Jasiński: 7 powodów, żeby zrezygnować z publicznego systemu ochrony zdrowia

21 października 2021 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 9

Autor: Łukasz Jasiński
Wersja PDF

Esej wchodzi w skład serii: W drodze do rynkowego systemu ochrony zdrowia

Wstęp

Mimo wielu permanentnych problemów, z jakimi zmagają się publiczne systemy ochrony zdrowia, znaczna część ludzi (obywateli, polityków, lekarzy itd.), mniej lub bardziej świadomie, wciąż zdaje się podzielać pogląd o ich niezbędności oraz wiarę, że problemy z nimi związane można rozwiązać chociażby za pomocą lepszego zarządzania, zwiększonych nakładów czy centralnego planowania. Dlatego w tym eseju zaprezentuję główne argumenty na rzecz mniej lub bardziej stopniowego odchodzenia od systemów publicznych oraz korzyści, jakie mogą przynieść (nieskrępowane) rozwiązania rynkowe.

1. System publiczny za bardzo ogranicza rolę konsumenta

Na rynku, pomimo istotnej roli przedsiębiorców oraz kapitalistów, to właśnie konsument stanowi najważniejsze ogniwo. W sensie ekonomicznym cały proces oraz organizacja struktury produkcji podporządkowana jest konsumentowi. On decyduje o sukcesie lub porażce przedsiębiorców, gdyż wszystko podporządkowane jest osiągnięciu przez niego satysfakcji. Największym „orężem” w jego rękach jest właśnie swoboda wyboru. Przedsiębiorcy nie mają innej możliwości niż jak najlepsze spełnianie jego potrzeb.

Dlatego zaspokajanie jego potrzeb zdrowotnych w warunkach rynkowych przyniosłoby wiele korzyści. Konsument mógłby swobodnie przebierać w ofertach ubezpieczeń zdrowotnych czy podmiotów świadczących swoje usługi bezpośrednio. Procesy konkurencji kładłyby nacisk na poprawę jakości, obniżkę cen czy szerszy zakres oferowanych dóbr i usług.

Tymczasem, w przypadku systemów publicznych, nawet nie wspomina się o konsumentach, ale o pacjentach, ubezpieczonych czy beneficjentach. Mimo że system publiczny zdaje się być im podporządkowany, to jest to złudne wrażenie. Ubezpieczeni nie mają wpływu (lub jest on znikomy) na to, ile środków przeznaczy się na konkretne świadczenia, jaki lekarz i kiedy zostanie im przydzielony, jakimi środkami/technologią będą leczeni itp. W skrócie: ich kluczowa rola konsumenta w warunkach systemu publicznego zostaje silnie zmarginalizowana, jeśli nie całkowicie wyeliminowana. Ich suwerenne decyzje zostają zastąpione arbitralnymi procedurami tworzonymi przez urzędników i polityków.

2. System publiczny niekorzystnie ogranicza rolę producenta/dostawcy

W przypadku producentów/dostawców świadczeń medycznych sytuacja przedstawia się bardzo podobnie. Jeśli chcą oni funkcjonować w ramach systemu publicznego, muszą spełnić szereg kryteriów narzucanych im nie przez konsumenta kierującego się swoimi sądami wartościującymi, ale przez zbiurokratyzowany system, co dodatkowo zawyża koszty. Mimo że są to podmioty prywatne, to nie mogą one nigdy do końca rozwinąć swoich możliwości tak, jak by to miało miejsce w warunkach rynkowych.

Większą swobodę uzyskują one funkcjonując poza systemem publicznym, ale z uwagi na jego powszechność, liczba klientów jest z góry ograniczona. Nie każdego stać, aby płacić drugi raz. Innym problemem mogą być też kolejne regulacje ograniczające zakres oferowanych usług na rynku tak, aby nie mogły one konkurować z rozwiązaniami publicznymi.

Innym niekorzystnym skutkiem takiego stanu rzeczy może być przekonanie części społeczeństwa, że systemy publiczne znane ze swoich swoich bolączek, mimo wszystko, oferują „darmową” opiekę zdrowotną, a rozwiązania rynkowe pomimo lepszej dostępności usług — wyższe ceny.

3. System publiczny prowadzi do wytworzenia nieracjonalnej struktury finansowania świadczeń medycznych

Powszechny system ochrony zdrowia narzuca na „ubezpieczonych” podatki/składki, które mają finansować dostęp do świadczeń medycznych. Prowadzi to również do stworzenia systemu jednego płatnika — państwowego ubezpieczyciela, który ma za zadanie odpowiednio wydatkować tak pozyskane środki. Jednak takie „ubezpieczenie” nie ma nic wspólnego z ubezpieczeniem rynkowym, gdzie kluczową rolę odgrywa kalkulacja składek w oparciu o ryzyko zdrowotne ubezpieczonego. Co więcej, nie od wszystkich zdarzeń można się ubezpieczyć: np. od zdarzeń, które już wystąpiły lub w takich przypadkach, kiedy nie jest możliwe zastosowanie rachunku prawdopodobieństwa i tym samym oszacowanie ryzyka[1].

„Wrzucanie” wszystkich do jednego „worka” lub puli ma też tę fatalną właściwość, że ubezpieczeni nie nabywają świadczeń medycznych w oparciu o system cen. Dotyczy to zarówno prawidłowo oszacowanych składek ubezpieczeń zdrowotnych oraz płatności bezpośrednich. Ich wydatki bezpośrednie na konkretne dobra lub usługi medyczne zostają zmarginalizowane. Utrudnia to rozeznanie się w sytuacji. „Darmowa” opieka zdrowotna tworzy iluzję obfitości i dostępności, podczas gdy w rzeczywistości sztucznie pobudzony popyt prowadzi do kolejek i ograniczenia dostępności do świadczeń[2].

Kolejnym niekorzystnym skutkiem jest to, że pojedynczy (publiczny) płatnik jest także głównym nabywcą technologii medycznej, a płacąc za nią nie swoimi pieniędzmi nie wykazuje cech oszczędnego konsumenta. Także dostawcy dobrze zdają sobie sprawę, że za zakupami nie stoją masowi i indywidualni konsumenci, w związku z tym nie mają oni dostatecznej motywacji do obniżania kosztów i cen, a nawet wykazują tendencje do ich sztucznego zawyżania. To główny powód, dla którego technologia medyczna jest „droga”. Nie wynika to ze specyfiki opieki zdrowotnej, ale właśnie z dominacji systemu jednego płatnika[3].

4. System publiczny wprowadza złe relacje na linii pacjent-lekarz

Kolejną grupą nie mogącą należycie rozwinąć skrzydeł w systemie publicznym są lekarze. W celu oszczędności środków, to na nich spada wiele administracyjnych obowiązków, które odciągają ich uwagę od pacjentów. Każda procedura, zlecenie badań czy konsultacji musi zostać opisana, a wydatkowanie na nią funduszy uzasadnione. Ma to co najmniej dwie negatywne konsekwencje. Po pierwsze, lekarze bardziej muszą się podporządkować systemowym wytycznym niż potrzebom pacjentów. Po drugie, podczas przyjmowania pacjentów, więcej czasu spędzają oni przy biurku, kiedy pochłonięci są papierkową robotą. W efekcie wpływa to negatywnie na rozwój relacji pomiędzy pacjentem a lekarzem.

Zdrowie stanowi niejako intymną sferę pacjenta i dlatego potrzebuje on ludzkiego podejścia do jego problemów. To wymaga czasu, uwagi oraz empatii lekarzy. W warunkach sztywnych ram wyznaczanych przez systemy publiczne jest to trudniejsze do osiągnięcia. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku korzystania z usług prywatnych.

5. System publiczny ogranicza naszą odpowiedzialność za własne zdrowie

Kiedy konsument nie zapewnia sobie usług medycznych przez własne wydatki, trudniej mu zorientować się w swoich własnych potrzebach. Nie twierdzę tutaj, że system publiczny automatycznie prowadzi do nieracjonalnych zachowań w zakresie własnego zdrowia, ale raczej, że pozbawienie znacznej części decyzyjności jednostki w tym zakresie może skutkować niepożądanymi skutkami.

Jeśli społeczeństwo tkwi w przeświadczeniu, że system publiczny daje mu prawo do opieki zdrowotnej, to jednocześnie może słabnąć jego uwaga/czujność w stosunku do możliwych rozwiązań oferowanych na rynku. Tym samym zmniejsza się aktywność społeczna w dbaniu o własne zdrowie np. poprzez odpowiednie odżywianie, zdrowszy styl życia, systematyczne korzystanie z usług oferowanych przez placówki prywatne w zakresie okresowych badań profilaktycznych czy monitorowanie rynku w poszukiwaniu rozwiązań chroniących przed konsekwencjami poważnych chorób lub nieszczęśliwych wypadków.

Analogicznie, wydatkowanie własnych pieniędzy na żywność powoduje, że konsument zwraca uwagę na jakość, cenę oraz może wykazywać większe zainteresowanie danym produktem w szerszym kontekście. Natomiast w sytuacji, kiedy fundusze pozostają poza jego bezpośrednią kontrolą, może przyjmować on bardziej bierną postawę.

Część osób zdająca sobie sprawę z wadliwości systemów publicznych bardziej interesuje się rozwiązaniami rynkowymi np. ubezpieczeniami zdrowotnymi, co pozytywnie wpływa na rozwój tego rynku.

6 System publiczny prowadzi do dalszych interwencji w innych częściach gospodarki

Zorganizowanie swojego własnego prywatnego systemu ochrony zdrowia wymaga dysponowania przez jednostki odpowiednimi funduszami. Im więcej środków ludzie będą przeznaczyć na nabywanie świadczeń medycznych, tym lepiej będą zaspokajane ich potrzeby. Nie ma tutaj znaczenia, czy dotyczyć to będzie zakupu prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego, abonamentu medycznego czy też płatności za dane usługi bezpośrednio z własnej kieszeni. Tym samym każda interwencja, która pośrednio lub bezpośrednio ograniczać będzie ten wachlarz możliwości, może mieć mniejsze poparcie ze strony społeczeństwa.

Dzięki temu stanie się też ono bardziej świadome swoich potrzeb i interesów. Ponadto w takich uwarunkowaniach wzrośnie szansa na lepsze zrozumienie procesów rynkowych, a zwłaszcza skutków, jakie przynosi interwencjonizm w opiece zdrowotnej i gospodarce rynkowej w ogóle. Jeśli społeczeństwo dostrzeże korzyści z ograniczania interwencji w jednej części gospodarki, to wzrosną szanse na to, że zacznie się domagać podobnych działań w jej innych częściach np. na rynku mieszkaniowym itd.

7. System publiczny ogranicza pomoc dla najbardziej potrzebujących

W przeciwieństwie do rozwiązań publicznych, na rynku istnieje wiele instytucji charytatywnych, które za dobrowolnie pozyskane środki pomagają potrzebującym[4]. Nie funkcjonują one w oparciu o sztywne reguły, dzięki czemu ich działalność nie jest obarczana dodatkowymi kosztami i biurokracją. Instytucje tego typu nie posiadają scentralizowanej struktury, która by nimi odgórnie zarządzała, co umożliwia ich szybki rozwój tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Dodatkową korzyścią jest większa świadomość społeczna oraz rozwój odpowiednich postaw etycznych.

Ponadto warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny fakt: prywatne instytucje charytatywne nie tworzą iluzji pomagania jednym przez drugich. Jasno komunikują, że dla powodzenia ich działań potrzebna jest ofiarność konkretnych osób chcących oddać część swojego majątku na rzecz innych. Dla kontrastu, żaden polityk obiecujący dodatkowe nakłady na opiekę zdrowotną w celu pomocy potrzebującym nie może wykazywać w ten sposób swojej wrażliwości i odpowiedniej postawy etycznej z uwagi na fakt, że nie przeznacza on na ten cel swoich własnych środków.

Podsumowanie

Na pewno istnieje więcej powodów dla rezygnacji z systemów publicznych. Można nawet stwierdzić, że powodów jest tyle ilu konsumentów. Wbrew obiegowym opiniom systemy publiczne nie są szczególne czy specyficzne i można je urynkowić — bez większych obaw o nasze zdrowie. Ważne jest też, aby społeczeństwo było nie tylko świadome wad systemów publicznych, ale jednocześnie dostrzegało zalety rozwiązań rynkowych.

 

[1] Więcej na ten temat zob. tutaj: https://mises.pl/blog/2021/03/29/jasinski-prywatne-a-publiczne-ubezpieczenia-zdrowotne/

[2] Więcej na ten temat zob. tutaj: https://mises.pl/blog/2018/11/28/jasinski-zawodnosc-prywatnych-ubezpieczen-zdrowotnych/

[3] O zjawisku wpływu systemu jednego płatnika na koszty technologii pisałem tutaj: https://mises.pl/blog/2020/09/09/jasinski-czy-rozwoj-technologii-prowadzi-do-wzrostu-kosztow-w-opiece-zdrowotnej/

[4] Więcej na te temat pisałem tutaj: https://mises.pl/blog/2021/02/18/jasinski-rola-platnosci-i-instytucji-charytatywnych-w-rynkowym-systemie-ochrony-zdrowia/

Źródło ilustracji: Adobe Stock

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Łukasz Jasiński

O Autorze:

Łukasz Jasiński

Asystent oraz doktorant na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Stały współpracownik Instytutu Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa. Przygotowuje rozprawę doktorską pt.: Procesy rynkowe a interwencjonizm w systemie ochrony zdrowia Stanów Zjednoczonych Ameryki w ujęciu austriackiej szkoły ekonomii. Publikacje na researchgate.net: https://www.researchgate.net/profile/Lukasz_Jasinski4/research

Pozostałe wpisy autora:

9 Komentarze “Jasiński: 7 powodów, żeby zrezygnować z publicznego systemu ochrony zdrowia

  1. Korzystam z naszej, nikt nie mówi, że dobrej opieki zdrowotnej, do której miałbym duże zastrzeżenia, jednakże największymi problemami, z którymi się spotkałem, nie jest sposób finansowania.

    Ad. 1. Autor chyba ma inne doświadczenia ze służbą zdrowia. Jakoś wyszukanie obecnie innego lekarza, innej przychodni nie jest problemem. W moim mieście dostęp do takich, z których korzystałem w ostatnich latach, był utrudniony (czekanie ze skierowaniem „na cito” tydzień na wizytę w przychodni chirurgicznej). Co zrobiłem? Podzwoniłem. W sąsiednim mieście, prywatna przychodnia z umową z NFZ, zabieg tego samego dnia. W tym też mieście chodzę do okulisty i laryngologa. W innym, sąsiednim chodzę z dziećmi do pediatry. Gdy szukałem szpitala na poważniejszy zabieg, szpitali, w których mogę poddać się temu zabiegowi jest kilkanaście w okolicy. Państwowych i prywatnych. Jak się mieszka 5 km od Górnego Śląska to wybór naprawdę jest spory. I naprawdę czuję się klientem, nawet bez dodatkowych ubezpieczeń.

    Ad. 2. czy dla producentów sprzętu medycznego system państwowych zamówień, system dla zasady non-profit jest gorszy od systemu nastawionego na zysk prywatnych ubezpieczeń, który będzie ograniczał koszty sprzętu? Ogólniej: kto ciągnie rozwój medyczny w górę, szuka nowych rozwiązań i nowych terapii, ten, kto robi tylko operacje na zlecenie czy ośrodki akademickie?

    Ad. 3. Jeżeli to prawda, to czy w krajach, w których nie ma albo jest w ograniczonym stopniu państwowa opieka medyczna, ceny tej opieki spadły czy wzrosły? Z bo tego, co czytamy w Internecie, w ciągu wielu lat w USA ceny usług medycznych wzrosły niewspółmiernie do zamożności obywateli.

    Ad. 4 Czy system prywatnych ubezpieczeń będzie mniej administracyjny od systemu państwowego? Czy prywatne ubezpieczenia nie będą żądać dokumentowania zlecenia dodatkowych, często kosztownych badań? Czy prywatne ubezpieczenia zdrowotne nie zawierają procedur i wytycznych?

    Ad. 5. Fundusze na zdrowie będą pod bezpośrednią kontrolą klienta tylko w przypadku, gdy będzie za wszystko płacił sam. A i tak nie zna się na wszystkim, bo nie może, więc łatwo może zostać naciągnięty przez „lekarza o większych potrzebach…” Prywatne ubezpieczenia nie zmienią nic w tym przypadku, tylko przeniosą ciężar odpowiedzialności z rządowego na prywatny zarząd ubezpieczyciela nastawionego na zysk.

    I pytanie tutaj: co z „przypadkami beznadziejnymi”? Lecząc ich, wykonując kosztowne operacje o dużym ryzyku zyskujemy, bo szukamy rozwiązań, które możemy potem wprowadzić w innych przypadkach, do tego np. chirurdzy próbując uratować takiego człowieka, nawet jeśli się to nie udaje, uczą się, poznają chorobę, której leczenia w innym przypadku by się nie podejmowali. Do daje nam po latach postęp, trudny do uzyskania, gdy wszystko oceniamy pod względem kosztów/zysku.

    Ad. 6 może nie skomentuję, bo prywatyzacja służby zdrowia po to, aby ludzie zrozumieli procesy rynkowe, to jakieś kuriozum.

    Ad. 7 choć może niekoniecznie: Czy system prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych w USA ma dużo mniejsze koszty administracyjne do innych systemów? Jaki procent składki jest przeznaczony na leczenie? Zrzucanie wszystkiego na dobroczynność (jak cię nie stać na operację do idź po prośbie, może jakaś fundacja ci to sfinansuje?) to niepewna przyszłość biednych.

    Podsumowanie: pierwszy publiczny system zdrowotny powstał w starożytnym Egipcie, który był wzorem cywilizacyjnym dla całego starożytnego świata. Obecny system, szczególnie w Polsce, nie jest doskonały, ale czy zamiana go na system prywatny, zubożający społeczeństwo a dający zyski prywatnym funduszom ma być lepszy?

    Problemem jest brak alternatywy wobec lekarzy i medycyny. Z tym nic nie można zrobić, bo magia i leczenie a’la Kaszpirowski nie działa. Dlatego społeczeństwo uznało medycynę i leczenie za dobro publiczne.

    1. Chęć większego zysku i konkurencja powoduje, że firma posiada bodziec do inwestowania w innowacje i badania. To jest dość podstawowa wiedza z zakresu działania rynku.
      Tutaj można zmienić twoje pytanie i napisać: komu będzie bardziej zależało na rozwoju medycyny w górę, na znajdowaniu nowych rozwiązań i nowych terapii, które mogą przynieść międzynarodowy prestiż i bogactwo, ten, kto żyje i zarabia ze świadczenia dobrych usług, musi konkurować jakością, ceną, dostępnością i innowacyjnością, kto zbankrutuje gdy będzie nieudolny, czy ten kto pracuje w państwowej biurokratycznej rzeczywistości a jego pozycja zawodowa będzie nienaruszona, wystarczy, że będzie wykonywał przepisy, kto nie musi konkurować ani ulepszać usług i szukać nowych rozwiązań, a cały rozwój jego zawodowego otoczenia zależy od państwowych dotacji?

      Wystarczy powiedzieć, że prywatne wizyty i kliniki stoją znacznie wyżej w klasyfikacji jakości SZ. Ogromna ilość poważny zabiegów i urządzeń medycznych jest finansowana z prywatnych zbiórek i działalności prywatnych organizacji (WOŚP dla przykładu).

      Służba zdrowia w USA jest jedną z najlepszych na świecie i odpowiada za znaczną część innowacji w medycynie. Jest oczywiście droga i oligopolistyczna, ale nie dlatego, że jest prywatna, bynajmniej. Jest natomiast masakrycznie przeciążona państwowymi regulacjami, które od dawna komplikują ten rynek, powodują spadek konkurencyjności mniejszych firm i wzrost cen. A mimo to jest to jeden z najlepszych i najbardziej innowacyjnych ośrodków medycznych. Jest tak właśnie dlatego, że tamtejsza służba zdrowia, produkcja leków itd., znajduje się w znacznej mierze w gestii prywatnej przedsiębiorczości, gdzie mimo ciężaru regulacji, dalej działa konkurencja, chęć zysku i zależność od klienta powodujące dużą jakość usług.
      W linku poniżej znajduje się świetny materiał wideo o problemach drożyzny medycznej w USA.
      https://www.youtube.com/watch?v=id82zs8BQyc

      Co do bardzo drogich zabiegów. Faktycznie może być to problem, któremu można zaradzić sposobem Singapurskim, gdzie służba zdrowia i ubezpieczenia są w znacznym stopniu prywatne, natomiast na finansowanie szczególne drogich zabiegów istnieją ubezpieczenia państwowe. Poza tym nie zapominajmy o prywatnych zbiórkach, które jak wiemy działają i często są jedyną deską ratunku MIMO PAŃSTWOWEJ SŁUŻBY ZDROWIA. No właśnie mamy państwową SZ, a i tak problem, który widzisz w urynkowieniu tejże sfery usług istnieje. Tak czy inaczej drogie zabiegi muszą być finansowane PRYWATNIE i wykonywane za granicą, np.: w wspomnianych już Stanach Zjednoczonych.

      A stawianie za wzór państwowej medycyny z czasów starożytnych do dzisiejszej sytuacji w świecie znacznie bardziej rozwiniętym i zliberalizowanych gospodarczo jest zwyczajnie idiotyczne.

      Poza tym za państwową służbę zdrowia też musimy jako obywatele płacić, nie ważne czy korzystamy czy nie. Państwo finansuje usługi medyczne z podatków (a podatki to najzwyczajniej w świecie pieniądze zagrabione obywatelom) i zaciągania długów publicznych, które spłacamy również my jako obywatele.

      PS: „dający zyski prywatnym funduszom” oznacza – dający zyski pracującym obywatelom.

    2. A gdyby ten „lekarz o większych potrzebach” naciągał ludzi na prawo i lewo to zapewne nie cieszyłby się zbyt dużym zaufaniem i powodzeniem na rynku.

    3. Prywatne ubezpieczenia zmienią chociażby charakter ich samych. Z przymusowych na dobrowolne. A dzięki konkurencji klient będzie mógł wybrać sobie taką ofertę ubezpieczeniową jaka najbardziej będzie mu odpowiadała. Dodatkowo ubezpieczyciel będzie musiał się bardziej starać, ponieważ od klientów będzie zależało czy zarobi czy też nie, czyli inaczej niż w państwowych ubezpieczeniach gdzie głos klientów kompletnie się nie liczy, po prostu musisz płacić i tyle. Jedynym momentem gdzie obywatel ma na to wpływ są wybory podczas, których może zagłosować na partię obiecującą najlepszą, według danego wyborcy, strategię dotyczącą ubezpieczeń i służby zdrowia. Następnie wyborca musi liczyć, że ta partia wygra, kiedy wygra musi wierzyć, że rząd zrealizuje obietnice wyborcze. Na wolnym rynku po prostu po wybierze konkurencję, czego w przypadku państwowego monopolu nie można zrobić.

  2. Te argumenty są chybione. Nie chcę tu się rozwijać z prostego powodu aktualnie piszę tekst na ten sam temat. Więc tylko jedna uwaga komentator milcząco zakłada że prywatną i publiczna służba zdrowia jest taka sama więc po co przepłacać. Jednak człowiek to nie maszyna jest istotą elastyczną byłem w państwowym gabinecie prywatnie było fajnie i miło i fachowo pomyślałem tak samo po co przepłacać i poszedłem na ubezpieczalnię. No już nie było tak miło i fachowo. A przecież ten sam gabinet ta sama pani doktor, a jednak nie taka sama bo ździebko wściekła że się wycwaniłem. Leżałem też w szpitalu. Najpierw miałem być wypisany później nagle zmiana decyzji przez lekarza jednak zabieg teraz (a nie w przyszłości). W dzień zabiegu rano ja zmieniłem decyzję. I co? Lekarz proponuje mi ściszonym głosem środki uspokajające. Mógłby chociaż pół litra. Jakie to proste. Dostaniesz prochy i na wszystko się zgodzisz. Jak widzę protestującą służbę zdrowia to sobie myślę że może im by coś zapodać.

  3. Dla wyjaśnienia mój komentarz dotyczy oczywiście pierwszego komentarza tutaj (pana Ireneusza Nowaka) że jakoby publiczna opieka zdrowotna nie jest taka najgorsza. No właśnie jest. O czym komentator sam przyznaje pisząc takie banialuki że teraz chirurdzy robią każdą operację i że nikt nie musi ogłaszać zbiórki na leczenie. Na mojej wsi już dwa razy zbierali ludzie na leczenie. Bo potrzeba 200 tys. albo 500 tys. A w internecie ile ogłoszeń fundacji rozmaitych i mówię tu tylko o prawdziwych bo oszustów nie liczę. I co czyżbyśmy już mieli prywatną SZdrowia? Człowieku. Jak powiedział pewien lekarz w przypływie szczerości: „Cudze życie i zdrowie nikogo nie obchodzi.” Pieniądze idące za pacjentem, zadowolonym pacjentem są tym bodźcem który może wpłynąć na zainteresowanie cudzym życiem i zdrowiem przez lekarza. Tak więc w SZdrowia będzie dobrze tylko wtedy gdy lekarz zostanie kelnerem na bankiecie życia i zdrowia pacjenta. Odrzucam też tezę że lekarz się zna a pacjent nie. Pacjent MUSI się znać bo to jego broszka tu chodzi o niego samego. Nikt za niego nie będzie o jego życie i zdrowie dbał i się znał. A lekarz nie musi się znać bo tu nie chodzi o JEGO zdrowie i JEGO życie. Jest jeden wyjątek od tej reguły że to pacjent i tylko pacjent musi się znać na swoim zdrowiu i życiu. Tym wyjątkiem jest prywatnie opłacany lekarz. O. Taki to musi się znać. Inaczej zarobi figę z makiem.

  4. Jeśli uważacie, że prywatyzacja jest lekiem na całe zło, to wytłumaczcie mi jedno. Sprywatyzowaliśmy rynek notarialny. Kiedyś były Państwowe Biura Notarialne. Teraz same prywatne. Konkurują między sobą ceną? Czemu nie ma reklam: „Notariusz Tanio!”, „Taniej niż u innych/konkurencji”? Co nie działa? Przecież jest wolny rynek!
    W kwestii zaś płacenia za konkretne usługi… Publiczna służba zdrowia jest opłacana ze składek na „ubezpieczenie zdrowotne”. Tak to się nazywa. Z ubezpieczenia nie zawsze się korzysta, a jednak się płaci. Czy jeśli zlikwidujemy publiczne ubezpieczenia zdrowotne i ustanowimy prywatne, to na pewno będzie lepiej? Co się zmieni? Gdzie będzie konkurencja? Jak będą miedzy sobą konkurować szpitale o pacjentów? Jak złamać oligarchię lekarzy żądających coraz to większych pieniędzy (kilkaset złotych za kilkuminutową poradę i wypisanie recepty przy minimalnej stawce godzinowej 18.30 zł?). Będzie jak z notariuszami? Może trzeba się zastanowić gdzie leży prawdziwy problem a nie wszystko tłumaczyć od sztancy.

    1. Panie Ireneuszu, myślę, że najlepszym sposobem aby zdobyć odpowiedzi na te pytania będzie sięgnięcie do literatury ekonomicznej. Ewidentnie posługuje się pan jakimś stereotypowym wyobrażeniem wolnego rynku. Dlatego warto zacząć najpierw od nauki podstaw ekonomii, tak aby miał Pan wiedzę o tym jak rynek funkcjonuje, jakie czynniki wpływają na takie, a nie inne zachowania i decyzje przedsiębiorców oraz konsumentów. Następnie, znając już działanie gospodarki, rynku i konkurencji jako takich, można zgłębiać wiedzę o poszczególnych gałęziach przemysłu czy usług, które Pana interesują. Dzięki temu uda się Panu uniknąć błędnych analiz, stereotypowego myślenia i ideologicznej manipulacji. Dodatkowo zgłębiając wiedzę ekonomiczną zauważy Pan, że ekonomiści (a przynajmniej ci dobrzy) nie tłumaczą „wszystko od sztancy”, lecz szukają odpowiedzi gdzie leży prawdziwy problem, często wychodząc tym na przeciw antykapitalistycznym demagogom, którzy to właśnie zawsze problem widzą w rynku nie prześwietlając danego problemu w poszukiwaniu prawdziwej przyczyny.

      Jedna z ostatnich książkowych publikacji Instytutu Misesa, czyli podręcznik do podstaw przedsiębiorczości „Wolna Przedsiębiorczość” będzie odpowiednia na początek. Poza tym dobre na start są również pozycje „Ekonomia w jednej lekcji” oraz „Ekonomia dla każdego”. Natomiast pozycja ściśle związana z rozwiewaniem mitów o wolnym rynku to „52 Mity o Kapitalizmie”. Jeżeli ma się wątpliwości zawsze lepiej sięgać do literatury naukowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *