Mauzy: Co jest takiego wspaniałego w reprezentatywnych rządach?

17 maja 2011 Filozofia polityki komentarze: 26

Autor: Stephen Mauzy
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Łukasz M. Woś
Wersja PDF

demokracja„Dwa wilki oraz owca, głosujący, co zjeść na obiad” — błyskotliwa metafora opisująca demokrację, której autorstwo przypisuje się Benjaminowi Franklinowi. Reszta spośród ojców założycieli była mniej błyskotliwa i mniej metaforyczna niż Benjamin Franklin, niemniej jednak również potępiała demokrację:

„Demokracja… jest jednym z największych nieszczęść” — Benjamin Rush, sygnatariusz Deklaracji Niepodległości.

„Pamiętajcie, demokracja nigdy nie trwa długo. Wkrótce się zużywa, wykańcza i morduje samą siebie. Historia nie zna demokracji, która by nie popełniła samobójstwa” — John Adams.

„Demokracje zawsze były spektaklami kłótni i turbulencji, zawsze były niekompatybilne z bezpieczeństwem osobistym czy prawem własności; zawsze były tak krótkie w swoich żywotach, jak gwałtowne w swym zgonie” — James Madison.

Dzięki Bogu za republikę przedstawicielską! Gdyby nie moderujący wpływ rozsądnych, mądrych przedstawicieli, niestabilni plebejusze zredukowaliby życie do orgii poszukiwania korzyści, wciąż plądrując jedną lepiej radzącą sobie mniejszość po drugiej, ku domniemanej korzyści ogółu — przynajmniej tak się często uważa.

Fakty burzą — jak to mają w zwyczaju — doskonałą nawet teorię. Pobieżna lustracja dowodów ukazuje, że wybrani reprezentanci nie są bardziej rozsądni, mądrzy, czy drapieżni niż plebejusze, o których głosy zabiegają. Jest to całkiem jasne: plebejusze, teoretycznie i faktycznie są ostatecznymi sędziami wszelkich pomysłów oraz źródłem władzy — dlatego też poszukują reprezentanta, który jest skończonym przeciętniactwem i średniactwem, by jak najlepiej wyrażał opinię większości[1]. Plebejusze żądają lustra — nieważne, że jest zbite.

W rzeczywistości, reprezentanci, których najważniejszym obowiązkiem jest rozprawiać nad społecznymi kwestiami jako przedstawiciele, już dawno temu zarzucili to zobowiązanie na rzecz oszczędzającego ich czas cudu, jakim jest delegacja obowiązków: nasi wybrani reprezentanci zatrudniają dziesiątki tysięcy biurokratycznych komisji i siepaczy, którzy rozpatrują i wprowadzają to, czego sami reprezentanci nie chcą lub nie mogą rozpatrzyć czy wymóc. Konsekwencją — zamierzoną lub nie — jest rząd ingerujący w każdy aspekt prywatności, jednocześnie pozwalający wybranym reprezentantom wieść beztroskie i niczym niezmącone życie.

Gdyby chociaż nasi reprezentanci byli skazani tylko i wyłącznie na własne siły, fizyka zadziałałaby jako ogranicznik, 535 wybranych reprezentantów oraz 24 godziny przypadające na dobę stanowiłyby naturalną barierę dla kreatywności legislacyjnej. Mimo całej tej pogardy dla demokracji ze strony ojców założycieli, czysta demokracja może jedynie wzmocnić tę barierę. Nawet jeżeli plebejusze nic nie wiedzą na temat spraw im przedstawianych, to czas, logistyka oraz koszty obniżyłyby ilość legislacyjnych nieszczęść[2].

Jak wskazał Hans-Hermann Hoppe, demokracja jest własnością niczyją. Ale właściciela nie mają również reprezentatywne rządy. Obie te formy ustroju są naznaczone przez infantylne społeczeństwa: preferencja czasowa się skraca, a bieżąca konsumpcja uszczupla tworzący bogactwo kapitał; stąd właśnie pochodzą podwyżki obciążeń podatkowych, rozrost deficytów budżetowych oraz trwała inflacja. Niższe oszczędności, niepewność prawna, relatywizm moralny, uprawnienia grupowe, impulsywność oraz otyłość są ich następstwami. Komentatorzy wciąż pytają, dlaczego rządy nie mogą oszczędzać lub planować. Po prostu — nie mogą!

Jakie są alternatywy? Monteskiusz wyróżnił trzy główne formy rządów, a każda z nich wspierana jest przez inną społeczną zasadę: monarchia opierająca się na honorze, republika na cnocie oraz despotyzm na strachu. Monteskiusz dodał, że rządy upadają tak często zarówno przez doprowadzanie swych zasad do przesady, jak również przez zarzucenie ich w ogóle.

Reprezentatywny republikanizm już dawno temu zniszczył cnotę. W międzyczasie Kim Jong Il, Idress Deby, Fidel Castro oraz Robert Mugabe dowiedli że despotyzm sprawia, że państwa stają się niezdatne do życia. A monarchia? Zawsze prowokuje śmiech oraz recytację wykutego na pamięć sloganu rewolucji amerykańskiej: „nie ma opodatkowania bez reprezentacji!”. Ale czy monarchia rzeczywiście jest godna śmiechu? Czy opodatkowanie z reprezentacją jest nadrzędne w stosunku do opodatkowania bez reprezentacji?

Król wymagał kontrybucji, ale niewielkiej. W czasach monarchii, udział dochodów rządowych pozostawał na stałym i niskim poziomie. Historyk gospodarczy Carlo Cipolla wskazuje, że:

W sumie należy przyznać, że trudno sobie wyobrazić, aby część dochodu ściągana przez sektor publiczny, mimo że wzrastała od jedenastego wieku w całej Europie, poza niektórymi miejscami i okresami, wzrosła powyżej 5-8 procent dochodu narodowego.

 

Co do poziomu tyranii, to mogła się wzmagać i słabnąć zgodnie z królewskim kaprysem, ale głównie słabła. Tocqueville zaobserwował, że:

Był czas w Europie, w którym prawa, jak również przyzwolenie ludzi ubierały królów w potęgę bez granic. Lecz prawie nigdy się nie zdarzało, aby robili z niej użytek.

 

Oczywiście władca mógł zadekretować, że nie można palić, spożywać zbyt wiele soli,  strzyc włosów bez odpowiedniego zezwolenia, czy też zużywać więcej niż 1,6 galona wody do odprowadzania nieczystości, tyle tylko, że go to nie obchodziło w odróżnieniu do dzisiejszych wybieranych przedstawicieli, którzy są bardziej jak Gladys Kravitz niż jak mąż stanu.

Król był głównym posiadaczem swojego dominium i zachowywał się stosownie do tego faktu. Jedynie idiota ryzykowałby obniżenie wartości swojej własności, jednocześnie narażając się na królobójstwo z powodu błahostki. Jeżeli natomiast król był idiotą, aż nadto dworzan i rozmaitych krewnych czekało tylko na okazję, aby to wykorzystać.

Wprawdzie legitymizacja monarszych rządów została odrzucona w niepokonanej wierze zachodniego społeczeństwa w szarego człowieka, ale również — jeszcze nieświadomie — zatracona została wiara w reprezentatywną republikę (przynajmniej dla każdego, kto ceni wolność i swobodę). Zbyt głęboko w zachodnim społeczeństwie zakorzeniona została idea egalitaryzmu, aby mogło się ono samo odbudować. Dzisiejsi — finansowani z budżetu — genetycy i socjolodzy są gotowi dowodzić za pomocą podziwu godnych zestawów danych, że wszyscy ludzie są naturalnie równi, a jeżeli niektórzy są „równiejsi”, to dzięki wychowaniu, a nie naturze.

Nic bardziej nieprawdziwego. Ludzie są z natury nierówni, co wykazać może luźna pogawędka z dowolnym z sąsiadów, znajomych lub współpracowników. Naturalny porządek wolnego społeczeństwa — oparty na prywatnej wymianie — jest hierarchiczny i elitarny. Różnorodne ludzkie talenty (jesteśmy wyjątkowi, każdy z osobna) decydują o tym, że kilka indywidualności wyrasta pond resztę, aby stać się elitą. Lecz elitarność zawsze pociąga za sobą zazdrość ze strony przeciętnej większości, więc elity i ich naturalne talenty są ścigane w dół przez tyranię egalitaryzmu.

Zamiast represjonować talenty elit pod pretekstem wyrównywania dostrzeganych nierówności, powinno się pozwolić im rozkwitnąć, na czym skorzystaliby wszyscy, i to bez politycznego zamętu demokracji i reprezentatywnego republikanizmu. Dość nonsensownych akcji na rzecz aktywizacji wyborców, skierowanych w kierunku niedojrzałych nastolatków i wielopokoleniowych beneficjentów zasiłków, których jedynym celem w głosowaniu jest uzyskanie dla siebie większej części czyjejś własności. Jedynie system kierowany, jak to Frank Chodorov elokwentnie wyłożył, przez mężów wyższych celów — którzy używają swych zdolności dla dobra ogółu, nie pragnąc niczego innego niż rozwój społeczeństwa — może utrzymać bogactwo i rozwój[3].

Benjamin Franklin nie tylko spoglądał niełaskawym okiem na demokrację, ale również nieufnym na reprezentatywne rządy: „Kiedy ludzie odkryją, że są w stanie przegłosować transfer pieniędzy dla samych siebie, oznaczać to będzie koniec republiki”.

Prawdą jest, że ogłaszano koniec republiki, od kiedy republikę wprowadzono, ale tempo wzrosło do galopu dopiero w trakcie ostatnich dekad. Nigdy nie było wątpliwości, czy reprezentatywna republika w zachodnim stylu upadnie, pytano jedynie kiedy. Wystarczy spojrzeć jedynie w kierunku Europy zachodniej, aby stwierdzić, że „kiedy” nie pozostanie zagadką dręczącą nienarodzone pokolenie. „Kiedy” właśnie się spełnia.


[1] Wysyp polityków, którego jesteśmy ostatnio świadkiem, będących sekundantami TSA raczej nie jest przypadkiem.

[2] O wiele trudniej jest lobbować zróżnicowane grono wyborców niż jednorodne grono reprezentantów.

[3] Mam ambiwalentny stosunek do elit wyższego celu z powodu braku ekstrapolacji wiedzy eksperckiej. Na przykład Bill Gates był genialnym twórcą oprogramowania i biznesmenem, ale okazał się etatystycznym bufonem w zakresie filantropii.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Stephen Mauzy

Pozostałe wpisy autora:

26 Komentarze “Mauzy: Co jest takiego wspaniałego w reprezentatywnych rządach?

  1. Przełóżmy na nasze:
    Wychodzi na to że ekonomia austriacka (prymat zasady prywatnej własności – w tym wypadku własności państwa w rozumieniu rządu) opowiada się za monarchią z możliwością siłowego usunięcia władcy, (jeśli się uda, to nie morderstwo, jeśli się nie uda, no cóż… król rządzi, król karze). Propozycja zatem taka: Prezydent królem, senat składający się z elity niewybieralnych (tylko jakiej elity?), sejm tylko jako ciało doradcze. Senatorzy i rodzina oraz wyżsi dworzanie króla próbują go obalić, a na tej wojnie zyskujemy wszyscy, bo rządzący nie mają czasu nas dręczyć podatkami. W sumie… jestem za!
    (trochę humoru w ciężkich czasach)

  2. „Był czas w Europie, w którym prawa, jak również przyzwolenie ludzi ubierały królów w potęgę bez granic. Lecz prawie nigdy się nie zdarzało, aby robili z niej użytek.”

    Ludzie przywykli do tyranizowania dawnych władców. Polacy nigdy nie mieli tyrana. Nasi królowie – pisał Rymkiewicz – wyjąwszy króla Popiela, o którym niewiele wiadomo – obchodzili się z nami wyjątkowo łagodnie. A jeśli nawet któryś z nich odważył się – jak Bolesław Śmiały – na popełnienie okrutnego czynu, to taki jeden czyn wydawał się nam czymś aż tak niesłychanym i nieprawdopodobnym, że wieść szła przez wieki o tej królewskiej nieprawości. Można by więc raczej rzec, że to my tyranizowaliśmy naszych królów.

    Tymczasem prawda jest taka, że ograniczenie władzy parlamentów stało się obecnie sprawą tak palącą jak niegdyś ograniczenie władzy monarchów.

  3. „prawda jest taka, że ograniczenie władzy parlamentów stało się obecnie sprawą tak palącą jak niegdyś ograniczenie władzy monarchów.” – innymi słowy, wbrew zwidom demokratów (ale i też monarchistów), w którą stronę się nie obrócisz – zawsze z tyłu 4 litery 😉

  4. Myślę, że artykuł jest jedynie przyczynkiem do głebszej decyzji. Stawiane tezy są lekką prowokacją. I bardzo dobrze. Warto porozmawiać. Można powiedzieć, że mądry król był błogosławieństwem dla ludzi. Król głupi, niestety był nieszczęściem. Do tego dochodzą jeszcze zwalczajace sie grupy interesu, rodziny, doradcy itp. No cóż, gdyby książe grał na ruletce to ten dług podobnie by mi się nie podobał jak ten dzisiejszy. A w majestacie prawa to wszystko jego. I wojnę mogłby sobie wywołać. Własciwie teraz też tak robią z tym wyjatkiem, że jak ktoś ma pretensję to zawsze mogą powiedzieć – takich sobie wybraliście – jak się nie podoba to sobie zmieńcie. Temat do dyskusji.

  5. bravo mises !!!
    problem jest taki że lud łatwiej przekonać do socjału patrz sld, pis, po, psl (banda czworga) niż do idei wolności tzn. każdy jest kowalem swojego losu i sam decyduje o swoich zarobionych pieniądzach……

    no cóż pozostaje tylko czekać 🙂
    ciekawe czasy nadchodzą

  6. Problem tylko w tym, że tak jak każda monarchia dąży do tyranii, tak z kolei republika przeradza się z czasem w analogiczny totalitaryzm, czyli de facto w obu wypadkach na finale mamy despotyczne rządy.

    Dlatego też nie jest żadną sztuką zgotować sobie piekło na ziemi za sprawą terroru dworu królewskiego, czy też „elit” parlamentarnych.

    Pytanie tylko brzmi, dlaczego istnieje aż taki strach pośród wydawałoby się wolnościowych myślicieli, aby zastosować taki model a la szwajcarskiej demokracji bezpośredniej, w którym to za sprawą odpowiednich modyfikacji każdy obywatel decydowałby w nim wyłącznie za siebie samego i nikogo więcej (przecież konstytucyjnie można taki porządek spokojnie na rzecz pełnej obrony autonomii jednostki ustanowić, skoro już teraz Szwajcarzy za pośrednictwem referendów sprowadzili swoich parlamentarzystów do roli czysto „reprezentatywnej” – niemal na wzór królowej Wielkiej Brytanii).

  7. Minarchisto historycznie monarchie nie przekształcały się zazwyczaj w tyranie, tylko poprzez decentralizację i fragmentaryzację władzy w oligarchie, lub demokracje.

  8. @7

    „Pytanie tylko brzmi, dlaczego istnieje aż taki strach pośród wydawałoby się wolnościowych myślicieli, aby zastosować taki model a la szwajcarskiej demokracji bezpośredniej, w którym to za sprawą odpowiednich modyfikacji każdy obywatel decydowałby w nim wyłącznie za siebie samego i nikogo więcej ”

    Szwajcarski model nie ma z twoim model nic wspólnego. Tam niedawno odbyło się przecież referendum w sprawie broni palnej i o mały włos nie zakończyłoby się zwycięstwem idiotów, tj. większości.

    http://www.miasik.net/archive/2011/02/szwajcarzy-sie-nie-dali/

    Thomas Jefferson zaproponował kiedyś demokracje cenzusową, z którą nie ukrywam jest mi bardzo po drodze. Pisałem o tym niedawno na stronie IM:

    http://mises.pl/blog/2011/04/17/huerta-de-soto-klasyczny-liberalizm-a-anarchokapitalizm/#comment-7338

    Wracając jeszcze na chwilę do demokracji szwajcarskiej. To jest pod wieloma względami bardzo specyficzna demokracja:

    – W Szwajcarii rządzi zasada federalizmu i to nie w formie fasady ustrojowej, ale czegoś jak najbardziej realnego; potwierdza to w 100% przekonanie Rousseau, że demokracja ma sens jedynie w bardzo małych krajach (lub jednostkach politycznych);
    – Szwajcaria to kraj o niezwykle wysokiej świadomości patriotycznej, tj. przywiązania do ziemi. Szwajcar jest przede wszystkim Szwajcarem, a nie Niemcem, Francuzem czy Włochem;
    – Szwajcaria jest „demokracją militarną”, w której armia jako „liga mężczyzn” spaja państwo. Bez broni palnej w rękach ludzi, która daje tymże ludziom moralne prawo kontroli rządzących i upewnia ich, że uzurpatorskie i arbitralne rządy zostaną prędzej czy później powstrzymane, nie może być mowy o żadnej sensownej demokracji. Demokracja jest wtedy jak rządzący boją się obywateli.

  9. Przecież nie twierdzę, aby żywcem kopiować cudze ustroje, których model jest rzecz jasna ściśle uzależniona od specyfiki warunków w jakich się wykrystalizowała i co dobre choćby w Szwajcarii nie musi być równie udane na gruncie polskim.

    Chciałem jedynie zwrócić uwagę, że bynajmniej jedyną alternatywą dla Polski nie jest zamordyzm dworski (który z partyjniactwem klasowym ma wiele wspólnego), lecz tak zmodyfikowany system samodecyzyjności obywatelskiej (może faktycznie nieszczęśliwie przyrównałem go do demokracji bezpośredniej, gdzie większość terroryzuje mniejszości, skoro tam nikt nie miałby choćby pośredniego nawet wpływu na zniewolenie innych), co by pełna autonomia jednostki była najwyższym aktem prawnym nieodwołalnie zagwarantowana.

  10. Natomiast co się tyczy Konfederacji (sic! – gdzie same kantony mają znacznie więcej do powiedzenia od centralnych władz) Szwajcarskiej, to po zdecentralizowaniu RP na autonomiczne krainy historyczne (tzn. na Pomorze, Wielkopolskę, Małopolskę, Śląsk, etc.) można uzyskać podobny efekt, o ile oczywiście w poszczególnych gminach władza lokalna będzie niezależna od reszty „województwa”, gdyż w pełni kontrolowana przez własnych mieszkańców za pośrednictwem powszechnego referendum (cenzus „miejscowego” powinien być wystarczającym, choć ograniczonym tylko do jednego domostwa na terenie całego kraju).

  11. „Reformę” demokracji należy zacząć od wprowadzenia cenzusu-nikt, kto otrzymuje jakiś transfer z budżetu, nie powinien mieć prawa głosu. Bo staje się sędzią we własnej sprawie. Niestety, nie widzę sposobu, w jaki taką zmianę można by „przepchnąć”…

  12. Mamy przecież gotowy świetny dokument, który każdy Polak powinien przeczytać i to kilkukrotnie. Konstytucja 3 maja przebija swoją wolnościowością konstytucję Amerykańską wielokrotnie. Jest w niej wolność religijna (co w historii wcale takie oczywiste nie jest), wolny rynek, podział władz etc. Wystarczy tylko trochę to zaktualizować i mamy liberalną monarchię jak się patrzy.

    Wg. mnie sejm powinniśmy zlikwidować w ogóle i zostawić tylko konstytucję, króla i senat (arystokracja). Senat może być po części mianowany przez króla, a po części tworzony przez samorządy. I arystokracja oczywiście powinna być ale nie dziedziczna tylko wiadomo, ten kto sobie zapracuje. Generalnie nic nowego bo zazwyczaj na tytuł szlachecki trzeba było sobie solidnie zapracować, dopiero jak się w Polsce po Piastach monarchia w oligarchię przekształciła to się zrobił burdel i serdel.

    Ale coby nie mówić to przez dobre paręset lat mieliśmy chyba najwięcej wolności w Europie. Pomimo feudalizmu nawet chłopi byli pod ochroną prawa (na historii chyba kazdy słyszał te słynne historie jak się do Chrobrego na sądy chodziło) a za Kazimierza Wielkiego to mieliśmy równość stanów wobec prawa ot liberalizm. No i przypominam, że byliśmy jednym z niewielu krajów bez stosów co powinno być powodem do dumy.

    Demokracja dąży do równości, a przecież te różnice kulturowe w dawnej Polsce to była piękna rzecz.

    A jak się ktoś boi tyranii ze strony Króla to popatrzcie sobie na historię Polski. Piastowie raczej tyranami nie byli, a jak któryś się za bardzo zapędził to kopa w tyłek i banicja. Ludzie często na splendor otaczający króla patrzą z zazdrością, a jak im jeszcze dać broń… Niech by taki Król spróbował podnieść VAT. Takie ograniczenie jest po stokroć lepsze od wszelkich konstytucji i parlamentów.

  13. Monarcha, oligarchowie, parlamentarzyści, urzędnicy…wszystko to ewoluuje, zamienia się miejscami w historii, miesza tak, że nic już nie jest takie samo, a jedynym zabezpieczeniem mojej wolności może pod każdym z tyranów być tylko jedno…broń w niewahającej się ręce. Jeśli władza będzie się bać obywatela, to jest wszystko jedno, kto nią będzie.

    Prawo się zdeprawuje, najlitościwszy król kiedyś umrze, zacna elita zostanie wycięta w pień…co innego nas wtedy obroni?

  14. @16, „jedynym zabezpieczeniem mojej wolności może pod każdym z tyranów być tylko jedno…broń w niewahającej się ręce”, heh, jeśli masz na myśli prywatną własność dronów bojowych, myśliwców stealth i ICBMów z głowicami atomowymi, to owszem… ale kosztowne to trochę 😉

  15. Witam,
    sorki ale naprawde proszę o troche wiecej obiektywizmu. Rozumiem ze wiekszosc ludzi wchodzacych na ta strone to monetarysci, ale pisanie takich rzeczy moze jedynie odrzucic większosc osób od tej idei i od idei liberalnych głoszonych przez instytut misessa – mowienie jak dobrze było ludziom i wszystkim i chłopom, i kazdemu najmniejszemu robaczkowi za monarchi jest poprostu totalna bujdą, świadczy albo o nieznajomosci historii przez autora albo o totalnym braku obiektywizmu. Niewspomniana została zadna wada monarchi a juz napweno ta najwazniejsza tzn. blokada mozliwosci awansu dla przytłaczającej wiekszosci społeczenstwa – i to włąsnie ona przyczynila sie do upadku tego systemu i do tego ze nigdy juz on nie powroci. Byc moze moja krytyka jest za ostra, ale z podobnymi tekstami spotkalem sie w kilku ksiazkach/opracowaniach zachodnich przedstawicielei tego nurtu – cytuje sie filozofów z ówczesnych czasow zapominajac czesto o ich totalnym braku obiektywizmu – to tak jakby czytac wiersze Seneki i podziwiac jego zachwyt dla cnoty choc wszyscy wiemy jakim był dwulicowcem. Pzdr

  16. @ 19
    Niewspomniana została zadna wada monarchi a juz napweno ta najwazniejsza tzn. blokada mozliwosci awansu dla przytłaczającej wiekszosci społeczenstwa?

    A jaka to jest obecnie ta możliwość awansu przytłaczającej większości społeczeństwa? Możliwość zostania posłem i ograbiania reszty? Teraz każdy może ograbiać innych – toż Ci zaleta! 🙂

  17. @20, no jak to, nawet jeden malarz kiedyś został – powiedzmy – demokratycznie – powiedzmy – imperatorem.

    A za monarchii to co było u szczytu do roboty innego, niż ograbianie reszty, he?

  18. Europa tysiąca Lichtensteinów (albo nawet miliona polis). Proponuję z Polski zrobić federację dzieląc na gminy a nie województwa czy krainy historyczne.

    W każdej gminie demokracja pośrednia, bezpośrednia lub monarchia czy anarchokapitalizm. Osobiście wolałbym przeprowadziłbym się tam, gdzie byłaby demokracja bezpośrednia.

    Federalizm, decentralizacja, liberalizm, demokracja bezpośrednia – to by był ideał.

  19. @19

    „mowienie jak dobrze było ludziom i wszystkim i chłopom, i kazdemu najmniejszemu robaczkowi za monarchi jest poprostu totalna bujdą”

    Nie sądzę, żeby ktokolwiek tak mówił. Różnic było sporo – np. chłop nie miał możliwości pójścia do supermarketu i zakupienia żarcia na cały tydzień z góry, w odróżnieniu od współczesnego prola.

    Generalnie proponuje nie popadać w skrajności. Zarówno woli, jak i dobru ludu mogą służyć i w wielu przypadkach historycznych rzeczywiście służyły przynajmniej tak samo dobrze lub lepiej rządy, które nie mogą być uznane za demokratyczne w świetle jakiejkolwiek definicji ustroju demokratycznego. Być może chodzi tu o przytłaczającą większość przypadków, jakie zna historia – autokracji typu dei gratia (monarchie średniowieczne), dyktatorskich (dyktatura wojskowa Napoleona), różnych monarchii typu nieautokratycznego (monarchia parlamentarna, konstytucyjna), oligarchii arystokratycznych i plutokratycznych, które normalnie cieszyły się niekwestionowanym, często żarliwym, przywiązaniem większości wszystkich klas społecznych, i które doskonale sobie radziły z zapewnianiem tej większości tego, co powinna zapewnić demokracja. Przypominam: komunizm sowiecki nie zawalił się w gruzy z powodu braku w nim zachodnioeuropejskich procedur wyłaniania władzy. Tak samo komunistyczne Chiny (przynajmniej wschodnia ich część) nie nadrobiły 200 lat cywilizacyjnego zapóźnienia na skutek zastosowania metod demokratycznych.

    Nie jest również prawdą, że demokracja lepiej broni wolności sumienia niż autokracja. Świadczy o tym najsłynniejszy z sądów. Piłat, z punktu widzenia Żydów, był niewątpliwie przedstawicielem autokracji. A jednak próbował bronić wolności. No i uległ demokracji. Podstawą, na której legła europejska kultura, jest śmierć dwóch mężczyzn: Sokratesa i Chrystusa. Obydwaj zostali skazani na śmierć vox populi, demokratycznie.

    Rzeczą wcale nie mniej naiwną jest wierzyć, że proces demokratyczny przestaje działać w państwach niemających z demokracją nic wspólnego albo że władca takiego państwa nie zechce postępować zgodnie z wolą ludu czy też się przed nią ugiąć. Zawsze kiedy tak czyni, możemy w ciemno zakładać, że podobnie działałby również wtedy, gdyby układ polityczny miał charakter demokratyczny.

    Krótko mówiąc, bywa rożnie, raz poprzecznie, raz podłużnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *