Pogorzelski: Problem minaretów

8 grudnia 2009 Filozofia polityki komentarze: 13

Autor: Karol Lew Pogorzelski

Kontakt: kliknij, by zobaczyć e-mail

Wersja PDF

W ostatni weekend listopada w Szwajcarii odbyło się ogólnokrajowe referendum, w którym jedno z pytań brzmiało: „Czy opowiadasz się za zakazem wznoszenia nowych minaretów na terenie Szwajcarii?”. Dość nieoczekiwanie większość Szwajcarów odpowiedziała na to pytanie twierdząco. Taki obrót sprawy nie mógł nie odbić się szerokim echem wśród komentatorów i dziennikarzy niemal całego świata. Ci z lewej strony sceny politycznej słali gromy na niegościnność i brak tolerancji Szwajcarów. Ci z prawej byli bardziej podzieleni. Albo cieszyli się, że wreszcie ktoś zwrócił uwagę na problem muzułmańskiej mniejszości w Europie, albo martwili się zawczasu o wynik ewentualnego referendum odnośnie zakazu wznoszenia wież kościelnych. Jako że prawdziwi liberałowie z obojętnością przyglądają się jałowym zmaganiom lewicy i prawicy, proponuję, żebyśmy zastanowili się, czy takie referendum, jak w Szwajcarii, mogłoby odbyć się w społeczeństwie rządzącym się prawami własności.

Wbrew pozorom, trudno jest udzielić na to jednoznacznej odpowiedzi. Wprawdzie zakaz wznoszenia minaretów stanowi brutalne ograniczenie praw własności muzułmanów, ale wiele podobnych ograniczeń jest nieodzownych w każdej społeczności, także liberalnej. Jako przykład można wskazać wspólnoty mieszkaniowe, które na mocy wolnej i nieprzymuszonej woli swoich członków mogą ogłosić (i często ogłaszają) obowiązek przestrzegania tzw. ciszy nocnej, albo zakaz grania w piłkę na podwórku. Mieszkańcy tych wspólnot, czy tego chcą, czy nie, muszą dostosować się do woli większości i zrezygnować z organizowania hucznych imprez oraz piłkarskich rozgrywek. Czy można powiedzieć, że takie uregulowania stanowią pogwałcenie czyichś praw własności? Z pewnością stanowią one jakąś formę ograniczenia, ale tam, gdzie dobrowolne działania wielu ludzi wchodzą ze sobą w konflikt, tam zakreślenie granic praw własności jest po prostu konieczne.

Gdyby referendum w Szwajcarii dotyczyło kwestii ochrony ludności przed hałasem emitowanym przez nawołujących do modlitwy muezinów, to myślę, że niewielu protestowałoby przeciwko takiemu plebiscytowi. W końcu, jak przyznają nawet najbardziej zatwardziali zwolennicy praw własności, hałas stanowi naruszenie praw własności osób narażonych na jego oddziaływanie. Nie da się jednak ukryć, że w referendum, o którym mowa, chodziło o coś innego. Będąca jego inicjatorem Szwajcarska Partia Ludowa, przyznawała wprost, że minaretów należy zakazać nie ze względu na hałas, ale dlatego, że „symbolizują ideologiczny sprzeciw wobec szwajcarskiego porządku prawnego i postępującą islamizację kraju”. Innymi słowy, sprzeciw wobec minaretów był podyktowany subiektywnym poczuciem niechęci do tych budowli, jako symboli ekspansji islamu. Czy taki powód byłby wystarczający do ograniczenia czyichkolwiek praw własności w liberalnym społeczeństwie? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy wpierw określić, kto zakreślałby granice tych praw i jak rozwiązywane byłyby konflikty na ich tle.

Część przypadków rozstrzygana byłaby zapewne przez sądy arbitrażowe. Taki sposób rozwiązywania problemów nie wydaje się jednak efektywny w przypadku systematycznie powtarzających się konfliktów dotyczących własności wspólnej. W takich sytuacjach zastosowanie miałby najprawdopodobniej taki sam mechanizm, jaki wykorzystywany jest obecnie w spółkach akcyjnych. Kluczowe decyzje są w nich podejmowane na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy, przy czym siła głosu każdego z nich jest proporcjonalna do liczby posiadanych przez nich udziałów. Podobny sposób zarządzania można by zastosować we wspólnotach mieszkaniowych, osiedlach a nawet w całych gminach. Kupno mieszkania lub domu w danej lokalizacji byłoby równoznaczne z nabyciem udziału w jakiejś wspólnocie, która decydowałaby o zagospodarowaniu wspólnych przestrzeni: klatek schodowych, podwórek, ulic etc. Zadaniem każdej wspólnoty-spółki byłoby uchwalenie regulaminu ustalającego, co wolno a czego nie wolno na jej terenie. W szczególności można sobie wyobrazić sytuację, że z sobie tylko znanych powodów mieszkańcy jakiegoś osiedla uchwalają zakaz budowy minaretów. Czy dopuszczenie do takich działań nie prowadziłoby do zakamuflowanego totalitaryzmu i arbitralnego ograniczania praw własności? Nie, gdyż wspólnoty-spółki obejmowałyby pojedyncze domy i osiedla, czyli relatywnie małe obszary. Każdy, kto nie zgadzałby się z określonym zestawem praw, mógłby przeprowadzić się do takiej wspólnoty, która bardziej mu odpowiada.

Tym sposobem dochodzimy do sedna problemu referendum w Szwajcarii. Kontrowersyjne nie jest to, że chodzi o minarety, muzułmanów i tolerancję, itp. Każda społeczność ma prawo ustalać własne reguły współżycia, nawet gdyby wykluczały one osoby demonstrujące określoną wiarę lub światopogląd. Doskonale potrafię sobie wyobrazić gminę zamieszkałą przez zwolenników centralnego planowania, którzy nie tolerowaliby manifestowania odmiennych poglądów (na przykład poprzez noszenie koszulek Instytutu Misesa). Taka gmina mogłaby znaleźć swoje miejsce w liberalnym społeczeństwie. Prawdziwy problem z referendum w Szwajcarii polega na tym, że objęło ono nie poszczególne osiedla i gminy, ale terytorium całego kraju. Niezależnie od tego, że mieszkańcy czterech kantonów nie mają nic przeciwko minaretom, to zakaz ich wznoszenia będzie obowiązywał w całej Szwajcarii. Z tego i tylko tego powodu, szwajcarscy muzułmanie mają prawo czuć się dyskryminowani. Odmówiono im prawa założenia własnej społeczności, w której mogliby żyć po swojemu.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Karol Pogorzelski

Pozostałe wpisy autora:

13 Komentarze “Pogorzelski: Problem minaretów

  1. „(…) gdyż wspólnoty-spółki obejmowałyby pojedyncze domy i osiedla, czyli relatywnie małe obszary. Każdy, kto nie zgadzałby się z określonym zestawem praw, mógłby przeprowadzić się do takiej wspólnoty, która bardziej mu odpowiada.”

    Tak. Z kredytem.

    Dziś też można z małej Szwajcarii wyprowadzić się np. do Niemiec. Czy wielkość wspólnoty zmniejsza poczucie dyskomfortu wykluczonych? Na pewno nie, ale nie oznacza to też, że z góry można uznać jakiś rozmiar za „jedynie właściwy”.

    „Podobny sposób zarządzania można by zastosować we wspólnotach mieszkaniowych, osiedlach a nawet w całych gminach. Kupno mieszkania lub domu w danej lokalizacji byłoby równoznaczne z nabyciem udziału w jakiejś wspólnocie, która decydowałaby o zagospodarowaniu wspólnych przestrzeni”

    Przecież DZIŚ tak to funkcjonuje. Co chciał więc „odkryć” Autor? Przypomnieć należy, że dobrowolne ustalanie reguł kończy się tam, gdzie zaczyna się konflikt. Wtedy są dwie drogi: czynnik zewnętrzny (sąd) lub wyrzucenie. Domyślam się, że Autor woli sąd. Ale do tego potrzeba państwa.

  2. Czy jeśli kupię kawałek ziemi, to staję się wyłącznym właścicielem tego kawałka ziemi, czy współwłaścicielem większego kawałka ziemi należącej do jakiejś społeczności?
    Czy zależy to od rozmiaru tego kawałka?
    Które decyzje mogą być podejmowane indywidualnie, a które muszą kolektywnie?

  3. Odpowiedź na pierwszego posta:

    – To prawda, że dziś istnieją wspólnoty mieszkaniowe i jakoś tam funkcjonują. Twierdzę po prostu, że w społeczeństwie praw własności byłyby one powszechniejsze i miały szersze kompetencje. Twierdzę również, że nie ma nic złego w takim referendum jak w Szwajcarii, oprócz tego że jest ono ogólnokrajowe. Gdyby odbyło się na poziomie poszczególnych osiedli i gmin, to uważałbym je za prawomocne.

    – To prawda, że nie wszystko da się rozwiązać polubownie i pewne konflikty musi rozstrzygnąć sąd. A że do istnienia sądów potrzeba państwa to też prawda. Nie jestem anarchistą.

    Odpowiedź na drugi post:

    Myślę, że na te pytania nie ma dobrej odpowiedzi. Wiemy, że skrajności są złe (zarówno absolutna własność prywatna kawałka ziemi, jak i absolutna własność społeczności), ale które z rozwiązań pośrednich jest złotym środkiem to trudno powiedzieć. Zapewne jakieś bardzo bliskie prywatnej własności. Jakieś prerogatywy społeczeństwu trzeba jednak zostawić. Jakie? Myślę, że trzeba przećwiczyć różne a naturalna selekcja wskaże właściwe.

  4. A że do istnienia sądów potrzeba państwa to też prawda. Nie jestem anarchistą.

    Karolu,
    z całym szacunkiem, ale to, że nie jesteś anarchistą bynajmniej nie udowadnia tego, że do istnienia sądów potrzeba państwa:)

  5. @ Smootnyclown
    No racja, przecież obecnie istnieją tysiące niepaństwowych sądów, co jest wystarczającym dowodem na to, że państwa nie potrzeba do ich istnienia 🙂

  6. „Istnienie państwa jest suchym faktem.”
    Tak 🙂 Tutaj zgoda.

    Natomiast mowa o Twoim argumencie „to, że nie jesteś anarchistą bynajmniej nie udowadnia tego, że do istnienia sądów potrzeba państwa”

    Nie ma znaczących(!) argumentów za tym, że sądy skutecznie działają bez istnienia państwa (oprócz argumentu, że w USA działa coraz prężniej prywatny sektor mediacyjno-arbitrażowy) – tylko tyle chciałem zauważyć:)

  7. umówmy się: istnienie państwa ani nie dowodzi konieczności jego istnienia, ani nie dowodzi niekonieczności jego istnienia. Istnienie państwa jest suchym faktem.

    (Inna sprawa, że taki Boaz w swojej książce zwracał uwagę na coraz prężniej działający prywatny sektor mediacyjno-arbitrażowy w USA:)

  8. Każdy „kawałek ” społeczeństwa ma prawo określać fundamenty swojego istnienia, funkcjonowania. Począwszy od rodziny po narody{państwa}. Prawo własności dotyczy ich również. Przecież Szwajcaria należy do Szwajcarów, Polska do Polaków itd. Z drugiej strony, warto zastanowić się dlaczego muzułmanie osiedlają się w krajach, w których podstawy funkcjonowania są tak inne od ich ideologii. Ja osobiście nie chciałbym osiedlać się pośród muzułmanów, czy innych kultur. Chciałbym zamieszkać w Lichtensteinie, mieszkańcy nie chcą, wcale to nie budzi we mnie wrogości, czy wołania o łamanie praw wolności. Szanuję to i już…..

  9. Smutny Klaunie,

    Oczywiście, z tego, że nie jestem anarchistą nie wynika, że państwo jest konieczne do istnienia sądów. Mój coming-out był po prostu wskazaniem z jakich piszę pozycji.

    Inną sprawą jest to, że sądy polubowne, inaczej arbitrażowe mogą istnieć jedynie na niewielką skalę. Aby móc wymierzać sprawiedliwość za prawdziwe przestępstwa (gwałty, zbrodnie…) sąd musi dysponować możliwością wyegzekwowania kary, czyli pewnym aparatem przemocy (żaden zbrodniarz nie zgodzi się dobrowolnie na stanięcie przed sądem a co dopiero na poddanie się karze). Taki aparat musi być albo w rękach państwa, albo w rękach sądu, ale wtedy sąd niczym nie różniłby się od państwa.

  10. jasne, ale ja nigdzie nie stwierdziłem, że taki argument istnieje, nie?:)
    Inna sprawa, że dla mnie znaczący argument może być inny, niż dla Ciebie, czy Karola:)

  11. A ja tu za smutnym clownem stoję, jako że powołując się na empiryczne przykłady zapominamy o efekcie wypierania.

    Co więcej, nie zgadzam się z tym, co pisze Karol, kiedy w komentarzu zwraca uwagę, że jeżeli aparat przemocy jest w rękach sądu, to „sąd niczym nie różni się od państwa”.

    Państwo rości sobie prawo do MONOPOLU na przemoc. Jakimś aparatem przemocy to dysponuje i Karol Lew Pogorzelski wyposażony w kij baseballowy, ale chyba nikt nie jest skłonny twierdzić, że Karol niczym nie różni się od państwa?

  12. A jak by wyglądało ustalenie, który sąd jest właściwy do rozpatrzenia sprawy? Co jeśli jedna ze stron nie chce się sądzić przed żadnym sądem?

  13. W środowiskach wolnorynkowych bardzo częste są fałszywe wyobrażenia na temat własności.
    Bardzo popularnym na przykład określeniem jest „święte prawo własności” szkoda tylko, że zewnętrzni agresorzy mają tą świętość w głębokim poważaniu (proszę przeanalizować zmiany terytorium RP w latach 39-45).
    Należy pamiętać, że właścicielem nieruchomości jest suweren który zapewnia niepodległość danego obszaru. W przypadku monarchii jest to oczywiście władca ale w przypadku republiki jest to jednak republika.
    Powyżej był przykład, że Pan Karol Lew Pogorzelski mógłby się uzbroić w kij beseballowy. No cóż, mógłby równocześnie ogłosić oderwanie swojej nieruchomości od RP i zapowiedzieć, że ktokolwiek (w tym siły zbrojne) wejdzie na jego teren to tym kijem oberwie po głowie. Tym samym ogłosiłby prawa jakie obowiązują na jego nieruchomości. Jeżeli faktycznie byłby w staniu tą niepodległość obronić wtedy dopiero mógłby powiedzieć, że jest właścicielem tej nieruchomości. Póki co właścicielem jest republika a on jedynie „dzierżawcą”
    Przykład Szwajcarii to doskonale ilustruje. Właściciel się wypowiedział. Minarety nie powstaną. Wszystko pasuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy