozoficznych, historycznych, ekonomicznych i socjologicznych.

Marx, jak wielu komunistów, nienawidził podziału pracy, własności prywatnej i całego porządku, który go otaczał (nie znosił pracy, często się upijał i szastał pieniędzmi na lewo i prawo[3]). Dlatego chciał ten porządek zniszczyć. Dlatego właśnie był komunistą.

Nie miał jednak podejścia „utopijnego”. Świat urodził zbyt wielu utopistów, by Marx mógł odnieść sukces i zasadniczo wyróżnić się od nich. Dlatego jego celem było – w odróżnieniu od prymitywnych romantyków, którym tylko marzył się komunizm, ale nie przedstawiali naukowych koncepcji związanych z jego nadejściem – zbudowanie teorii „socjalizmu naukowego”. Powziął zadanie zbudowania takiego systemu myśli, który uzasadni nieuchronne nadejście robotniczej rewolucji, po której przyjdzie czas na komunistyczny raj.

Nie jest to jednak jedyna różnica między Marxem a innymi komunistami. Marx był wystarczająco mądry, aby wyciągnąć wnioski z wcześniejszych poczynań utopistów.

Przede wszystkim, w odróżnieniu od nich, nie przedstawiał dokładnej wizji społeczeństwa komunistycznego. Poza trywialnymi sloganami o nadchodzącym raju nie otrzymujemy odpowiedzi na pytania o to, jak zostaną rozwiązane podstawowe problemy gospodarowania i zaspokajania potrzeb. Takie podejście miało trzy przyczyny. Po pierwsze, snucie wizji dotyczących tego, jak będą wyglądać domy, kto będzie się czym zajmował, jaka będzie podstawowa liczba mieszkańców w bloku itd., miałoby charakter wybitnie nienaukowy, znamionując w sposób ewidentny romantyczne sny utopisty. Fourier zrobił z siebie wystarczającego błazna, gdy pisał o antywielorybach i antylwach – Marx nie mógł sobie pozwolić na taką kompromitację.

Po drugie, snucie takiej wizji implikowałoby także podanie daty nadejścia komuny powszechnej szczęśliwości. Kiedy by się okazało, że komuna jednak nie nadchodzi w obiecanym dniu, zwolennicy Marxa przekonaliby się, jak bardzo myli się ich guru w swych proroczych wizjach (co nie przeczy temu, że pewnie na początku wypieraliby się, że to na skutek jakichś magicznych opóźnień – tak też się działo w przypadku niektórych eschatologów). Poza tym byłoby to pewnego rodzaju zepsucie niespodzianki. Bajka jest piękna i pociągająca, dopóki nie znamy zakończenia. Tak jak modne są dzisiaj „twisty” w kinie, tak pociągające są w naukach społecznych. Takie zjawiska jak „fascynacja” czy „napięcie” to elementy wybitnie ludzkie i przenikające do każdej działalności człowieka. Ileż można słuchać debat o tym, czy obniżyć podatki o 3%, albo czy zastąpić je obrotowymi? Zdecydowanie bardziej ekscytujące jest odkrycie „praw historii”, które z konieczności pchają nas do tajemniczego końca, gdzie dowiemy się, kto zabił różową panterę.

Po trzecie, gdyby Marx zaprezentował wizję komunistycznego społeczeństwa, zostałby bardzo szybko sprowadzony do parteru. Nie mógłby podważyć faktu, że rzadkość jest faktem rzeczywistości, w której przyszło żyć człowiekowi.

Pamiętamy, jak „ratowali się” przed kapitulacją wobec tego faktu komunistyczni heretycy: po nadejściu komunizmu zniknie materialna powłoka i nastąpi unifikacja z Bogiem. Jednakże Marx nie mógł przyjąć tej wizji, ponieważ jego filozofia ma charakter głęboko materialistyczny (przez co, z pozoru, „naukowy”). Boga nie ma, a wszystko, co „niematerialne”, jest tylko „nadbudową” – wręcz fikcją i totalną iluzją. Stąd Marx nie mógł uporać się z tym problemem, dlatego nie podejmował się dyskusji na temat przyszłego komunistycznego społeczeństwa.

Zamiast tego konstruował „naukę”, pokazującą, że utopijne społeczeństwo już wkrótce nadejdzie i nie ma żadnego innego wyjścia. Filozofia, socjologia i ekonomia stają się w rękach Marxa narzędziami ilustracji tego nieuchronnego zdarzenia – mają uzasadnić deterministyczny bieg historii, historyczną konieczność, przed którą nie ma ucieczki. Chociaż Marxa od „wierzących” komunistów teoretycznie różniło wiele, to możemy bez żadnej przesady stwierdzić, że w praktyce nie różnił się od nich zbytnio, a już na pewno akceptował ostateczny cel: zagłada wszelkiego bogactwa, kapitału, podziału pracy, różnorodności charakterystycznych dla człowieka. Słowem, chęć zniszczenia całej cywilizacji i rodzaju ludzkiego.

I proszę nie łudzić się, że dzisiejsi marksiści (albo wcześniejsi) wyznają takie zasady z praktyce. Wszelkie komunistyczne organizacje, obojętnie czy patrzymy na niektóre antyglobalistyczne nurty, stowarzyszenia akademickie, czy też „Lewą nogę” i różne wydawnictwa, zawsze działają w oparciu o specjalizację. Gdyby w „Lewą nogą” nie było wiadomo, kto jest redaktorem naczelnym, kto korektorem, kto pisuje artykuły, kto dostarcza materiałów, kto drukuje, kto rozprowadza, kto podpisuje umowy z dystrybutorami itd., „Lewą nogą” gruchnęłoby z hukiem jak każda prymitywna organizacja, która nie uznaje podziału pracy za fundament efektywności. Pamiętajmy jednak o zasadniczej cesze komunistycznych nurtów: mówimy jedno, robimy drugie. Coś jak skrajni ekolodzy, radośnie używający prezerwatyw, wynalazków produkowanych dzięki zwierzętom.

Filozofia Marxa

Karl Marx w dużym stopniu inspirował się Heglem. Głównie ze względu na postrzeganie rozwoju ludzkości jako nieuchronnie następujących po sobie etapów. Jeden etap zastępuje kolejny, ponieważ takie są prawa historii i nic tego nie może zmienić. Marx objawia się zatem jako skrajny determinista i uznaje, że ciąg wydarzeń jest całkowicie niezależny od woli człowieka. Ba, czegoś takiego jak „wola człowieka” wręcz nie ma! Nadejście rewolucji przeciwko kapitalizmowi jest nieuchronne. Nie zmieni tego nic; nawet wprowadzanie ustaw socjalnych jest kompletnie bezsensowne. Celem naszego guru jest odkrycie praw, które kierują tym procesem.

Co zatem „decyduje” w filozofii Marxa i określa kierunek rozwoju cywilizacji? Magiczne „siły produkcyjne”, które pchają rozwój ludzkości przez kolejne etapy historii. To one są podstawą, bazą wszelkich relacji społeczno-gospodarczych. Wszystko inne – nauka, religia, literatura, gospodarka, więzi między ludźmi – to zwykła nadbudowa, superstruktura, ponieważ siłą sprawczą całego procesu dziejowego jest technologia. Ot, całe „siły produkcyjne” i „historyczny materializm”.

Dlatego jeśli, załóżmy, Kain użył kamienia by zabić Abla, to tak naprawdę wystąpił proces działania „sił produkcyjnych”. Kamień sam się podniósł, ponieważ materialne siły produkcji, technologiczny stan, baza, tak wpłynęły na człowieka, że musiał on zastosować kamień i użyć jako narzędzia mordu. Proces świadomości i wyboru wypada w marksistowskim systemie w całości poza nawias. Możemy oczywiście dyskutować, czy jest to rzeczywiście naukowe podejście, czy tylko pozorowanie na takowe za pomocą metodologicznego holizmu[4].

Technologia i produkcja są efektem twórczego myślenia. Edison wymyślił żarówkę, Bell telefon, a Gates Windowsa, nie vice versa. Narzędzia i dobra kapitałowe są rzeczywiście materialne, ale nie są same w sobie przyczyną – są wynikiem twórczości umysłu ludzkiego i podjęcia się przez człowieka świadomego działania w celu zmiany istniejącego stanu rzeczy. Jak zauważył Ludwig von Mises, Marx wpada w pułapkę, ponieważ nie potrafi wyjaśnić skąd biorą się siły produkcyjne i technologia.

W prymitywnym stanie człowiek nie miał żadnych narzędzi i żadnej technologii. Musimy zatem uznać, że w systemie marksistowskim zwyczajnie spadły one z nieba. Tak samo wydaje się, co dodaje Rothbard, że i zmiany tych sił to dar niebios. Dla wielu jednak zatrzymywanie się na tego rodzaju determinizmie jest „naukowe”, chociaż w gruncie rzeczy to tylko udawanie nauki (przeszczepienie metody ścisłej na nieodpowiedni grunt).

Stąd wrażenie nieuniknioności, potwierdzanej rzekomo „naukową” teorią (źródłem wszystkiego są „materialne siły produkcyjne” – stąd historyczny materializm). Rozsądny naukowiec wie, że stosowanie pewnych metod jest możliwe tylko w niektórych przypadkach, tak jak rozsądny człowiek wie, do czego używa się noża, a do czego nie powinno się go używać. Błędne wykorzystanie noża może mieć naprawdę opłakane skutki. Podobnie jest z zastosowaniem błędnych metod, co może przynieść opłakane skutki dla rozwoju idei, a w konsekwencji proponowania zmian społecznych.

Naturalnie, jak w przypadku każdego innego determinizmu, marksizm nie może się obronić. Nie może bowiem rościć sobie prawa do statusu rzetelnej prawdy naukowej. Dlaczego? Ponieważ oferuje tylko rozumowanie kończące się w punkcie wyjścia. Świat jest w całości determinowany stanem technologii; jest to „prawda” prezentowana przez skrajnego deterministę. Jednakże skoro tak jest, to również on sam jest nieuchronnie determinowany przez te czynniki. Zatem przedstawia teorię, ale nie ma żadnego powodu, by sądzić, iż jest ona prawdziwa, ponieważ jej prezentacja jest po prostu rezultatem pewnych czynników środowiskowych, nie zaś odnalezienia solidnej prawdy naukowej. Tym sposobem wracamy do punktu wyjścia. Determinizm jest prawdziwy, ponieważ przedstawił to naukowiec. Naukowiec to przedstawił, bo jest determinowany. A skąd wiemy, że determinizm jest słuszny? Bo tak to przedstawił naukowiec. Tu dochodzimy do radykalnej konkluzji: każdy determinizm opiera się ostatecznie na arbitralnym uznaniu swojej słuszności i wyłącznego prawa do głoszenia prawdy.

Marx jest jednak uznawany przez swoich wyznawców za wielkiego proroka, który wyłamał się spod łańcuchów determinizmu (a także walki klasowej). Mimo to prowadził życie, które dowodzi niesłuszności determinizmu, gdyż angażował się w walkę polityczną. Zwolennicy Marxa nie wiedzą na przykład, że opowiadał się on momentami za wprowadzeniem maksymalnego kapitalizmu. Skoro obowiązuje determinizm i etapy historyczne siłą rzeczy następują po sobie, to im szybciej rozwija się kapitalizm, tym bliżej do rewolucji. Dlatego Marx popierał wolny handel, gdyż jego zdaniem to szybsza droga do powstania proletariatu. Z tym, że i to oznacza, że jakaś wola człowieka jest, że wpływa ona pozytywnie bądź negatywnie na realizację pewnych projektów.

Marx krytykował rewizjonistów, reformistów i socjaldemokratów. Kiedy ci ostatni proponowali wprowadzenie płac minimalnych, Marx, jak przystało na komunistę, krzyczał: nie wyższe płace, a zniesienie płac w ogóle! Uznawał, że podejście socjaldemokratów tylko hamuje rozwój historii, zmierzającej ku nieuniknionemu komunizmowi (czyli jednak wpływa na rzeczywistość). Tu dochodzimy do paradoksu całego historycznego materializmu: skoro coś jest nieuchronne, to jak można to opóźniać? Co zaznacza Rothbard, marksiści w charakterystyczny sposób inspirują się ruchami religijnymi, które zapowiadały nadejście Jezusa jako czegoś nieuniknionego i o ustalonej dacie. Kiedy jednak Chrystus nie przychodził, zawsze znajdowano wyjaśnienie: pojawiły się po prostu jakieś nadzwyczajne czynniki opóźniające. To samo miało dotyczyć rewolucji. Przez to determinizm teoretycznie ratuje się, chociaż w gruncie rzeczy przestaje być determinizmem i otwiera drogę do uznania wolnej woli.

Marx stawiał sprawę twardo: nieuchronne sprzeczności wewnątrz kapitalizmu prowadzą do jego rozpadu i zastąpienia go komunistycznym rajem. Ten proces jest nie do zatrzymania, a marksizm przedstawia „naukowe” tego dowody.

Socjologia Marxa

Marksizm jako system ekonomiczny to w zasadzie kompletny bankrut. Nic dziwnego, że niewielu ekonomistów poważnie traktuje wywody zawarte w „Kapitale”. Ekonomiści zwykle bardziej rygorystycznie podchodzą do logiki toku myślenia (Marks i pierwsi marksiści w zasadzie tacy byli). Inaczej jest z socjologami, których przedmiot badania jest mniej ścisły i często opiera się na bardziej wycinkowym podchodzeniu do problemów.

Trzonem analizy Marxa jest podział społeczeństwa na dwie walczące ze sobą klasy. Pierwsza to robotnicy, których dziełem jest cała produkcja systemu kapitalistycznego. Druga klasa to wyzyskiwacze, kapitaliści, którzy są nieproduktywną klasą odbierającą środki masom pracującym (o ekonomicznych podstawach dalej). Robotnicy nie dostają pełnej wartości wytworzonego przez siebie produktu, lecz tylko jego część wystarczającą do przeżycia. Zatem, z konieczności, kapitaliści resztę muszą zatrzymywać w kieszeni. Wynika stąd nieuchronnie walka między oboma klasami i pojawiające się wraz z nią wewnętrzne sprzeczności, które przyniosą rewolucję, zburzą obowiązujący porządek i stworzą nowy komunistyczny raj na ziemi[5].

Zaznaczmy krótko genezę „walki klas”. Marx odwołał się do tego terminu inspirując się lewicowymi Heglistami, którzy z kolei zaczerpnęli tę ideę od Saint-Simona. Ten opierał się natomiast na poglądach swoich nauczycieli, reprezentantów szkoły francuskiej, Charlesa Comtego i Charlesa Dunoyera, uczniów znakomitego ekonomisty Jeana Baptiste Saya. Ich zdaniem społeczeństwo dzieli się na dwie klasy. Pierwsza klasa to grupa ludzi dobrowolnie wymieniających prawowite tytuły własności. Ta klasa tworzy pokojowe społeczeństwo i wszelkie społeczno-gospodarcze relacje, nazywane nieraz „wolnym rynkiem”. Natomiast druga klasa to grupa wszelkich lobby, które nie chcą pozyskiwać bogactwa przez swobodną wymianę i etyczne nabywanie tytułów własności. Zamiast tego próbują zdobywać bogactwo niszcząc tytuły własności innych ludzi, na przykład poprzez opodatkowywanie ich (cła, VAT, PIT itd.), zabranianie działalności i pozyskiwanie monopoli (samorządy prawnicze), drukowanie pieniądza etc.

Łatwo zauważyć, że jest to podział ze względu na sposób działania, a nie ze względu na funkcję ekonomiczną, którą pełni się w społeczeństwie. Saint-Simon, z powodu słabego przeszkolenia w teorii własności, nie zrozumiał tego faktu i pomieszał pełnienie funkcji ekonomicznych ze sposobem działania. W konsekwencji walka klas została zinterpretowana jako walka między robotnikami a kapitalistami.

Co ciekawe, Marks uznawał tę interpretację za prawdziwą, ale jednocześnie mówił o państwie jako kolejnej instytucji wyzysku. Zgodnie z podziałem Comtego i Dunoyera (a także Jamesa Milla, najprawdopodobniej pracujących niezależnie), państwo wyzyskuje obywateli, ponieważ zdobywa tytuły własności w sposób inwazyjny i niezgodny z zasadami wolnego społeczeństwa. Nonsensem byłoby twierdzenie, że i jedna, i druga koncepcja walki klas jest prawdziwa. Jeśli państwo wyzyskuje, to system kapitalistyczny nie. Pozyskiwanie bogactwa przez państwo jest z definicji zupełnym zaprzeczeniem wolnego systemu gospodarczego.

Jedynym wyjściem z tej sytuacji byłoby proste i klarowne zdefiniowanie czym jest klasa. A tę można zdefiniować jak się tylko podoba (można np. podzielić społeczeństwo na dwie klasy ludzi urodzonych w dniach nieparzystych i nieparzystych). Z punktu widzenia marksizmu definicja musiałaby być przedstawiona w taki sposób, by koncepcja walki klas miała sens. Trudno bowiem uznać, że ludzie urodzeni w dniach nieparzystych prowadzą wojnę z ludźmi urodzonymi w dniach parzystych (wszystko byłoby zapewne powodowane przez „siły produkcyjne”, które złośliwie rodzą ludzi w różnych dniach). Definicja musiałaby ściśle odróżniać dwie klasy i pokazywać między nimi nieuchronny konflikt.

Tak, czy inaczej, niezbędna jest definicja „klasy”, aby wyjaśnić sprawę.

Naturalnie takowej nie ma. Marx i Engels pisali przez wiele lat o „walce klas” bez wcześniejszej precyzyjnej definicji, czymże owe „klasy” są. Marx raz, w trzecim tomie „Kapitału” (w ostatnim rozdziale), podjął nawet próbę wprowadzenia takiej definicji. Niestety – jakie to dziwne, jakie zaskakujące! – tekst wnet się urywa, a notka Engelsa informuje nas o tym, że manuskrypt jest ledwie zaczęty i Marks nic więcej nie pisze.

Ktoś może odpowiedzieć, że postępujemy niesprawiedliwie, ponieważ Marx zmarł i gdyby nie to, mógłby dokończyć ów nieszczęsny „Kapitał”. Nic dalszego od prawdy. Jednym z najbardziej spektakularnych dowodów ślepoty marksistów jest zignorowanie przez nich tego, że Marx zakończył pisanie „Kapitału” już w latach sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy wydano pierwszy tom (1867). Tomy II i III zostały wydane już po śmierci Marxa (odpowiednio 1885 i 1894). Dlaczego pozostałe dwa tomy nie ukazały się jeszcze za życia wielkiego komunistycznego guru? Rzekomo dlatego, że Marx wciąż pracował nad następnymi tomami. Tymczasem, gdy Marx zmarł, Engels ze zdziwieniem odkrył, że w zasadzie nic nowego nie powstało. Wszystko było gotowe. Rozbudowane, rozciągnięte, przesycone polemicznymi umiejętnościami, niepełne i wewnętrznie sprzeczne.

Jak się jeszcze przekonamy, było to w dużej mierze rezultatem faktu, iż Marx nie mógł w swojej pracy rozwiązać podstawowych paradoksów ekonomicznych, których zresztą był świadomy.

Jeśli chodzi o analizę socjologiczną, sprawa jest jasna: mamy tony papierów zalanych opowieściami o walce klas, bez wcześniejszego zdefiniowania, czym są te klasy. Dlatego całość wywodów Marxa o walce klasowej pozostaje bezwartościowa. (To tyle, jeśli chodzi o „wielkość” socjologicznych dywagacji Karla Marxa.)

Ekonomia Marxa

Marx w swojej ekonomicznej analizie systemu kapitalistycznego stanął przed trudnym zadaniem. Po pierwsze, należało pokazać, jak kapitaliści wyrywają pieniądze robotnikom, a po drugie trzeba było udowodnić, dlaczego system ten nieuchronnie zmierza w stronę krachu, zgodnie z heglowskimi schematami determinizmu historycznego. Marx bagatelizował przy tym i pomijał mnóstwo istotnych kwestii. Dobrym przykładem jest całkowite zignorowanie teorii przedsiębiorcy.

Marx korzystał obficie z elementów teorii Adama Smitha i Davida Ricardo, którzy do teorii ekonomii wprowadzili kilka błędów domagających się prędkiego poprawienia. Zamiast tego Marx zaakceptował ich podstawowe teorematy i tak wkleił do swojego systemu, aby uzasadnić perwersyjną wizję kapitalizmu. Jej podstawą jest laborystyczna teoria wartości, absolutny klucz do idei Marxa. Gdy ten klucz okaże się nieprawdziwy, cały „Kapitał” i wszystkie wywody w nim zawarte czeka absolutny koniec.

Korzystając z dorobku Smitha i Ricardo, Marx udowadniał, że źródłem wartości jest tylko i wyłącznie praca. To właśnie praca i tylko praca tworzy produkty i wartość. Wszelkie maszyny są wyłącznie jej pochodną, wytworem, więc laborystyczna teoria czyni wszystko, by ten fakt wykazać[6]. Jaki „dowód” przytacza sam Marx?

Zaczyna od przykładowej wymiany: jeden kwarter pszenicy w zamian za alfa centnarów żelaza. Potem stawia znak równości między nimi i stwierdza, że jest to swego rodzaju równanie. A ponieważ są dwie różne wielkości po obu stronach, to należałoby je sprowadzić do jakiejś trzeciej wspólnej dla nich, zawierającej się w jednym i drugim. Dla Marxa są to po prostu godziny pracy, niezbędnej do wytworzenia każdego produktu (ale czy faktycznie we wszystkich ekonomicznych dobrach znajduje się zmaterializowana praca?). Stąd mamy „dowód”, że praca jest źródłem wartości.

Marx konsekwentnie raczy nas błędami, za którymi idą tylko kolejne. Po pierwsze, kiedy wymienia się dwa towary, to nie występuje między nimi znak równości. Każda ze stron transakcji wartościuje przeciwnie wymieniane towary. To, co oddaje się w wymianie, ceni się mniej niż to, co się dostanie. Jeśli rzeczywiście występuje równość, to dlaczego ludzie nie wymieniają się w nieskończoność? Dlaczego, jeśli Marx kupował wódkę oddając za nią pieniądze, to nie oddawał z powrotem wódki za pieniądze, skoro rzeczywiście wartość jest ta sama?

Fakt ten jest dziś, dla człowieka posługującego się zdrowym rozsądkiem, zrozumiały. Niestety, gdyby Marx nie postawił znaku równości w wymianie, to podważyłoby jego system. Do tego po prostu nie mógł dopuścić. Co jednak z chęcią teoretyzowania „naukowo” dla uzasadnienia komunizmu? Z tym nie było trudności. Ekonomia klasyczna (Smitha, Ricardo) opierała się na tezie o równości wartości przy wymianie. Jak wiemy, szkoła klasyczna prezentowała podejście naukowe – dlatego, skoro jej przedstawiciele byli naukowcami i ten teoremat uznawali, to i Marx nie musiał obawiać się zarzutu nienaukowości. W końcu stali za nim klasyczni nauczyciele (cały ten mit równości wymiany ciągnie się już od Arystotelesa, i tę jego genezę skrzętnie podkreślają marksiści).

Oczywiście niezależnie od głównego nurtu rozwijał się nurt subiektywistyczny, podkreślający znaczenie wartościowania przez człowieka określonego przedmiotu. Jednym z reprezentantów tego kierunku był wybitny myśliciel Etienne Condillac. Marx buńczucznie podjął się na moment w „Kapitale” krytyki tego podejścia, wyśmiewając oponenta jako nieoczytanego w klasykach, którzy dobrze wiedzą, że „wartość wymienna” to coś innego niż „wartość użytkowa”. Naturalnie ta konstrukcja terminologiczna służyła tylko za sprawną zasłonę (pomijając już sam fakt, że Marx śmiało, otwarcie i bezwstydnie robi z siebie błazna, pisząc, że wartość użytkowa bierze się z pracy). Marx uznaje, że w handlu wartość się nie zmienia. Gdybyż na tej zasadzie spróbował, na przykład, za sumę pieniędzy A kupić dobry telewizor, a potem sprzedać go. Niechby dalej kupił następny za uzyskaną kwotę. Gdyby tę czynność wykonał tysiąc razy, przekonałby się, czy pod koniec procesu pozostanie z sumą A.

Nurt subiektywistyczny odniósł wielki sukces na początku lat siedemdziesiątych wieku XIX. To właśnie wtedy raz na zawsze obalono mit, że praca jest źródłem wartości. Wartość bowiem wynika ze stosunku człowieka do rzeczy – z faktu, że człowiek wartościuje przedmiot i chce go wykorzystać jako środek do realizacji subiektywnego celu. Engels we wstępie do III tomu „Kapitału” ledwie jęknął coś o Mengerze i subiektywizmie, ale bez żadnych poważnych, naukowych podstaw. Zresztą, jak podkreśla Alexander Gray, gdybyż tylko sam Marx, zamiast pisać tyle o powstaniu i przetwarzaniu wartości, zechciałby odpowiedzieć, co to jest ta „wartość”.

Jak widzimy, pierwszy błąd polegał obecności znaku równości w wymianie (uznanie, że wartość jest tożsama z ceną), a drugi na arbitralnym stwierdzeniu, że praca decyduje o wartości (bez żadnego dowodu; jedyne, co dostajemy, to negatywne narzekanie na zasadzie „jeśli nie praca, to co?” – dlatego cała laborystyczna teoria opiera się li tylko na założeniu).

Każdy człowiek wie, że jeśli włożymy w coś dużo pracy, to jeszcze nie oznacza, że przedmiot będzie mieć wartość. Marx był tego świadom i dlatego uchwycił się kategorii „społecznie niezbędnego czasu pracy”. To nie tak, że wartość zależy po prostu od pracy – tutaj istotny jest „społecznie niezbędny czas pracy”. Cóż to za potworek? Ano jest to „czas pracy potrzebny do wytworzenia jakiejś wartości użytkowej w istniejących społecznie normalnych warunkach produkcji i przy społecznie przeciętnym stopniu umiejętności i intensywności pracy”.

Dostaliśmy zatem kolejną ciekawą konstrukcję, skrywającą prawdziwą naturę rzeczy. Marx chce się podjąć analizy „warunków produkcji”. Żeby je przeanalizować, skupia się na tym, jak są determinowane zarobki w systemie kapitalistycznym. Aby jednak zrozumieć jak są determinowane zarobki, należałoby skupić się na systemie cenowym i tym, jak tworzona wartość przekłada się na ceny. Żeby zrozumieć to z kolei, trzeba by przeanalizować źródło wartości. Zdaniem Marxa źródłem wartości jest praca. Czy każda praca? Nie. Praca społecznie niezbędna. Co to jest praca społecznie niezbędna? Taka praca, która jest potrzebna określonych „warunkach produkcji”. Tak oto dochodzi do wniosku, iż warunki produkcji są zależne od warunków produkcji. Niestety, ta cwana kuglarska sztuczka jest zaproszeniem na intelektualną karuzelę, a nie do naukowej analizy[7].

Marxowi nawet powieka nie drgnie. On idzie dalej, jak taran: Cena wszelkich towarów jest determinowana przez włożoną w nie pracę robotnika. Czy jednak robotnik dostaje cały zarobek, skoro tylko praca jest źródłem wartości? Nie. Tutaj wkracza kapitalista, który nie płaci robotnikowi pełnej wartości produktu. Zamiast zapłacić wartość wytworzoną, spłaca tylko wartość niezbędną do utrzymania robotnika przy życiu. Stąd właśnie różnica między płacą a zarobkiem. Wykorzystanie siły roboczej przez kapitalistę tworzy jakąś wartość (w całości pochodną pracy), ale kapitalista, ponieważ jest posiadaczem i organizatorem produkcji, nie wypłaca robotnikowi wartości produktu, tylko koszt produkcji robotnika, wystarczający, by przeżył. Voila! Stąd magiczny wyzysk, „wartość dodatkowa”. Praca tworzy wartość, ale dostaje tylko część wartości, niezbędną do wytworzenia tejże pracy.

Teraz rozumiemy, dlaczego laborystyczna teoria wartości jest filarem systemu marksistowskiego. Gdyby bowiem okazało się, że jest nieprawdziwa, że źródłem wartości jest coś innego, to nikt nikogo nie wyzyskuje. A jeśli nie ma wyzysku, to nie ma powodu, aby nadeszła nieuchronna rewolucja. A jeśli nie ma rewolucji, to sen Karla Marxa, komunisty, nie może się ziścić.

Teoria Marxa ma jeden podstawowy defekt, z którego zdawał sobie sprawę sam guru. Jeśli rzeczywiście źródłem wartości jest praca, to zyski kapitalistów byłyby większe w gałęziach bardziej pracochłonnych niż w gałęziach bardziej kapitałochłonnych. Im mniej kapitaliści używali maszyn, a więcej siły roboczej, tym większe zyski powinni osiągać z tytułu „wartości dodatkowej”. Maszyny nie można wyzyskiwać. Maszyna, w przeciwieństwie do pracy, jest zawsze sprzedawana po wartości. Wyzyskiwać można tylko i wyłącznie robotnika, ponieważ istnieje różnica między koniecznością utrzymania go, a tym, co wytwarza.

Tymczasem rzeczywistość, na złość Marxowi, wyglądała tak, że zyski we wszystkich branżach miały tendencję do ujednolicania się. Nie było tak, że im więcej siły roboczej, tym większa wartość, a więc i większe zyski. Zgodnie z doktryną laborystycznej teorii wartości, sektory kapitałochłonne powinny generować mniejsze zyski niż pracochłonne (pojawia się jeszcze inny paradoks – skoro kapitaliści są klasą, która reprezentuje swoje interesy, po co ktokolwiek wprowadza maszyny do produkcji, skoro powinny one pomniejszać zyski, a nie powiększać?!).

Powiedzmy, że mam kapitał 100 złotych. W pierwszym przypadku wydaję 80 na maszyny i 20 na płace dla robotników. W drugim przypadku wydaję 60 na maszyny i 40 na płace dla robotników. Ponieważ Marx wyraźnie podkreśla, iż tylko praca jest źródłem wartości dodatkowej, to wobec tego w pierwszym sektorze powinienem osiągać mniejsze zyski niż w drugim, ponieważ w pierwszym wykorzystuję dwa razy mniej pracy. A jednak mechanizm rynkowy spłatał figla Marxowi i generuje podobne zyski we wszystkich branżach.

Zjawisko to wynika z faktu, że o wartości decyduje ostatecznie konsument. Przedsiębiorcy zakupują czynniki produkcji, wypłacając zarobki dla pracy w zależności od tego, jakiego zysku oczekują z ostatecznej sprzedaży.

Zjawisko wyrównywania się zysków to dla marksistowskiej teorii wartości poważny cios, skoro ma ona na celu wyjaśnić działanie mechanizmu rynkowego i tego, jak dokonuje się dystrybucja na rynku. Jeśli nie potrafi ona wyjaśnić rzeczywistego zjawiska rynkowego, stojąc z nim w ewidentnej sprzeczności, przestaje być teorią, a staje się zwykłą iluzją. Dlatego Marxowi tak bardzo zależało na wyjaśnieniu całego zjawiska bez podważania teorii wartości. Oczywiście wyrównywanie się zysków nietrudno wyjaśnić, jednak tylko przez podważenie laborystycznej teorii wartości. Tego Marx nie mógł jednak zrobić, gdyż obaliłby własny system.

Dlatego zdecydował się zaznaczyć tylko problem w pierwszym tomie, obiecując, że rozwiązanie pojawi się w dalszej części. Tu dochodzimy do ostatecznego wyjaśnienia, dlaczego Marx nie chciał wydać II i III tomu za swojego życia; po prostu nie mógł się uporać z problemem. Rozwiązanie, które oferuje w III tomie nie jest żadnym rozwiązaniem, a jedynie stertą luźnych uwag, które w żadnym wypadku laborystycznej teorii wartości nie potwierdzają. Uznanie zasady wyrównania zysków jest możliwe tylko przez odrzucenie marksistowskiej teorii wartości.

Marx rozumiał to aż nadto dobrze. Wiedział, że to byłby koniec jego systemu i porażka ruchu komunistycznego. Dlatego zdecydował się opublikować tom I, a z dalszymi wyjaśnieniami wstrzymać się do tomu trzeciego – który zostanie wydany dopiero po dwudziestu siedmiu latach (1867-94), już po śmierci Marxa. Była to zagrywka marketingowa, którą – że przywołam przykład lepiej przemawiający do wyobraźni – sprawnie powtórzyli bracia Wachowscy, gdy wydali drugą i trzecią część filmu Matrix, znacznie zwiększając już osiągnięte zyski (trzecia część filmu, podobnie jak ostatni tom „Kapitału”, kończy się jednym wielkim nic).

Wróćmy jednak do marksistowskiej prehistorii. Wydany zostaje pierwszy tom. Zachwycają się nim ruchy socjalistyczne i wskazują go jako źródło wiedzy wszelakiej. Przez ten czas rośnie grono zwolenników marksizmu, mimo iż system jest niekompletny. Przy wydaniu drugiego tomu, już po śmierci Marxa, Engels we wstępie ogłasza niejako konkurs na to, aby ekonomiści spróbowali swoich sił i uzasadnili równe stopy zysku we wszystkich branżach bez jednoczesnego podważenia teorii wartości. Ekonomiści próbują swoich sił.

Naturalnie z punktu widzenia całkowicie błędnej teorii jest to zachowanie znakomite. Gdyby bowiem wszystkie trzy tomy ukazały się od razu, marksizm okazałby się brednią już na starcie. Zamiast tego do tej małej zabawy można było wciągnąć znaczną rzeszę myślicieli. Włoski ekonomista Achille Loria uznał pierwszy tom za prawdziwe dzieło geniuszu. Kiedy jednak zapoznał się z tomem trzecim uznał, że jest to kompletne „naukowe samobójstwo”, „mistyfikacja” na rzecz „rosyjskiej kampanii”. Jednakże po prawie trzydziestu latach oczekiwań nie każdy jest w stanie szybko porzucić poglądy. Zdrowy rozsądek często przesłania to, w co przez wiele lat wierzymy.

Marx miał gotowe „rozwiązanie” jeszcze przed publikacją pierwszego tomu. Wskazują na to jego listy, luźne uwagi w pierwszym tomie, oraz sam Engels, przyznający, że wszystko było już w zasadzie gotowe. Co więcej, jak zauważa Mark Blaug, ogłoszony przez Engelsa konkurs został w zasadzie wygrany. Kilku ekonomistów „rozwiązało” problem w ten sam sposób, co Marx w trzecim tomie „Kapitału” (wystarczyło być pilnym uczniem Ricardo).

Komunistyczny guru (a raczej jego następcy) miał jednak poważny problem. Problem ten nazywał się: Eugen von Boehm-Bawerk. Boehm-Bawerk był reprezentantem „szkoły austriackiej”, najwybitniejszym krytykiem ekonomii marksistowskiej i jednocześnie najbardziej niedocenionym ekonomistą wieku dziewiętnastego (prawdopodobnie wynika to z faktu, że jego teorie nie tylko podważają marksizm, ale stanowią także poważne zagrożenie dla powszechnie obowiązujących: keynesizmu i monetaryzmu). Pierwsza jego krytyka ukazała się w latach 80. Natomiast prawdziwy desant przyszedł z esejem na temat „Karla Marxa i zamknięcia jego systemu”. (Zobacz również: Eugen Boehm-Bawerk: Kapitał i zysk z kapitału, tom II.) Esej ten stanowi prawdziwy pokaz polemicznych umiejętności Boehm-Bawerka. Marx był dosyć zdolnym polemistą, ale przy tym bezczelnym, co osłabiało jego siłę (ponieważ starał się degradować oponenta, zamiast skupić się ściśle na podważaniu jego argumentów)[8]. Boehm-Bawerk był jednakże polemistą znacznie zdolniejszym i bardziej uważnym. Czytanie jego eseju to prawdziwa przyjemność. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z ekonomistą w skórze prawnika, który wnikliwie analizuje poczynania Marxa i błędy, których się dopuszcza. I nic dziwnego, ponieważ Boehm-Bawerk był z wykształcenia prawnikiem i umiał doskonale prowadzić wszelkie spory. Tak też było w przypadku Marxa[9]. Jego krytyka przypomina nieco proces sądowy, w trakcie którego uzdolniony adwokat dostrzega u świadka mieszanie się w zeznaniach i bezwzględnie mu to wytyka, opierając się na jego wcześniejszych wypowiedziach.

Od czasu ataku austriackiego ekonomisty marksiści nie mogli się pozbierać. Doskonałym tego potwierdzeniem jest teza, zgodnie z którą Marx jakoby wcale nie twierdził, że ceny są determinowane przez wartość, a jego analiza ma na celu swego rodzaju „socjologiczne” ujęcie problemu. Ale to przecież całkowite podważenie podejścia Marxa. Jemu właśnie o to chodziło: uzasadnić, że laborystyczna teoria wartości ma sens i mówi o realnych zjawiskach gospodarczych.

Nie ma tu miejsca, by dokładnie wchodzić w „rozwiązanie” zaproponowane przez Marxa i pokazać, jak Boehm-Bawerk sobie z nim poradził (ani tym bardziej na to, by pokazać, dlaczego Hilferding w ogóle nie zrozumiał problemu)[10].

Oczywiście błędy są poważniejsze. Marx nie przedstawił w ogóle teorii przedsiębiorcy. W dodatku, nawet jeśli laborystyczna teoria wartości jest prawdziwa, to nie podaje powodu, dla którego stopa wartości dodatkowej miałaby być równa różnicy między kosztem utrzymania pracownika przy życiu a pieniędzmi, które przynosi jego praca.

Marx nie odpowiada, dlaczego przedsiębiorcy nie mieliby konkurować o pracę. Wystarczy przecież, że jakiś przedsiębiorca zaproponuje pracownikom płace trochę wyższe niż koszt ich utrzymania, a natychmiast będzie mógł ich zatrudnić. Powiedzmy, że koszt utrzymania robotnika przy życiu wynosi 5, a „wartość” pracy, którą wykonuje, 25. Przedsiębiorca konkurencyjny mógłby zatem zaproponować pracownikom zarobki po 10 i dzięki temu wszystkich ich przyciągnąć do siebie i zabierać zyski innym przedsiębiorcom.

Zdaje się jednak, że do Marxa nie docierał fakt, że między pracą a kapitałem nie ma wymienności. Kapitaliści konkurują między sobą, a robotnicy między sobą.

Marx miał błędna teorię pieniądza (trochę zaskakujące, że Friedman postrzega Marxa jako monetarystę[11]), prymitywną teorię procentu i trywialnie przerysowaną teorię renty. Uważał, że zyski kapitalistów muszą permanentnie maleć i tak samo jest z ciągłym zmniejszaniem się zarobków pracowników. Dlatego kapitalizm jest skazany na zagładę. Akumulacja wywołuje akumulację, coraz większy wyzysk, ale coraz mniejsze zyski[12]. Kapitalizm nieuchronnie się kończy, ponieważ płace robotników są na coraz to niższym poziomie, a wyzysk powiększa się coraz bardziej[13].

Marx miał również nadzwyczaj naiwną podkonsumpcyjną interpretację cyklów koniunkturalnych. Jego zdaniem pracownicy dostają zbyt niskie pensje by móc kupić wytworzone produkty (cóż za zadziwiające podobieństwo do systemu Keynesa).

Nic dziwnego, że Blaug nazywa teorię Marxa „zręcznym kuglarstwem, które wystrychnęło na dudka całe pokolenia czytelników”.

Post Scriptum o kapitalizmie

Na sam koniec analizy ekonomicznej zaznaczę kilka uwag o kapitalizmie.

Po pierwsze, w początkach systemu kapitalistycznego robotnicy byli biedni, ale nie ze względu na wprowadzony kapitalizm, ale ze względu na biedę, w której znajdowali się wcześniej (czytaj: najpierw jest rzadkość, a potem działania, a nie odwrotnie). Po drugie, płace w kapitalizmie zależą od produktywności pracowników, a nie od kosztów ich utrzymania. Przedsiębiorcy konkurują między sobą o to, kto lepiej zatrudni poszczególne czynniki produkcji, w tym pracę.

Po trzecie, ogólny dobrobyt zależy od zasobu dóbr kapitałowych w społeczeństwie. Dlatego właśnie w USA płace są wyższe niż w biednej Afryce. Przez wiele lat Stany Zjednoczone, podobnie jak świat zachodni, akumulowały potrzebny do rozwoju kapitał. Dlatego osiągnęły dziś tak wysoki poziom życia. Natomiast Afryka obecnie jest w podobnej sytuacji jak świat Zachodni w wieku osiemnastym.

Ciekawe jest to, że marksiści mają kłopoty z wyjaśnieniem, dlaczego w krajach zachodnich standard życia jest wyższy. Jedno z uzasadnień to imperialistyczna teoria, budowana na dziełach Lenina[14]:

otóż robotnicy świata zachodniego zamieniają się w kapitalistów i zaczynają razem z zachodnimi kapitalistami wyzyskiwać biedny Trzeci Świat. Jakościowo jest to poważna wyrwa w systemie Marxa (nagle zachodni robotnicy i kapitaliści znajdują się w jednej klasie). Z drugiej strony problematyczne jest to, że nawet w Trzecim Świecie rosną płace (niezwykle wolno, ale jednak).

Po czwarte, jak wskazują badania, nawet gdyby na początku wieku XIX zagarnąć bogactwo całej klasy posiadaczy i rozdać je społeczeństwu, płace zwiększyłyby się zaledwie o 20-25%. Odrzucając jednocześnie znany lewicowy błąd ekonomiczny, zgodnie z którym „dystrybucja” i „produkcja” to dwa odrębne procesy, należy zaznaczyć, że podobne wydarzenie odbiłoby się szybkim spadkiem poziomu życia. Przekazane środki zostałyby skonsumowane, a całość struktury kapitałowej zniszczona. W efekcie produkcja szybko by się skurczyła, a poziom życia osiągnąłby jeszcze niższy pułap. Na szczęście kraje zachodnie nie wprowadziły ideałów socjalistycznych w życie, dzięki czemu zmniejszono czas pracy (nie, nie ustawowo!), znacząco zwiększono płace realne, a jednocześnie zdecydowanie wzrosło spożycie rozmaitych towarów. Nie trzeba też dodawać, że kapitalizm to system masowej produkcji dla masowej liczby odbiorców (robotników). Jeśli ktoś myśli, że zachodni świat jest bogaty dzięki ustawodawstwu socjalnemu, to niech wyobrazi sobie – tytułem eksperymentu myślowego – wprowadzenie tego ustawodawstwa w trzecim świecie.

Pol Pot, czyli najwybitniejszy marksista-praktyk

Jednym z największych mitów, który za wszelką cenę próbują sprzedać nam marksiści, jest teza, jakoby Marx został zdradzony przez swoich następców. Ilekroć nadchodziła rewolucja, wnet zjawiał się terror i przymus totalny fundowany przez aparat władzy. Nagle pojawiali się zdziwieni rewolucjoniści, którzy uznawali, że ktoś zdradził rewolucję, że nie o to chodziło mistrzowi Marxowi, ponieważ jego ideały są słuszne itd.

Wszystko są to piękne bajeczki, a komunizm jest wynalazkiem starszym niż wiek XX. Przymusowe komuny wprowadzano już wcześniej i kończyły się one podobnymi efektami jak w krajach sowieckich (ale w skali miast, a nie całych narodów). Marx doskonale znał te przykłady i stwierdził, że właśnie tak ma się zaczynać komunizm.

Tuż przed etapem stworzenia komunistycznego raju na ziemi dochodzi do totalnego zniszczenia społeczeństwa. Jak podkreślał Marx, pierwszy etap komunizmu będzie znacznie gorszy niż kapitalizm. Kapitalizm to wyzysk określonych ludzi przez innych; komunizm na początku to prawdziwa apokalipsa – wyzysk każdego przez każdego, wojny, gwałty, kradzieże, rozboje, totalny rozkład cywilizacji. Państwo staje się narzędziem terroru i niszczenia wszelkich przejawów indywidualności.

Jaki jest wobec tego związek z zapowiadanym komunistycznym rajem? Jak totalna wojna i zniszczenie cywilizacyjne ma się do ziemi obiecanej? Dlaczego masowe mordy mają przeobrazić się powszechną szczęśliwość?

Tutaj Marx odwołuje się do kolejnego filaru swojego systemu: dialektyki. Otóż okazuje się, że im piłka bardziej czerwona, tym mniej czerwona. Im większym jest się złodziejem, tym bardziej moralnie się postępuje. Im więcej morderstw się popełnia, tym bliżej nam do anioła. Tak działa dialektyka (bo młody motylek, już gdy się rodzi ma w sobie swoje zaprzeczenie, pierwiastek śmierci), istota tezy i jej zaprzeczania.

Dlatego im jest gorzej, tym będzie lepiej. Na tym właśnie nonsensie opiera się uzasadnienie Marxa, że zniszczenie świata przyniesie tak naprawdę wspaniały świat. I nagle pierwszy, negatywny etap komunizmu się zakończy i nadejdą obiecane czasy, w których nie będzie rzadkości, podziału pracy i indywidualizmu. Wszyscy staną się jednym homogenicznym tworem.

Heretycy wykręcili się od uzasadniania, dlaczego dzięki zniszczeniu świata ma być lepiej. Uznali, że po prostu znikną nasze cielesne powłoki. Marx, materialista, nie mógł użyć tej sztuczki. Zamiast niej zastosował wprost absurdalne uzasadnienie na zasadzie: im bardziej coś robię, tym, tak naprawdę, robię tego mniej.

Należy jednak pamiętać, że Marx świetnie sobie zdawał sprawę z tego, na czym będzie polegać nadejście rewolucji komunistycznej (znał, jak wspomniałem, przykłady wcześniejszych przymusowych komun)[15]:

na zburzeniu całego obowiązującego porządku, praktycznie stuprocentowym zniewoleniu, mordowaniu ludzi, przymusowym przesiedlaniu, tępieniu instytucji rodziny i wszelkiej własności prywatnej na rzecz aparatu opresji. Potem nagle państwo miało ot tak sobie zniknąć, bo tak mówi dialektyka[16].

Patrząc na największych zbrodniarzy wieku dwudziestego, inspirujących się Marxem, takich jak Lenin, Stalin, czy Mao, dochodzimy do wniosku, że Marx mógłby uznać ich za zdrajców ideałów. Nie byłoby to jednak oskarżenie wynikłe z tego, że ci odeszli od komunistycznych poglądów. Wprost przeciwnie. Marx mógłby ich spokojnie oskarżyć o to, że nie są oni dostatecznie zdeterminowani w niszczeniu panującego porządku i mordowaniu bez opamiętania.

Najwierniejszym marksistą jest zatem Pol Pot, który zabił co najmniej jedną czwartą swojego narodu, podążając dokładnie za wskazówkami Marxa. Na przykład intelektualiści byli przymusowo wyganiani z uniwersytetów, aby pracować na polu. Pol Pot to najwybitniejszy marksista praktyk, najbardziej konsekwentny w tępieniu wszelkiej indywidualności i zaprowadzaniu porządku kolektywnego[17].

Podsumowanie

Wielu dzisiejszych filozofów i socjologów wychwala Marxa (ekonomia w zdecydowanie mniejszym stopniu, gdyż jest w niej więcej naukowego rygoru, a do tego mniej tu miejsca na tak powszechne w tych naukach terminologiczne zabawy w chowanego). Marksizm jest traktowany poważnie, chociaż jest systemem zupełnie zbankrutowanym, jeśli chodzi o wyjaśnianie otaczającego nas świata. Marksizm, możemy już to powiedzieć, jest ruchem religijnym, który opiera się na następującym wyznaniu wiary: „Marx ma rację”. Ruchem, który stawia sobie za cel atakowanie fundamentów cywilizacji[18].

Gdyby Szatan miał zejść na ziemię i wstąpić w jakiegoś myśliciela, aby promować zło, to z pewnością byłby nim Karl Marx.


[1] Leszek Kołakowski odnajduje inspirację dla marksistów już w starożytnej Grecji (Plotyn). Spór indywidualizm-realizm a kolektywizm-idealizm można obserwować u dwóch największych filozofów tamtych czasów, Platona i jego ucznia, Arystotelesa. Ten pierwszy nie lubił podziału pracy, traktował świat realny tylko jako cień, złe odbicie świata doskonałego, idealnego, od którego człowiek jest oddzielony, co zakuwa go w kajdany. Proponował zniesienie własności prywatnej i ustanowienie idealnej kolektywnej utopii (choć, co ciekawe, zhierarchizowanej). Arystoteles natomiast miał zupełnie inne, realistyczne podejście; popierał własność prywatną i nie przyjmował pesymistycznej wizji platońskiej.

[2] Podobnie błyskotliwe stwierdzenie Rothbarda dotyczyło Keynesa: „Keynes był keynesistą”. MNR należał do myślicieli jasno i precyzyjnie formułujących myśli, dzięki czemu praktycznie nie da się błędnie zinterpretować jego słów. Trudno doprawdy o takich myślicieli.

[3] Jednym z wielkich mitów promowanych przez marksistów jest teza jakoby Marx żył w Londynie w wielkiej biedzie. Zaskakujący wydaje się fakt, że ta bajka zyskała sobie wysokie uznanie (wystarczy popatrzeć na poważną biografię Marxa autorstwa Berlina). Marx, ze względu na wielki talent do naciągania, dostawał od rodziny i przyjaciół tyle datków, że gwarantowały mu poziom życia kilkukrotnie (jeśli nie kilkunastokrotnie) wyższy niż średni zarobek w Wielkiej Brytanii (górne 5% społeczeństwa). Nie powinien zaskakiwać fakt, że nie znosił stopy procentowej, która stanowi hamulec na zachowania takich pasożytów jak on (przez utrudnienie dowolnego pożyczania pieniędzy na wódkę). Zobacz na ten temat świetną pracę Gary’ego Northa: Gary North, Marx’s Religion of Revolution, Christian Liberty Publisher, 1989.

[4] Właściwe podejście to metodologiczny dualizm. Związki chemiczne i fizyczne są determinowane: kamienie nie wybierają, co ze sobą zrobią: określają to czynniki środowiskowe. Człowiek wprost przeciwnie: wybiera i świadomie decyduje, jakiego działania się podjąć lub nie.

[5] Marksiści to klasa intelektualistów, inteligentów, burżuazji. Skoro każda klasa dba o swój interes, to co z samymi marksistami? Jak, oni, reprezentujący klasę wyzyskiwaczy, mogą prezentować teorię będącą w interesie robotników? Co słyszymy w odpowiedzi na to pytanie? Wymowną ciszę, naturalnie.

[6] Nie jest to do końca prawda. Maszyny to nie tylko zamrożona praca, ale także zamrożony czas. A różnica czasowa (odroczenie wartości w czasie) ma znaczenie dla człowieka (preferencja czasowa), więc również dla wartości. Gdyby system Marxa to uwzględniał, zawaliłby się jak kostki domina. W ekonomice marksistowskiej nie może być różnicy, czy dostaje się bułkę teraz, jutro, za rok, czy za tysiąc lat. Dlatego Marx w ogóle nie dostrzega roli czasu w produkcji. O tym, że się tutaj myli, wie każdy normalny człowiek. Każdemu marksiście zawsze dobrze jest zadać pytanie – „czy robi ci różnicę, czy dostaniesz wypłatę dzisiaj, jutro, za rok, albo za 50, a może 5000 lat?”. Tymczasem dla marksistów brak procentu byłby sytuacją sprawiedliwą. Zauważmy, jaki interes można byłoby wtedy zrobić: pożyczamy pieniądze (powiedzmy suma X) od marksisty na budowę domu, basenu i na kupno Trans Ama, którym szalał Burt Reynolds. Kiedy nadejdzie termin spłaty pożyczki, można znowu pożyczyć sumę X, by pierwszą pożyczkę spłacić. Potem spłacamy ten X za pomocą kolejnej pożyczki. Następnie robimy to samo. I znów. Nie wpadamy w spiralę zadłużenia, ponieważ cały czas jesteśmy winni X, który spłacać będziemy następną pożyczką tej samej wysokości w nieskończoność.

[7] Marx zdaje sobie sprawę z tego, że godzina pracy godzinie pracy nierówna. Dlatego na rynku za pracę otrzymamy różne ceny. Godzina pracy kierowcy kosztuje, powiedzmy, 200, a sprzątacza 50. Czyli jednak to nie czas pracy decyduje, tylko też jakość? Nie. Praca zaawansowana to taka „przemnożona” praca podstawowa. Tak naprawdę godzinna robota kierowcy to takie 4 godziny normalnej pracy (200:50), stąd teoria, że czas pracy decyduje o wartości jest niby uratowana. Co jednak decyduje o tym, jak przeliczać pracę? Zdaniem Marxa: rynek. Skutkiem tego jest znów karuzela. Ceny mają być wyjaśniane za pomocą liczby godzin wkładanych w produkt. Ale nie byle jakich godzin, tylko godzin przeliczanych. Według jakich wskaźników? Według tychże cen, które włożone godziny mają wyjaśnić. Takie podejście moglibyśmy nazwać klasycznym „zabiegiem ochronnym” teorii. Równie dobrze można twierdzić, że cena hotelu, w którym nocujemy zależy tylko od liczby godzin, które tam spędzimy. A gdy ktoś powie, że ważna jest jakość usług? W końcu pięciogwiazdkowy hotel w Warszawie będzie ponad dwadzieścia raz droższy niż schronisko w górach karkonoskich. Można jednak zamydlić oczy, twierdząc, że „godzina noclegu” w pięciogwiazdkowym jest po prostu „kilkukrotnym przeliczeniem” takiej podstawowej godziny w schronisku. Pytanie tylko, czy faktycznie takie podejście będzie rozsądne, czy będzie zwykłym naginaniem faktów do rzeczywistości?

[8] Paul Johnson w swoich „Intelektualistach” przytacza także przypadki, kiedy Marx bez oporów kłamał. Świetny przykład to kiedy zwyczajnie „zełgał” wypowiedź premiera, który stwierdził, że byłby smutny, gdyby wzrost gospodarczy ograniczał się tylko do bogatych ludzi. Marx tymczasem zacytował go twierdząc, że nawet premier zauważa, iż wzrost ogranicza się tylko go bogatych. Podał źródło cytatu, które jednak nie przeinaczyło wypowiedzi. Kiedy wytykano mu fakt fałszerstwa, zamiast chociaż raz przyznać się do pomyłki, bronił rozpaczliwie sprawy twierdząc, że ma rację. Celem było sprawienie wrażenia, że prowadzona jest debata między dwoma stronami. Marx musiał udawać, że nie popełnił błędu, aby nie zedrzeć z siebie szaty nieomylnego proroka.

[9] Ekonomista Rudolf Hilferding, w swojej pracy Böhm-Bawerk’s Criticism of Marx (Socialist Labour Press, Glascow, ca 1920) próbował odpowiedzieć na zarzuty Boehm-Bawerka. Wybitny austriacki marksista, Otto Bauer, stwierdził jednak, że Hilferding nie zrozumiał zagadnienia. Sam Bauer zapisał się na seminarium do Boehm-Bawerka, aby go dokładnie poznać, a potem skrytykować. Skończyło się tak, że przyznał, iż laborystyczna teoria wartości jest nie do obrony (tak przynajmniej twierdzi Mises).

[10] Zainteresowanym Czytelnikom, ale takim, którzy nie chcą wnikać zbytnio w analizę ekonomiczną, można polecić przygotowany całkiem przystępnie rozdział w podręczniku Kołakowskiego. Patrz: Leszek Kołakowski, Główne nurty marksizmu, t. 1-3, Zysk i S-ka, Poznań 2000-2001.

[11] Monetaryści uważają, że ceny rosną, ponieważ zwiększono podaż pieniądza. Tymczasem Marx uważał na odwrót, że ponieważ rosną ceny, to gospodarka w naturalny sposób zwiększa podaż pieniądza. Pod tym względem Marx przypomina raczej postkeynesistów czy propodażowców, którzy w mniejszym bądź większym stopniu sądzą, że podaż pieniądza jest „endogeniczna”, niezależna od banku centralnego i sama dostosowuje się do „potrzeb wymiany”.

[12] Jednakże, skoro pogarsza się sytuacja i kapitalistów, i robotników, to komu ma być lepiej? Marx czerpał z myśli Ricarda, u którego lepiej ma się powodzić właścicielom ziemskim. Marx jednakże inspirował się w części Ricardem i porzucił rozbicie „klasy posiadaczy” na właścicieli ziemskich i kapitalistów. Zapomniał chyba, że zwiększa to tylko brak spójności jego systemu.

[13] Mises słusznie dodaje: ciekawe tylko, jak te płace mogą ciągle spadać, skoro wcześniej Marx zapewniał nas, że płace są na permanentnie niskim poziomie i na niższym już być nie mogą.

[14] Stworzona tak naprawdę przez merkantylistycznych imperialistów amerykańskich z przełomu XIX i XX wieku (Charles Conant). Wielki biznes propagował i wymyślił w swoim interesie teorię imperializmu (wpartą błędnymi teoriami ekonomii), a Lenin ją tylko powtórzył (przez Hobsona)!

[15] Warto byłoby także zapoznać się z jego wstrętnymi, satanistycznymi wierszami, które można by spokojnie czytać na czarnych mszach.

[16] Marx uznawał, że sprzeczności wewnątrz systemów prowadzą do ich implozji i są one nieuchronne przez całą historię. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, komunizm był dla niego jedynym odpornym na te problemy systemem.

[17] Pol Pot był pilnym wychowankiem francuskiego uniwersytetu, na którym nauczył się od marksistów, o co dokładnie chodzi w doktrynie komunistycznego guru. Intelektualiści nie pozostaliby chyba tak konsekwentni i być może nie chcieliby mordować w ten sposób wszystkich (zresztą, czy wygoniliby faktycznie kolegów po fachu do przymusowej pracy na polach?). Pol Pot był jednak niezwykle konsekwentny – skoro marksizm uczy, że różnorodność jest zła, to należy ją za pomocą komunizmu zdeptać.

[18] Nowocześni marksistowscy intelektualiści zmienili strategię; inspirują się teraz Antonio Gramscim. Kapitalizm trzeba zniszczyć podważając wartości przez niego wspierane (nadbudowę), takie jak rodzina, religia, własność prywatna. Nie jest już tak, że baza sama z siebie deterministycznie zmierza do implozji systemu, bowiem kapitalizm stworzył zaskakujący dobrobyt materialny dla klas pracujących (jakoś tak się złożyło, że ludzie emigrują z krajów bardziej socjalistycznych do bardziej kapitalistycznych). Stąd też trzeba atakować to, co jest nad bazą. Doskonałym przykładem jest niedawna zbiorowa histeria wymierzona przeciwko „Pasji” Gibsona. Naturalnie nikt nie uważa tego filmu za antysemicki (wystarczy zwrócić uwagę na to, jakie krzywdy wyrządza się głównemu bohaterowi, który, o ile mnie pamięć nie myli, był Żydem). Krytycy, którzy wysuwali takie zarzuty, raczej w to nie wierzyli. Lecz obwołanie antysemickim filmu, który w żadnym stopniu taki nie jest, to dobry chwyt propagandowy przeciw niemu (choć, z drugiej strony, skutkuje większą chęcią by go obejrzeć).

4 odpowiedzi na „Machaj: Karl Marx, komunista”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cytat:
  • Rodzi się pytanie, kto ma planować? Czy każdy członek społeczeństwa powinien planować za siebie samego, czy też dobroczynny rząd powinien planować za wszystkich? Kwestią sporną nie jest tu działanie mechaniczne kontra działanie świadome: chodzi tu o autonomiczne działanie każdej jednostki kontra wyłączne działanie rządu. Krótko mówiąc: wolność kontra wszechmocny rząd. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W maju wsparli nas:
Pan Neil Abragimowicz
Pan Dominik Aromiński
Pan Marcin Bałazy
Pan Adam Banys
Pan Bartosz Baranowski
Pan Marek Barciński
Pan Bartosz Bartoszko
Pan Michał Basiński
Pan Kamil Becmer
Pan Konrad Berkowicz
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Sebastian Bigos
Pan Artur Tadeusz Birczyński
Pan Karol Bisewski
Pan Arkadiusz Bodura
Pan Tomasz Boguszewski
Pan Rafał Boniecki
Pan Tomasz Borkowski
Pani Dominika Buczek
Pan Arkadiusz Bykowski
Pan Marceli Chałubiński
Pan Robert Ciborowski
Pan Artur Czerwiński
Pan Marcin Dabkus
Pan Wojciech Dąbek
Pan Kamil Deleżuch
Pan Marcin Dengus
Pan Michał Dębowski
Pan Tomasz Dorau
Pan Stanisław Duda
Pan Tomasz Dworowy
Pan Gniewomir Dziadek
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Eugeniusz Flibrant
Pan Jarosław Garbowski
Pan Grzegorz Gawinowski
Pan Marek Gazda
Pan Łukasz Gąsowski
Pan Hubert Gebler
Pan Marcin Głombica
Pan Marcin Gmaj
Pan Adrian Gołosz
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Maciej Gorzelak
Pan Daniel Góra
Pan Karol Grodzicki
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Mariusz Grzebielucha
Pan Kamil Grzebyta
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Jacek Hecht
Pan Andrzej Heydel
Pan Patryk Hołub
Pan Tomasz Hrycyna
Pan Stanisław Hyrnik
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Robert Iwaszkiewicz
Pan Marcin Jaczewski
Pan Bartosz Jakusz
Pan Mirosław Janisz
Pan Konrad Janiec
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Bartosz Jezierski
Pan Wojciech Jodłowski
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Dariusz Kabarciński
Pan Krzysztof Karp
Pan Paweł Kasprowicz
Pan Michał Kawa
Pan Piotr Kazimierski
Pan Rafał Kensy
Pan Michał Klich
Pan Tomasz Kłosiński
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Tadeusz Kominek
Pan Kamil Kopeć
Pan Jan Kosmala
Pan Tomasz Kowalczewski
Pan Rafał Kowalczyk
Pan Marcin Kowalewski
Pan Bartosz Kowalski
Pan Michał Kozar
Pan Antoni Kozielewski
Pan Andrzej Koźlik
Pan Daniel Marcin Krawieczyński
Pani Joanna Kruk
Pan Karol Krzysiak
Państwo Agnieszka i Łukasz Krzymowscy
Pan Mateusz Kućka
Pan Wojciech Kukla
Pan Tomasz Kułaga
Pan Marcin Kurzeja
Pan Mateusz Kuska
Pan Witold Kwaśnicki
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Szymon Loduchowski
Pan Maciej Lorenc
Pan Paweł Łagowski
Pan Adrian Łazarski
Pan Adrian Łukasik
Pan Mateusz Łukomski
Pan Jerzy Machowski
Pan Paweł Majdan
Pan Gracjan A. Majewski
Pan Tadeusz Malinowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Mateusz Małż
Pan Maciej Matwiejczuk
Pan Adam Mazik
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pan Dawid Megger
Pan Miłosz Mirowski
Pan Paweł Młynarek
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Błażej Naczyński
Pan Tomasz Netczuk
Pan Łukasz Niedziałek
Pan Konrad Niemotko
Pan Dawid Nowak
Pan Paweł Nowak
Pan Filip Nowicki
Pan Marek Oleszko
Pani Karolina Olszańska
Pan Rafał Opryszczko
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Adam Pajęcki
Pani Maria Papis
Pan Wojciech Peisert
Pan Łukasz Piątkowski
Pan Iwo Pietrala
Pan Mateusz Pigłowski
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Rafał Podgórski
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Alfred Podstolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Tomasz Polkowski
Pan Andrzej Pondarzewski
Pan Maciej Przepiórka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Dominik Pytlewski
Pan Michał Rałowski
Pan Jacek Rusiecki
Pan Karol Rzepiela
Pan Jakub Sabała
Pan Michał Sałaban
Pan Mateusz Sawicki
Pan Maciej Seremek
Pan Paweł Sierzupowski
Pan Wojciech Siłko
Pan Jarosław Skoczylas
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Maksymilian Spik
Pan Rafał Staniec
Pan Jan Stasiczak
Pan Piotr Szewc
Pan Władysław Szewc
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Maciej Szymański
Pan Adam Ślązak
Pan Marek Świerk
Pan Jan Maria Talar
Pan Tomasz Trocki
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Osman Waroński
Pan Piotr Warzecha
Pan Aleksander Adam Wegner
Pan Marek Wiatroszak
Pan Karol Więckowski
Pan Jacek Wilk
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Jacek Wołpiuk
Pan Michał Woźnikiewicz
Pan Paweł Wójtowicz
Pan Piotr Wrotny
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Wyszyński
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Karol Zdybel
Pan Jakub Zelek
Pan Marek Zemsta
Pan Andrzej Zientek
Pan Dawid Zięba
Pan Aleksander Żarnowski
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 29 345,82 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>